Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Heavy metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Heavy metal. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2022

Recenzja: Metallica - "Hardwired... To Self-Detruct"

Okładka albumu "Hardwired... To Self-Detruct" zespołu Metallica

Fani Metalliki z pewnością muszą się wykazywać cierpliwością. Ich ukochany zespół lubi zrobić sobie dłuższą przerwę między kolejnymi albumami, a między dwoma (jeszcze) ostatnimi krążkami minęło 8 lat. Często słyszy się opinie, że jest to najcięższy album od czasów debiutu. Takie stwierdzenie dla mnie jest bardzo przesadzone, a przez wygładzone brzmienie nie brzmi jakoś mocniej niż "Death Magnetic" o "St. Anger" i albumach nr 2,3 i może 4 nie wspominając. Czy brzmienie jest wadą czy może zaletą, to raczej subiektywne odczucie, jednak muzycy na tym albumie podążyli nie do końca słuszną drogą, którą wybrało też choćby Iron Maiden, czyli niepotrzebne wydłużanie kompozycji.

Najbardziej zwięzły, ale też nie wyróżniający się jakoś mocno jest agresywny otwieracz trwający około 3 minuty. Być może kawałek ten prezentował by się lepiej z bardziej surowym brzmieniem z trzech pierwszych albumów zespołu. "Hardwired" jest najsłabszym kawałkiem z pierwszej płyty (album jest dwupłytowy) obok "Dream No More" nasuwającym lekkie skojarzenia z "Sad But True", jednak nie tak udanym i sztucznie przedłużanym. Nie pomaga też tutaj wokal, który brzmi jak lekko przetworzony. Znacznie lepiej wypadają posiadający dosyć przebojowym refren "Atlas, Rise", także przebojowy - jeden z moich faworytów - "Moth into Flame" oraz posiadający kroczący riff "Now That We're Dead". Każdy z tych trzech utworów został zresztą wydany na singlach, podobnie jak otwieracz i kończący pierwszą płytę "Halo on Fire". Ten ostatni to chyba moja ulubiona kompozycja z całego albumu. Jest to półballada posiadająca udane zaostrzenia, szczególnie mocno podoba mi się końcówka utworu.

Druga płyta jest już mniej ciekawa, ale znajdą się tu utwory solidne. Najlepiej wg mnie wypadają dwa ostatnie utwory na płycie: "Murder One" i najbardziej agresywny "Spit Out The Bone". Całkiem nieźle wypada też chwytliwy "Confusion" oraz "Here Comes Revenge" oba jednak ponownie są za długie, a ten drugi dodatkowo posiada wstęp dosyć mocno zalatujący "Lepper Messiah" z "Master od Puppets". Bardziej nijako za to prezentują się "ManUNKind" i kojarzący się z "Loadami" "Am I Savage".

Ostatni do tej pory album pionierów thrash metalu na pewno nie jest takim na takim poziomie co pierwsze 5-6 albumów zespołu. Znajdziemy tu kilka ciekawych, agresywniejszych ale też bardziej stonowanych utworów. Szkoda jednak, że muzycy postanowili niepotrzebnie tak przedłużać swoje utwory i w rezultacie cały album. Gdyby zrezygnować z dwóch kawałków o których pisałem w poprzednim akapicie oraz skrócić pozostałe, to powstałby całkiem dobry w swojej stylistyce niespełna godzinny album. Niestety członkowie Mety postanowili inaczej, przez co przychodzą momenty, że ma się ochotę wyłączyć płytę (zwykle tą drugą).

6/10

Lista utworów:

  1. Hardwired
  2. Atlas, Rise
  3. Now That We're Dead
  4. Moth into Flame
  5. Dream No More
  6. Halo on Fire
  7. Confusion
  8. ManUNKind
  9. Here Comes Revenge
  10. Am I Savage
  11. Murder One
  12. Spit Out The Bone 

środa, 23 listopada 2022

Recenzja: Iron Maiden - "The X Factor"

Okładka albumu "The X Factor" zespołu Iron Maiden

Dziesiąty studyjny album Iron Maiden to jedna z najbardziej kontrowersyjnych oraz wywołujących najbardziej skrajne emocje płyt zespołu. Po opuszczeniu grupy przez uwielbianego przez fanów Bruce'a Dickinsona, reszta członków musiała znaleźć kogoś na jego miejsce. Wybór padł na nieznanego Blaze'a Bayleya. I wybór ten był bardzo kontrowersyjny, bo ten dysponował zupełnie innym głosem niż Dickinson i nie mógł za bardzo poradzić sobie z częścią nagranych z poprzednim wokalistą utworów. Zupełnie inna jest też sama muzyka. Daleko jej do czegokolwiek co Iron Maiden nagrało do tamtej pory, a mrok i depresja głównego kompozytora, Steve'a Harrisa, wylewa się z albumu na każdym kroku.

Pierwsze dźwięki "Sign Of The Cross" sugerują, że będzie to płyta zupełnie inna niż do tej pory. Bo kto spodziewał się, że Iron Maiden otworzy album kilkunastominutową kompozycją i to w dodatku rozpoczynającą się niepokojącym, jakby obrzędowym wstępem? Dopiero po minucie pojawiają się pierwsze dźwięki instrumentów, a następnie wokal Bayleya, który w pierwszych sekundach brzmi całkiem udanie. Dopiero gdy muzycy przyspieszają, na wierzch wychodzą braki w technice nowego wokalisty, ale nie jest też tak tragicznie jak często się sugeruje. A co do samej kompozycji to ta jest bardzo udana mimo bardzo długiego czasu trwania. Jak zwykle świetnie wypada tutaj bas Harrisa, a chemia między Murrayem, a Geersem wyraźnie się zwiększyła.

Następnie muzycy serwują nam dwa najszybsze i najbardziej "Maidenowe" utwory. W obydwu kompozycjach czuć jednak obecny na całym albumie mrok i chłód. Zarówno "Lord Of The Flies" jak i "Man on the Edge" mają całkiem udane melodię, jednak brzmienie szkodzi szczególnie temu drugiemu. Za to w pierwszym nieźle wypada Bayley. 

Później jednak ponownie dostajemy serię bardziej klimatycznych i ponurych kawałków. W "Fortunes of War" słyszymy udane solówki gitarowe, które tutaj pasują znacznie bardziej niż w epickim otwieraczu, a takie "Look for the Truth" to jedna z najlepszych kompozycji na albumie. Początkowo ponury i powolny, z czasem nabiera mocy i chwytliwości serwując nam jedną z najbardziej zapamiętywalnych melodii na całym albumie. Udanie wypada także "The Aftermath" z ponownie nawet udaną partią wokalną i solami gitarzystów, za to wyraźnie słabiej wypada najgorszy na albumie, radosny "Judgement of Heaven" oraz "Blood on the World's Hands" z banalnym refrenem. Do słabszych należy też finałowy, mniej ponury "The Unbeliever", w którym mnogość motywów mocno zaburza spójność. Za to "2 AM" z emocjonującymi solówkami i szczególnie "The Edge of Darkness" to już kompozycje zdecydowanie bardziej udane.

"The X Factor" na pewno nie jest najrówniejszą płytą zespołu, ale spójność tę zakłócają przede wszystkim trzy utwory. Reszta zarówno pod względem klimatu jak i poziomu tworzy dosyć zgrabną całość. Pewnie o wiele większą popularność album ten zyskał by z Dickinsonem za mikrofonem lub innym topowym wokalistą. Bayley wprawdzie tak jak wspomniałem nie wypada tu bardzo źle, ale na pewno daleko mu do poprzednika. Słychać też wyraźnie jak często męczy się śpiewając niektóre utwory. Mimo jednak tych wad, dziesiąty krążek żelaznej dziewicy należy do czołówki moich ulubionych albumów grupy.

8/10

Lista utworów:

  1. Sign Of The Cross
  2. Lord of the Flies
  3. Man on the Edge
  4. Fortunes of War
  5. Look for the Truth
  6. The Aftermath
  7. Judgement of Heaven
  8. Blood on the World's Hands
  9. The Edge of Darkness
  10. 2 AM
  11. The Unbeliever 

piątek, 4 listopada 2022

Recenzja: Hunter - "Arachne"

Okładka albumu "Arachne" zespołu Hunter

Trzy lata minęły od ukazania się cieszącej się sporym powodzeniem, ale równocześnie jednej ze słabszych w całej dyskografii Huntera "NieWolnOści". Fani zespołu mocno czekali na nowy krążek grupy od momentu gdy w sieci pojawiły się pierwsze klipy promujące płytę. A apetyt ten podsyciła jeszcze... okładka, którą zespół zaprezentował na jakiś czas przed premierą albumu. Skąd takie emocje wywołane okładką? Ewidentnie autor okładki próbował nawiązać do kultowego już "Hellwood". Fani mieli więc sporo oczekiwań, że po trzech nie tak udanych albumach, Hunter nawiąże muzycznie do jednego ze swoich najlepszych albumów.

Jednak nachalnych podobieństw tu brak. Właściwie poza rozpoczęciem albumu intro nawiązującym do kolejnego utworu nie ma tu więcej oczywistych nawiązań. W tym przypadku pełniący tę funkcję "W sieci..." genialnie wprowadza w klimat kolejnego utworu - tytułowego. A ten natychmiast po ukazaniu się w sieci zdobył duże uznanie wśród słuchaczy i stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów z ósmego albumu grupy. Kawałek ten wciąga swoim mrocznym, niepokojącym klimatem i kolejnym już w karierze Draka świetnym, dającym duże pole do interpretacji tekstem. 

To, że muzycy potrafią tworzyć klimatyczne, mroczne utwory słychać też na końcu albumu. Inspirowany powieścią "Mistrz i Małgorzata" "Szata na bal" oparty jest na świetnych partiach basowych i perkusyjnych, a także upiornym wokalu i mrocznej gitarze. Natomiast dający do myślenia o naszym narodzie "IŻółć" rozkręca się powoli, jednak przez całą długość trzyma w napięciu, a Drak śpiewa tu w mocno emocjonalny sposób. Oba te utwory zresztą są moimi ulubionymi z "Arachne" i jednymi z najbardziej lubianych w całej dyskografii grupy. Klimatyczne miało być też "Casus Belli", tu jednak grupa zawiodła i zanudza.

Jednak Hunter od kilku albumów umieszcza na swoich krążkach utwory bardziej chwytliwe i przebojowe i "Arachne" nie jest wyjątkiem. "Figlarz Bugi" i "Saruman" mają naprawdę chwytliwe melodie i szybko wpadają w ucho. Pierwszy posiada świetny bas, natomiast w tym drugim natychmiast uwagę zwracają partie skrzypiec Jelonka. Nie najgorsze jest też chwytliwe "O worze", ale "Gollum" to już zwykły wypełniacz. Całości dopełnia jeszcze okraszony kolejnym niedosłownym tekstem "Kim", którego nie zaliczył bym ani do grupy klimatycznej ani przebojowej, jednak jest to także jeden z lepszych utworów na albumie. Choć grupa nie uchroniła się przed niepotrzebnym przedłużaniem.

Czy Hunter wydaniem "Arachne" powraca do formy w jakiej zespół był na wspomnianym już "Hellwood"?. Raczej nie. Po raz kolejny już grupa ze Szczytna nagrała album niezbyt równy, jednak i tak jest to znaczny progres względem "Imperium" i "NieWolnOść". Dzięki kilku naprawdę udanym kompozycjom można powiedzieć, że "Arachne" to najlepszy album właśnie od czasów "Hellwood".

6/10

Lista utworów:

  1. W sieci...
  2. Arachne
  3. Gollum
  4. Figlarz Bugi
  5. Casus Belli 
  6. O Worze
  7. Kim
  8. Saruman
  9. Szata na bal
  10. IŻółć

wtorek, 18 października 2022

Recenzja: Iron Maiden - "Fear of the Dark"

Okładka albumu "Fear of the Dark" zespołu Iron Maiden

Dziewiąty album Iron Maiden to krążek o bardzo zróżnicowanych ocenach. Przez wielu fanów uważany jest za jedno z największych dzieł zespołu. Dla innych to jeden z najsłabszych albumów Iron Maiden z ery Dickinsona. Prawdą jest, że jest to jeden z najbardziej nierównych krążków brytyjskiej legendy. Możemy usłyszeć tu zarówno kompozycję, dzięki którym niektórzy słuchacze tak zachwalają tę płytę, jak i słabe numery, przez które ci drudzy ją krytykują.

Zacznę od tych lepszych momentów. I tu oczywiście trzeba natychmiast wspomnieć o kultowym utworze tytułowym. Nie ma chyba fana metalu, który nie słyszał "Fear of the Dark". Utwór ten jest obowiązkowy na każdym koncercie zespołu, a dodatkowo jest jednym z najczęściej wykonywanych utworów Iron Maiden przez inne grupy. Popularność tej kompozycji zdecydowanie nie jest nieuzasadniona. Utwór zaczyna się świetnym wstępem, później następuje spokojniejsza, klimatyczna część, aż w końcu utwór wybucha ogromem energii zachowując swój przebojowy i nie banalny charakter. A refren jest jednym z tych stworzonych dla publiczności.

Innym genialnym nagraniem jest rozpoczęty na spokojnie "Afraid to Shoot Strangers" ze świetną linią wokalną Bruce'a Dickinsona i pięknymi partiami gitarzystów Dave'a Murraya i Janicka Geersa. Przyczepić się można co prawda do galopady, która pojawia się znikąd i psuje bardzo fajny fragment gitarowy, ale i tak utwór jest niesamowity. Wśród pozostałych utworów szczególnie urzeka mnie świetna ballada "Wasting Love" z kolejnymi udanymi partiami gitarzystów oraz linią wokalną Bruce'a. Bardzo lubię też agresywny otwieracz "Be Quick or Be Dead" ze zróżnicowanym śpiewem oraz przebojowy "Judas Be My Guide", który myślę, że mógłby świetnie spisywać się na występach na żywo.

Za ciekawsze rzeczy można jeszcze uznać lekko orientalizujący "Fear is the Key" i chwytliwy "The Apparition". Obiecująco zaczynały się też "From Here to Eternity", "Childhood's End" czy "The Fugitive", ale każdy z tych trzech utworów w dalszej części rozczarował. Za to już prawie nic pozytywnego nie potrafię znaleźć w banalnym "Chains of Misery" i jeszcze bardziej banalnym "Weekend Warrior".

"Fear of the Dark" na pewno nie jest albumem, który ma się ochotę często słuchać w całości. Jest on dłuższy niż wcześniejsze albumy, przez co znalazło się tu więcej utworów miałkich. A w miarę często mam ochotę słuchać właściwie tylko pięciu utworów, dwa inne natomiast mogę słuchać bez większego zażenowania, ale nie mam potrzeby słuchać często. Dla tych jednak 5-7 utworów warto posłuchać płyty chociaż raz.

7/10

Lista utworów:

  1. Be Quick or Be Dead
  2. From Here to Eternity
  3. Afraid to Shoot Strangers
  4. Fear is the Key
  5. Childhood's End
  6. Wasting Love
  7. The Fugitive
  8. Chains of Misery
  9. The Apparition
  10. Judas Be My Guide
  11. Weekend Warrior
  12. Fear of the Dark

poniedziałek, 10 października 2022

Recenzja: Hunter - "NieWolnOść"

Okładka albumu "NieWolnOść" zespołu Hunter

Grupa Hunter po wydaniu "Królestwa" i "Imperium" stała się jedną z najbardziej znanych metalowych kapel w Polsce docierając do świadomości osób nawet nie mających do czynienia z tym gatunkiem. Siódmy krążek zespołu jeszcze tą popularność podniósł. Niestety ale nie dlatego, że jest to album tak bardzo udany. Sukces odniosły tu głównie dwa utwory, ale cały hype na ten krążek przyszedł głównie ze względu na... tekst utworu tytułowego. I to na dodatek dlatego, że do sieci wypłynęła błędna jego interpretacja.

Wielokrotnie pisałem, że Drak, czyli wokalista zespołu, który odpowiada za większość tekstów  grupy ma talent do pisania liryk dających pole do interpretacji. Jednak w mediach błędnie pisano, że zespół tym utworem atakuje PiS, który był już wtedy u władzy. Tak naprawdę bardzo trudno nie dostrzec, że Grzegorczyk jednym wersem atakuje każdą stronę polityczną... ale przynajmniej grupa miała swoje pięć minut "sławy". A co do muzyki w tym utworze, to zawiera dosyć chwytliwą melodię, którą błyskawicznie podchwytuje publiczność. Podobnie ma się sprawa z linią wokalną, także idealną dla publiczności. Zespół serwuje nam tu także zwolnienie, bo którym następuje zdecydowanie najlepsza, najbardziej emocjonalna część kawałka. Mój zdecydowany faworyt z albumu.

"RiPosta DrugoKlasisty" to drugi z utworów, które stały się klasykami grupy, choć znacznie mniejszym niż utwór tytułowy. Sporo tu zmian tempa, od umiarkowanie ciężkich, bo szybkie i agresywne. Jednak i w tym przypadku to warstwa tekstowa góruje nad muzyczną za sprawą antywojennego, bardzo dosadnego tekstu.

Reszta utworów niestety już nawet drugiemu z wymienionych kawałków nie jest w stanie dorównać, choć zdarzają się jeszcze kompozycje całkiem udane. Możemy tu usłyszeć jeden z najbardziej agresywnych utworów w całej dyskografii Huntera, czyli "PodNiebny". Jest to numer całkiem fajny, jednak tutaj przyjemność słuchania nieco odbiera tekst. Kompletnie nie wiem o co w nim chodzi i może budzić niepotrzebne myśli wśród nieświadomych ludzi o propagowaniu nienawiści czy przemocy przez zespół. A wątpię żeby taki był cel autora słów. Mam też sporą słabość do jednego z najbardziej chwytliwych utworów na albumie pt. "nieWesołowski", za jego przebojowy charakter i zróżnicowany sposób śpiewu. Niepokojący "Rzeźnicki" także miał potencjał na bardzo udany utwór, ale przez jego długi czas trwania w końcu zaczyna nudzić. "NieBanalny" ma udane zaostrzenia, ale wolniejsze fargmenty wypadają nijako. "NieRządnicki" miał potencjał na coś fajnego ale ostatecznie kończy jak średniak. Ma za to dający do myślenia tekst, za to sposoby śpiewu Draka zarówno w tych wolniejszych jak i szybkich momentach mnie nie przekonują. Kiedyś podobał mi się też "NieMy", ale teraz jest wg mnie zbyt banalny, a refren jest zbyt płaczliwy. "NieWinny" i "Gorzki" to już za to zwykle średniaki.

Niestety ale "NieWolnOść" kreowana na jeden z najlepszych albumów Huntera to album niezbyt udany. Posiada jeden świetny kawałek, trzy dobre, kilka z jakimś potencjałem i to właściwie tyle. Zespół jakby za bardzo skupił się na przekazie niż na muzyce, a przecież można było świetnie połączyć jedno i drugie co już sam zespół pokazywał wcześniej. W dodatku sporo patosu wprowadza tu Jelonek swoimi skrzypcami. Nie mam wątpliwości, że jest to bardzo utalentowany instrumentalista, ale na tym albumie zawiódł. Jego partie są proste, często wysuwające się zbyt nachalnie na pierwszy plan, co irytuje biorąc pod uwagę, że są do siebie zbyt podobne na pierwszy rzut oka. Biorąc więc pod uwagę całokształt, wychodzi nam album poziomem zbliżony do także przecenianego "Imperium", albo nawet mu nie dorównujący.

4/10

Lista utworów:

  1. NieWolnOść
  2. NieWinny
  3. Gorzki
  4. PodNiebny
  5. Rzeźnicki
  6. nieWesołowski
  7. NieRządnicki
  8. NieMy
  9. NieBanalny
  10. RiPosta DrugoKlasisty 

poniedziałek, 3 października 2022

Recenzja: Metallica - "St. Anger"

Okładka albumu "St. Anger" zespołu Metallica

Metallica za sprawą czarnego albumu oraz "Loadów", a później także albumu z przeróbkami swoich ulubionych wykonawców miała wszystko, sławę, pieniądze, uwielbienie fanów i stali się jednym z najważniejszych graczy na światowej scenie ciężkiego rocka. A jednak coś w zespole mocno zaczęło się psuć. Z zespołu odszedł Jason Newsted, który ponoć nigdy tak naprawdę nie został w pełni zaakceptowany przez Hetfielda i Larsa po śmierci Burtona. Grupa coraz mocniej w padała w nałogi od różnych używek, a i relacje między muzykami znacznie się pogorszyły. Zespół w tym czasie korzystał z pomocy terapeuty, a wśród zabiegów mających "uleczyć" zespół wymienia się nagranie płyty innej niż wszystkie krążki zespołu do tej pory. Tak właśnie powstał "St. Anger".

Album ten z pewnością nie cieszy się uznaniem fanów grupy. Ba, nie cieszy się uznaniem w ogóle wśród fanów metalu i obok "Lulu" nagranego z Lou Reedem uznawany jest za najgorsze działo zespołu. Właściwie jestem także zdania, że wspomniana płyta to najgorsze co do tej pory grupa nagrała. Nie powiedziałbym jednak, że jest to coś tak okropnego jak twierdzą fani zespołu. Przede wszystkim trójka muzyków (plus grający tu na basie producent Bob Rock) po raz kolejny na siłę wydłuża kompozycje, a co przy tym idzie cały album, przez co ten bardzo szybko nuży. Nie to jednak irytuje w tym albumie fanów grupy najbardziej lecz garażowe, słabe brzmienie (szczególnie perkusji) oraz brak solówek (tych jednak mi tu nie brakuje, bo od jakiegoś czasu Hammet nie jest darzony przeze mnie takim kultem jak dawniej).

Nie oznacza jednak, że na "St. Anger" brakuje dobrych momentów. Tych jest całkiem sporo, tyle, że otoczone są mniej udanymi lub są na siłę przedłużane. Tu na myśl przychodzi choćby utwór tytułowy z wyraźnymi nawiązaniami do nu metalu, "Frantic" z agresywnym wokalem czy "Some Kind of Monster". Każdy z tych utworów zawiera masę energii, momentami agresji wręcz i jest reprezentatywny dla całego albumu, który jest chyba najciężej brzmiącym od czasów legendarnego debiutu. Niezłe fragmenty posiada też "Shot me again", a konkretnie mam tu na myśli wstęp z nietypowymi dźwiękami gitary, "Sweet Amber", który jest jednym z lepszych na albumie i "The Unnamed Feeling". Reszta utworów natomiast za bardzo zlewa mi się w jedną całość, co przy dosyć długim czasie ich trwania męczy podwójnie.

"St. Anger" to album, który miał służyć jako terapia dla zespołu i faktycznie w późniejszym czasie relacje między muzykami jakby się polepszyły. Była to też próba odświeżenia stylu wpływami przede wszystkim nu metalu, który w tym czasie był jeszcze bardzo popularny, a także brzmienia - to ostatnie jednak z raczej mizernym skutkiem. Fajnie jednak, że muzycy przynajmniej spróbowali wyjść ze swojej strefy komfortu. W kilku kawałkach zrobili to nawet udanie. Tylko znowu to przedłużanie...

5/10

Lista utworów:

  1. Frantic
  2. St. Anger
  3. Some Kind of Monster
  4. Dirty Window
  5. Invisible Kid
  6. My World
  7. Shot me again
  8. Sweet Amber
  9. The Unnamed Feeling
  10. Purify
  11. All Within My Hands

środa, 31 sierpnia 2022

Recenzja: Hunter - "Imperium"

Okładka albumu "Imperium" zespołu Hunter


Gdy Hunter po koncercie pod nazwą "Historia metalu" na festiwalu Przystanek Woodstock w 2013 roku odbierał swoją pierwszą złotą płytę za album "Królestwo", wokalista zespołu ogłosił, że grupa pracuje nad kolejnym albumem pod nazwą "Imperium". Niedługo po tych słowach, bo w listopadzie tegoż roku ukazała się wspomniana płyta, jedna z najbardziej kontrowersyjnych i przy okazji nierównych w karierze zespołu.

Kontrowersje wywołują przede wszystkim teksty, w których obrywa się przede wszystkim religiom i to nie tylko naszej. Chyba najbardziej dosłownym przykładem jest kończące album "Imperium Trujki". Tu Drak będący autorem słów sugeruje zarówno brak życia pośmiertnego, jak i krytykuje pod sam koniec utworu... Radio Maryja, a konkretnie żerowanie na religijności starszych osób. Ogromną popularność wśród fanów zespołu, ale nie tylko zdobyło singlowe "Imperium Uboju" z dosyć krwawym teledyskiem. I tutaj wokalista grupy zaimponował ciekawym, niejednoznacznym tekstem, który oficjalnie potępia ubój rytualny, ale można go też interpretować na swój sposób - gorzej, że pewne fragmenty tekstu mogą zostać wyrwane z kontekstu, przez co słowa mogą być odbierane jako satanistyczne. A co do muzyki w tym utworze, to otwiera go fajny, choć mało oryginalny riff i zawiera nośną, wręcz skoczną w niektórych momentach melodię. Nic dziwnego, że utwór ten potrafi tak ponieść publikę na występach na żywo.

Te dwa utwory to największe szlagiery z "Imperium", ja jednak lubię też przebojowy, choć może lekko sztampowy "Imperium Mæczety", który z niewiadomych przyczyn nie zagościł na stałe w koncertowych setlistach. Przekonałem się też w ostatnim czasie do spokojnego lecz niepokojącego "Imperium miłości" z kolejnym zaskakującym tekstem. Bo wbrew tytułowi nie jest to banalny tekst o miłości do żony/dziewczyny/dziecka, lecz napisany jest z perspektywy... diabła (jeśli dobrze interpretuję). Utwór wciąga swoim klimatem, lecz ten w końcówce zostaje zepsuty. Jako tako wypada też "Imperium strachu" i trochę słabiej "Imperium waraciwara", nie przepadam za to zbytnio za "Imperium ZAWIŚCI ORZESZPOSPOLITEJ". Najgorzej z całego albumu wypadają jednak dwa utwory skomponowane przez skrzypka, Michała Jelonka, to których ten napisał także tekst: "Imperium diabła" i "Imperium SZCZUJSZCZURA". Oba kawałki wypadają banalnie, a w kółko powtarzane słowa obu refrenów budzą politowanie, szczególnie, że w "Imperium diabła" śpiewane są częściowo wysokimi głosami, które bardziej budzą zażenowanie niż jakieś inne uczucia. Na plus dla obu kompozycji jest to, że zwrotki nie są takie złe czysto muzycznie.

"Imperium" powtórzyło sukces poprzednika bo także zdobyło status złotej płyty, a nawet go przebiło, gdyż przez jakiś czas było numerem jeden na OLiS. Myślę jednak, że sukces ten album zawdzięcza przede wszystkim dwóm utworom, które wymieniłem jako pierwsze. Reszta utworów to utwory raz niezłe, raz słabe, ale mające jakiś potencjał radiowy. Niewiele jednak fani pamiętają z pozostałych siedmiu kawałków. Fani solowej twórczości Jelonka na pewno bardzo dobrze poznali "Imperium diabła", bo muzyk bardzo często gra go na swoich występach, jednak w wersji koncertowej wypada niewiele lepiej od oryginału. Uważam zatem, że szósty album zespołu jest najgorszym dziełem grupy do tej pory, mimo dwóch naprawdę świetnych utworów.

5/10

Lista utworów:
  1. Imperium uboju
  2. Imperium mæczety
  3. Imperium ZAWIŚCI ORZESZPOSPOLITEJ
  4. Imperium miłości
  5. Imperium SZCZUJSZCZURA
  6. Imperium strachu
  7. Imperium diabła
  8. Imperium waraciwara
  9. Imperium trujki 

czwartek, 25 sierpnia 2022

Recenzja: Iron Maiden - "No Prayer for the Dying"

Okładka albumu "No Prayer for the Dying" zespołu Iron Maiden

Po pełnym rozmachu "Seventh Son of the Seventh Son" w obozie Iron Maiden coś powoli zaczynało się psuć. Pojawiały się sygnały, że z grupy może odejść wokalista zespołu, Bruce Dickinson, który między siódmym a ósmym albumem Iron Maiden wydał swój pierwszy album solowy. Największym ciosem dla zespołu było jednak odejście Adriana Smitha, gitarzysty i najważniejszego obok Steve'a Harrisa kompozytora grupy. Jego miejsce zajął Janick Gers, który wystąpił na debiutanckim albumie Dickinsona. Jest to gitarzysta o zupełnie innym stylu gry niż Smith i pozbawiony takiego kompozytorskiego potencjału jak jego poprzednik. Wciąż jednak jest to gitarzysta dobry, choć pełnie swojego talentu pokaże dopiero później.

Poważna zmiana personalna nie jest jedyną zmianą w stosunku do poprzednich albumów. Bo bogatych brzmieniowo "Somewhere in Time" oraz "Seventh Son..." Żelazna Dziewica na swoim ósmym albumie zdecydowała się na znacznie surowsze brzmienie. W wielu recenzjach pojawia się opinia, że zespół na tym albumie odchodzi od Heavy metalu na rzecz hard rocka. Nie zgadzam się z tym. Wciąż jest to stuprocentowy heavy metal, chyba najbardziej zbliżony do zespołów typu Saxon od czasów płyt z Paulem di'Anno - nawet podobnie surowy (choć mniej urozmaicony) jak debiut.

Do najlepszych momentów na albumie należy na pewno pół balladowy utwór tytułowy ze świetnymi partiami gitarowymi i jedną z lepszych partii wokalnych na albumie. Jeśli mowa o wokalu, to głos Dickinsona uległ zmianie, stał się bardziej zachrypnięty dzięki czemu wokalista wielokrotnie śpiewa z jeszcze większym pazurem niż do tej pory. Słuchać to choćby w szybkim, typowo heavymetalowym "Public Enema Number One", w którym jednak refreny wydają się zbyt banalne albo w "The Assassin", w którym mam podobne zarzuty.

Bardzo lubię też melodyjny, typowy dla nurtu NWOBHM "Holy Smoke" z chwytliwą melodią, łączący fragmenty wolniejsze z bardziej energicznymi "Run Deep Silent Run", który jest jednym z najlepszych kawałków pod względem gry gitar na albumie oraz balladowo się zaczynający "Fates Warning", który potem zmienia się w szybką, metalową jazdę. Dobrze, choć nie wybitnie prezentuje się też jeden z największych hitów zespołu - nagrany początkowo solowo przez wokalistę grupy "Bring Your Daughter... To the Slaughter" na potrzeby filmu "Koszmar z ulicy Wiązów". Ten jest momentami banalny, ale nie można mu odmówić przebojowego charakteru. Do poprzedniego albumu najbardziej nawiązuje finałowy "Mother Russia" - utwór najbardziej rozbudowany na płycie, zwierający mocno kojarzący się z "siódmym synem" wstęp i wzbogaconymi "mistycznymi" chórami fragmentami, a także nagrany został ze sporym rozmachem. "Właściwa" melodia jest jednak bardzo udana i świetnie spisuje się tu Dickinson. Co najwyżej przeciętnie wypadają jednak "Teilgunner" i "Hooks in You". Dla tego ostatniego jednak słowo "przeciętny" to chyba jednak zbyt pozytywna ocena.

"No Prayer for the Dying" to jeden ze słabszych, a może nawet najsłabszy album z pierwszego okresu Dickinsona w zespole. Zespół wyraźnie odczuwał kryzys po stracie niezwykle cennego członka zespołu, który nie dość że był bardzo dobrym instrumentalistą, to był świetnym kompozytorem - jednym z najlepszych w całym gatunku. Wciąż jest to jednak całkiem udany album. Oczywiście nawet najlepsze momenty nie mają startu do "Powerslave", "Revelations" czy "The Evil that Man Do" ale słucha się ich całkiem dobrze. Poza dwoma wpadkami, cały album jest w miarę udany.

6/10

Lista utworów:

  1. Teilgunner
  2. Holy Smoke
  3. No Prayer for the Dying
  4. Public Enema Number One
  5. Fates Warning
  6. The Assassin
  7. Run Silent Run Deep
  8. Hooks in You
  9. Bring Your Daughter... To the Slaughter
  10. Mother Russia 

czwartek, 18 sierpnia 2022

Recenzja: Metallica - "Garage Inc."

Okładka albumu "Garage Inc." zespołu Metallica

"Garage Inc." wydany rok po mającym nie najlepsze opinie "ReLoad" to nie kolejna typowo studyjna płyta Metalliki. Tym razem kalifornijska grupa zdecydowała na wydanie nagranych wcześniej i wydanych np na stronach b singli przeróbek cudzych kompozycji. Jednak żeby nie zarabiać ponownie tylko na czymś, co wydane było już wcześniej, zespół zdecydował się na poszerzenie albumu o drugą płytę, nagrywając kolejne covery. Zarówno na pierwszym, jak i na drugim krążku obok przeróbek grup, do których muzycy nie kryli fascynacji, znalazły się kompozycje wykonawców, których fan metalu raczej nie do końca się spodziewał.

I tu idealnym przykładem jest choćby singlowy "Turn the Page" w oryginale wykonywany przez Boba Segera. I jest to jednocześnie jeden z najmocniejszych punktów całego zestawu. Z dosyć delikatnej kompozycji metalowcy zrobili porywającą pół balladę, do której nagrali bardzo poruszający teledysk, który mocno zmienił moją interpretację tekstu. Zarazem jest to chyba mój ulubiony utwór z całego albumu. Oczywiście lubianych przeze mnie utworów jest więcej. Tu wymienię inne single wykrojone z tego albumu czyli "Whiskey in the Jar" i "Die, die my Darling". Pierwszy z nich to właściwie przeróbka przeróbki, czyli tradycyjna irlandzka pieśń oparta na interpretacji Thin Lizzy, jednak znacząco się od niej różniącą. Wykon Metalliki pozbawiony jest celtyckiego klimatu jaki posiada wersja Thin Lizzy, nadrabia jednak wielką energią i przebojowością. "Die Die my Darling" z kolei to cover utworu wykonywanego przez punkowy zespół The Misfits. O ile oryginał jest całkiem niezły w kategorii przebojowego punk rocka, to wersja metalowej legendy nadała jej bardziej czystego brzmienia, co w tym konkretnym przypadku jest sporą zaletą. Muzycy nadali też temu numerowi jeszcze bardziej przebojowego charakteru.

Jeśli chodzi o inne utwory z płyty nr 1, czyli z tej nagranej na potrzeby wydania tego albumu, to fajnie wypada też pochodzący z piątej płyty Black Sabbath "Sabbra Cadabra", który może i ustępuje oryginałowi, ale miło się tego słucha. Jeśli jednak liczycie, że Metallica zatrudniła osobę posługującą się syntezatorami albo któryś z muzyków nauczył się obsługi tego instrumentu to jesteście w błędzie. Zamiast syntezatorowego fragmentu, muzycy wpletli w całość fragment innego utworu pochodzącego z "Sabbath Bloody Sabbath" - "A National Acrobat". Niewiele od oryginału odbiega "Astronomy" Blue Öyster Cult. Poprawie uległo jednak brzmienie. Podobnie ma się sprawa z "It's Electric" Diamond Head i "Tuesday's Gone" Lynyrd Skynyrd. W tym drugim przypadku jednak i tak wolę oryginał. Ciężko powiedzieć czemu, po prostu przemawia do mnie bardziej pierwowzór. Wersja Metalliki mnie nudzi. Nie do końca podoba mi się pomysł aby duński Mercyful Fade uhonorować poprzez tzw medley, czyli kilka utworów zespołu złączonych w całość. Wykonanie nie jest złe, jednak jest bardzo długie i lepiej byłoby nagrać jeden-dwa utwory zespołu w całości. Nie jestem fanem dwóch przeróbek hardcore punkowej grupy Discherge: "Free Speech For The Dumb" i "The More I See". W tym drugim utworze nieźle wypada oryginał, nie lubię za to tego pierwszego w żadnej z dwóch wersji. Największą porażką w porównaniu z wersją oryginalną jest jednak "Loverman" pierwotnie wykonywany przez Nicka Cave'a wraz z zespołem Bad Seeds. O ile wersja Cave'a i spółki posiada oprócz zapadającej w pamięć melodii zbieraninę ciekawych "przeszkadzajek" i intryguje bardzo ciekawym śpiewem lidera, tak wykonanie Metalliki jest po prostu nijakie. James Hetfield co prawda w niektórych momentach stara się odwzorować śpiew idola, ale robi to w momentach najłatwiejszych, a te najdziwniejsze momenty śpiewa w zwyczajny sposób pozbawiony czegokolwiek ciekawego.

Drugi krążek to już utwory nagrane wcześniej na różne EP-ki i strony B singli. Tu już wykonawcy, których zespół wziął na warsztat są bardziej oczywiści. Właściwie to nie usłyszymy tu nic poza punk rockiem, hard rockiem i heavy metalem. Niespodzianką dla niektórych fanów może być przeróbka utworu Queen. Jednak jeśli ktoś zna twórczość tej grupy z przed stania się pop rockowym gigantem, to wybór ten nie powinien dziwić, szczególnie, że metalowcy postawili na najostrzejszy utwór w karierze "Królowej", czyli"Stone Cold Crazy" nazywane (moim zdaniem przesadnie) pierwszym utworem thrash metalowym. Grupa nie odbiega wiele od oryginału, ale całe szczęście nie skorzystała z pomysłu z kiczowatymi chórkami. Najwięcej uwagi zostało tu poświęcone grupie, która pod względem wpływu na innych metalowych wykonawców nie ma sobie równych, czyli brytyjskiej legendzie Motorhead, której aż cztery utwory zostały tu wykonane przez Metallikę. "Overkill", "Damage Case", "Stone Dead Forever" i "Too Late Too Late"- bo te właśnie utwory Metallica umieściła na albumie - nie odbiegają wiele od oryginałów, za to każdy zagrany jest z dużą energią - w końcu każda z tych czterech pozycji to wykonanie na żywo. Drugim bardzo mocno docenionym zespołem jest obecny już wcześniej Diamond Head. Oprócz obecnego na płycie numer jeden "It's Electric", grupa na drugim krążku zamieściła trzy kolejne kompozycje legendy NWOBHM: "Am I Evil", "The Prince" i "Helpless". I w tym przypadku zespół zdecydował się na w miarę wierne odwzorowanie wersji oryginalnych. Nie ma tu zresztą żadnego utworu, który grupa postanowiła jakoś zmienić jak to miało miejsce w kilku przypadkach na pierwszym dysku. Zarówno połączenie "Last Caress" i "Green Hell" the Misfits, jak i "The Small Hours" Holocaust, "Breadfan" i "Crash Cours in Brain Surgery" Budgie, "Blitzkrieg" Blitzkrieg oraz "So What" Anti-Nowhere League opierają się na wersjach pierwotnych. Podobnie zresztą jak chwytliwy "The Wait" Killing Joke. Tu jednak wokal zdaje się jeszcze bardziej zdeformowany przez efekty niż jest to w wersji Killing Joke.

"Garage Inc." to przyzwoite uzupełnienie dyskografii grupy. Nie jest idealne, bo niektóre utwory nawet w oryginalnych aranżacjach mnie nie przekonują, ale część z nich wypada lepiej lub porównywalnie do oryginałów. Szkoda, że grupa częściej nie próbowała nagrać czegoś po swojemu, bo w przypadku "Whiskey in the Jar" czy przede wszystkim "Turn the Page" wyszło im to bardzo dobrze. Po co jednak wydawać przeróbki cudzych kompozycji jeśli różnią się one właściwie tylko brzmieniem i wokalem? Na plus dla zespołu, że dzięki nim wielu słuchaczy dowiedziało się o ciekawych wykonawcach pokroju nieco zapomnianego Diamond Head czy genialnego Mercyful Fade. Szkoda, że nie poradzili sobie w utworem Nicka Cave'a, bo to także bardzo interesujący artysta, a przez słabą wersję Metalliki niewiadomo ilu słuchaczy zdecyduje się na poznanie jego twórczości.

7/10

Lista utworów:

Płyta nr 1:

  1. Free Speech For The Dumb
  2. It's Electric
  3. Sabbra Cadabra
  4. Turn the Page
  5. Die Die my Darling
  6. Loverman
  7. Mercyful Fade
  8. Astronomy
  9. Whiskey in the Jar
  10. Tuesday's Gone
  11. The More I See
Płyta nr 2

  1. Helpless
  2. The Small Hours
  3. The Wait
  4. Crash Cours in Brain Surgery
  5. Last Caress/ Green Hell
  6. Am I Evil
  7. Blitzkrieg
  8. Breadfan
  9. The Prince
  10. Stone Cold Crazy
  11. So What
  12. Killing Time
  13. Overkill
  14. Damage Case
  15. Stone Dead Forever
  16. Too Late Too Late

czwartek, 11 sierpnia 2022

Recenzja: Diamond Head - "Lighting to the Nations"

 

Okładka albumu "Lighting to the Nations" zespołu Diamond Head

Diamond Head to kolejny po Iron Maiden i Angel Witch reprezentant nowej fali brytyjskiego heavy metalu, który pojawia się na moim blogu, a przy tym jeden z najbardziej wpływowych zespołów metalowych w historii. Dzisiaj co prawda nie jest tak znany jak wspomniane Iron Maiden, jednak o wpływie jaki wywarł na inne zespoły, niech świadczy fakt, że sama Metallica na swoim albumie z coverami, "Garage Inc." umieściła aż cztery przeróbki brytyjskiego zespołu.

Wśród fanów grupy popularny jest żart, że w jednym utworze Diamond Head potrafi umieścić więcej riffów niż Black Sabbath na całym albumie. Stwierdzenie to oczywiście jest podkoloryzowane, ale faktem jest, że kompozycje zespołu są zwykle rozbudowane i zawierają wiele raz bardziej, raz mniej ciekawych gitarowych riffów. Chyba najbardziej znany z debiutu zespołu, a prawdopodobnie nawet w całej historii Diamond Head jest świetny "Am I Evil", który Metallica oczywiście wzięła na warsztat. Nie mnie rozstrzygać, która wersja jest lepsza, prawda jednak jest taka, że Brytyjczycy stworzyli jeden z najlepszych heavymetalowych numerów tamtych lat, a może nawet w całej historii gatunku. Od mrocznego początku, przez szybkie riffowanie, po przebojowy refren, "Am I Evil" nie pozwala na oderwanie się od utworu.

Właściwie każdy z zamieszczonych tu siedmiu utworów jest niesamowicie przebojowych, a przy tym ciężki. Można wymienić np inne z coverowanych przez Metallikę numerów, jak rozpędzony "The Prince" z fajnym refrenem i wieloma fajnymi momentami czy już mniej mnie przekonujące, proste w porównaniu z innymi utworami "It's Electric" czy nieco przekombinowane "Helpless". 

Z pozostałych trzech utworów najlepsze wrażenie zrobił na mnie najbardziej rozbudowany "Sucking my Love" z fajnym zwolnieniem w środku. Bardzo lubię też nieco mrocznie rozpoczynający się utwór tytułowy, który potem nabiera energii i tempa. Średni za to wydaje mi się "Sweet and Innocent".

"Lighting to the Nations" to jeden z najlepszych albumów heavymetalowych w historii, a także jeden z najlepszych debiutów w tym gatunku. Niestety grupa podobnie jak opisywane już przeze mnie Angel Witch nie dała rady powtórzyć tak świetnej formy na kolejnych krążkach i podobnie jak oni stali się po prostu kultowi w pewnych kręgach, nigdy nie dorównując sławą Saxon czy Iron Maiden, ani nawet bardziej współczesnym nam grupom jak Five Finger Death Punch albo Avenged Savenford. A szkoda, bo potencjał mieli ogromny, później też bywały przebłyski, ale właściwie nic więcej.

8/10

Lista utworów:

  1. Lighting to the Nations
  2. The Prince
  3. Sucking my Love
  4. Am I Evil
  5. Sweet and Innocent
  6. It's Electric
  7. Helpless

sobota, 30 lipca 2022

Recenzja: Hunter - "Królestwo"

 

Okładka albumu "Królestwo" zespołu Hunter

"Królestwo" to album, który wzbogacił dorobek zespołu o kilka nowych koncertowych szlagierów. Obecnie chyba niemożliwe jest trafić na koncert grupy ze Szczytna, na którym Hunter nie zagrał ani jednego utworu z piątej płyty.

Skoro już wspomniałem o występach live, to warto powiedzieć też, że częstym zjawiskiem jest, że zespół swoje koncerty rozpoczyna dokładnie tak samo jak zaczął "Królestwo" (pomijając "Intro"), czyli od bazującej na ociężałym riffie "Rzeźni nr 6" i szybkiego, przebojowego "Dwie siekiery" z próbą urozmaicenia utworu spowolnieniem w środkowej części. Oba utwory na żywo faktycznie potrafią porwać, studyjnie nie zachwycają, ale mogą się podobać.

Ciężko wyobrazić sobie występ zespołu bez poruszającego "PSI" czy utrzymanego w średnim tempie "Trumian Show", do których zespół nagrał teledyski. Oba nagrania zresztą są mocnym punktem całego albumu, podobnie jak pełen emocji w wokalu "Kostian" i ballada "O wolności". Dosyć często możemy na żywo usłyszeć też "Samaela". Ten powolny kawałek jednak nie przemawia do mnie w żadnej wersji. Co najwyżej średnie są też "Sztandar", „RnЯ” i inni.

"Królestwo" osiągnęło spory sukces komercyjny zdobywając nawet sporo wyróżnień w kategorii muzyki metalowej. Dla mnie jednak był to najsłabszy album grupy do tamtej pory, bez żadnego świetnego kawałka. Te najlepsze utwory są po prostu dobre. I nic więcej. Nie widzę też właściwie potrzeby żeby ktoś poza fanami muzyki metalowej zwrócił uwagę na tą płytę. Brakuje tutaj też tak charakterystycznych utworów jakie zdarzały się w licznie mnogiej ma każdym z czterech wcześniejszych albumów.

5/10

Lista utworów:

  1. Intro
  2. Rzeźnia nr 6
  3. Dwie siekiery
  4. Trumian Show
  5. Sztandar
  6. Samael
  7. Inni 
  8. Kostian
  9. PSI
  10. „RnЯ”
  11. O wolności

wtorek, 19 lipca 2022

Recenzja: Metallica "ReLoad"

 


"Drugi z Loadów" ukazał się na rynku rok po wypuszczeniu pierwszej części. Zespół postanowił wcześniej dopracować utwory skomponowane jeszcze w czasach "Load". Część z zamieszczonych tu utworów jednak mimo dopracowania nie wyszło poza poziom wypełniaczy.

A jednak znalazły się też tu utwory o bardzo wysokim poziomie, głównie na samym początku albumu. Otwierający płytę "Fuel" świetnie łączy ciężar z chwytliwą melodią. Podobnie ma się sytuacja z kolejnym "The Memory Remains", w którym mogą irytować wokalizy Marianne Faithful, dla mnie jednak pasują do utworu. "Devil's Dance" utrzymany jest w średnim tempie, a jego riffy są nieco ociężałe, ale świetnie pasują do skomponowanej melodii. Po trzech pierwszych utworach słyszymy następcę kultowego "Unforgiven" - "Unforgiven II". Tym razem jednak budowa utworu jest bardziej konwencjonalna - spokojne zwrotki i agresywny refren, czyli przeciwieństwo pierwowzoru. Po tych czterech utworach w zasadzie już niewiele dobrego znajdziemy. Dopiero ma samym końcu znajdziemy bardzo dobry "Fixxxer" z interesującym wstępem, po którym słyszymy świetny riff, a także ciekawą końcówką.

W międzyczasie dominują utwory, które mogłyby pełnić co najwyżej funkcje strony B singli, raz mający większy ("Carpe Diem Baby", "Bad Seed", "Prince Charmimg"), raz mniejszy ("Better than you", "Slither", "Attitude") potencjał. Każdy z tych sześciu utworów ostatecznie kończy jako średniak. Wśród dwóch pozostałych utworów jest po jednym kawałku bardzo słabym ("Low Man's Lyric" - przesłodzona ballada, szczególnie aranżacyjnie) i całkiem ciekawym ("Where the Wild Things Are" - dosyć mroczny utwór z wokalną współpracą Hetfielda i prawdopodobnie Newsteda, oraz powolnym, klasycznym wstępem).

"ReLoad" to przede wszystkim album stanowczo za długi. Gdyby skrócić go o te cztery najsłabsze utwory, byłby to album dosyć solidny. Ostatecznie wypada jednak średnio i przez sporą część męcząco.

5/10

Lista utworów:

  1. Fuel
  2. The Memory Remains
  3. Devil's Dance
  4. Unforgiven II
  5. Better than you
  6. Slither
  7. Carpe Diem 
  8. Bad Seed
  9. Where the Wild Things Are
  10. Attitude
  11. Fixxxer

czwartek, 14 lipca 2022

Recenzja: Angel Witch - "Angel Witch"

 

Okładka albumu "Angel Witch" zespołu Angel Witch

Nurt New Wave Of British Heavy Metal, mimo, że kiedyś był bardzo popularny, dziś znany jest za sprawą wąskiej grupy zespołów, wśród których największą popularnością cieszy się Iron Maiden, a znacznie mniej znane wśród młodszych fanów są takie grupy jak Saxon, Diamond Head czy Venom. Wartych poznania grup z tego nurtu jest więcej, żeby wymienić tylko bohatera dzisiejszej recenzji, zespół Angel Witch. Trio z Wielkiej Brytanii wprawdzie nie oferuje w swojej twórczości czegoś nowatorskiego, jednak kompozycje zawarte na swoim debiucie mocno wyróżniają się poziomem i zróżnicowaniem na tle całego gatunku.

Oczywiście dominują tu charakterystyczne dla nurtu NWOBHM szybkie, często sztampowe numery oparte na prostych partiach sekcji rytmicznej, w tym przypadku złożonej z perkusisty Dave'a Hogga i basisty Kevina Riddlesa. Do tej grupy możemy zaliczyć świetny utwór tytułowy, "White Witch", "Atlantis" i "Confused". W dwóch ostatnich wymienionych jednak drażni częsta bolączka utworów stworzonych przez grupy zaliczane do tego nurtu, czyli banalne, kiczowate refreny, w tym przypadku śpiewane wielogłosowo. Poza refrenami jednak oba kawałki prezentują się przyzwoicie. Jeśli chodzi o banał, to jednak nic na albumie nie przebija najgorszego na całym krążku "Sweet Danger".

Pozostałe pięć utworów jest już bardziej zróżnicowanych. "Sorceress" łączy spokojniesze zwrotki z bardziej ciężkimi refrenami. W tym utworze możemy usłyszeć też partie zagrane przez Riddlesa na organach. "Gorgon" zaczyna się powolnym i mrocznym wstępem. Potem jest to już szybka jazda w zwrotkach przeplatana spokojniejszymi refrenami. Jeden z najlepszych na płycie "Angel of Death" posiada najcięższe brzmienie na całym krążku, a "instrumentalny "Devil's Tower" jest udanym zwieńczeniem całego albumu. Prawdziwą perełką jest jednak półballada "Free Man" z zapadającą w pamięć melodią, udanym gitarowym solo Kevina Heyborne'a i świetnymi zaostrzeniami.

Debiut Angel Witch to jedna z najlepszych pozycji nurtu NWOBHM i szkoda, że grupa nie zdobyła uznania jak wymienione w pierwszym akapicie zespoły. Być może winą jest wokal, za który odpowiada gitarzysta zespołu, który swoim instrumentem operuje bez zarzutu, ale wokalnie zawodzi. Niestety zespół ten też nie zaprezentował udanych kompozycji na kolejnych albumach, przez całkowicie pogrzebał szansę na większy rozgłos i obecnie posiada status zbliżony do Praying Mantis czy Tygers of Pan Tang.

7/10

Lista utworów:

  1. Angel Witch
  2. Atlantis
  3. White Witch
  4. Confused
  5. Sorceress
  6. Gorgon
  7. Sweet Danger
  8. Free Man
  9. Angel of Death
  10. Devil's Tower

środa, 13 lipca 2022

Recenzja: Black Sabbath - "Technical Ecstasy"

 

Okładka albumu "Technical Ecstasy" zespołu Black Sabbath

Black Sabbath od samego początku był zespołem, który nie bał się eksperymentować z różnymi gatunkami muzycznymi. Jednak mniej więcej od swojego piątego krążka, "Sabbath Bloody Sabbath", grupa ta stawiała na coraz większy eklektyzm. Opisywany siódmy już album, "Technical Ecstasy" to krążek ze wszystkich dotychczasowych najbardziej różnorodny i niestety ale niekoniecznie spójny.

Chyba najbliżej "klasycznego" Black Sabbath jest początek drugiego na trackliście "You won't Change Me". Co prawda słychać tu syntezatorowe tło, a takich zabiegów próżno szukać na pierwszych albumach zespołu, ale chwilę później słyszymy ciężki riff, który swoim ciężarem niewiele ustępuje temu z utworu tytułowego na debiucie. Potem niestety cały ten klimatyczny początek zostaje zmarnowany i pomimo, że całość nie jest zła, to banalny refren aż kłuje w uszy po tak obiecującym początku. Nie był to jedyny raz gdy muzycy trochę przesadzili z próbą nagrania przebojowych melodii, bo w zajeżdżającym Beatlesami  "It's Alright" także lekko odlecieli, nie brzmiąc w ogóle jak ten zespół, tym bardziej, że jako wokalista wystąpił tu Bill Ward. Sam utwór może jest całkiem znośny, ale nie pasuje do towarzystwa nawet tak zróżnicowanego jak na tym krążku, a też nie jest na tyle dobry, bym miał ochotę go słuchać dużo częściej nawet osobno.

Jeśli chodzi o melodię mające szansę zrobić zamieszanie w radiu to największe szanse miał "All Moving Parts (Stand Still)", w którym nie tylko instrumentaliści grają bujającą melodię, ale także dzieje się tu bardzo dużo, a i Ozzy śpiewa świetną, zróżnicowaną partię wokalną. Dużo dzieję się też w finałowym "Dirty Woman". Tu jednak melodia nie jest tak przebojowa, a sam utwór mógłby być odrobinę skrócony w końcówce, ale i tak jest to jeden z najlepszych utworów na albumie. Bardzo chwytliwy jest energiczny "Rock 'n' Roll Doctor". Jest on jednak zarazem trochę banalny i słychać w nim staroświeckie partie klawiszowe.

Co innego "Back Street Kids", który także różni się od wczesnych dokonań grupy z Birmingham, także słychać klawisze (lecz tym razem syntezatory) i bliżej mu do twórczości zespołów heavy-metalowych, niż hard rocka, ale sama kompozycja mi się podoba. Trochę heavy metalem (choć tu skojarzenia nie są tak oczywiste) zalatuje "Gypsy" z szybkim perkusyjnym wstępem i energiczną grą każdego z instrumentalistów. Mocno kojarzy mi się ten kawałek z późniejszą karierą solową wokalisty Black Sabbath, Ozzym Osbornem. Kiedyś lubiłem balladę "She's Gone", dziś jednak zdaje mi się ona zbyt ckliwie zaaranżowana, a wokal Osbourne'a zanadto płaczliwy, przez co obok "It's Alright" jest najsłabszym elementem całości.

"Technical Ecstasy" nie cieszy się zbyt dobrą opinią wśród fanów. Wielu słuchaczy nawet nie zawraca sobie płytą głowy przez niepochlebne opinię innych. Obok "Sabotage" faktycznie jest to najgorsza płyta zespołu do tej pory, ale mimo to znajdziemy tu kilka ciekawych utworów, dla których warto poświęcić te 40 minut na przesłuchanie albumu.

7/10

Lista utworów:

  1. Back Street Kids
  2. You won't Change Me
  3. It's Alright
  4. Gypsy
  5. All Moving Parts (Stand Still)
  6. Rock 'n'Roll Doctor
  7. She's Gone
  8. Dirty Woman

środa, 6 lipca 2022

Recenzja: Hunter - "Hellwood"

 

Okładka albumu "Hellwood" zespołu Hunter

"T.E.L.I..." zdobyło w polskim, metalowym świecie niemałe uznanie, obecnie ciesząc się prawie kultowym statusem. Jednak zespół na kolejnym albumie postanowił nie trzymać się zbyt mocno zawartych tam pomysłów, dzięki czemu "Hellwood" zdaje się o wiele bardziej urozmaicony, a także - przynajmniej dla mnie - lepszy. Warto wspomnieć skąd wziął się tytuł płyty, która natychmiast kojarzy się z Hollywood, czyli mekką dzisiejszej kinematografii. Muzycy postanowili stworzyć koncept, który polegał na napisaniu tekstów nawiązujących do ich ulubionych filmów. Napisane są one jednak w tak dobry sposób, że można ich słuchać nie znając filmów do których nawiązują, a nawet nie wiedząc, z jakim filmem są powiązane (tak jest w moim przypadku, bo już od dłuższego czasu filmy niezbyt mnie interesują).

Mimo, że czwarty krążek polskiej grupy przez wielu fanów uznawany jest za osiągnięcie szczytowe, to tylko jeden pochodzący z niego utwór zagościł w setlistach koncertowych na stałe. Mowa o świetnym "$mierci$miech" - bardzo szybkim utworze z ogromnym udziałem skrzypiec i wyrzucanym z niemałą prędkością antywojennym tekstem. Popularność tego kawałka jest wg mnie całkowicie zasłużona i status, który posiada wśród wśród fanów grupy (chyba tylko "Kiedy umieram", "T.E.L.I.." i późniejsza "NieWolność" oraz "Imperium uboju" przebijają uwielbieniem wspomnianą kompozycję) jest zrozumiały.

Znacznie rzadziej przez zespół wykonywane są krótki i właściwie średni "Dura Lex Sed Lex" "Labirynt Fauna" z ładnym tekstem, choć mrocznym refrenem i świetnie łączący łagodne zwrotki z agresywnymi refrenami, a także "Armia Boga". Przy ostatnim utworze na chwilę się zatrzymam. Jeśli chodzi o gitarowe riffy, to jest to chyba najlepszy pod tym względem utwór od czasów "Medeis", a może nawet "Requiem". Ale uwagę chcę poświęcić warstwie lirycznej, która aż dziwne, że nie wzbudziła w tamtym czasie kontrowersji (te przyjdą wraz z albumem "Imperium" i będą kontynuowane na "NieWolność" i "Arachne"). Tekst w pierwszej chwili może wręcz się wydawać satanistyczny, bo pisany jest z perspektywy samego Lucyfera o czym może świadczyć choćby wers "Tak, jestem tym, który pierwszy spadł". Warto jednak zgłębić go do końca, bo pod koniec utworu pojawiają się linijki sugerujące zadowolenie podmiotu lirycznego z potępienia ludzi mających na rękach krew dzieci, co potwierdził sam lider zespołu ze sceny Polandrock festiwal w 2019 roku, mówiąc przy tym, że to już w tym utworze poruszyli temat pedofilii w kościele.

Inne utwory z płyty wykony na żywo mają sporadycznie. Szkoda, bo chętnie zobaczyłbym jak na żywo wypada np "Strasznik" ale przede wszystkim "Arges" - powolny, a przy tym bardziej ciężki utwór z niezwykle mrocznym klimatem. Wyśmienicie dla mnie spisał się tu Drak, którego partia wokalna jest równocześnie pełna bólu co wściekłości. Uważam jednak, że skrócić można było końcówkę, w której wokalista wykrzykuje łacińskie sentencje. Fakt, że instrumentalnie wciąż rośnie napięcie, jednak nie jakoś mocno, a to co zaprezentowali instrumentaliści można było zmieścić w krótszym czasie.

"TshaZshyC", "Duch epoki" i "Zbawienie" za to to już dla mnie zwykłe zapychacze, w których może znajdzie się jakiś ciekawy element, ale zostały one zmarnowane. "Nadchodzi..." to właściwie tylko 20 sekund bicia zegarów na początku albumu, za to pochwalić mogę próbę (udaną czy nie kwestia smaku - dla mnie średnią) urozmaicenia całego albumu wpływami wschodnimi w "Cztery wieki później". Na pewno znajdziemy tu najładniejszą "właściwą" partię wokalną na albumie. Irytować mogą za to "hinduskie" wokalizy. Gdyby nie one być może wyszło by coś równie ładnego jak "Pomiędzy niebem a piekłem" z poprzedniego albumu.

"Hellwood" zdecydowanie zawiera więcej pomysłów niż poprzednie "T.E.L.I...", jednak i tu grupa nie ustrzegła się chybionych pomysłów czy dłużyzn, albo po prostu nijakich motywów czy riffów. Mimo to jest to płyta która znajduje się na podium moich ulubionych krążków grupy ze Szczytna.

7/10

Lista utworów:

  1. Nadchodzi...
  2. Strasznik
  3. $mierci$miech
  4. Labirynt fauna
  5. Duch epoki
  6. Armia Boga
  7. Dura Lex Sed Lex
  8. TshaZshyC
  9. Arges
  10. Cztery wieki później
  11. Zbawienie

wtorek, 28 czerwca 2022

Recenzja: Iron Maiden - "Somewhere in time"

 

Okładka albumu "Somewhere in time" zespołu Iron Maiden

Po świetnie przyjętym "Powerslave" i ogromnej promującej go trasie, Iron Maiden w końcu weszli do studia. Postanowili jednak coś zmienić w swojej muzyce, a konkretniej w brzmieniu. Tym samym po pięciu, dosyć surowych brzmieniowo albumach, grupa zdecydowała się na ryzykowny ruch skorzystania z syntezatorów. W przeciwieństwie jednak do wielu innych metalowych wykonawców decydujących się na taki ruch, Harris i spółka zdołali użyć wspomnianych środków ze smakiem, ubarwiając nieco brzmienie, a nie psując je.

Zmiany słychać natychmiast, bo już w otwierającym krążek, prawie tytułowym "Caught somewhere in time". Po interesującym wstępie słyszymy charakterystyczną dla zespołu basową galopadę uzupełniającą szybką grę dwójki gitarzystów. Nieźle spisuję się tu Bruce Dickinson, jednak jego wysokie tony w refrenie, mają prawo zirytować. Otwieracz jest całkiem udany, jednak istotną wadą szóstego krążka legendy NWOBHM jest to, że podobnie zbudowanych jest tu kilka innych numerów. Od nie najgorszego intro zaczynają się także "Heaven can't wait", "The loneliness of the long distance runner" oraz "Deja vu". I w każdym z tych trzech utworów bo niezłym wstępie słyszymy metalową, szybką jazdę. Z całej trójki jednak, jedynie "Deja Vu" wypada całkiem nieźle. Pozostałe dwie kompozycje to zwykle średniaki, choć znajdziemy w nich parę ciekawych zagrywek. Za mało to jednak bym miał ochotę słuchać ich częściej.

Najlepszym zamieszczonym tu nagraniem jest chyba singlowy "Wasted years" z ogromnym komercyjnym potencjałem, genialną melodią, świetnym riffem i bardzo dobrą linią wokalną - tak w zwrotkach, jak i refrenach. Drugi z singli, czyli "Stranger in the Strange land" także jest przyzwoity dzięki chwytliwej linii basu Harrisa, niezłemu riffowi i przyzwoitej partii Dickinsona w zwrotkach - nieco gorzej wypada refren. Podoba mi się też solo gitarowe rozpoczęte we fragmencie wolniejszym, by kontynuować je, gdy zespół przyspiesza. Za słaby utwór uważany jest "Sea of Madnes". Ja jednak nie byłbym tak krytyczny wobec niego. Kawałek ten na pewno miał spory potencjał, który nie został do końca wykorzystany. Najwięcej zastrzeżeń mam do średnio udanego refrenu. Linia basu i główny riff za to, są na całkiem wysokim poziomie. Całość kończy tradycyjnie już najdłuższy i najbardziej rozbudowany utwór na płycie. W tym przypadku jest to "Alexander the Great". Nie jest co prawda arcydzieło na miarę "Hallowed thy Namę" z trzeciego albumu grupy czy "The Rime of the Ancient Mariner" z poprzednika, ale wciąż jest to kompozycja bardzo udana, szczególnie świetny początek. Szybsza część także jest udana, przyzwoicie zaaranżowano syntezatory, dobrze spisuje się perkusista Nicko McBrain oraz słyszymy sporo chwytliwych motywów.

"Somewhere in time" z pewnością cierpi najbardziej na powtarzalne kompozycje. Większość z zamieszczonych tu utworów jest zbudowanych w niemal identyczny sposób, z czego niestety nie wszystkie bronią się. Dla wielu słuchaczy minusem albumu jest też brzmienie, mi ono akurat nie przeszkadza. I poraz kolejny już mam problem z wystawieniem ostatecznej oceny albumowi tego zespołu, bo obok świetnych numerów, zdarzają się średnie. O ile słuchając osobno niektórych z zamieszczonych kawałków nie zwracamy uwagi na powtarzalność, to słuchając całości wada ta psuje odsłuch płyty.

7/10

Lista utworów

  1. Caught somewhere in time
  2. Wasted years
  3. Sea of Madnes
  4. Heaven can't wait
  5. The loneliness of the long distance Runner
  6. Stranger in a Strange land
  7. Deja Vu
  8. Alexander the Great 

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Recenzja: Metallica - "Load"

Okładka albumu "Load" zespołu Metallica

 Po drastycznej zmianie stylu na swoim piątym krążku, potocznie zwanym "Black albumem" Metallica kontynuowała obrany na tej płycie kierunek, być może jeszcze bardziej upraszczając swoje kompozycje. Jednak pomysły by dotrzeć do szerszej publiki tym razem nie ograniczały się jedynie do muzyki, ale i wyglądu muzyków. Po pierwsze cała czwórka ścięła swoje włosy, co dla wielu fanów było wtedy nie do pomyślenia. Jeszcze krok dalej poszedł Kirk Hammet, który zaczął malować oczy i paznokcie na czarno. Takie decyzje jeszcze bardziej poróżniły fanów zespołu - ci starzy fani, wielbiący Metallikę od pierwszych płyt ostatecznie odsunęli się od niej zarzucając "sprzedanie się". Nie powiedziałbym też, że dzięki tym decyzjom grono wielbicieli powiększyło się o nowych słuchaczy, bo ci pojawili się wraz z wydaniem piątej płyty, a raczej niewielu słuchaczy za swoją pierwszą usłyszaną płytę metalowej legendy uznaje opisywany w tej recenzji "Load" czy kolejny "ReLoad.

No dobra, a jaki właściwie jest "Load"? Po pierwsze za długi. Po drugie, brakuje tu tak wyrazistych i chwytliwych numerów jak każdy z singli pochodzących z poprzedniego albumu. Nie oznacza to, że krążek ten jest słaby. Znajdziemy tu kilka całkiem fajnych metalowych, czy może raczej hard rockowych kawałków, a także przyjemne spokojniesze numery. Największą wadą prawie każdego zamieszczonego tu utworu jest to że są one zanadto rozwleczone. W tych agresywnych kompozycjach jako wadę dodał bym także bardziej nijakie niż na poprzednich płytach gitarowe riffy. I tu jako przykład idealnie pasuje "2x4", którego naprawdę ciężko się słucha, a występuje bardzo szybko, bo już jako utwór nr 2. Nie mogę odmówić natomiast temu kawałkowi energii z jaką został nagrany. I tej energii faktycznie na "Load" nie brakuje, mimo że nie jest to thrash metalowe łojenie. Ciężkie jest także choćby "King nothing" z chwytliwą melodią i będące jednym z moich ulubionych numerów na płycie albo powolne i ciężkie "The House Jack Built" mogące kojarzyć się z "Sad but True" z poprzednika ze względu na swój ciężar i tempo. Wspomniany kawałek jednak sporo ustępuje kultowemu odpowiednikowi z piątej płyty.

Na szóstym studyjnym albumie słuchać z jaką swobodą muzycy podeszli do nagrań, co widoczne jest najbardziej w "Ronnie" posiadającym świetny riff czy singlowymi "Under It Sleeps" z łagodnymi zwrotkami i agresywnym refrenem oraz zgrabnie łączącym melodyjność i ciężar "Ain't my Bitch".  Także singlowy "Bleeding me" również wypada dobrze pomimo nijakich riffów. Za to inny z singli - "Hero of the Day" jest dla mnie zbyt mdły. Jeśli chodzi o spokojne nagrania, to dużo lepiej wypada "Mama said" (także singiel) z ciekawymi zaostrzeniami, jednak tym co ten utwór wyróżnia najbardziej jest genialna partia wokalna Jamesa Hetfielda.

Lubię także obdarzony ciekawym riffem "Cure" z fajną zagrywką po refrenie oraz najdłuższy na albumie finałowy "The Outlaw Torn" z ciekawym wokalem, ale także grą obu gitarzystów, a nawet perkusisty Larsa Urlicha. Nie zaszkodzilo by jednak skrócić ten utwór o minutę czy dwie. Nie najgorsze są też "Poor twisted me" oraz "Wasting my Hate", nudny jest za to "Thorn within" mimo niezłego riffu.

Swego czasu "Load" był albumem bardzo wyśmiewanym przez fanów grupy i całego metalowego świata. Dziś co prawda krążek ten jest bardziej doceniany, jednak wciąż można usłyszeć/przeczytać mnóstwo słów krytyki na temat szóstego albumu Metalliki. Nie do końca jest to sprawiedliwe podejście. Zgadzam się, że jest to najsłabszy album grupy do tamtej pory, jednak znajduje się tu kilka co najmniej dobrych kompozycji, które gdyby zostały nagrane przez nie aż tak zasłużony zespół, mogłyby stać się sporymi rockowymi hitami. Mimo, że nie znajdziemy tu takich świetnych kompozycji jak na poprzednich albumach, to nie ma tu też utworów tragicznych, mimo, że sam nie lubię trzech. I gdyby skrócić ten bardzo długi album o te trzy numery, pewnie ocena byłaby choćby odrobinkę wyższa.

7/10

Lista utworów:

  1. Ain't my Bitch
  2. 2x4
  3. The House Jack Built
  4. Until it sleeps
  5. King nothing
  6. Hero of the Day
  7. Bleeding me
  8. Cure
  9. Poor twisted me
  10. Wasting my Hate
  11. Mama said
  12. Thorn within
  13. Ronnie
  14. The Outlaw Torn 

poniedziałek, 13 czerwca 2022

Recenzja: Hunter - "T.E.L.I..."

 

Okładka albumu "T.E.L.I..." zespołu Hunter

Trzeci album polskiego Huntera jest albumem dla grupy niezwykle kluczowym. Od tego momentu zespół nagrywał na swoje albumy tylko i wyłącznie utwory zaśpiewane po Polsku oraz niemal całkowicie okrzepł charakterystyczny styl bandu ze Szczytna. Dodatkowo to właśnie na "T.E.L.I..." słychać coraz bardziej istotną rolę Michała Jelonka. Dziś trzecia płyta zespołu cieszy się wręcz kultem ze strony fanów zespołu i sam przez długi czas uważałem ja za arcydzieło i najlepsze co Hunter nagrał. Dziś zdanie o tym krążku znacząco się zmieniło.

Sam album przyniósł nam jeden ogromny hit koncertowy i kilka mniejszych, ale także wśród fanów bardzo cenionych. Ten najbardziej rozpoznawalny utwór z płyty to oczywiście świetny utwór tytułowy, który jako jeden z niewielu kawałków z tej płyty po czasie cenię prawie tak samo mocno jak w momencie poznania zespołu 5 lat temu. Główną siłą zarówno tego numeru jak i całej płyty są interesujące i dające pole do interpretacji teksty wokalisty grupy, Draka, jednak w tym przypadku także muzycznie jest całkiem nieźle. To prawda, riff nie należy do najbardziej oryginalnych w historii gatunku, sama kompozycja też jest raczej prosta, ale mimo to ciężko mi przerwać słuchanie. A budowanie napięcia przed ostatnim, porażającym gniewem refrenem jest niesamowite.

Do bardziej znanych (choć niekoniecznie lepszych) fragmentów płyty należy utrzymana w średnim tempie i oparta na ciężkim riffie "Białoczerw", szybcy "Wyznawcy", na swój sposób chwytliwy "Płytki dołek" i najbardziej pokręcone na całym albumie "Osiem". W przypadku pierwszego z wymienionych utworów, moje spojrzenie na niego stało się bardziej krytyczne, za to w przypadku prawie finałowego "Osiem" było odwrotnie. Na pewno grupę należy docenić za inwencję w tym utworze. W końcu kto spodziewał się, że głównym tematem metalowego utworu stanie się motyw z zabawy w "Stary niedźwiedź mocno śpi"? Ogromną rolę w tym prawie progresywnym utworze pełni Michał Jelonek, który nie tylko ma tutaj dosyć istotny fragment instrumentalny, ale i udziela się (powiedzmy) wokalnie gdy groźnym, strasznym głosem wypowiada kilka wersów. Mniej oryginalnie zespół postąpił w kwestii tytułu, prawdopodobnie chcąc powtórzyć patent z poprzedniej płyty przy "Siedem (Medeis)". Tym razem jeśli dobrze zrozumiałem intencję muzyków tytuł można także wypowiadać jako "Mięso".

Na wyróżnienie zasługują wg mnie także dwa utrzymane w średnim lub wolnym tempie numery: bardzo lubiany przeze mnie "Krzyk kamieni" z tekstem nawiązującym do ataku na Word Trade Center oraz zawierający zaostrzenia "$$$$$$$". A jeszcze lepiej wypada "NieRaj" z emocjonalną warstwą wokalną oraz kolejnym tekstem, który można interpretować po swojemu czy to jako skierowany do ludzi u władzy, czy do Boga (lub bogów - myślę, że Drak pisząc tekst nie myślał dokładnie o "naszym" chrześcijańskim Bogu, lecz każdej sile wyższej niezależnie od wyznania), a inne osoby być może odnajdą tu inne znaczenie.

Całkiem nieźle, choć nie wybitnie wypada również "Przy Wódce" z kolejnymi dwuznacznymi wersami i niesamowitym koncertowym potencjałem oraz najspokojniejsze na płycie i chyba najładniejsze w całej dyskografii grupy "Między niebem a piekłem". Za kompletnie zbędne uważam za to "Wersety" z niezłym co prawda riffem, jednak całościowo jest to utwór nijaki.

"T.E.L.I..." mocno straciło w moich oczach od czasów gdy zaopatrzyłem się w ten krążek kilka lat temu. Wciąż są tu momenty dobre, więcej jednak średnich lub słabych, niektóre elementy zdają się być zbyt podobne do czegoś co słyszeliśmy na płycie wcześniej. Wyróżnić muszę natomiast lidera zespołu jako tekściarza, bo to właśnie tutaj zaczął się niezwykle rozwijać pod tym względem, umiejętnie bawiąc się słowami, umieszczając zgrabne aluzje czy metafory, a z czasem coraz bardziej bawiąc się w słowotwórstwo. Z jednej strony rozumiem zachwyty fanów nad tą płytą, bo miała szczególny status także u mnie, z drugiej jednak widzę tu teraz zbyt wiele braków by wystawić ocenę porównywalną z poprzednim "Medeis".

6/10

Lista utworów:

  1. Intro
  2. T.E.L.I...
  3. Wersety
  4. Białoczerw
  5. NieRaj
  6. Krzyk kamieni
  7. Wyznawcy
  8. $$$$$$$
  9. Płytki dołek
  10. Przy wódce
  11. Pomiędzy niebem a piekłem
  12. Osiem
  13. Outro