Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the Doors. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the Doors. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 czerwca 2022

Recenzja: The Doors - "L.A. Woman"


Okładka albumu "L.A. Woman" zespołu The Doors

"L.A. Woman" to ostatni album the Doors nagrany z udziałem najbardziej charakterystycznego muzyka, czyli wokalisty Jima Morrisona, który zmarł kilka miesięcy po wydaniu albumu. Jeśli chodzi o kierunek w jakim zespół podążył na ostatnim "właściwym" albumie niewiele odbiega on od tego obranego na poprzednim "Morrison Hotel", czyli wciąż muzyka mocno opiera się na bluesie.

Najbardziej bluesowo brzmi przyjemny, lecz pozbawiony czegoś, co mogłoby uatrakcyjnić ten kawałek "Cars hiss by my Window". Bluesowe zacięcie mają też "Crawling King Snake" z ciekawym wstępem i niezłym solo gitarowym Kriegera oraz "The WASP (Texas Radio and the Big Beat) z recytowanym tekstem.

Standardowo jak to na płytach the Doors nie brakuje tu chwytliwych i świetnych melodii. Na tym polu wyróżnia się przede wszystkim "the Changeling" z funkowym charakterem. Średnio brzmi tu wokal Jima, ale sam utwór jest niezwykle ciekawy i oryginalny w twórczości grupy. Kolejny "Love her mandly" także jest bardzo melodyjny, ale wypada już "zwyczajnie" i w stylu poprzednich płyt. Chwytliwy jest również rozpoczęty agresywnym śpiewem "Been down so long" czy "Hyacinth House" od początku sprawiający wrażenie "pozytywnego", w którym słyszymy miłe partie każdego z instrumentalistów.

Najbardziej wyróżniają się tutaj trzy utwory. W najdłuższym utworze - tytułowym - najlepiej wypada gitarzysta grupy, jednak i pozostali muzycy - z naciskiem na sekcje rytmiczną - dają radę. Niepokojąco, wręcz mrocznie zaczyna się "L'America" i taki ponury nastrój utrzymuje się prawie cały utwór. Po raz kolejny wielką klasę pokazuje Krieger do spółki z sekcją rytmiczną. Najważniejszy jest jednak utwór, który zamyka album i powinien zamknąć całą dyskografię. Mowa o genialnym "Riders on the Storm" o ponurym psychodelicznym klimacie i świetnych solowych popisach Manzarka. To właśnie ten kawałek był pierwszym the Doors jaki usłyszałem w życiu, chociaż w innej wersji. Jak wiele dzieciaków utwór ten usłyszałem jako przeróbkę z udziałem amerykańskiego rapera Snoop Doga w grze wyścigowej Need for Speed Underground 2. W moim przypadku natychmiast stał się to mój numer jeden z soundtracku tej gry.

Naprawdę szkoda, że pozostali muzycy po śmierci swojego lidera nie zdecydowali się rozwiązać zespołu i tworzyć pod innym szyldem. "L.A. Woman" z odgłosami burzy na końcu (które w sumie słychać cały utwór) w "Riders on the Storm" byłoby doskonałym zwieńczeniem całej twórczości. Niestety tak się nie stało, chociaż i tak większość fanów za ostatni album grupy uważa właśnie ten opisywany tutaj. Sam często przyłapuje się na tym, że uważam go za ostatni, choć wiem doskonale o istnieniu albumów nagranych już bez Morrisona.

8/10

Lista utworów:

  1. The Changeling
  2. Love her mandly
  3. Been down so long
  4. Cars hiss by my Window
  5. L.A. Woman
  6. L'America
  7. Hyacinth House
  8. Crawling King Snake
  9. The WASP (Texas Radio and the Big Beat)
  10. Riders on the Storm 

niedziela, 5 czerwca 2022

Recenzja: The Doors - "Morrison Hotel"

 

Okładka albumu "Morrison Hotel" zespołu The Doors

Na swoim piątym już krążku zespół the Doors poraz kolejny nieco zaskoczył. Bo nie najlepszym przyjęciu "The Soft Parade", w którym grupa nie do końca poradziła sobie z urozmaiceniem aranżacji za pomocą instrumentów dętych czy smyczkowych, zespół poszedł w zupełnie inną stronę, czyli uprościł swoje brzmienie kierując się bardziej w stronę bluesa - na czym zdecydowanie Doorsi świetnie wyszli.

Album otwiera jeden z bardziej znanych utworów zespołu, czyli energiczny "Roadhouse blues" z dużym udziałem harmonijki i genialną partią wokalną Jima Morrisona, którego głos stawał się coraz bardziej "przepity" - co idealnie do tego utworu pasuje. Chyba jeszcze bardziej zachrypnięty głos wokalisty słyszymy w "Maggie M'Gill" z fajną, bujajacą melodią i dużą rolą gitarzysty Robbiego Kriegera. Najbardziej swoim głosem Morrison czaruje w "Indian summer"- wg mnie najlepszym pod względem wokalnym utworze z tego albumu. 

Prawie cały album stoi na bardzo wysokim poziomie, więc ciężko mi podzielić krążek na część dobrą i złą, jednak czysto subiektywnie, do "lepszej" części krążka wrzuciłbym "Waiting for the Sun" nagrany już jakiś czas temu w czasie sesji tak właśnie nazwanego albumu. Szczególnie te bardziej zadziorne momenty podobają mi się najbardziej. Ciężko przejść obojętnie obok ballady "Blue sunday" - niby prostej, ale mającej w sobie coś, że uważam ją za czołówkę utworów z tego krążka. Wielką siłą zespołu były nagrania bardziej energiczne i przebojowe. Nie inaczej jest tutaj: bardzo lubię "Peace frog" z nietypowymi zagrywkami gitarzysty czy "You make me real" mocno nawiązujący do debiutu. Ten utwór zresztą skomponowany został właśnie przed wydaniem pierwszej płyty zespołu, więc podobieństwo stylistyczne nie powinno dziwić.

Nie mam żadnych zarzutów "Ship of fools", który jak na krótki czas trwania zawiera sporo motywów oraz do "Queens of the Highway" ze szczególnie dobrymi tymi nieco szybszymi fragmentami. Obie kompozycje jednak są dobre i nic ponadto, bo nie słyszę w nich także nic nadzwyczajnego. Za średnie uważam jednak "The Spy", który popsuły kawiarniane klawisze oraz "Land Ho!" - jakby bardziej wesołe nagranie, w którym słychać radość z grania, ale utwór nie zachwyca.

Zespół na szczęście szybko wrócił do formy po wydaniu bardzo średniego "the Soft Parade", w czasie nagrywania którego grupa była coraz bliżej rozpadu. Mimo, że głos wokalisty zdaje się być w coraz gorszym stanie, to dzięki udanym kompozycjom, ten świetnie pasuje do nagranych utworów.

8/10

Lista utworów:

  1. Roadhouse blues
  2. Waiting for the Sun
  3. You make me real
  4. Peace frog
  5. Blue sunday
  6. Ship of fools
  7. Land Ho!
  8. The Spy
  9. Queens of the Highway
  10. Indian summer
  11. Maggie M'Gill 

poniedziałek, 23 maja 2022

Recenzja: The Doors- "the Soft Parade"

 

Okładka albumu "The Soft Parade" zespołu The Doors

Na czwartym albumie kalifornijska grupa po raz kolejny obniżyła loty. Jim Morrison coraz bardziej popadał w alkoholowy nałóg oraz oddalał się od grupy. Jako jedyny nie akceptował też pomysłów aranżacyjnych swojego kolegi z zespołu, Robbiego Kriegera, dotyczących dodania partii instrumentów dętych i smyczkowych. W rezultacie po raz pierwszy utwory zawarte na albumie nie są podpisane całym zespołem, lecz nazwiskami muzyków, którzy dany utwór napisali. Mimo tych niepokojących okoliczności, na płycie i tak znajdziemy kilka ciekawych utworów.

Nieźle wypada żywiołowy "Touch me" z fajnymi partiami instrumentów dętych i ciekawym solo na trąbce. Podoba mi się chwytliwa melodia. Tego typu energicznych nagrań na płycie jest całkiem sporo, chociaż prezentują różny poziom. Nie najgorzej wypada "Do it" z jedną z lepszych na albumie partii wokalnych lidera zespołu . Średnio za to wypada "Easy ride", który może i jest dość chwytliwy, ale melodia nie prezentuje czegoś "ekstra" szybko wypadając z głowy. Jedynie perkusista grupy próbuje coś urozmaicić swoimi partiami. Kiedyś lubiłem też "Runnin' blue", dziś jednak nie wzbudza we mnie takiego zachwytu. Nie nazwał bym tego utworu złym, ale średnim już tak.

Bardzo podoba mi się natomiast bluesowy "Shaman's blues", w którym każdy z instrumentalistów gra ze świetnym wyczuciem a i Morrison prezentuje nam bardzo dobrą linię wokalną. Niecodziennie dla zespołu wyszedł "Wild Child" mocno kojarzący się z... Led Zeppelin. I to z drugim albumem grupy, który Brytyjczycy wypuszczą w świat kilka miesięcy później. Co prawda brzmienie nie jest tak ciężkie jak na krążkach autorów "Stairway to Heaven", ale sama kompozycja budzi mocne skojarzenia. 

Dwa powyższe utwory są moimi ulubionymi utworami na płycie, ale ciężko przejść obojętnie obok najdłuższego ma płycie utworu tytułowego, który już tradycyjnie jako najdłuższa kompozycja albumu wybrzmiewa na sam jego koniec. Utwór jest mocno rozbudowany i składa się z wielu pomysłów, w większości bardzo udanych, ale poszczególne części mocno się od siebie różnią i po połączeniu ze sobą tworzą zbyt duży misz masz. A szkoda,  bo po rozdzieleniu danych fragmentów i rozbudowaniu ich grupa mogłaby stworzyć kilka udanych utworów, które mogłyby zastąpić te mniej udane kompozycje na albumie jak np "kabaretowy" "Tell All the People", którym aranżacje instrumentów dętych były mocno nieprzemyślane, przez co utwór brzmi mocno archaicznie. Nie najlepiej wypada też "Wishful sinful", w którym po raz kolejny aranżacje dodatkowych instrumentów nie wypaliły. Sam utwór jest dosyć prosty, a po rozszerzeniu instrumentarium o smyczki, nagranie mocno zalatuje kiczem.

Na "The Soft Parade" grupa nie jest już monolitem. Lider zespołu mocno oddalił się od swoich kolegów, aby zamiast na wspólnej twórczości skupić się na własnej twórczości poetyckiej i na piciu. Niestety wyraźnie słychać to na albumie. Pomysł z zaangażowaniem instrumentów smyczkowych i dętych niestety też nie wypalił, chociaż pomysł miał potencjał i kilka razy mogliśmy się o tym przekonać. Na szczęście grupa jeszcze będzie w stanie wznieść się na wyższy poziom przed końcem swojej krótkiej i burzliwej działalności, o czym możemy przekonać się na kolejnych krążkach.

6/10

Lista utworów:

  1. Tell All the People
  2. Touch me
  3. Shaman's blues
  4. Do It
  5. Easy ride
  6. Wild Child
  7. Runnin'blue
  8. Wishful sinful
  9. The Soft Parade

sobota, 7 maja 2022

The Doors- "Waiting for the Sun"

Okładka albumu "Waiting for the Sun" zespołu The Doors


To niezwykle jak wielu wykonawców tworzących w końcówce lat 60. i początku lat 70. ubiegłego wieku potrafiło w przeciągu dwóch- trzech lat nagrać po trzy lub więcej albumów stojących na naprawdę wysokim poziomie. Idealnymi przykładami są opisywane przeze mnie legendy hard rocka: Black Sabbath i Led Zeppelin. I świetnym przykładem może być bohater dzisiejszej recenzji, amerykańska grupa the Doors. Fakt, trzeci album grupy odstaje poziomem od dwóch pierwszych krążków, jednak dalej jest to świetna płyta nie posiadająca wielkich wpadek, jednak z drugiej strony nie znajdziemy tu też tak wielkich momentów jak "Light my fire", "the End", "People are strange" czy "When the music's over".

Przede wszystkim na "Waiting for the Sun" znajdują się tylko i wyłącznie krótkie kawałki. Najdłuższy na płycie "Five to one" trwa zaledwie 4 i pół minuty i jest to jeden z moich ulubieńców na albumie. Świetnie zgrywają się tutaj partie Raya Manzarka i Robiego Kriegera, a ten drugi już po raz kolejny pokazuje, że jest gitarzystą, z którym naprawdę warto się liczyć i jest niesłusznie pomijany we wszelkich rankingach.

Od świetnej strony gitarzysta pokazuje się też w klimatycznym "Not to Touch the Earth"-gdzie w końcówce słyszymy świetny "dialog" Kriegera i Manzarka z Morrisonem- oraz w "Spanish Caravan" charakteryzującym się, zgodnie z tytułem, latynoskim klimatem. Sam utwór jest po prostu dobry i nic więcej, ale jest ciekawym urozmaiceniem albumu, jak i całej dyskografii grupy.

Grupa zresztą niecodziennych dla niej rozwiązań używa więcej. Chociażby w "the Unknown Soldier" z odgłosami ćwiczeń wojskowych w środku utworu czy w "My Wild love" składającego się przede wszystkim że śpiewu Morrisona na tle klaskania, chórku czy- w dalszej części- pstrykania palcami. 

Nie brakuje jednak na krążku numerów typowo "doorsowych", jak np przebojowy i psychodeliczny "Hello, I love you" czy "We Could Be So Good Together" bazującego przede wszystkim na charakterystycznych organach Manzarka.

Zespół postawił na swoim trzecim albumie na kilka łagodniejszych nagrań. Jest to ładna ballada "Love street" tracąca jednak kiczowatą końcówką z gwizdaniem i śpiewaniem "lalala", "Yes, the River knows" z ładnymi partiami gitarzysty czy nieco słabsze "Summer's almost gone" i "Wintertime love"

Kalifornijska grupa na swojej trzeciej płycie obniżyła nieco loty i nie serwuje nam takich klasyków jak na dwóch poprzednich dziełach, ale i tak wydali album, który naprawdę warto poznać, bo nietrudno się zachwycić takimi kawałkami jak "Yes, the River knows" albo świetny "Five to one"

8/10

Lista utworów

  1. Hello, I love you
  2. Love street
  3. Not to touch the earth
  4. Summer's almost gone
  5. Wintertime love
  6. The Unknown Soldier
  7. Spanish Caravan
  8. My Wild love
  9. We could be so good together
  10. Yes, the River knows
  11. Five to one

środa, 13 kwietnia 2022

The Doors- "Strange days"

Okładka albumu "Strange days" zespołu The Doors


Drugi album zespołu The Doors został wydany zaledwie kilka miesięcy po kultowym debiucie. Grupa miała wtedy talent do pisania zgrabnych, chwytliwych piosenek, więc postanowili kuć żelazo póki gorące, szczególnie że mieli już kilka gotowych nagrań z czasów przed debiutem. Nie znaczy to jednak że na "Strange days" mamy pełno odrzutów. Cały album prezentuje równy, bardzo wysoki poziom, być może przebijając nawet wybitny debiut.

Już po raz drugi z rzędu, grupa najlepsze zostawiła na koniec. "When the Music's Over" to finał ma miarę kultowego "the End". Mimo że to zupełnie inne (nie licząc długości) nagranie. Tym razem nie jest to transowy, klimatyczny utwór, lecz energiczne, pełne zmian motywów czy nastrojów arcydzieło.

Ale żaden z wcześniejszych utworów poziomem nie odstaje znacząco. Zachwyca nas tytułowy otwieracz z przetworzonym wolałem Morrisona i świetnymi (do czego powinniśmy się przyzwyczaić) klawiszowymi partiami Manzarka. Ciężko przejść obok prostej, ale świetnej piosenki "People are strange" o genialnej melodii czy "Moonlight drive " na którym z bardzo dobrej strony pokazuje się gitarzysta grupy Robby Krieger.

Dosyć oryginalnym urozmaiceniem na płycie jest "Horses lattidues", czyli półtora minutowa recytacja własnego wiersza przez Morrisona na tle eksperymentów grupy z taśmą czy pianinem, które brzmią jak odgłosy miasta,  z odgłosami paniki na samym końcu. Nie wiem czy było to potrzebne, ale też że względu na czas trwania, nie przeszkadza tak bardzo.

Bardzo dobrze wypadają natomiast pozostałe 5 kawałków, piosenkowa "you are lost little girl" ze świetną, niebanalna melodią i ładną linią wokalną, bluesowy "Love me two times", energiczne i krótkie "Unhappy girl", hipnotyczny utwór "I can't ser your face on my mind" z wieloma zmianami motywu mimo krótkiego czasu trwania oraz najbardziej czadowy na całym krążku "My eyes have seen you".

Na swoim drugim albumie, grupa the Doors zdążyła sporo się rozwinąć, mimo własnego, dojrzałego stylu już ma debiucie i krótkiego czasu trwania między nimi. Ciężko znaleźć tu ewidentną wpadkę, jedyne zastrzeżenie możemy mieć do przerywnika "Horses lattidues", ale i on znacząco nie obniża poziomu tego albumu, wg mnie najlepszego z całej dyskografii.

10/10

Lista utworów:

  1. Strange days
  2. You are lost little girl
  3. Love me two times
  4. Unhappy girl
  5. Horses lattidues
  6. Moonlight drive
  7. People are strange
  8. My eyes have seen you
  9. I can't see your face on my mind
  10. When the music's over 

piątek, 8 kwietnia 2022

the Doors- "the Doors"

 

Okładka albumu "The Doors" zespołu The Doors

The Doors to jeden z najbardziej znanych zespołów najciekawszego dla rozwoju rocka okresu stanowiącego drugą połowę lat 60. I pierwszą lat 70. Pod koniec szóstej dekady XX wieku, panowie z Kalifornii sławą wcale nie ustępowali zespołom tzw. „brytyjskiej inwazji” (np. the Beatles, the Rolling Stones, the Who czy Animals). W przypadku tych muzyków ich popularność bynajmniej nie jest nieuzasadniona. Zespół tworzył świetne, chwytliwe kawałki zawierające ciekawe, typowe dla rocka psychodelicznego rozwiązania, oraz dysponował utalentowanymi instrumentalistami oraz wokalistą o charakterystycznym niskim głosie i niesamowitej charyzmie.

Debiut przyniósł grupie dwie kultowe kompozycje. Co ciekawe, są to dwa najdłuższe na albumie nagrania, co zdarza się raczej rzadko. Pierwszym z wielkich przebojów jest niezwykle melodyjny „Light my fire” posiadający genialne popisy Raya Manzarka na klawiszach oraz Robbiego Kriegera na gitarze. W przypadku tego drugiego, szkoda, że nie ma on więcej szans na pokazanie pełni swojego talentu, bo jego solówka nagrana jest tu z niezwykłym feelingiem. Drugim z najbardziej znanych fragmentów płyty jest ponad 11minutowy finał albumu ”the End”, który swoją sławę zawdzięcza raczej kontrowersyjnemu tekstowi, niż muzyce, mimo że ta jest prawdziwym, hipnotyzującym arcydziełem o orientalnym klimacie.

Reszta albumu także stoi na bardzo wysokim poziomie. Zachwyca energiczny otwieracz „Break on Through(to the other Side)” z ekspresyjną partią wokalną Jima Morrisona. Nie ustępuje mu nieco mniej dynamiczny „Soul kitchen”, spokojna ballada „the Crystal Ship” czy „Twentieth Century Fox” przy którym nie da się powstrzymać głowy od kołysania nią do rytmu czy dupania nóżką.

Słabo wypada następująca po nich kabaretowa pioseneczka „Alabama song (Whiskey Bar)”, do której mimo wielu prób nie potrafię się przekonać. Nie zachwyca mnie także „End of the night” może i nastrojowa, ale dla mnie ten kawałek mógłby być na albumie nieobecny.

Dobrze słucha się natomiast pozostałych ”I looked at you”, zagranego z dużą energią „Take it as It Comes” czy bluesowego kawałka wykonywanego przez Howlin’ Wolfa „Back door man”. Nie są to może utwory takiego kalibru jak cztery pierwsze kawałki, nie mówiąc już o „the End” i „Light my fire”, ale to wciąż kawał solidnego rockowego grania.

Nazwany tak samo jak zespół debiut the Doors to jeden z najbardziej znanych albumów końcówki lat 60. oraz całego rocka psychodelicznego, cieszący się kultem jak najbardziej zasłużonym, mimo, kilku wad. Nie są to jednak wady na tyle duże ani nie ma ich tak dużo, żeby mocno zakłócać odbiór albumu. Krążek, który musi znać każdy miłośnik starego klasycznego rocka.

9/10

Lista utworów:

  1. Break on Through(to the other Side)
  2. Soul Kitchen
  3. the Crystal Ship
  4. Twetieth Century Fox
  5. Alabama song (Whiskey Bar)
  6. Light my fire
  7. Back Door Man
  8. I Looked at You
  9. End of the Night
  10. Take It as It Comes
  11. the End