Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roy Harper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roy Harper. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 września 2022

Recenzja: Roy Harper - "Buillingamingvase"

Okładka albumu "Buillingamingvase" Roya Harpera

Po mocno rockowym "HQ" można było się spodziewać, że Roy Harper pójdzie w ślady innych folkowych muzyków, którzy coraz chętniej sięgali po instrumenty elektryczne i grali bardziej rockowo niż folkowo. A jednak Harper powrócił do bardziej akustycznego grania nie zjadając przy okazji swojego ogona. 

Najważniejszą kompozycją na tym albumie o skomplikowanej nazwie jest "One of Those Days in England" podzielone na dziesięć części, z czego pierwsza znajduje się na samym początku albumu, a pozostałe na samym końcu. Jeśli chodzi o część pierwszą, to jest to jedna z najlepszych rzeczy na tym krążku. Jest bardzo chwytliwa i energiczna, mimo to bliżej jej do muzyki filmowej niż rockowej. Pozostałe części znacznie się różnią od tej otwierającej płytę i choć nie podobają mi się tak jak tamta, to tworzą bardzo zgraną i ciekawą całość.

Dużo ciekawego dzieje się także pomiędzy. "The Last Days" to bardzo ładna folkowa ballada, za to początkowo folkowy "Cherishing the Lonesome" w pewnym momencie nabiera rockowej energii dzięki obecnej tu gitarze elektrycznej. Bardzo mocnym punktem jest też genialny "Naked flame" z najlepszymi chyba na albumie partiami gitary akustycznej lidera. Kompletnym nieporozumieniem jest za to "Watford Gap" w stylu country. Na szczęście jest dosyć krótki.

"Buillingamingvase" zawiera mnóstwo udanego materiału. Nie dorównuje wprawdzie ani przez moment genialnemu "Stormcock" do którego będę pewnie porównywał każdy z albumów artysty, ale w stylistyce folkowej i tak jest to krążek przebijający wiele dzieł bardziej znanych folkowych wykonawców.

7/10

Lista utworów:

  1. One of those Days in England part 1
  2. The Last Days
  3. Cherishing the Lonesome
  4. Naked flame
  5. Watford Gap
  6. One of those Days in England part 2-10

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Recenzja: Roy Harper - "HQ"

Okładka albumu "HQ" Roya Harpera

Roy Harper był idolem dla wielu wykonawców rockowych. Nic dziwnego więc, że ci tak chętnie występowali na jego albumach. Wcześniej na krążkach Brytyjczyka mogliśmy usłyszeć choćby Jimiego Page'a. Na nagrywanym z kolei w tym samym studiu i w tym samym czasie co kultowe "Wish You Were Here" Pink Floyd możemy usłyszeć gitarzystę tej grupy, Davida Gilmoura albo innego członka Led Zeppelin, które Harperowi dawniej złożyło hołd utworem "Hats off to (Roy) Harper" - Johna Paula Jonesa- czy też znanego z King Crimson i Yes Billa Bruforda. Z takimi gośćmi możemy się domyślać, że "HQ" to album, któremu bliżej rocka niż folku i tak rzeczywiście jest.

Ostrzejsze brzmienie słychać już na starcie albumu, czyli w 14-minutowym "The Game", który może i jest długi, ale nie odczuwam nudy w trakcie słuchania. Całkiem sporo się tu dzieje i mimo momentami hard rockowego grania znalazło się tu miejsce na udane zwolnienie. To właśnie w tym utworze słyszymy tych najbardziej znanych gości na tym albumie, czyli Jonesa na basie i Gilmoura na gitarze. Nie jest to mój ulubiony utwór na krążku, ale słucha się go z dużą przyjemnością. Gorzej wypadają dwa kolejne utwory. Rozpoczęty akustycznym wstępem "The Spirit Lives" wypada jeszcze całkiem nieźle, gorzej z "Grown Ups Are Just Silly Children" - ten jest co najwyżej średni, choć warto zwrócić uwagę na bardzo intensywny bas.

Po nich słyszymy jednak mój ulubiony moment albumu, łączący łagodność folku z rockową zadziornością "Referendum" z bardzo fajnymi partiami gitary elektrycznej. Trzy kolejne utwory z kolei to już typowo folkowe kompozycje. Pierwsza z nich to krótki, ale ładny akustyczny "Forget Me Now" z klimatycznym chórem. Po nim wybrzmiewa już nie akustyczny, ale wciąż łagodny i piękny stale się rozwijający "Hallucinating Light". Na samym końcu z kolei słyszymy kompozycje jeszcze ładniejszą niż dwie poprzednie. "When an Old Cricketer Leaves the Crease" początkowo jest utworem opartym na śpiewie i gitarze akustycznej. Później jednak dochodzą kolejne instrumenty, a utwór staje się bardziej melancholijny.

"HQ" to znak, że Harper ciągle się rozwijał. Miał co prawda małą powtórkę z rozrywki na poprzednim "Valentine", a przecież i wcześniej miał na koncie utwory bardziej rockowe, czyli to co "HQ" wyróżnia najbardziej. Jednak żaden z nich nie brzmiał tak dobrze i tak ciężko, wręcz hard rockowo. Oczywiście, nie są to utwory bez wad, jednak udane i dzięki nim niejeden fan rocka może poznać twórczość tego świetnego artysty. Jako dodatkową zachętę mogę napisać, że sam muzyk uważał ten album za swoje opus magnum.

8/10

Lista utworów

  1. The Game
  2. The Spirit Lives
  3. Grown Ups Are Just Silly Children 
  4. Referendum
  5. Forget Me Now
  6. Hallucinating Light
  7. When an Old Cricketer Leaves the Crease

wtorek, 2 sierpnia 2022

Recenzja: Roy Harper - "Valentine"

Okładka albumu "Valentine" Roya Harpera


Roy Harper swoimi poprzednimi albumami narzucił sam sobie bardzo wysoką poprzeczkę. I choć "Lifemask" nie dorównuje genialnemu "Stormcock" to muzyk nagrał bardzo fajną płytę. Kolejny album, "Valentine" także jest udany, choć nie wywołuje takich emocji jak żadne z poprzednich dzieł Brytyjczyka.
"Valentine" to album dosyć zróżnicowany i choć dominują tu spokojniejsze akustyczne utwory, to znajdziemy tu również bardzo fajny rockowy utwór "Male Chauvinist Pig Blues" albo "Acapulco Gold" z lekko jazzującą partią pianina. Moim ulubionym z tych mniej typowych dla muzyka nagrań, a właściwie ulubionym z całego albumu jest "Magic Woman", w którym możemy usłyszeć także harmonijkę czy trąbkę.

Pomimo, że pozostałe kompozycje opierają się przede wszystkim na ładnym śpiewie Harpera i jego jak zwykle świetnym partiom gitarowym, to różnią się one od siebie bardzo mocno. "Forbidden Fruit" otwierający album to chyba najpiękniejsze nagranie na "Valentine", w "I'll See You Again" i "Commune" możemy usłyszeć instrumenty smyczkowe, jednak te dwa nagrania nie wypadają najlepiej.  "Twelve hours of Sunset" posiada świetny klimat, a instrumentalny "Che" charakteryzuje się hiszpańskim stylem gry na gitarze. "North Country" posiada fajną końcówkę, za to spokojne "Forever" jest dla mnie nieco przesłodzone.

"Valentine" to krążek często niedoceniany nawet przez fanów muzyka. Nie jest to spowodowane słabszym poziomem zawartych tu kompozycji, bo te w większości są bardzo przyjemne, a kilka z nich wypada wręcz bardzo dobrze. Największą bolączką tej płyty jest wg słuchaczy zbyt duża wtórność wobec poprzednich płyt. Mi się jednak album ten podoba.

7/10

Lista utworów:
  1. Forbidden Fruit
  2. Male Chauvinist Pig Blues
  3. I'll See You Again
  4. Twelve hours of Sunset
  5. Acapulco Gold
  6. Commune
  7. Magic Woman
  8. Che
  9. North Country
  10. Forever

piątek, 22 lipca 2022

Recenzja: Roy Harper - "Lifemask"

Okładka albumu "Lifemask" Roya Harpera

Dwa lata po wydaniu genialnego "Stormcock", Roy Harper stanął przed niezwykle trudnym zadaniem nagrania dorównującego mu poziomem albumu. Zadania nie ułatwił fakt, że muzyk w tym czasie miał spore problemy ze zdrowiem - na tyle poważne, że obawiał się zbliżającej się śmierci. Jak trudny był to czas dla artysty słychać przede wszystkim w warstwie tekstowej o niezbyt optymistycznym wydźwięku. Teksty napisane zostały jednak w typowym dla Harpera poetyckim stylu. Ale także okładka, która przedstawia "martwe" oblicze muzyka w postaci maski ma dość pesymistyczny wydźwięk. Okładka ta jednak otwiera się, a pod nią czeka zdjęcie Roya Harpera - tym razem żywego.

Najważniejszym, choć niekoniecznie najlepszym utworem na "Lifemask" jest najdłuższy, poprzedzony czterominutowym przemówieniem folkowego śpiewaka "The Lord's Prayer". Mimo standartowo wysokiego poziomu kompozycji, ta dla mnie jest za długa. Co prawda dzieje się tu sporo, jednak nie ma porównania do żadnego z czterech utworów z doskonałego poprzednika. Warto wspomnieć, że w tej kompozycji Harperowi ponownie pomógł jego wielki fan - Jimmi Page. Ten wystąpił także w bardzo dobrym  "Bank of the Dead" będącym jednym z bardziej rockowych i lepszych utworów na albumie. 

Za najlepszy moment płyty uważam jednak otwierający album "Highway Blues" także posiadający sporo rockowej energii, a oprócz tego zachwycający świetną melodią oraz wokalem Harpera. Za bardzo dobry uważam również bardzo klimatyczny "South Africa", w którym słychać zwielokrotniony wokal, co w tej kompozycji wypada bardzo ciekawie. Niezły jest też "All Ireland" z udziałem harmonijki, za to "Little Lady" jak na tego muzyka jest dosyć nudnawe.

Nagranie następcy jednego z najlepszych albumów w historii muzyki nigdy nie jest łatwe i "Lifemask" jest dużo gorszy niż "Stormcock", jednak Roy Harper to artysta, którego nawet słabsze albumy prezentują wysoki poziom. W "Lifemask" w zasadzie przeszkadza mi jedynie za długi czas finałowego utworu, z którego można by wyciąć przynajmniej pierwszą część, w której słychać jedynie przemawiającego Harpera i nie do końca przekonuje mnie "Little Lady", który można było bardziej uatrakcyjnić. Poza tym jednak muzyk po raz kolejny pokazuje klasę- i to pomimo problemów ze zdrowiem, a będąc przekonanym o nadchodzącej śmierci zapewne także z psychiką. Artysta na szczęście przeżył i wciąż nagrywał ciekawe albumy.

7/10

Lista utworów:

  1. Highway Blues
  2. All Ireland
  3. Little Lady
  4. Bank of the Dead
  5. South Africa
  6. The Lord's Prayer

poniedziałek, 4 lipca 2022

Recenzja: Roy Harper - "Stormcock"

 

Okładka albumu "Stormcock" Roya Harpera

Dzisiaj na tapetę biorę najlepszy album folkowy w historii i jeden z najlepszych krążków w całej historii fotografii. Odważne stwierdzenie, wiem, ale to nie tylko moja opinia. Roy Harper o swoich umiejętnościach warsztatowych oraz kompozycyjnych przekonał nas już wcześniej kilkukrotnie, jednak na każdym z dotychczasowych albumów znajdowały się jakieś słabsze momenty czy pomysły. Na piątym albumie tego folkowego geniusza takich nie słyszę. Ciężko zresztą jednoznacznie zdefiniować styl jaki Roy Harper zaprezentował na "Stormcock". To że jest to folk jest oczywiste. Ale nie taki "zwykły". Nie wiem czy powinno się kwalifikować zawartą tu muzykę jako rock progresywny, bo rocka tu właściwie nie ma. To może folk progresywny?

Brytyjski wokalista i gitarzysta już na poprzednich krążkach umieszczał dłuższe kompozycje, jednak były to pojedyncze propozycje wśród stanowiących większość krótszych nagrań. Tym razem jest inaczej. Album trwa ponad 40 minut, a zamieszczonych tu utworów jest zaledwie cztery! Najkrótszy z nich, "One Man Rock and Roll band" trwa około 7 i pół minuty! Kompozycja ta posiada genialny wprost gitarowy wstęp. Jest to zarazem jedyny utwór na krążku, gdzie muzyka nie wspierał nikt inny. I szczerze muszę przyznać, że jest to utwór tu najsłabszy. Kto słyszał z tego albumu akurat tylko tą jedną kompozycje, pewnie teraz zastanawia się jakimi arcydziełami w takim razie muszą być utworu pozostałe.

Pierwszy na liście "Hors d'Oeuvres" czaruje słuchacza piękną grą na gitarze i świetną, także piękną partią wokalną.  Utwór ten trwa aż 8 i pół minuty, przez większość czasu właściwie powtarza się to samo, a i tak nie mam dość i ten dosyć długi jakby nie było czas mija błyskawicznie.

Już same te dwie, krótsze i wg mnie słabsze utwory uważam za genialne, a jeszcze lepiej wypadają te dwa dłuższe. "The same old Rock" to gitarowa wirtuozeria w czystej postaci. Ale nic dziwnego, skoro obok jednego wirtuoza czyli Roya Harpera, staje sam Jimmi Page. Ta kompozycja na pewno nie jest tak spokojna jak poprzedni "Hors d'Oeuvres", ale dalej dzieje się tu "magia". Utwór ten mógłby nie mieć wokalu, a i tak byłby zachwycający. Ale ma i dobrze, bo jestem ogromnym fanem głosu Brytyjczyka, a ten z pewnością tu nie zawodzi. Nawet chórki, za którymi zwykle nie przepadam, tutaj nie przeszkadzają, a nawet dodają uroku.

Żaden jednak z tych trzech świetnych utworów nie równa się z "Me and my Woman". O świetnym śpiewie i genialnych partiach gitarowych mógłbym w zasadzie nie pisać, bo to oczywiste, ale melodia jest chyba najpiękniejsza w całym dorobku artysty. Smaczku dodatkowo dodają genialnie zaaranżowane orkiestracje. Nick Drake i jego producenci mogliby się wiele nauczyć z tego jednego utworu. 

Może nie jestem obiektywny. Może gdzieś tam poza moją świadomością znajdują się albumy stojące na jeszcze wyższym poziomie, może jeszcze piękniejsze, ale na ten moment "Stormcock" nie ma sobie równych w mojej klasyfikacji folkowych i około folkowych albumów. Mógłbym właściwie wystawić ocenę poza skalą, ale nie chcę popadać w paranoję, a więc zasłużona 10, której będę bronił prawdopodobnie do końca życia.

10/10

Lista utworów:

  1. Hors d'Oeuvres
  2. The same old Rock
  3. One Man Rock and Roll band
  4. Me and my Woman

sobota, 18 czerwca 2022

Recenzja: Roy Harper - "Flat Baroque and Berserk"

 

Okładka albumu "Flat Baroque and Berserk" Roya Harpera

Po trzech bardzo dobrych albumach Roya Harpera, oczekiwania wobec czwartego, ukazanego w 1970 roku "Flat Baroque and Berserk" miałem bardzo wysokie, szczególnie, że wiedziałem już jakim arcydziełem będzie kolejna płyta. Jakie odczucia mam, po wysłuchaniu czwartego krążka tego świetnego muzyka? Bardzo pozytywne, a jedyne do czego się mogę przyczepić, to fragmenty gdy nie było muzyki, tylko monolog lub fragment rozmów, a także duża jednorodność jeśli chodzi o styl umieszczonych tu utworów. Poza jednym wyjątkiem, muzyk występuje tu w zasadzie sam. W dwóch jeszcze innych utworach można usłyszeć coś więcej niż sam śpiew i gitarę akustyczną, ale i tak są to tylko miłe dodatki.

Nie mogę jednak powiedzieć, że album jest monotonny. Harper jak zwykle mocno urozmaica swoje kompozycje różnymi gitarowymi zagrywkami, ale też zróżnicowanymi liniami wokalnymi. W zasadzie ciężko tu szukać utworów znacznie wybijajace się ponad pozostałe, bo każdy z nich stoi na niezwykle wysokim poziomie. Czy to otwierającego całość, energetycznego "Don't You Grieve" czy spokojnego "Song of the Ages" z ciekawą zagrywką gdzieś pomiędzy minutą a półtora, słucha się bardzo przyjemnie.

Jak zwykle poza samą muzyką, mocną stroną krążka jest warstwa liryczna. Tu jako przykład można podać ośmiominutowy "I hate the white Man" z momentami zadziornym śpiewem Harpera czy jeden z najciekawszych utworów na płycie - "Goodbye". Dobrym pomysłem z pewnością było zamieszczenie kilku krótszych nagrań. "Feeling All the Saturday", "Davey" i "Francesca" dają oddech pomiędzy dłuższymi przez większość czasu  bazującymi na powtarzaniu podobnych motywów utworami. Na tle pozostałych na pewno wyróżniają się kawałki, gdzie Harper stara się coś urozmaicić, jak obdarzony wyrazistą melodią na gitarze "Tom Tiddler's Ground", wzbogacony o delikatne tło "Another day" albo "East of the Sun" z udziałem harmonijki. Najbardziej wyroznia się jednak utwór ostatni, zagrany z całym zespołem "Hell's Angels". Niepasuje co prawda do reszty, czysto akustycznych kompozycji, jednak osobno ten rockowy utwór zdecydowanie się broni. Nie nazwał bym jednak tego nagrania arcydziełem.

Roy Harper po raz kolejny pokazuje nam jak świetnym jest kompozytorem. Ale także tekściarzem i może przede wszystkim wybitnym gitarzystą. Po raz kolejny od najlepszej strony pokazuje się w utworach typowo folkowych. Te rockowe także wychodzą mu nie najgorzej, co pokazuje umieszczony na czwartym albumie "Hell's Angels", mi jednak chyba już na zawsze najlepiej będzie się słuchać akustycznych kompozycji tego akurat muzyka.

9/10

Lista utworów:

  1. Don't You Grieve
  2. I hate the white Man
  3. Feeling All the Saturday
  4. How does It Feel
  5. Goodbye
  6. Another day
  7. Davey
  8. East of the Sun
  9. Tom Tiddler's Ground
  10. Francesca
  11. Song of the Ages
  12. Hell's Angels 

środa, 1 czerwca 2022

Recenzja: Roy Harper - "Folkjokeopus"

 

Okładka albumu "Folkjokeopus" Roya Harpera

Po dwóch, przede wszystkim czysto folkowych albumach, brytyjski muzyk Roy Harper postanowił poszerzyć swoją muzykę o nowe wpływy i style na swoim trzecim albumie studyjnym. W rezultacie "Folkjokeopus" sprawia wrażenie bardzo niespójnego. Nie robiłoby mi to wielkiej różnicy, gdyby wszystkie utwory trzymały równy, wysoki poziom. Tak niestety nie jest.

Dla odmiany w tym przypadku zacznę od słabszych utworów, a te w głównej mierze należą do grupy, w których Harper wprowadzał do swoich kompozycji nowe inspiracje. Najmniej lubiane przez mnie jest "knajpiana" "Manana", w której mało się dzieje i ma nijaką melodię oraz wesołkowaty "Exercising some Control", w którym Brytyjczyk całkowicie odpuścił sobie pokazywanie swoich niezwykle wysokich umiejętności gry na gitarze akustycznej. Tych tu właściwie nie uświadczymy, a cały utwór przede wszystkim opiera się na instrumentach klawiszowych. Mniej uprzedzony jestem do zadziornego "She's the one" , fajnymi gitarowymi partiami granymi na tle prostej gry sekcji rytmicznej. W tym utworze jednak irytują momenty gdy Harper śpiewa falsetem. Podoba mi się za to "Sgt. Sunshine" bliższy stylistyką muzyce rockowej niż folkowej. W tym nagraniu bardzo fajnie wygląda współpraca wokalna Harpera z Jane Scrivener, a samo nagranie jest bardzo chwytliwe.

Najbardziej jednak podobają mi się typowo folkowe utwory lub te, gdy muzyk szukał inspiracji w muzyce wschodu. Do tych ostatnich należy krótki ale bardzo dobry "In the Time of Water", w którym artysta nie gra na gitarze, lecz na sitarze, a także "Composer of Life" wzbogacony partiami fletu. Tu jednak irytuje nieco linia wokalna, choć jest zdecydowanie bardziej znośna niż falsety w "She's the One". Najlepszym jednak utworem z tej grupy i na albumie ogółem jest "One of All"- hipnotyzujące, prawie instrumentalne nagranie (pierwsze słowa pojawiają się dopiero po trzech minutach, a sam tekst jest bardzo krótki). Po raz kolejny nasuwają się skojarzenia z muzyką orientalną, ale bywają momenty które kojarzyły się z muzyką latynoską. Jeden z moich ulubionych utworów muzyka do tej pory.

Bardzo mieszane uczucia mam co do najdłuższego na płycie "McGoohan's blues". Z jednej strony partie gitarowe są genialne, a linia wokalna także niezła. Jednak to wszystko powtarzane jest w kółko zbyt długo, bo około 13 minut, przez co w końcu można się zanudzić. Dopiero w ostatnich pięciu minutach dzieje się coś więcej, jednak ta część robi takiego wrażenia jak ta pierwsza (zanim nam zbrzydnie przez zbyt długi czas).

Na "Folkjokeopus" Roy Harper nieco się pogubił, chciał urozmaicić swoją muzykę, niestety ze średnim skutkiem. Jedyne udane eksperymenty to te z muzyką orientalną, plus jeden "Sgt. Sunshine" mogący kojarzyć się z Beatlesami. Reszta poszukiwań nie wypaliła, a jednak wciąż warto sięgnąć po ten krążek dla tych kilku mocnych punktów, bo te są genialne.

7/10

Lista utworów:

  1. Sgt. Sunshine
  2. She is the One
  3. In the Time of Water
  4. Composer of Life
  5. One of All
  6. Exercising some Control
  7. McGoohan's blues
  8. Manana

niedziela, 22 maja 2022

Recenzja: Roy Harper- "Come out Fighting Genghis Smith"

 

Okładka albumu "Come out Fighting Genghis Smith" Roya Harpera

Po udanym debiucie Roya Harpera, artysta zwrócił na siebie uwagę wytwórni CBŚ, dzięki czemu kolejna pozycja muzyka nabrała bardziej profesjonalnego wydźwięku. Mimo to, kompozycje dalej opierają się przede wszystkim na świetnej grze na gitarze akustycznej Harpera i jego śpiewie, czasami wspomagane przez perkusje i instrumenty smyczkowe. Na szczęście dla muzyka i dla słuchaczy, były to czasy kiedy wytwórnie pozwalały swoim podopiecznym na odrobinę eskperymentów i wcielanie w życie artystycznych ambicji nie naciskając jedynie na komercyjny sukces. Chociaż też z drugiej strony, to właśnie eksperymenty były pożądane przez słuchaczy w tamtym czasie.

Oczywiście bardziej "piosenkowych" melodii tu nie brakuje, bo całkiem melodyjnie brzmi wzbogacone prostą grą perkusji "You don't need money" z jak zwykle pięknym śpiewem Harpera i jego gitarowym akompaniamentem. Ogólnie to, że Harper ma głowę to interesujących i niebanalnych melodii mogliśmy dowiedzieć się już z debiutu Brytyjczyka i na "Come out Fighting Genghis Smith" udowadnia to poraz kolejny. Urzeka chociażby nieco orientalny "Freak street", w którym Roy Harper kilkukrotnie zmienia swoje linie wokalne. Sporo różnych (i bardzo dobrych" melodii posiada też "Ageing Raver", w którym wokalista płynnie skacze ze spokojnych, po skoczne motywy. 

Na początku wspomniałem o udziale w nagraniach instrumentów smyczkowych. Te można usłyszeć w krótkim, 3minutowym "In a Beautiful Rambling Mess" ze świetnym klimatem oraz w jeszcze bardziej klimatycznym "All you need is"- z jednej strony ukajającym, a z drugiej lekko niepokojącym nagraniu.

Jedynym z tych "normalnych" utworów, które nie nie do końca mnie zachwycają jest "What you Have" z delikatną partią gitarową. Nie jest to nagranie złe, ale pozostawia sporo niedosytu po poprzednich genialnych kompozycjach.

Reszta albumu, to utwory już nieco bardziej eksperymentalne, chociaż "eksperymenty" objawiają się tu przede wszystkim śpiewem a capella (w przypadku całkiem intrygującego "Highgate cementary", które początkowo uznawałem za zbędne, jednak z czasem przekonałem się do tego krótkiego nagrania, w którym Harper ukazuje pełnie swoich wokalnych umiejętności) i... mówieniem bez podkładu instrumentalnego, co nieco odpycha, ale w przypadku świetnego "Circle" jestem w stanie to przetrwać, bo to naprawdę genialna kompozycja złożona z wielu motywów i zachwycająca świetnym klimatycznym fragmentem między siódmą, a ósmą minutą. Inaczej sprawa ma się z tytułowym finałem albumu. Tam co prawda mówiony fragment pojawia się na sam koniec i nic więcej po nim nie usłyszymy, więc można szybciej wyjąć płytę z odtwarzacza, ale cała kompozycja także nieco nuży ze względu na długi czas trwania i raczej monotonny charakter - jedyne "urozmaicenia" to dobre, żywsze fragmenty, ale to i tak za mało.

Roy Harper wielkie umiejętności pokazał już na swoim pierwszym krążku, ale na swojej drugiej płycie ten jeszcze bardziej się rozwinął. Ciężko przejść obok tego świetnego albumu obojętnie, ale to wciąż nie jest jego najlepszy krążek! Ale zanim się weźmie za opus magnum artysty, warto zapoznać się z wcześniejszą twórczością tego muzyka, aby jeszcze bardziej podsycić apetyt przed tym co najlepsze.

8/10

Lista utworów:

  1. Freak street
  2. You don't need money
  3. Ageing Raver
  4. In a Beautiful Rambling Mess
  5. All you need is
  6. What you Have
  7. Circle
  8. Highgate cementary
  9. Come out Fighting Genghis Smith

środa, 11 maja 2022

Roy Harper- "Sophisticated Beggar"

 

Okładka albumu "Sophisticated Beggar" Rota Harpera

Roy Harper to muzyk w Polsce słabo znany. W pewnych kręgach jest to jednak postać kultowa i samo Led Zeppelin oddało mu hołd w postaci tytułu jednego z utworów na swoim trzecim albumie, o czym pisałem tutaj. Ale od początku. Roy Harper to brytyjski muzyk przede wszystkim folkowy i folk rockowy, znany z wirtuozerskich zdolności gry na gitarze akustycznej, będąc zarazem jednym z najlepszych użytkowników tego instrumentu w historii muzyki. Fanom rocka nazwisko może wydać się znajome dzięki Pink Floyd, a konkretnie dzięki utworowi "Have a cigar" z kultowego "Wish you were here", w którym Harper odpowiada za wokal.

Debiut muzyka, "Sophisticated Beggar" to album typowo folkowy, od pierwszej, do ostatniej minuty niemal bez przerwy zachwycający cudowną grą muzyka na gitarze i jego ciekawą, ciepłą barwą głosu. Prawie każdy ze znajdujących się tu utworów składa się wyłącznie że śpiewu Harpera na tle jego partii gitarowych. Brzmi jak zapowiedź monotonii? Może, ale Harper oprócz bycia wirtuozem instrumentu i utalentowanym śpiewakiem, jest również świetnym kompozytorem, więc mimo podobnego charakteru utworów, nie zlewają się ze sobą ani nie brzmią jak kopia poprzedniego. 

Na krążku znajdziemy zarówno utwory o większej energii- jak "China girl" lub utwór tytułowy, w którym słychać bardzo zaangażowaną partie wokalną muzyka- jak i bardziej subtelne, łagodne kompozycje jak np genialny "Goldfish", piękne "Girlie" czy "October twelfth". 

W podobnym, typowo folkowym tonie jak wspomniane pięć utworów są utrzymane jeszcze takie utwory jak "Big fat silver aeroplane", "Black clouds" i magiczne "Forever". Podobne jest także "My friends", ten jednak zwraca uwagę dosyć dziwnym początkiem, w którym słychać krótki monolog i śmiechy muzyka, przez co całość brzmi jak jakiś trening czy próba. Jednak taka "wpadka" jeśli można to tak nazwać jest spowodowane tym, że cały album nagrywany był na magnetofonie.

Nieco inaczej brzmią dwa świetne kawałki: prawie instrumentalny "Blackpool", w którym dopiero pod koniec pojawia się kilka wersów i oferujący kilka ciekawych motywów "Legend". Jednak o ile te dwa numery to wciąż typowe folkowe/ folk rockowe utwory, tak dwie pozostałe kompozycje znacznie odstają od reszty i (szczególnie jeden z nich) zaniżają jego poziom. Kompletnie nie siada mi wzbogacony kiczowatymi klawiszami "Mr station master". Ten utwór okropnie się zestarzał przez te ponad pół wieku, a wiemy, że muzyk potrafi nagrywać dzieła ponadczasowe. Całkiem sporo ich przecież na opisywanym debiucie. Mniej tandetnie brzmi ostatni utwór na krążku, "Committed". Muzycznie nie jest taki zły, wyróżnia się nagraniem utworu w towarzystwie innych muzyków. Jednak wokalnie jest to ewidentnie jakiś dowcip ze strony Brytyjczyka, który śpiewa tu momentami falsetem i co chwilę dostaje napadów śmiechu.

Jakiś czas temu przeczytałem w magazynie Lizard świetne zdanie, że gdy samotny muzyk wychodzi na scenę jedynie w towarzystwie gitary, mogą wydarzyć się dwie rzeczy- całkowita porażka lub magia. Ten album, w utworach, gdzie występuje sam Harper, zdecydowanie jest magiczny...a najlepsze dopiero nas czeka.

8/10

Lista utworów

  1. China girl
  2. Goldfish
  3. Sophisticated Beggar
  4. My friend
  5. Big fat silver aeroplane
  6. Blackpool
  7. Legend
  8. Girlie
  9. October twelfth
  10. Black clouds
  11. Mr station master
  12. Forever
  13. Committed