Pokazywanie postów oznaczonych etykietą art rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą art rock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2022

Recenzja: Iggy Pop - "The Idiot"

Okładka albumu "The Idiot" Iggy'ego Popa

Po rozpadzie The Stooges z powodu narkotykowych nałogów członków zespołu, kariera lidera tej grupy, Iggy'ego Popa była praktycznie skończona. Z pomocą jednak przyszedł fan twórczości Amerykanina i zarazem inny wielki muzyk, David Bowie, który zabrał artystę na wycieczkę po Europie, a później pomógł mu nagrać solowy debiut. Mimo że "The Idiot" sygnowany jest przez Popa, to w głównej mierze jest to album Bowiego, który potraktował album ten jako próbę przed swoją trylogią Berlińską.

Podobnie jak na płytach Davida, tak i tu słychać bardzo wyraźne wpływy krautrocka. Utwory takie jak "Sister midnight", "Fun Time" czy "Baby" mimo że posiadają niezłe melodię, to przede wszystkim moją uwagę zwraca aranżacja momentami ewidentnie nawiązująca do niemieckiej sceny progresywnej. W "Nightclubbing" początkowo można było odczuć ponurą atmosferę jaka panowała w Berlinie, w którym muzycy spędzili dużo czasu w czasie swojej wyprawy. Jednak później pojawia się melodia, która zdecydowanie już do ponurych nie należy. Jeśli chodzi o melodię, to jednak tą najbardziej chwytliwą posiada mój ulubiony utwór z albumu, bardzo przebojowy "China Girl". Bardziej stonowanie wypadają "Dum Dum Boys" i "Tiny Girls", a finałowy "Mass Production" najbardziej zachwyca pod względem aranżacji.

Debiut Iggy'ego Popa to z pewnością jedno z jego największych dzieł, być może nawet największe wliczając w to muzykę The Stooges. Fakt, że ogromny wkład w ten album mial David Bowie i bez niego z pewnością nie byłby tak udany, jednak dzięki "The Idiot", Pop wskoczył na listę moich ulubionych solowych twórców.

8/10

Lista utworów:

  1. Sister midnight
  2. Nightclubbing
  3. Fun Time
  4. Baby
  5. China Girl
  6. Dum Dum Boys
  7. Tiny Girls
  8. Mass Production 

Komunikat
W najbliższym czasie wpisy na blogu mogą być umieszczane mocno nieregularnie ze względu na problemy z internetem jakie będą mnie czekały przez nieznany przeze mnie czas. Będę starał się w miarę możliwości umieszczać kolejne recenzję, jednak może się okazać, że przerwy między poszczególnymi postami będą wynosić nawet kilka dni.

poniedziałek, 5 grudnia 2022

Recenzja: The Stooges - "Funhouse"

Okładka albumu "Fun House" zespołu The Stooges

Przełom lat 60. i 70. był niesamowicie dynamicznym z muzyce. Działo się wtedy tyle, że aby utrzymać popularność, artysta musiał się rozwijać i nawet nie próbować dwa razy nagrać czegoś zbyt do siebie podobnego. Stąd też coraz to nowe elementy z albumu na album dodawało Led Zeppelin, Black Sabbath, Jimi Hendrix, Frank Zappa, Pink Floyd, King Crimson i wielu innych. Wśród tych innych znajdowało się The Stooges, które także mocno się rozwinęło przez rok między wydaniem debiutu, a drugiego krążka.

Wciąż jest to w większości muzyka prosta i energiczna jak w "Down on The street", "Loose" i "T.V. Eye". Każdy z nich mimo swej prostoty to bardzo udany kawałek, a najbardziej z nich lubię niesamowicie energiczny "Loose" z bardzo fajną grą na gitarze. W podobnym stylu utrzymany jest "1970", ale tu pod koniec pojawia się świetne jazzowe solo na saksofonie. W kolejnym "Fun House" instrument ten pełni już znacznie większą rolę, równą gitarze czy wokalowi, a sam utwór posiada świetny improwizacyjny charakter. Jeszcze dalej muzycy idą w finałowym "L.A. Blues" który jest już czysto awangardowym utworem z pewnością niełatwym w odbiorze dla przypadkowego słuchacza. Całości dopełnia wolniejszy "Dirt" z bluesową gitarą, który także jest udaną kompozycją.

Duży postęp poczynił zespół Iggy'ego Popa przez ten dosyć krótki czas. Już debiut stał ma wysokim poziomie, ale drugą płytą grupa ustawiła poprzeczkę niezwykle wysoko. Nie mieli jednak okazji jej przeskoczyć, bo już niedługo zespół nie istniał. Może, szkoda, ale dzięki temu The Stooges nie nagrało słabego albumu, a Iggy Pop solo także tworzył niezłe płyty.

9/10

Lista utworów:

  1. Down on The street
  2. Loose
  3. T.V. Eye
  4. Dirt
  5. 1970
  6. Fun House
  7. L.A. Blues

niedziela, 4 grudnia 2022

Recenzja: Squid - "Bright Green Field"

Okładka albumu "Bright Green Field" zespołu Squid

Było już u mnie o black midi, było o Black Country, New Road, przyszła więc pora na grupę, która z dwiema wspomnianymi jest powiązana stylistycznie, jak i środowiskowo. Chodzi o Squid. Podobnie jak oba wymienione na początku zespoły, tak i Squid nagrywa szeroko rozumiany post punk z wpływami innych gatunków, jak jazz, funk czy elektronika. To co łączy wszystkie trzy zespoły to także obecność charyzmatycznego wokalisty o bardziej specyficznym sposobie śpiewania, chociaż w post punku "dziwny" wokal to nic nadzwyczajnego.

Album rozpoczyna miniatura pod tytułem "Resolution Square". Nie nazwał bym jej odpowiednim wstępem do albumu, bo jest to tylko seria elektronicznych dźwięków przez niecałą minutę. I choć elektronika na debiucie Squid jest obecna i momentami daje mocno o sobie znać, to ktoś po wysłuchaniu tych kilkudziesięciu sekund otwieracza może być zdziwiony, gdy usłyszy kolejny "G.S.K.", który z intrem nie ma nic wspólnego. Drugi utwór na płycie jest równie gęsty i dynamiczny jak choćby utwory Talking Heads albo King Crimson w swoim post punkowym okresie.

Podobnie ma się sprawa z kolejnym "Narrator". Ten jednak dodatkowo świetnie buja, a także wyróżnia się udziałem kobiecego wokalu - przez większość utworu są tu tylko mówione wersy, później jednak ciarki wywołują dzikie wrzaski.

W kolejnych "Boy Racers" i "Padding" już mocniej daje o sobie znać elektronika. Ten pierwszy mimo podzielenia wyraźnie na dwie części - nowofalową i elektroniczną - jest jednym z moich ulubionych utworów na płycie. Ale i "Padding" posiada świetny klimat, choć występują w nim bardziej żywiołowe momenty.

Wraz z "2010" pojawia się chwila zastanowienia czy grupie nie zaczęły kończyć się pomysły, bo przypomina nieco inne wolniejsze momenty do tej pory. Później jednak pojawia się niezwykle ciężki, metalowy niemal fragment, jednak znacznie bardziej złożony niż mogłaby zagrać większość przedstawicieli tego bardzo obszernego gatunku. "The Flyover" to tylko niepotrzebna miniatura, ale następujący po nim "Peel St." to już bardzo fajne, energiczne i bujające nagranie z niezłym zwolnieniem w dalszej części. Ostatnie dwa utwory na albumie za to już ciężko porównać do innych. "Global Groove" to chyba najbardziej klimatyczne nagranie na albumie, które wciąga nawet w bardziej żywiołowych momentach. Finałowy "Pamphlets" za to oprócz wielu zmian motywów wyróżnia się... normalnym sposobem śpiewu Olliego Judge'a.

Naprawdę ciężko mi określić który z trzech powiązanych ze sobą zespołów polubiłem najbardziej. Każdy z nich ma w sobie to "Coś" i każdy w zeszłym roku nagrał świetne, wciągające albumy. Zresztą, z całej trójki, tylko Squid nie wydał równie ciekawego albumu we właśnie się kończącym roku. Mimo to nie wolno skreślać tej grupy z listy potencjalnych "zbawicieli rocka" jakich często na siłę szuka się w ostatnich latach. Chociaż ciężko znaleźć właśnie te zespoły w rockowych czasopismach czy innych mediach tematycznych, a zamiast nich wyróżnia się takie zespoły jak Maneskin czy Greta van Fleet.

10/10

Lista utworów:

  1. Resolution Square
  2. G.S.K.
  3. Narrator
  4. Boy Racers
  5. Padding
  6. Documentary Filmmaker 
  7. 2010
  8. The Flyover
  9. Peel St.
  10. Global Groove
  11. Pamphlets

czwartek, 17 listopada 2022

Recenzja: The Stooges - "The Stooges"

Okładka albumu "The Stooges" zespołu The Stooges

The Stooges to, podobnie jak The Velvet Underground, zespół nie do końca doceniany w czasie aktywności grupy, ale okazujący się niezwykle wpływowy po latach. Obie grupy zresztą sporo łączy. Obie są kwalifikowane jako zespoły proto-punkowe, obie posiadały natychmiast rozpoznawalnych wokalistów i obydwa wpłynęły na twórczość choćby Davida Bowie, który inspirowany twórczością tych grup stworzył swoje najlepsze albumy, a także wydostał liderów obydwu grup z artystycznej stagnacji po rozpadzie macierzystego zespołu. Warto nadmienić, że z The Stooges współpracował były muzyk the Velvet Underground, John Cale.

Mimo wszystko twórczość zespołu charyzmatycznego Iggy'ego Popa, a przynajmniej jego debiut, wydaje się bardziej przystępny. A jednak podobnie jak w utworach The Velvet Underground, tak i tutaj, gitarzysta Ron Ascheton często gra mocno eksperymentalne, zgiełkliwe partie. Te można usłyszeć na większości materiału, np surowym "1969", wpadającym w ucho, ale mało wybitnym "No Fun" czy zadziornym "Not Right". Ascheton świetną robotę wykonuje również w "Real Cool Time" i "Little Doll". Każdy w wyżej wymienionych utworów jest co najmniej solidny, ale muzycy umieścili tu kilka lepszych nagrań. Takim jest choćby bardzo udany "I wanna be Your Dog" i łagodny "Ann" z ładną partią wokalną Popa. Jednak najlepsze co grupa tu umieściła, to 10 minutowy, psychodeliczny "We Will Fall". Muzycy stworzyli tu niesamowity, mistyczny klimat, a sam utwór niezwykle wciąga słuchacza.

"The Stooges" to album, który bezpośrednio zainspirował setki wykonawców, jednak pośrednio wpłynął na twórczość tysięcy grup na całym świecie. Być może gdyby nie ten album, dzisiejsza muzyka rockowa i metalowa wyglądała by tak jak wygląda. Niby byli inni proto punkowi wykonawcy, ale ciężko przejść obok słów wielu uznanych muzyków o wpływie jaki wywarł na nich Iggy Pop i spółka.

7/10

Lista utworów:

  1. 1969
  2. I wanna be Your Dog
  3. We Will Fall
  4. No Fun
  5. Real Cool Time
  6. Ann
  7. Not Right
  8. Little Doll 

poniedziałek, 31 października 2022

Recenzja: Genesis - "The Lamb Lies Down on Broadway"

Okładka albumu "The Lamb Lies Down on Broadway" zespołu Genesis


Czasami bywa tak, że mimo odnoszonych sukcesów, muzycy mają dość pewnych konwencji. Tak właśnie stało się w pewnym momencie z Genesis. Na swoim szóstym studyjnym albumie grupa znacząco odchodzi od swojego wypracowanego, "bajkowego" stylu na rzecz krótszych, często nie trwających nawet trzy minuty kompozycji. Na kształt albumu mocno wpłynęło na pewno także to, że Peter Gabriel wyraźnie oddalał się od grupy i osobno tworzył on, a osobno jego koledzy. Nie brzmi to raczej zbyt zachęcająco dla fanów wcześniejszej twórczości zespołu czy ogólnie fanów rocka progresywnego, ale mimo wszystko "The Lamb Lies Down on Broadway" to album całkiem udany... tyle że za długi.
Album ten trwa ponad 90 minut i co za tym idzie jest to album dwupłytowy. Zwykle lepiej oceniana jest ta pierwsza płyta z takimi utworami jak rozpoczęty inspirowanym muzyką klasyczną wstępem utwór tytułowy, rozbudowany "In the Cage" albo zadziorny "Back in NYC". Świetnie wypada także oparty na kontraście dwóch części - balladowej i ostrzejszej - "Fly On A Windshield", a także piękna ballada ",Carpet Crawlers". Całkiem niezłe są też rockowy "Broadway Melody of 1974", spokojnieszy "Cuckoo Cocoon", chwytliwy "The Grand Parade Of Lifeless Packaging", "The Chamber Of 32 Doors" ze świetnym wstępem, w także początkowo poprockowy "Counting Out Time", w którym jednak muzycy później ciekawie kombinują. Jest jeszcze nie najgorszy utwór instrumentalny z fajnymi gitarowymi partiami Hacketta - "Hairless Heart".

Druga płyta ma już gorsze oceny, ale i tu znajdą się miłe dla ucha kawałki, tyle że nie tak charakterystyczne. Fajnie się słucha choćby zadziorny "Lilywhite Lilith", początkowo piosenkowy, lecz nabierający pazura "Anyway", "Silent Sorrow In Empty Rooms" z jakby sakralnym wstępem, piosenkowy "The Light Dies Down On Broadway" czy balladę "In the Rapids". Najciekawszą kompozycją na drugiej płycie jest jednak genialne "The Lamia". Jest to ballada ze świetną partią wokalną Gabriela, posiadająca jednak bardzo udane zaostrzenia. Interesująco wypada też instrumentalny "The Waiting Room". To z kolei najbardziej nietypowe nagranie na albumie. Od pierwszych dźwięków utwór ten przyciąga uwagę swoim niepokojącym, strasznym klimatem. Muszę tu też pochwalić Phila Collinsa za bardzo fajną grę na perkusji. Artyści nie poradzili sobie natomiast z ośmiominutowym i podzielonym na trzy części "The Colony Of Slippermen". O ile poszczególne fragmenty całej kompozycji wypadają nieźle, to często są nie do końca do siebie pasujące. Po tym właśnie utworze słyszymy "kosmiczną" miniaturę "Ravine", która mimo bycia ciekawym urozmaiceniem nie wiem czy pasuje na ten album. Można jeszcze wyróżnić finałowy "It", który szybko wpada w ucho. Reszta zamieszczonych tu nagrań z kolei już wypada nijako.

Trudno winić zespół o drastyczną zmianę stylu. Biorąc pod uwagę wewnętrzne problemy grupy, a także to, że obrana wcześniej stylistyka nie jest niewyczerpana, mogę wręcz muzyków Genesis pochwalić za próbę sprawdzenia się w czymś innym. Wyszło bardzo dobrze i przy okazji album ten może być zapowiedzią dla muzyki, którą zespół będzie grać już po odejściu Petera Gabriela. Największą wadą jest oczywiście długość, bo muzycznie wypada dobrze i nawet większość tych słabszych numerów nie jest taka zła.

7/10

Lista utworów:

CD1
  1. The Lamb Lies Down on Broadway
  2. Fly On A Windshield
  3. Broadway Melody of 1974
  4.  Cuckoo Cocoon
  5. In the Cage
  6. The Grand Parade Of Lifeless Packaging 
  7. Back in NYC
  8. Hairless Heart
  9. Counting Out Time
  10. Carpet Crawlers
  11. The Chamber Of 32 Doors
CD2
  1. Lilywhite Lilith
  2. The Waiting Room
  3. Anyway
  4. Here Comes the Supernatural Anaesthetist
  5. The Lamia
  6. Silent Sorrow In Empty Rooms
  7. The Colony Of Slippermen
  8. Ravine
  9. The Light Dies Down On Broadway 
  10. Riding the Scree
  11. In the Rapids 
  12. It

piątek, 28 października 2022

Recenzja: Black Country, New Road - "Ants From Up There"

Okładka albumu "Ants From Up There" zespołu Black Country, New Road

Po tym jak wielkie wrażenie zrobił na mnie debiut brytyjskiego Black Country, New Road miałem ogromne oczekiwania wobec następcy tego świetnego wydawnictwa. Nie zapoznając się jednak wcześniej z wydanymi przed albumem singlami spodziewałem się, że grupa rozwinie swoją dotychczasową post-punkową stylistykę. A mimo to nie zaskoczyło mnie mocno, że Brytyjczycy odeszli od poprzedniego stylu tak mocno. Tym razem muzycy postawili na wyciszenie zamiast gęstego grania inspirowanego kilkoma, często bardzo odmiennymi stylami muzycznymi.

Różnice słychać już od samego początku. Otwierający debiutancki album "Instrumental" był rozbudowany, gęsty i bardzo wiele w nim się działo. W tym wypadku jednak otwieracz pod tytułem "Intro" trwa niecałą minutę, choć też jest dosyć ciekawy. Słuchać przede wszystkim, że jeszcze większe będą jazzowe wpływy za sprawą ogromnej roli saksofonu. To, jak ważny jest na albumie ten instrument słychać w kolejnym "Chaos Space Marine". A w spokojniejszym początkowo "Concorde" za to najciekawiej robi się w końcówce, gdy właśnie używany przez Lewisa Evansa instrument wysuwa się na pierwszy plan. Za to zbędnym wg mnie "utworem" jest 3-minutowy "Mark's Theme".

Ale "Ants From Up There" to nie tylko saksofon Evansa, bo ponownie reszta muzyków daje tu o sobie znać, ale same kompozycje są równie udane jak na debiucie. "Bread Song" np urzeka mnie swoją delikatnością, "Good Will Hunting" ma bardzo chwytliwe momenty i ciekawy wstęp, który kojarzy mi się z "Tarot Woman" Rainbow, a "Haldern" zarówno w spokojniejszej, jak i tej bardziej energicznej części jest bardzo udany. "The Place Where He Inserted the Blade", "Snow Globes" i "Basketball Shoes" to również bardzo udane kompozycje i nawet długi czas trwania dwóch ostatnich nie przeszkadza, bo czas ten mija bardzo szybko.

Drugi album Black Country, New Road mógł wywołać zaskoczenie wśród fanów debiutu tej grupy. Jednak mimo ogromnej zmiany stylistycznej muzycy pokazali, że potrafią odnaleźć się w różnych stylach z równie dobrym skutkiem. Szkoda, że pod znakiem zapytania stoją kolejne wydawnictwa zespołu. Z grupy odszedł charakterystyczny śpiewający gitarzysta zespołu, Isaac Wood i mimo, że reszta muzyków zapowiedziała dalszą działalność pod tym szyldem, to Black Country, New Road straciło niesamowicie ważnego i rozpoznawalnego członka.

9/10

Lista utworów:

  1. Intro
  2. Chaos Space Marine
  3. Concorde
  4. Bread Song
  5. Good Will Hunting
  6. Haldern
  7. Mark's Theme
  8. The Place Where He Inserted the Blade
  9. Snow Globes
  10. Basketball Shoes

wtorek, 4 października 2022

Recenzja: Black Country, New Road - "For The First Time"

Okładka albumu "For The First Time" zespołu Black Country, New Road

Po opisaniu twórczości brytyjskiego black midi przyszła pora, żeby skupić się na dyskografii grupy silnie z nią powiązaną. Black Country, New Road to zespół z black midi zaprzyjaźniony, wywodzący się z tej samej, zrodzonej przed kilkoma laty, lecz chyba jeszcze niemającej nazwy sceny, a także prezentująca podobny styl będący pochodną post punku połączonego z innymi, zupełnie odmiennymi stylami, jak funk, jazz czy krautrock. W 2021 roku, tak ważnym dla nowego stylu, gdy black midi wydało swój drugi, gorąco przyjęty album oraz debiutowała inna ważna dla tej sceny grupa Squid, swoją pierwszą płytę wydało właśnie Black Country, New Road.

Album rozpoczyna utwór o jakże wiele mówiącym tytule "Instrumental". Już tutaj słychać, że mamy do czynienia z grupą, która nie stawia tu na najprostsze, byle melodyjne środki. Melodii tu oczywiście nie brakuje, lecz muzycy pokazują tu swój niemały kunszt inatrumentalny oraz talent kompozytorski. Kolejny "Athens, France" poprzedniemu kawałkowi pod względem intensywności nie ustępuje, a dodatkowo słyszymy tu charakterystyczny wokal Isaaca Wooda.

Już tutaj było słychać, że członkowie zespołu mają bardzo bogate inspiracje, jednak kolejna, a konkretnie noise, dochodzi w kolejnym "Science Fair", w którym hałas pełni ogromną rolę, choć są tu też długie, spokojniejsze momenty. Kolejne trzy utwory są już utwory "normalniejsze", choć także udane, a przynajmniej w dwóch przypadkach. Długi, prawie 10-cio minutowy "Sunglasses" posiada masę udanych, tworzących zgrabną całość pomysłów, podobnie jak zaczynający się spokojnie, by później nabrać intensywności "Opus" kończący album. Nie przekonuje mnie natomiast "Track X", który zdaje mi się zbyt nużący.

Debiut Black Country, New Road to jedna z ciekawszych nowych płyt jakie słyszałem w ostatnich latach. Mało jest obecnie nowych zespołów, które potrafią na mnie wywrzeć większe wrażenie, ale BCNR na pewno jest jedną z nich.

9/10

Lista utworów:

  1. Instrumental
  2. Athens, France
  3. Science Fair
  4. Sunglasses
  5. Track X
  6. Opus

niedziela, 31 lipca 2022

Recenzja: Lou Reed - "Berlin"

 

Okładka albumu "Berlin" Lou Reeda

Lou Reed to jeden z tych artystów, którzy muzykę i warstwę tekstową swoich dzieł traktują równo. To, że tworzone przez gitarzystę teksty nie należą do pozytywnych słyszeliśmy już na debiucie the Velvet Underground i podobny kurs Reed obrał w karierze solowej, np na umieszczonym na debiucie "Berlinie". Nieprzypadkowo wspominam o tej konkretnej kompozycji, bo nie dość, że udzieliła tytułu opisywanej płycie, to zostaje tu powtórzona, a także tekst do tego utworu jest tu bazą do pozostałych liryków na albumie. Lou Reed stworzył tym samym album koncepcyjny spójny zarówno pod względem tekstowym jak i muzycznym - czyli tak jak to powinno wyglądać.

Pod względem poziomu także album jest dosyć równy; ja jednak znacznie bardziej lubię pierwsze kompozycje niż te, które są w drugiej połowie płyty. Bardzo dużo dzieje się w "Lady Day", który mocno może się kojarzyć z Davidem Bowie, z którym Reed współpracował wcześniej i który został bardzo ciekawie i bogato zaaranżowany. "Men of the Fortune" ma spokojny wstęp i w sumie powolny jest cały utwór, jednak w dalszej części nie jest tak melancholijnie. "Caroline Says I" z chwytliwą melodią i "Oh Jim" ze świetną melodią i mocno oderwaną od wcześniejszej części utworu końcówka z wokalem Reeda przy akompaniamencie gitary to dwa moje ulubione fragmenty albumu. Fajny jest też "How Do You Think It Feels", tu jednak nudny jest początek, za to jak wchodzi mocniejsza gitara i dęciaki robi się bardzo ciekawie.

"Caroline Says II" mimo miłej melodii jest nieco przesłodzony, "The Kids" jest trochę przydługi, ale dużo się tu dzieje. W "The Bed" także przychodzi znużenie w pewnym momencie, jednak niepokojąca końcówka jest genialna. Lepiej od nich wypada "Sad Song", tu jednak artysta mógł sobie odpuścić powtarzane przez kilka minut monotonne "Saaad Song".

Trzeci solowy album byłego gitarzysty the Velvet Underground to płyta bardzo ciekawa, szczególnie jeśli chodzi o warstwę liryczną, muzyka do nich nagrana jednak także się broni, a dodatkowo idealnie pasuje to tych ponurych tekstów. Nie jest to może tak świetny album jak "Transformer", wiele mu jednak nie ustępuje, więc ocenę wystawiam identyczną.

8/10

Lista utworów:

  1. Berlin
  2. Lady Day
  3. Men of Good Fortune
  4. Caroline Says I
  5. How Do You Think It Feels
  6. Oh Jim
  7. Caroline Says II
  8. The Kids
  9. The Bed
  10. Sad Song

sobota, 16 lipca 2022

Recenzja: Lou Reed - "Transformer"

 

Okładka albumu "Transformer" Lou Reeda

Pierwszy solowy album Lou Reeda nie odniósł sukcesu, tak samo jak twórczość the Velvet Underground w którym występował wcześniej. Artyście potrzebny był ktoś, kto pomoże śpiewającemu gitarzyście wybić się. Taką osobą był David Bowie, który był zafascynowany wczesnymi albumami dawnej grupy Lou Reeda i nagrywał akurat dla tej samej wytwórni. Ręka Bowiego jest wyraźnie słyszalna przede wszystkim pod względem produkcyjnym, bo same kompozycje w sporej mierze skomponowane zostały jeszcze za czasów The Velvet Underground.

Zamieszczone tutaj utwory są zwykle krótkie i trzymają się piosenkowej formy. Mimo to są zróżnicowane i prezentują się ciekawie, zarówno te bardziej energiczne jak "Vicious" i "Hangin''Round", jak i te wolniejsze pokroju "Perfect Day" z partiami pianina i bogato zaaranżowane "Goodnight Ladies" oraz "Satellite of Love". Łączący fragmenty spokojne z bardziej żywiołowymi"Andy's Chest" także wypada dosyć melodyjnie.

Fajnie wypadają kawałki, gdy Reed z towarzystwem starają się urozmaicić album. Np w końcówce "Walk on the Wild Side" słychać trąbkę, a od samego utworu ciężko się oderwać, mimo prostej gry instrumentalistów oraz melorecytowanego tekstu. W udanym "Make Up" słychać tubę, "Wagon Wheel" posiada chwytliwą melodię i udane zwolnienie, a króciutkie "New York Telephone Conversation" nawiązuje do muzyki kabaretowej. Największą perełką natomiast jest czadowy "I'm so Free", w którym jednak mogą irytować chórki, które są bolączką też paru innych kompozycji, nie obniżają jednak poziomu znacząco.

Drugi album Reeda odniósł już większy sukces, za czym prawdopodobnie stoi sama obecność Bowiego, który właśnie odnosił wielki sukces dzięki stworzeniu postaci Ziggy'ego Stardusta. A nawet dziś można go znaleźć na różnorakich rankingach czy listach - choć zwykle na dalszych pozycjach.

8/10

Lista utworów:

  1. Vicious
  2. Andy's Chest
  3. Perfect Day
  4. Hangin''Round
  5. Walk on the Wild Side
  6. Make Up
  7. Satellite of Love
  8. Wagon Wheel
  9. New York Telephone Conversation
  10. I'm So Free
  11. Goodnight Ladies

piątek, 15 lipca 2022

Recenzja: black midi - "Hellfire"

 

Okładka albumu "Hellfire" zespołu black midi

W zeszłym roku black midi nagrało jeden z najlepszych albumów 2021 roku. A dziś w serwisach streamingowych oraz na półkach sklepowych ukazał się trzeci, długo wyczekiwany przeze mnie krążek młodej brytyjskiej grupy. I już po jednym przesłuchaniu mogę powiedzieć, że album spełnił moje wysokie oczekiwania.

Praktycznie każdy z zawartych tu utworów zawiera tyle motywów, że pomysły z tej płyty można by rozdzielić na kilka płyt. Na szczęście tak grupa nie zrobiła i dzięki temu kompozycje black midi są tak "gęste", intensywne i słuchając utwór po raz pierwszy nigdy nie wiadomo co się wydarzy za moment. Taki jest choćby "Sugar/Tzu", który zaczyna się powoli, ale potem robi się bardzo energicznie. Poza aranżacją interesujące są melodię. Jeszcze bardziej lubię kolejny "Eat Men Eat" - który w przeciwieństwie do poprzednika zaczyna się żywiołowo, aby później zwolnić. Jednak i w tych spokojnych momentach instrumentaliści, a szczególnie perkusista dają o sobie mocno znać. "Welcome To Hell" ma chwytliwe partie instrumentalne właściwie cały utwór.

Grupa bardzo dobrze się spisała w tych spokojniejszych kompozycjach, jak chyba najbardziej przystępny, ale genialnie zaaranżowany "Still" albo "the Defence" rozpoczęty bardzo subtelnie, jednak i tu utwór napiera energii - jednak brzmi balladowo właściwie do końca. Słabiej wypada "Dangerous Liaisions" - także spokojniejszy kawałek, jednak nie dorównujący dwóm wymienionym przed momentem, mimo że jest udany. Najwięcej pomysłowości muzycy wnieśli chyba jednak do "The race is About To Begin", w którym możemy usłyszeć świetny, bardzo szybki śpiew wokalisty, a także w finałowym "27 questions" z mrocznym początkiem. Dwa pozostałe utwory, czyli pełniący funkcję wstępu do albumu utwór tytułowy oraz "radiowy" przerywnik "Half time" to zwyczajne nie przeszkadzające miniaturki.

"Schlangenheim" było ciekawe, "Cavalcade" wbiło się na poziom osiągalny tylko dla nielicznych, a "Hellfire" za pierwszym razem spodobał mi się jeszcze bardziej niż drugi album zespołu. Nie wiem czy takie odczucia zostaną, bo "Hellfire" mimo wszystko stylistycznie do poprzednika jest bardzo podobny. Na ten moment jednak black midi nagrało wg mnie swój najlepszy album w karierze.

10/10

Lista utworów:

  1. Hellfire
  2. Sugar/Tzu
  3. Eat Men Eat
  4. Welcome To Hell
  5. Still
  6. Half time
  7. The Race Is About To Begin
  8. Dangerous Liaisions
  9. The Defence
  10. 27 questions

czwartek, 7 lipca 2022

Recenzja: black midi - "Cavalcade"

Okładka albumu "Cavalcade" zespołu black midi

Dwa lata minęły od udanego debiutu black midi do ukazania się ich drugiego krążka. Zespół przez ten czas poczynił niemałe postępy. Do swoich i tak już interesujących inspiracji, muzycy dołączyli jazz-rock. W tym przypadku nowa inspiracja objawia się udziałem instrumentów dętych, za które w większości przypadków odpowiadają muzycy gościnni. Postęp widoczny jest także w samych kompozycjach, aranżacjach, a nawet umiejętnościach warsztatowych i zgraniu.

Oczywiście wciąż dominuje tu post-punkowe, tyle że bardziej eksperymentalne granie. Słychać to doskonale w singlowym "John L". Jest to jedna z najbardziej energicznych kompozycji na całej płycie oraz jedna z najbardziej "gęstych". Wciąż dużo się tu dzieje, nie wiadomo co muzycy zaprezentują za chwilę. Podobnie jest w "Chondromalacia Patella", tu jednak przez większość utworu powtarza się to samo, jedynie perkusista stara się coś urozmaicić. Ciekawiej robi się w ostatnie półtora minuty.

W przeciwieństwie do poprzednio opisywanego utworu, powtarzalność w "Slow" bardziej wprowadza mnie w trans niż irytuje. Najbardziej urzekają mnie jednak utwory prawie w pełni balladowe. Taka jest "Merlene Dietrich", w której  orkiestracje w tle i specyficzny sposób śpiewu Greepa przywodzi na myśl skojarzenia z bardzo starymi utworami balladowymi. Nie brzmi to jednak archaicznie, lecz artyści stworzyli bardzo ładny utwór. "Diamomd stuff" za to jest najbardziej klimatycznym utworem na płycie i pomimo trudności z rozróżnieniem wyśpiewywanych słów przez użycie pogłosu i nietypowy sposób śpiewu, to elementy te są bardziej plusem niż minusem utworu, dzięki czemu jeszcze bardziej pogłębiają klimat kompozycji. "Diamomd stuff" bardzo płynnie przechodzi w kolejny "Dethroned", który energii nabiera wraz z wejściem wokalu. Od tej pory aż do samego końca kawałka, utwór ten nabiera nieprzerwanie stopniowo ciężaru i napięcia.

O tym, , w muzycy black midi na brak pomysłów nie narzekają mogliśmy usłyszeć już na debiucie. W przypadku drugiego albumu idealnym na to przykładem jest zaledwie dwu i półminutowy "Hogwash and Balderdash". Utwór ten mimo bardzo krótkiego czasu trwania powala ilością pomysłów czy zmian motywów. Jeśli w takim krótkim utworze muzycy potrafili przemycić tyle rozwiązań, to musieli zrobić to samo na najdłuższym "Ascending forth" - i to właśnie uczynili. Początkowo ponownie brzmi to jak stosunkowo stary utwór. Nowoczesności nadaje na pewno brzmienie oraz stopniowo dodawane partie w tle. Z czasem utwór staje się coraz mniej spokojny, wokal nabiera napięcia, słychać partie saksofonu, a sekcja rytmiczna gra z większym polotem.

black midi na swoim drugim studyjnym albumie pokazał swoje odświeżone oblicze, rozwinął się na wielu polach, zawarł korzystne kontakty z innymi młodymi o obiecującymi muzykami, a stworzone kompozycje dopracowywał na występach. W efekcie czego "Cavalcade" stał się jednym z najlepszych albumów poprzedniego roku. A już za kilka dni premiera albumu nr 3, do którego mam niemałe oczekiwania.

9/10

Lista utworów:

  1. John L
  2. Merlene Dietrich
  3. Chondromalacia Patella
  4. Slow
  5. Diamomd stuff
  6. Dethroned
  7. Hogwash and Balderdash
  8. Ascending forth

sobota, 2 lipca 2022

Recenzja: Black Midi - "Schlangenheim"

 

Okładka albumu "Schlangenheim" zespołu black midi

Już niedługo, bo 15 lipca ukaże się "Hellfire", czyli kolejny album dosyć młodego, ale jakże obiecującego, a nawet w pewnych kręgach niesamowicie popularnego zespołu o nazwie black midi. Wspomniana premiera zachęciła mnie, by rozpocząć opisywanie tego świetnego, brytyjskiego bandu. Grupa ta bardzo udanie łączy kilka, może nawet kilkanaście gatunków muzycznych, wśród swoich inspiracji zawierając post punkowe King Crimson, Talking Head, This Head, Can i sporo innych interesujących twórców z poprzedniego stulecia.

black midi niemałe zainteresowanie sobą spowodował jeszcze przed ukazaniem się ich debiutanckiego albumu "Schlangenheim" będącego tematem tej recenzji. Owo zainteresowanie nie jest przypadkowe. Szybko po ukształtowaniu się składu, zespół budził sensację na swoich występach, apetyt słuchaczy podsycając singlami. W końcu w 2019 roku ukazał się wspomniany debiut. Muzyka tu zawarta nie jest najłatwiejsza w odbiorze, co można stwierdzić po wymienionych wcześniej inspiracjach, a mimo to na portalu Rateyourmusic szybko zdobył dużą liczbę ocen - w większości pozytywnych.

Wielkim plusem (przynajmniej dla mnie) jest barwa głosu wokalisty Geordiego Greepa, który brzmi bardzo podobnie do mojego wielkiego idola, Davida Bowiego. Różni się jednak od wspomnianego Brytyjczyka - i to mocno - sposobem śpiewania. Wprawdzie w otwierającym krążek "953" te podobieństwa nie są tak mocne, za to utwór ten ma inne walory. Jest to jedno z najmocniejszych, najbardziej energicznych nagrań na całej płycie; jednak te żywiołowe fragmenty udanie łączy z tymi spokojnymi.

Na brak energii słuchacz na pewno nie ma co narzekać, choć zwykle te żywiołowe fragmenty są przeplatane ze spokojnieszymi tak jak w otwieraczu. Taka sytuacja jest np. w "Reggae", albo w "Near DT, MI" gdzie jednak bardziej podobają mi się momenty spokojniesze.

Wspomniane utwory są udane, jednak wcale nie są najlepsze na całym albumie. "Speedway" chociażby genialnie łączy z jednej strony bardzo proste partie gitary elektrycznej z wyśmienitą, skomplikowaną grą perkusisty, który obok wokalisty jest na "Schlangenheim" najważniejszą postacią. Interesujące są szczególnie fragmenty gry gitarowe akordy uderzają w "mroczny" ton. Jeszcze lepszy jest prawie tytułowy "Of Schlangenheim" z bardzo chwytliwą melodią, świetnym brzmieniem basu, genialną gitarą i wyśmienitymi popisami wokalnymi Greepa. Bardzo udany jest również ośmiominutowy "Western", którego początek faktycznie może się kojarzyć z takimi kowbojskimi klimatami. Ten czar pryska gdy utwór staje się bardziej żywiołowy, ale i ta część jest świetna, na swój sposób całkiem chwytliwa.

Mniej entuzjastycznie jestem nastawiony do ostatnich trzech kompozycji na płycie. "Bmbmbm" w zasadzie wciąż powtarza jeden motyw, który zespół próbuje wzbogacić co jakiś czas. Także wokal jest tu monotonny, bo praktycznie cały utwór jest "mówiony". Jako urozmaicenie można wymienić jakieś jęki czy krzyki w tle, ale to nie podnosi poziomu utworu. "Years Ago" oparty jest na monotonnej sekcji rytmicznej ale przynajmniej jest krótki. Finałowy "Ducter" też nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym.

Mimo że "Schlangenheim" nie jest doskonały, to jest to bardzo udany debiut młodej grupy, która nagrała krążek ten mniej więcej rok po powstaniu. Dała tym samym pretekst aby przyglądać się jej poczynianiom, co jak już wiadomo było opłacalne, bo dwa lata później, czyli w poprzednim 2021 roku nagrali jedną z najlepszych płyt ówczesnych dwunastu miesięcy. Ale o tym za jakiś czas.

8/10

Lista utworów:

  1. 953
  2. Speedway
  3. Reggae
  4. Near DT, MI
  5. Western
  6. Of Schlangenheim
  7. Bmbmbm
  8. Years Ago
  9. Ducter

czwartek, 23 czerwca 2022

Recenzja: Lou Reed - "Lou Reed"

 

Okładka albumu "Lou Reed" Lou Reeda

Po odejściu z the Velvet Underground, Lou Reed na jakiś czas zawiesił swoją muzyczną karierę. Zajął się wtedy księgowością w firmie swojego ojca. Nie trwało to długo, bo po dwóch latach rozpoczął karierę solową wydając swój niezatytułowany debiut w 1972 roku. Jeśli chodzi o muzykę, to ta mocno kojarzy się z albumami macierzystej grupy Reeda już po odejściu Johna Cale'a.

A przynajmniej tak jest w pierwszej połowie albumu. Zarówno te bardziej energiczne numery jak bardzo chwytliwy "I can't stand It" i "Walk and talk it", jak i spokojniesze utwory w rodzaju "Going down" i "Lisa says" - który później nabiera skocznego charakteru, niepasującego do pierwszej, balladowej części- równie dobrze mógłyby wybrzmieć na "The Velvet Underground" albo "Louded". Od utworów znajdujących się na tych dwóch albumach, wspomniane wyżej kawałki różnią się żeńskimi chórkami, które momentami brzmią wręcz staroświecko, czym obniżają poziom całkiem niezłych piosenek.

Najlepsza część albumu zaczyna się moim zdaniem od "Berlin" z niespodziewanym wstępem na pianinie i to właśnie ten instrument gra tu największą rolę, mimo że z czasem kawałek nabiera pazura i słychać w nim niezłe gitarowe zagrywki. Także spokojny, lecz później nabierający energii "I love you" to początkowo utwór oparty na gitarze akustycznej, z czasem brzmiący bardziej rockowo. W tej bardziej dynamicznej części możemy wsłuchiwać się w wyrazistą partię basu, ale i Reed na swojej gitarze pokazuje masę ciekawych rzeczy. Wraz z chwytliwym "Wild Child" wracają skojarzenia z proto-punkową legendą. Za to jeszcze lepiej wypada - co prawda mniej chwytliwy niż większość zamieszczonych tu kompozycji - "Love makes you Feel" ze zgrabną melodią i udanymi partiami Reeda, zarówno wokalnymi jak i gitarowymi. Jednym z moich faworytów jest jednak "Ride into the Sun" - nietypowy na tej płycie utwór, brzmiący wręcz "glamowo". Wspomniany kawałek odrzuca jednak jedną rzeczą. Mianowicie kiepskimi chórkami. Nie najgorszy jest też finał albumu, czyli spokojny "Ocean", w którym co jakiś czas możemy wychwycić coś ciekawego, jak regularnie powtarzany perkusyjny motyw. Nie jest to jednak arcydzieło, raczej zwykła, spokojna kompozycja, która co bardziej niecierpliwych może znużyć.

Solowy debiut byłego gitarzysty the Velvet Underground spotkał się mniej więcej z takim samym przyjęciem, co albumy jego zespołu - czyli o albumie praktycznie milczano. Szkoda, album ten jest bardzo przyjemnym zbiorem to prostszych, to bardziej złożonych piosenek. Nie składają się one może w zgraną całość, ale też nie odstają mocno od siebie stylem. Tu jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej gdy swojego idola pod skrzydła weźmie sam David Bowie. Ale o tym w kolejnych recenzjach.

7/10

Lista utworów:

  1. I can't stand It
  2. Going down
  3. Walk and talk it
  4. Lisa says
  5. Berlin
  6. I love you
  7. Wild Child
  8. Live makes you Feel
  9. Ride into the Sun
  10. Ocean

piątek, 3 czerwca 2022

Recenzja: The Velvet Underground - "The Velvet Underground"

 

Okładka albumu "the Velvet Underground" zespółu the Velvet Underground

The Velvet Underground na swoich dwóch pierwszych albumach świetnie łączył piosenkowe melodie z eksperymentalną grą, przede wszystkim gitarzysty Lou Reeda. Na trzecim albumie, już po odejściu Johna Cale'a, grupa z eksperymentów zrezygnowała niemal całkowicie. Każdy utwór, poza jednym, to zgrabnie napisane przyjemne piosenki, raz łagodne, raz bardziej zadziorne, ale w każdym przypadku mający świetne melodie.

Te łagodniejsze momenty mają prawo kojarzyć się z piosenkami z debiutu. Oczywiście na tej płycie wokalu Nico nie usłyszymy, ale kompozycje są dosyć zbliżone do siebie. Idealnym na to przykładem jest bardzo ładne "Candy says". Reszta albumu natomiast już aż tak oczywistych skojarzeń nie przynosi, ale ciężko szukać tu czegoś nowatorskiego. Jedynym typowo "nowym" utworem jest najdłuższy na płycie "The Murder Mystery ". To co się tu dzieje jest wprost niesamowite. W trans wprowadzają hipnotyzujące partie instrumentalne, za to w połączeniu z nakładającymi się na siebie ścieżkami wokalnymi (zawierającymi inne słowa), utwór robi się jakby futurystyczny, wciągający...no i genialny, po prostu genialny.

Pozostałe utwory nie stoją na aż tak wysokim poziomie, nie mniej to bardzo dobre nagrania. Sporo energii zawierają "What goes on" z super melodią czy "Beggining to see the Light" zawierający jak na ten album sporo zmian tempa. Ciekawe są też fragmenty gdy Reed to ścisza, to za moment nieco podnosi głos.

Ciężko nie zachwycić się obecnymi na albumie balladami. "Pale blue eyes" urzeka swoją prostotą i ładną melodią. "Jezus" to także spokojny numer, ale zawierający kilka zaostrzeń. W niektórych fragmentach Reed jest wspomagany wokalnie przez innego z muzyków. Bardzo podoba mi się też prosty numer "After hours", który kończy ten i album jest jedyną tu kompozycją w której słychać samodzielny, kobiecy wokal, za który odpowiada Maureen Tucker.

Całości dopełniają dwa utwory, które nie zachwycają mnie jakoś mocno, ale prezentujące niezły poziom. Mowa o "I'm set free" utrzymanym w średnim tempie oraz najkrótszym na płycie "That's the Story of My Life"

Trzeci album zespołu jest znacznie łatwiejszy w odbiorze od dwóch poprzednich krążków i przez to może być dobrym początkiem na zapoznanie się z twórczością zespołu. Jednak mimo udanych kompozycji czuć że czegoś tu brak. Utwory ma dwóch pierwszych płytach the Velvet Underground oprócz chwytliwych melodii wprowadzały do muzyki coś nowatorskiego i ciekawego. Tutaj takie nowatorstwo usłyszymy jedynie w "the Murder Mystery". Niemniej i z resztą albumu warto się zapoznać.

8/10

Lista utworów:

  1. Candy says
  2. What goes on 
  3. Some kinda love
  4. Pale blue eyes
  5. Jezus
  6. Beggining to see the Light
  7. I'm set free
  8. That's the Story of My Life
  9. The Murder Mystery
  10. After hours