Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metallica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metallica. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2022

Recenzja: Metallica - "Hardwired... To Self-Detruct"

Okładka albumu "Hardwired... To Self-Detruct" zespołu Metallica

Fani Metalliki z pewnością muszą się wykazywać cierpliwością. Ich ukochany zespół lubi zrobić sobie dłuższą przerwę między kolejnymi albumami, a między dwoma (jeszcze) ostatnimi krążkami minęło 8 lat. Często słyszy się opinie, że jest to najcięższy album od czasów debiutu. Takie stwierdzenie dla mnie jest bardzo przesadzone, a przez wygładzone brzmienie nie brzmi jakoś mocniej niż "Death Magnetic" o "St. Anger" i albumach nr 2,3 i może 4 nie wspominając. Czy brzmienie jest wadą czy może zaletą, to raczej subiektywne odczucie, jednak muzycy na tym albumie podążyli nie do końca słuszną drogą, którą wybrało też choćby Iron Maiden, czyli niepotrzebne wydłużanie kompozycji.

Najbardziej zwięzły, ale też nie wyróżniający się jakoś mocno jest agresywny otwieracz trwający około 3 minuty. Być może kawałek ten prezentował by się lepiej z bardziej surowym brzmieniem z trzech pierwszych albumów zespołu. "Hardwired" jest najsłabszym kawałkiem z pierwszej płyty (album jest dwupłytowy) obok "Dream No More" nasuwającym lekkie skojarzenia z "Sad But True", jednak nie tak udanym i sztucznie przedłużanym. Nie pomaga też tutaj wokal, który brzmi jak lekko przetworzony. Znacznie lepiej wypadają posiadający dosyć przebojowym refren "Atlas, Rise", także przebojowy - jeden z moich faworytów - "Moth into Flame" oraz posiadający kroczący riff "Now That We're Dead". Każdy z tych trzech utworów został zresztą wydany na singlach, podobnie jak otwieracz i kończący pierwszą płytę "Halo on Fire". Ten ostatni to chyba moja ulubiona kompozycja z całego albumu. Jest to półballada posiadająca udane zaostrzenia, szczególnie mocno podoba mi się końcówka utworu.

Druga płyta jest już mniej ciekawa, ale znajdą się tu utwory solidne. Najlepiej wg mnie wypadają dwa ostatnie utwory na płycie: "Murder One" i najbardziej agresywny "Spit Out The Bone". Całkiem nieźle wypada też chwytliwy "Confusion" oraz "Here Comes Revenge" oba jednak ponownie są za długie, a ten drugi dodatkowo posiada wstęp dosyć mocno zalatujący "Lepper Messiah" z "Master od Puppets". Bardziej nijako za to prezentują się "ManUNKind" i kojarzący się z "Loadami" "Am I Savage".

Ostatni do tej pory album pionierów thrash metalu na pewno nie jest takim na takim poziomie co pierwsze 5-6 albumów zespołu. Znajdziemy tu kilka ciekawych, agresywniejszych ale też bardziej stonowanych utworów. Szkoda jednak, że muzycy postanowili niepotrzebnie tak przedłużać swoje utwory i w rezultacie cały album. Gdyby zrezygnować z dwóch kawałków o których pisałem w poprzednim akapicie oraz skrócić pozostałe, to powstałby całkiem dobry w swojej stylistyce niespełna godzinny album. Niestety członkowie Mety postanowili inaczej, przez co przychodzą momenty, że ma się ochotę wyłączyć płytę (zwykle tą drugą).

6/10

Lista utworów:

  1. Hardwired
  2. Atlas, Rise
  3. Now That We're Dead
  4. Moth into Flame
  5. Dream No More
  6. Halo on Fire
  7. Confusion
  8. ManUNKind
  9. Here Comes Revenge
  10. Am I Savage
  11. Murder One
  12. Spit Out The Bone 

poniedziałek, 14 listopada 2022

Recenzja: Metallica - "Death Magnetic"

Okładka albumu "Death Magnetic" zespołu Metallica

"Death Magnetic" to kolejny już po "loudach" i "St Anger" wywołujący bardzo skrajne emocje album kalifornijskiej czwórki. Po fatalnym przyjęciu tego ostatniego zespół zdał sobie sprawę, że wciąż eksperymentując nie uzyskają przychylności fanów. Hetfield, Hammet i Urlich wraz z nowym basistą, Robem Trujillo, podjęli decyzję o powrocie do swojego najlepszego w karierze okresu, czyli gdy nagrali "Ride the Lightning", "Master of Puppets" i "...and Justice for All".

Tyle, że sam album nie jest tak udany jak trzy powyższe. Zespół po raz kolejny poszedł bardziej w ilość niż w jakość. Krążek trwa ponad godzinę, średni czas trwania każdego z 10 utworów wynosi około 7 minut, a motywy w nich zawarte - pomimo, że często bardzo fajne - pozlepiane są momentami bez żadnego ładu. Sama budowa albumu sugeruje także, że muzycy mocno wzorowali się na płytach ze swojego najlepszego okresu i tak jak "Fight fire With Fire", "Battery" i "Blackened", tak "That was Just Your Life" to rozpędzony, thrashowy otwieracz z łagodniejszym wstępem. Jako czwarta występuje półballada "The Day That Never Comes" mocno jednak ustępująca "Fade to Black", "One" i "Welcome Home (Sanitarium)". A mówiąc wprost jest po prostu nijaka, choć początek był w miarę obiecujący. Innym oczywistym nawiązaniem jest długi instrumental "Suicide & Redemption" mający swoje dobre momenty ale nie dorównujący pierwowzorom. Także końcówka albumu jest podobna do finału trzeciego i czwartego albumu, bo zespół serwuje nam najbardziej agresywny na płycie "My Apocalypse". Nie jest to może najlepszy moment albumu ale wypada nieźle.

Na tle całości wyróżniają się przede wszystkim dwa utwory: łączący duży ciężar ze świetną melodią i udanymi partiami nowego basisty "Cyanide", a także klimatycznie się rozpoczynający "All Nightmare Long" ze świetnym, chyba najbardziej zapadającym w pamięci refrenem. Oba te kawałki cieszą się zresztą największą popularnością na koncertach Metalliki. Nieźle brzmią też posiadający fajne riffy "The End of the Line" oraz ciężki ale melodyjny "Broken, Beat & Scarred". Ten ostatni jednak jest zanadto rozwleczony. Blado wypada za to "Unforgiven III" ze wstępem na pianinie oraz "The Judas Kiss". Ten ostatni jest szczególnie słaby.

"Death Magnetic" to z jednej strony dla wielu fanów powrót do najbardziej przez nich lubianej stylistyki ukochanego zespołu, ale z drugiej to tylko zbiór solidnych, ale mało wyróżniających się utworów. To co Metallica zagrała na tym albumie, było już wykonane lepiej 20 lat wcześniej. Do tego na koniec przyczepić się muszę do członka, do którego zawsze najwięcej jest pretensji, czyli do Larsa Urlicha. O ile w przeszłości jego partie wcale nie były takie tragiczne jak się mówi, tak tutaj jego gra jest banalnie prosta, a to że perkusja tak mocno wybija się tu na wierzch pogarsza słuchanie albumu.

6/10

Lista utworów:

  1. That was Just Your Life
  2. The End of the Line
  3. Broken, Beat & Scarred 
  4. The Day That Never Comes
  5. All Nightmare Long
  6. Cyanide
  7. Unforgiven III
  8. The Judas Kiss
  9. Suicide & Redemption 
  10. My Apocalypse 

poniedziałek, 3 października 2022

Recenzja: Metallica - "St. Anger"

Okładka albumu "St. Anger" zespołu Metallica

Metallica za sprawą czarnego albumu oraz "Loadów", a później także albumu z przeróbkami swoich ulubionych wykonawców miała wszystko, sławę, pieniądze, uwielbienie fanów i stali się jednym z najważniejszych graczy na światowej scenie ciężkiego rocka. A jednak coś w zespole mocno zaczęło się psuć. Z zespołu odszedł Jason Newsted, który ponoć nigdy tak naprawdę nie został w pełni zaakceptowany przez Hetfielda i Larsa po śmierci Burtona. Grupa coraz mocniej w padała w nałogi od różnych używek, a i relacje między muzykami znacznie się pogorszyły. Zespół w tym czasie korzystał z pomocy terapeuty, a wśród zabiegów mających "uleczyć" zespół wymienia się nagranie płyty innej niż wszystkie krążki zespołu do tej pory. Tak właśnie powstał "St. Anger".

Album ten z pewnością nie cieszy się uznaniem fanów grupy. Ba, nie cieszy się uznaniem w ogóle wśród fanów metalu i obok "Lulu" nagranego z Lou Reedem uznawany jest za najgorsze działo zespołu. Właściwie jestem także zdania, że wspomniana płyta to najgorsze co do tej pory grupa nagrała. Nie powiedziałbym jednak, że jest to coś tak okropnego jak twierdzą fani zespołu. Przede wszystkim trójka muzyków (plus grający tu na basie producent Bob Rock) po raz kolejny na siłę wydłuża kompozycje, a co przy tym idzie cały album, przez co ten bardzo szybko nuży. Nie to jednak irytuje w tym albumie fanów grupy najbardziej lecz garażowe, słabe brzmienie (szczególnie perkusji) oraz brak solówek (tych jednak mi tu nie brakuje, bo od jakiegoś czasu Hammet nie jest darzony przeze mnie takim kultem jak dawniej).

Nie oznacza jednak, że na "St. Anger" brakuje dobrych momentów. Tych jest całkiem sporo, tyle, że otoczone są mniej udanymi lub są na siłę przedłużane. Tu na myśl przychodzi choćby utwór tytułowy z wyraźnymi nawiązaniami do nu metalu, "Frantic" z agresywnym wokalem czy "Some Kind of Monster". Każdy z tych utworów zawiera masę energii, momentami agresji wręcz i jest reprezentatywny dla całego albumu, który jest chyba najciężej brzmiącym od czasów legendarnego debiutu. Niezłe fragmenty posiada też "Shot me again", a konkretnie mam tu na myśli wstęp z nietypowymi dźwiękami gitary, "Sweet Amber", który jest jednym z lepszych na albumie i "The Unnamed Feeling". Reszta utworów natomiast za bardzo zlewa mi się w jedną całość, co przy dosyć długim czasie ich trwania męczy podwójnie.

"St. Anger" to album, który miał służyć jako terapia dla zespołu i faktycznie w późniejszym czasie relacje między muzykami jakby się polepszyły. Była to też próba odświeżenia stylu wpływami przede wszystkim nu metalu, który w tym czasie był jeszcze bardzo popularny, a także brzmienia - to ostatnie jednak z raczej mizernym skutkiem. Fajnie jednak, że muzycy przynajmniej spróbowali wyjść ze swojej strefy komfortu. W kilku kawałkach zrobili to nawet udanie. Tylko znowu to przedłużanie...

5/10

Lista utworów:

  1. Frantic
  2. St. Anger
  3. Some Kind of Monster
  4. Dirty Window
  5. Invisible Kid
  6. My World
  7. Shot me again
  8. Sweet Amber
  9. The Unnamed Feeling
  10. Purify
  11. All Within My Hands

czwartek, 18 sierpnia 2022

Recenzja: Metallica - "Garage Inc."

Okładka albumu "Garage Inc." zespołu Metallica

"Garage Inc." wydany rok po mającym nie najlepsze opinie "ReLoad" to nie kolejna typowo studyjna płyta Metalliki. Tym razem kalifornijska grupa zdecydowała na wydanie nagranych wcześniej i wydanych np na stronach b singli przeróbek cudzych kompozycji. Jednak żeby nie zarabiać ponownie tylko na czymś, co wydane było już wcześniej, zespół zdecydował się na poszerzenie albumu o drugą płytę, nagrywając kolejne covery. Zarówno na pierwszym, jak i na drugim krążku obok przeróbek grup, do których muzycy nie kryli fascynacji, znalazły się kompozycje wykonawców, których fan metalu raczej nie do końca się spodziewał.

I tu idealnym przykładem jest choćby singlowy "Turn the Page" w oryginale wykonywany przez Boba Segera. I jest to jednocześnie jeden z najmocniejszych punktów całego zestawu. Z dosyć delikatnej kompozycji metalowcy zrobili porywającą pół balladę, do której nagrali bardzo poruszający teledysk, który mocno zmienił moją interpretację tekstu. Zarazem jest to chyba mój ulubiony utwór z całego albumu. Oczywiście lubianych przeze mnie utworów jest więcej. Tu wymienię inne single wykrojone z tego albumu czyli "Whiskey in the Jar" i "Die, die my Darling". Pierwszy z nich to właściwie przeróbka przeróbki, czyli tradycyjna irlandzka pieśń oparta na interpretacji Thin Lizzy, jednak znacząco się od niej różniącą. Wykon Metalliki pozbawiony jest celtyckiego klimatu jaki posiada wersja Thin Lizzy, nadrabia jednak wielką energią i przebojowością. "Die Die my Darling" z kolei to cover utworu wykonywanego przez punkowy zespół The Misfits. O ile oryginał jest całkiem niezły w kategorii przebojowego punk rocka, to wersja metalowej legendy nadała jej bardziej czystego brzmienia, co w tym konkretnym przypadku jest sporą zaletą. Muzycy nadali też temu numerowi jeszcze bardziej przebojowego charakteru.

Jeśli chodzi o inne utwory z płyty nr 1, czyli z tej nagranej na potrzeby wydania tego albumu, to fajnie wypada też pochodzący z piątej płyty Black Sabbath "Sabbra Cadabra", który może i ustępuje oryginałowi, ale miło się tego słucha. Jeśli jednak liczycie, że Metallica zatrudniła osobę posługującą się syntezatorami albo któryś z muzyków nauczył się obsługi tego instrumentu to jesteście w błędzie. Zamiast syntezatorowego fragmentu, muzycy wpletli w całość fragment innego utworu pochodzącego z "Sabbath Bloody Sabbath" - "A National Acrobat". Niewiele od oryginału odbiega "Astronomy" Blue Öyster Cult. Poprawie uległo jednak brzmienie. Podobnie ma się sprawa z "It's Electric" Diamond Head i "Tuesday's Gone" Lynyrd Skynyrd. W tym drugim przypadku jednak i tak wolę oryginał. Ciężko powiedzieć czemu, po prostu przemawia do mnie bardziej pierwowzór. Wersja Metalliki mnie nudzi. Nie do końca podoba mi się pomysł aby duński Mercyful Fade uhonorować poprzez tzw medley, czyli kilka utworów zespołu złączonych w całość. Wykonanie nie jest złe, jednak jest bardzo długie i lepiej byłoby nagrać jeden-dwa utwory zespołu w całości. Nie jestem fanem dwóch przeróbek hardcore punkowej grupy Discherge: "Free Speech For The Dumb" i "The More I See". W tym drugim utworze nieźle wypada oryginał, nie lubię za to tego pierwszego w żadnej z dwóch wersji. Największą porażką w porównaniu z wersją oryginalną jest jednak "Loverman" pierwotnie wykonywany przez Nicka Cave'a wraz z zespołem Bad Seeds. O ile wersja Cave'a i spółki posiada oprócz zapadającej w pamięć melodii zbieraninę ciekawych "przeszkadzajek" i intryguje bardzo ciekawym śpiewem lidera, tak wykonanie Metalliki jest po prostu nijakie. James Hetfield co prawda w niektórych momentach stara się odwzorować śpiew idola, ale robi to w momentach najłatwiejszych, a te najdziwniejsze momenty śpiewa w zwyczajny sposób pozbawiony czegokolwiek ciekawego.

Drugi krążek to już utwory nagrane wcześniej na różne EP-ki i strony B singli. Tu już wykonawcy, których zespół wziął na warsztat są bardziej oczywiści. Właściwie to nie usłyszymy tu nic poza punk rockiem, hard rockiem i heavy metalem. Niespodzianką dla niektórych fanów może być przeróbka utworu Queen. Jednak jeśli ktoś zna twórczość tej grupy z przed stania się pop rockowym gigantem, to wybór ten nie powinien dziwić, szczególnie, że metalowcy postawili na najostrzejszy utwór w karierze "Królowej", czyli"Stone Cold Crazy" nazywane (moim zdaniem przesadnie) pierwszym utworem thrash metalowym. Grupa nie odbiega wiele od oryginału, ale całe szczęście nie skorzystała z pomysłu z kiczowatymi chórkami. Najwięcej uwagi zostało tu poświęcone grupie, która pod względem wpływu na innych metalowych wykonawców nie ma sobie równych, czyli brytyjskiej legendzie Motorhead, której aż cztery utwory zostały tu wykonane przez Metallikę. "Overkill", "Damage Case", "Stone Dead Forever" i "Too Late Too Late"- bo te właśnie utwory Metallica umieściła na albumie - nie odbiegają wiele od oryginałów, za to każdy zagrany jest z dużą energią - w końcu każda z tych czterech pozycji to wykonanie na żywo. Drugim bardzo mocno docenionym zespołem jest obecny już wcześniej Diamond Head. Oprócz obecnego na płycie numer jeden "It's Electric", grupa na drugim krążku zamieściła trzy kolejne kompozycje legendy NWOBHM: "Am I Evil", "The Prince" i "Helpless". I w tym przypadku zespół zdecydował się na w miarę wierne odwzorowanie wersji oryginalnych. Nie ma tu zresztą żadnego utworu, który grupa postanowiła jakoś zmienić jak to miało miejsce w kilku przypadkach na pierwszym dysku. Zarówno połączenie "Last Caress" i "Green Hell" the Misfits, jak i "The Small Hours" Holocaust, "Breadfan" i "Crash Cours in Brain Surgery" Budgie, "Blitzkrieg" Blitzkrieg oraz "So What" Anti-Nowhere League opierają się na wersjach pierwotnych. Podobnie zresztą jak chwytliwy "The Wait" Killing Joke. Tu jednak wokal zdaje się jeszcze bardziej zdeformowany przez efekty niż jest to w wersji Killing Joke.

"Garage Inc." to przyzwoite uzupełnienie dyskografii grupy. Nie jest idealne, bo niektóre utwory nawet w oryginalnych aranżacjach mnie nie przekonują, ale część z nich wypada lepiej lub porównywalnie do oryginałów. Szkoda, że grupa częściej nie próbowała nagrać czegoś po swojemu, bo w przypadku "Whiskey in the Jar" czy przede wszystkim "Turn the Page" wyszło im to bardzo dobrze. Po co jednak wydawać przeróbki cudzych kompozycji jeśli różnią się one właściwie tylko brzmieniem i wokalem? Na plus dla zespołu, że dzięki nim wielu słuchaczy dowiedziało się o ciekawych wykonawcach pokroju nieco zapomnianego Diamond Head czy genialnego Mercyful Fade. Szkoda, że nie poradzili sobie w utworem Nicka Cave'a, bo to także bardzo interesujący artysta, a przez słabą wersję Metalliki niewiadomo ilu słuchaczy zdecyduje się na poznanie jego twórczości.

7/10

Lista utworów:

Płyta nr 1:

  1. Free Speech For The Dumb
  2. It's Electric
  3. Sabbra Cadabra
  4. Turn the Page
  5. Die Die my Darling
  6. Loverman
  7. Mercyful Fade
  8. Astronomy
  9. Whiskey in the Jar
  10. Tuesday's Gone
  11. The More I See
Płyta nr 2

  1. Helpless
  2. The Small Hours
  3. The Wait
  4. Crash Cours in Brain Surgery
  5. Last Caress/ Green Hell
  6. Am I Evil
  7. Blitzkrieg
  8. Breadfan
  9. The Prince
  10. Stone Cold Crazy
  11. So What
  12. Killing Time
  13. Overkill
  14. Damage Case
  15. Stone Dead Forever
  16. Too Late Too Late

wtorek, 19 lipca 2022

Recenzja: Metallica "ReLoad"

 


"Drugi z Loadów" ukazał się na rynku rok po wypuszczeniu pierwszej części. Zespół postanowił wcześniej dopracować utwory skomponowane jeszcze w czasach "Load". Część z zamieszczonych tu utworów jednak mimo dopracowania nie wyszło poza poziom wypełniaczy.

A jednak znalazły się też tu utwory o bardzo wysokim poziomie, głównie na samym początku albumu. Otwierający płytę "Fuel" świetnie łączy ciężar z chwytliwą melodią. Podobnie ma się sytuacja z kolejnym "The Memory Remains", w którym mogą irytować wokalizy Marianne Faithful, dla mnie jednak pasują do utworu. "Devil's Dance" utrzymany jest w średnim tempie, a jego riffy są nieco ociężałe, ale świetnie pasują do skomponowanej melodii. Po trzech pierwszych utworach słyszymy następcę kultowego "Unforgiven" - "Unforgiven II". Tym razem jednak budowa utworu jest bardziej konwencjonalna - spokojne zwrotki i agresywny refren, czyli przeciwieństwo pierwowzoru. Po tych czterech utworach w zasadzie już niewiele dobrego znajdziemy. Dopiero ma samym końcu znajdziemy bardzo dobry "Fixxxer" z interesującym wstępem, po którym słyszymy świetny riff, a także ciekawą końcówką.

W międzyczasie dominują utwory, które mogłyby pełnić co najwyżej funkcje strony B singli, raz mający większy ("Carpe Diem Baby", "Bad Seed", "Prince Charmimg"), raz mniejszy ("Better than you", "Slither", "Attitude") potencjał. Każdy z tych sześciu utworów ostatecznie kończy jako średniak. Wśród dwóch pozostałych utworów jest po jednym kawałku bardzo słabym ("Low Man's Lyric" - przesłodzona ballada, szczególnie aranżacyjnie) i całkiem ciekawym ("Where the Wild Things Are" - dosyć mroczny utwór z wokalną współpracą Hetfielda i prawdopodobnie Newsteda, oraz powolnym, klasycznym wstępem).

"ReLoad" to przede wszystkim album stanowczo za długi. Gdyby skrócić go o te cztery najsłabsze utwory, byłby to album dosyć solidny. Ostatecznie wypada jednak średnio i przez sporą część męcząco.

5/10

Lista utworów:

  1. Fuel
  2. The Memory Remains
  3. Devil's Dance
  4. Unforgiven II
  5. Better than you
  6. Slither
  7. Carpe Diem 
  8. Bad Seed
  9. Where the Wild Things Are
  10. Attitude
  11. Fixxxer

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Recenzja: Metallica - "Load"

Okładka albumu "Load" zespołu Metallica

 Po drastycznej zmianie stylu na swoim piątym krążku, potocznie zwanym "Black albumem" Metallica kontynuowała obrany na tej płycie kierunek, być może jeszcze bardziej upraszczając swoje kompozycje. Jednak pomysły by dotrzeć do szerszej publiki tym razem nie ograniczały się jedynie do muzyki, ale i wyglądu muzyków. Po pierwsze cała czwórka ścięła swoje włosy, co dla wielu fanów było wtedy nie do pomyślenia. Jeszcze krok dalej poszedł Kirk Hammet, który zaczął malować oczy i paznokcie na czarno. Takie decyzje jeszcze bardziej poróżniły fanów zespołu - ci starzy fani, wielbiący Metallikę od pierwszych płyt ostatecznie odsunęli się od niej zarzucając "sprzedanie się". Nie powiedziałbym też, że dzięki tym decyzjom grono wielbicieli powiększyło się o nowych słuchaczy, bo ci pojawili się wraz z wydaniem piątej płyty, a raczej niewielu słuchaczy za swoją pierwszą usłyszaną płytę metalowej legendy uznaje opisywany w tej recenzji "Load" czy kolejny "ReLoad.

No dobra, a jaki właściwie jest "Load"? Po pierwsze za długi. Po drugie, brakuje tu tak wyrazistych i chwytliwych numerów jak każdy z singli pochodzących z poprzedniego albumu. Nie oznacza to, że krążek ten jest słaby. Znajdziemy tu kilka całkiem fajnych metalowych, czy może raczej hard rockowych kawałków, a także przyjemne spokojniesze numery. Największą wadą prawie każdego zamieszczonego tu utworu jest to że są one zanadto rozwleczone. W tych agresywnych kompozycjach jako wadę dodał bym także bardziej nijakie niż na poprzednich płytach gitarowe riffy. I tu jako przykład idealnie pasuje "2x4", którego naprawdę ciężko się słucha, a występuje bardzo szybko, bo już jako utwór nr 2. Nie mogę odmówić natomiast temu kawałkowi energii z jaką został nagrany. I tej energii faktycznie na "Load" nie brakuje, mimo że nie jest to thrash metalowe łojenie. Ciężkie jest także choćby "King nothing" z chwytliwą melodią i będące jednym z moich ulubionych numerów na płycie albo powolne i ciężkie "The House Jack Built" mogące kojarzyć się z "Sad but True" z poprzednika ze względu na swój ciężar i tempo. Wspomniany kawałek jednak sporo ustępuje kultowemu odpowiednikowi z piątej płyty.

Na szóstym studyjnym albumie słuchać z jaką swobodą muzycy podeszli do nagrań, co widoczne jest najbardziej w "Ronnie" posiadającym świetny riff czy singlowymi "Under It Sleeps" z łagodnymi zwrotkami i agresywnym refrenem oraz zgrabnie łączącym melodyjność i ciężar "Ain't my Bitch".  Także singlowy "Bleeding me" również wypada dobrze pomimo nijakich riffów. Za to inny z singli - "Hero of the Day" jest dla mnie zbyt mdły. Jeśli chodzi o spokojne nagrania, to dużo lepiej wypada "Mama said" (także singiel) z ciekawymi zaostrzeniami, jednak tym co ten utwór wyróżnia najbardziej jest genialna partia wokalna Jamesa Hetfielda.

Lubię także obdarzony ciekawym riffem "Cure" z fajną zagrywką po refrenie oraz najdłuższy na albumie finałowy "The Outlaw Torn" z ciekawym wokalem, ale także grą obu gitarzystów, a nawet perkusisty Larsa Urlicha. Nie zaszkodzilo by jednak skrócić ten utwór o minutę czy dwie. Nie najgorsze są też "Poor twisted me" oraz "Wasting my Hate", nudny jest za to "Thorn within" mimo niezłego riffu.

Swego czasu "Load" był albumem bardzo wyśmiewanym przez fanów grupy i całego metalowego świata. Dziś co prawda krążek ten jest bardziej doceniany, jednak wciąż można usłyszeć/przeczytać mnóstwo słów krytyki na temat szóstego albumu Metalliki. Nie do końca jest to sprawiedliwe podejście. Zgadzam się, że jest to najsłabszy album grupy do tamtej pory, jednak znajduje się tu kilka co najmniej dobrych kompozycji, które gdyby zostały nagrane przez nie aż tak zasłużony zespół, mogłyby stać się sporymi rockowymi hitami. Mimo, że nie znajdziemy tu takich świetnych kompozycji jak na poprzednich albumach, to nie ma tu też utworów tragicznych, mimo, że sam nie lubię trzech. I gdyby skrócić ten bardzo długi album o te trzy numery, pewnie ocena byłaby choćby odrobinkę wyższa.

7/10

Lista utworów:

  1. Ain't my Bitch
  2. 2x4
  3. The House Jack Built
  4. Until it sleeps
  5. King nothing
  6. Hero of the Day
  7. Bleeding me
  8. Cure
  9. Poor twisted me
  10. Wasting my Hate
  11. Mama said
  12. Thorn within
  13. Ronnie
  14. The Outlaw Torn 

poniedziałek, 30 maja 2022

Recenzja: Metallica- "Metallica" (Black album)

 

Okładka albumu "Metallica" zespołu Metallica

Rok 1991 był świetnym czasem dla rocka. Po trudnej dla tego gatunku dekadzie na radiowe fale wróciła muzyka bliższa klasycznego rocka z lat 70. (chociaż bardziej uproszczona), niż dominujący w latach 80. momentami zbyt cukierkowy pudel metal. Do tego nagłego zwrotu przyczyniły się przede dwa albumy. Pierwszy to "Nevermind" Nirvany, a kolejny to nienazwany, piąty krążek Metalliki, zwany także "Black albumem". Oba albumy sporo zresztą łączy. Oba są zarazem najpopularniejszymi płytami wspomnianych grup, oba zawierają sporo świetnych i chwytliwych (a przy tym aż za bardzo ogranych) przebojów oraz oba są mocno nierówne i za długie.

Jeśli ktoś do tej pory nie miał styczności z muzyką Metalliki, to jest to chyba najlepszy album, żeby ich muzykę zacząć poznawać. Zespół mocno uprościł swoje kompozycje, co wyszło na dobre, bo na poprzednim "...And Justice for All" muzycy wyraźnie nie radzili sobie z wyznaczonym na nim kierunku dążenia do bardziej progresywnej stylistyki. W stosunku do poprzednika słychać także dwie inne istotne zmiany. Po pierwsze zespół zaangażował w produkcję Boba Rocka znanego ze współpracy np z Aerosmith, Bon Jovi, Mötley Crüe czy Skid Row. Po drugie, muzycy w końcu zaufali basiście zespołu Jasonowi Newstedowi, którego partie na "...And Justice for All" były wyciszone.

Z tego krążka pochodzą trzy ogromne i dwa nieco mniejsze przeboje zespołu. Do tej pierwszej grupy należy oparty na nośnym riffie "Enter Sandman" wielokrotnie wykonywany przez inne grupy metalowe i rockowe jak choćby Motorhead czy nasz polski Hunter. Ogromną popularność zdobyło także "Unforgiven" czyli ballada o nietypowej budowie- agresywne zwrotki i łagodne refreny- oraz świetnej solówce Kirka Hammeta. Największym jednak hitem z tego albumu i jednocześnie z całej dyskografii została inna ballada, napisana dla swojej ówczesnej ukochanej przez Jamesa Hetfielda "Nothing else matters", które zostało upatrzone przez początkujących gitarzystów jako jeden z pierwszych utworów jakie uczą się grać. Po takiej rekomendacji można pomyśleć, że partie gitarowe są tu wyjątkowo proste i banalne. Nie do końca jest to prawda - co prawda początek na pustych strunach bez problemu zagra ktoś, kto pierwszy raz chwyta za gitarę, ale dalsza część utworu jest naprawdę świetnie zagraną i zaaranżowaną kompozycją. 

Bardzo lubię każdy ze wspomnianych trzech utworów, jednak jeszcze bardziej lubię dwa inne hity z płyty: ciężki, ale równocześnie chwytliwy "Sad but True" z genialnym gitarowym riffem i świetną linią wokalną oraz posiadający nie mniejszy komercyjny potencjał niż "Enter Sandman" "Wherever I May Roam" z ciekawym początkiem na sitarze. Oba z tych kawałków na stałe trafiły do koncertowej setlisty, za to tajemnicą jest czemu nie osiągnęły aż tak wielkiego sukcesu jak trzy inne utwory z czarnego albumu.

Niestety pozostałym utworom sporo brakuje do wielkiej piątki. Całkiem dobrze wypada jeszcze sprawnie łączący ciężar z melodią "Don't tread me" przerabiany całkiem udanie np. przez Volbeat oraz utrzymany w średnim tempie "My friends of Misery" ze świetnymi zwrotkami pełnymi bólu w warstwie wokalnej, ale też mniej udanym refrenem. 

Grupa próbuje nawiązać do swojej wcześniejszej twórczości na początku "Holier than you", jednak i tam wkrótce słyszymy bardziej radiową melodię, jednak mało wyrazistą, przez co utwór nie zdobył popularności ani wśród mas, ani wśród fanów grupy. "Ciężko" i ciekawie jest też na początku "Of Wolf and Man", tu jednak nieco banalnie brzmi refren. 

Pozostałe trzy utwory to jeszcze większe średniaki, począwszy od posiadającego sporo punkowej energii i posiadającego sporo motywów (tyle, że średnich lub słabych) "Through the Never" , przez ciężkie ale toporne "the God that failed", kończąc na nie prezentujacym niczego szczególnego "The strugle Within"

Czarny album Metalliki cierpi na bardzo częstą przypadłość najpopularniejszych płyt w dyskografii wykonawcy, czyli mało wyrównany poziom utworów, gdzie obok kilku (a często tylko jednego) świetnego kawałka znajdują się same średniaki. Opisywany album przy tym jest wg mnie za długi. Gdyby skrócić go o utwory wymienione w poprzednim akapicie, byłaby to płyta na miarę "Ride the lighting" i "Master of Puppets"- tyle że w innej stylistyce. Ale mimo wszystko wstyd nazywać się fanem metalu lub cięższego rocka i nie znać tej pozycji.

8/10

Lista utworów:

  1. Enter Sandman
  2. Sad but true
  3. Holier than you
  4. Unforgiven
  5. Wherever I May Roam
  6. Don't tread me
  7. Through the Never
  8. Nothing else Matters
  9. Of Wolf and Man
  10. The God that failed
  11. My Friends of Misery
  12. The strugle Within

czwartek, 12 maja 2022

Metallica- "...And Justice for All"

Okładka albumu "...And Justice for All" zespołu Metallica


Z nagrywaniem czwartego albumu zespołu Metallica wiąże się tragiczna historia. W czasie trasy promującej poprzedni "Master of Puppets" autokar wiozący członków zespołu miał wypadek, w wyniku którego zginął basista grupy -Cliff Burton. W czasie poślizgu autobusu muzyk wypadł przez okno i został zgnieciony przez pojazd. Poniósł śmierć na miejscu w wieku zaledwie 24 lat.
Dla zespołu był to ogromny cios. Pojawiały się nawet głosy, że zespół bez swojego przyjaciela i niezwykle cennego członka zespołu- jedynego posiadającego jakieś muzyczne wykształcenie- jest na skraju rozpadu. Na szczęście dla milionów fanów zespołu i całego metalu tak się nie stało, a zespół znalazł następcę świetnego basisty w postaci charyzmatycznego, nikomu szerzej wówczas nieznanemu Jasona Newsteda. W związku z powyższym należy wspomnieć o chyba największej kontrowersji związanej z albumem. Na krążku praktycznie nie słychać basu. Tłumaczone było to tak, że wyciszono partie nowego członka zespołu, żeby mógł pokazać na co go stać na koncertach. Prawda jest jednak taka, że Newsted do samego odejścia z Metalliki w 2001 basista nie czuł się tak ważną częścią zespołu jak na to liczył, co można przeczytać choćby w biografii lidera metalowej legendy, Jamesa Hetfielda "Człowiek z metalu".

Brak Burtona jest mocno odczuwalny. Wcześniej to właśnie on wnosił najwięcej inwencji w komponowane utwory. Tymczasem na "And Justice..." niektóre z utworów są zanadto rozwleczone, niektóre motywy zbyt długo powtarzane i zdecydowanie płycie nie zaszkodziłoby skrócenie czasu trwania. Ponad godzina czasu, to jednak za dużo.

Jeszcze na początku nie jest z tym tak źle. Zaczynający się odrobinę spokojniejszym wstępem (tym razem nie akustycznym) "Blackened" to świetna nawalanka, która poziomem niewiele ustępuje swoim odpowiednikom z poprzednich albumów, nawet świetnemu "Battery".

Znacznie bardziej chłopaki "odlecieli" w kolejnym, prawie 10-cio minutowym utworze tytułowym. Nigdy nie przepadałem za tym kawałkiem i tak zostało do tej pory. Za dużo tu tego wszystkiego. Mało co się ze sobą klei i gdyby kawałek trwał do pięciu minut, jakoś bym go przełknął, ale trwa dwa razy dłużej i w rezultacie utwór jest zbyt męczący. Podobne zarzuty mam do instrumentalnego utworu o podobnym czasie trwania- "To live is to Die". Kompozycja za długo się rozkręca, mimo że akustyczny i spokojny początek brzmi całkiem dobrze. Reszta utworu jest utrzymana w średnim tempie o ciężkim brzmieniu. Faktycznie znajdzie się kilka ciekawych gitarowych motywów, ale to wciąż utwór, który znacząco ustępuje każdemu z instrumentali z poprzednich albumów.

Nie znaczy to, że każdy ze znajdujących się tu utworów jest gorszy od kawałków z poprzedników. "One" to pół ballada o poziomie dorównującym świetnym "Fade to Black" oraz "Welcome home (sanitarium)". Jest to jednocześnie najpopularniejszy numer z całego albumu. Spowodowane jest to przede wszystkim promocją. "One" to pierwszy utwór Metalliki, do którego nakręcono teledysk. Ale i muzycznie jest to niezwykle udana kompozycja.

Dawniej bardzo lubiłem "Harvester of Sorrow". Teraz jednak kompozycja wydaje mi się zbyt nijaka i ciężki riff, który kiedyś uwielbiałem, teraz wydaje mi się taki...zwyczajny. Bez tego czegoś. Odmienne uczucia mam za to do następującego po nim "the Frayed ends of sanity", który po dzisiejszym odsłuchu albumu znacznie zyskał. Wstęp może wydawać się odrobinę zbyt podniosły, ale riffy oraz linia wokalna (szczególnie w refrenie) są bardzo chwytliwe. Innym z mocniejszych punktów krążka jest zamykający całość "Dyers eye"- jeszcze mocniejszy od i tak ciężkiego "Blackened". Zespół w końcu nie sili się na "progresywne" zagrywki i gra mocno, ciężko i szybko, czyli tak jak grupa najlepiej potrafi. Nie znaczy to, że to zwykła prosto nawalanka, bo i tak znajdziemy tu parę zmian motywów. 

Całości dopełniają dwa średniaki: posiadający w sumie nie najgorszą, ale też nie charakteryzującą się niczym ciekawym "Eye of beholder" oraz jeden z szybszych numerów na płycie "the shortest straw"  z nijaką solówką gitarową.

"...And Justice for All" to album ze sporym potencjałem. Przy lepszym dopracowaniu i selekcji niektórych motywów mógłby to być krążek swoim poziomem zbliżony do dwóch świetnych poprzedników. Zespół jednak nie poradził sobie z zadaniem nagrania bardziej progresywnego albumu bez swojego kluczowego kolegi. Niestety ale na ostatnich albumach po raz kolejny grupa wolała iść w ilość/długość niż w jakość.

7/10

Lista utworów:
  1. Blackened
  2. ...And Justice for All
  3. Eye of the beholder
  4. One
  5. The shortest straw
  6. Harvester of Sorrow
  7. The Frayed ends of sanity
  8. To live is to Die
  9. Dyers eye

środa, 13 kwietnia 2022

Metallica- "Master of Puppets"

Okładka albumu "Master of Puppets" zespołu Metallica


Trzeci album zespołu Metallica to w powszechnej opinii krążek uważany za największe dzieło zespołu, a nawet całego gatunku. Nie wiem czy najlepsze w całym, szeroko pojętym metalu, ale na pewno jest to najściślejsza czołówka płyt w gatunku. Zespół mimo że powiela pomysły z poprzedniego "Ride the lighting", to wciąż się rozwija.

Za tezą o powielaniu pomysłów z poprzednika może świadczyć chociażby układ albumu, czyli niezwykle ciężki otwieracz poprzedzony akustycznym wstępem, utwór tytułowy jako drugi w kolejności, "pół ballada" na pozycji nr cztery a także obecność utworu instrumentalnego. Jednak każdy z tych utworów mocno różni się od swoich odpowiedników z drugiej płyty zespołu, zwykle nawet je przewyższając, chociaż nieznacznie.

Album rozpoczyna i kończy dwoma najcięższymi numerami na płycie, dla kontrastu rozpoczynające się łagodnymi wstępami. Zarówno otwierający "Battery" jak i jeszcze bardziej agresywny "Damage inc" to bardzo dobre w swojej stylistyce kompozycje, którym mimo ciężaru nie brakuje też melodii. A i tak nie należą do tej lepszej połowy albumu, bo tam poprzeczka postawiona jest naprawdę wysoko.

Największym uznaniem fanów cieszą się szczególnie dwa nagrania. Tytułowy "Master..." to wielowątkowe dzieło ze świetnymi riffami i bardzo dobrym zwolnieniem w środku utworu, w czasie którego słyszymy genialną gitarową solówkę. Drugim z uwielbianych przez fanów utworów jest instrumentalny "Orion" będący w głównej mierze popisem basisty zespołu, Cliffa Burtona, który gra tutaj nawet niczego sobie solo.

Popularnością tym dwóm kompozycjom niewiele ustępuje ballada "Welcome home (sanitarium)" o mrocznym, niepokojącym klimacie. Kolejna perełka w dyskografii grupy.

Do tej lepszej połowy albumu dodalbym także świetny, choć nie tak doceniany "the thing that should not be" z kolejnymi świetnymi partiami basu, ale też dobrym wokalem Hetfielda, który od czasu poprzednika jeszcze bardziej rozwinął swoje umiejętności.

Najgorzej na krążku (co jednak nie znaczy że jakoś bardzo źle) wypadają "Disposable Heroes" i "Lepper Messiah". Pierwszy ma fajną linie wokalną w refrenie, ale poza tym nie ma tu wiele więcej ciekawego. Poza tym jest jednak przydługi jak na tak nieciekawe nagranie. Trochę bardziej lubię drugi z wymienianych kawałków, przy którym ciężko powstrzymać się kiwania głową czy wykrzyczenia refrenu razem z Jamesem. Jednak na tle pozostałych kawałków, nawet lubiane przez mnie "Lepper Messiah" wypada dosyć blado.

"Master of puppets" to jeden z tych albumów, których popularność, a nawet wręcz kult jakim jest obdarzony, jest całkiem zrozumiały. Grupa z Bay Arena wspina się tutaj na swoje wyżyny, prezentując nam bardzo dobre działo, mające jednak mały"dołek" w postaci utworów nr 5 i 6, ale nie jest to też przepaść. Sam z całej dyskografii grupy, wyżej stawiam tylko poprzedni "Light the light.

9/10

Lista utworów:

  1. Battery
  2. Master of puppets
  3. The thing that should not be
  4. Welcome home (sanitarium)
  5. Disposable Heroes
  6. Lepper Messiah
  7. Orion
  8. Damage inc


sobota, 9 kwietnia 2022

Metallica- "Ride the lighting"

Okładka albumu "Ride the lighting" zespołu Metallica


Drugi album zespołu Metallica pokazuje jak duży progres może zrobić młody zespół w zaledwie rok po wydaniu debiutu i to na każdym polu. Instrumentaliści znacznie poprawili swoje umiejętności, lepiej wypada także wokal Jamesa Hetfielda, o wiele ciekawsze i bardziej zróżnicowane są kompozycje oraz wielkie postępy zrobił wokalista zespołu jako tekściarz. Nie są to już gówniarskie teksty, mające pokazać „patrzcie jacy jesteśmy groźni”, ale już całkiem ciekawe liryki, w przypadku akurat tej płyty, dotyczące w głównej mierze śmierci. Może i powiedzenie, że Metallica skończyła się na debiucie jest już niemal równie legendarne jak sam zespół, ale ta czwórka z Bay Arena pokazała, że oni tam dopiero się zaczęli, a potem niesamowicie się rozwinęli.

Pierwsza lampka ostrzegawcza powinna się zapalić ortodoksyjnym fanom po usłyszeniu akustycznego wstępu do otwierającego płytę "Fight fire with fire". Ale delikatne pierwsze takty utworu, to tylko zmyłka przed tym co się dzieje później, bo stylistycznie jest to utwór chyba najbliższy debiutowi i byłby na pewno bardzo mocnym punktem poprzednika. Jednak mimo, że kawałek całkiem udany, to należy do tej słabszej (co w tym przypadku wcale nie znaczy złej) części krążka.

Porównywalnie ciężko jak w otwieraczu jest w następującym po nim utworze tytułowym. Genialny riff na początku "Ride the lightning" zostaje w pamięci na długo po wyjęciu płyty z odtwarzacza i należy do najlepszych jakie kiedykolwiek powstały w ciężkiej muzyce. Kompozycja też jest jakby następcą znajdującego się na tym samym miejscu na płycie The four horseman z poprzednika, czyli rozwiniętą, składającą się z wielu motywów i melodii kompozycją nie pozbawioną ciężaru. Szczególnie tutaj słychać jak dobrze jako gitarzysta solowy rozwinął się Kirk Hammet, który nie serwuje nam już szybkich, ale pozbawionych tego „czegoś” solówek, ale potrafi swoją gitarą słuchacza porwać. Szkoda, że utwór nie jest tak popularny wśród słuchaczy jak na to zasługuje.

Słynny jest za to wybrzmiewający po nim rozpoczynający się od bicia dzwonów genialny ,"For whom the bell tools", zawierający wszystko co fan cięższego gitarowego grania może sobie wymarzyć: ciężar, nośne melodie, dobrze wyeksponowany bas, świetną współprace gitarzystów i świetną linie wokalną. Do dziś ciężko znaleźć się na koncercie grupy gdzie nie usłyszy się tego wspaniałego kawałka.

O ile gitara akustyczna na samym początku płyty mogła wśród fanów metalowej łupanki spowodować zmarszczenie brwi, to znajdujące się na czwartej pozycji "Fade to black", mogło niektórych słuchaczy przyprawić o lekki atak serca. Bo kto od Metalliki, zespołu, który wyznaczył granice rozwijającemu się nowemu podgatunkowi metalu, polegającego na szybkiej i agresywnej łupance, spodziewał się ballady? To właśnie ta kompozycja sprawiła, że wśród słuchaczy zaczął krążyć nudny już tekst gdzie się Metallica skończyła. Ja sam zespołu będę tu bronił, bo nie jest to rzewna pościelówka, tylko świetnie skomponowany utwór, zawierający świetne partie gitarowe, chwytliwą, ale nie banalną melodie i dobrze wpasowane w całość zaostrzenia. Biorąc pod uwagę długą, ostrzejszą część instrumentalną, to ta ballada przez większość czasu balladą nie jest, co czyni tezy o sprzedaniu się na tym albumie jeszcze bardziej bezpodstawne.

Poziom podobnie jak na debiucie spada w drugiej połowie płyty, lecz tym razem na dosyć krótko. Średnio wypada piąty na liście szybki ale mało porywający "Trapped under ice". Nieco lepsze wrażenie zostawia kolejny "Escape" zawierający w refrenie chyba najbardziej melodyjny wokal na albumie i kilka prób lekkiego urozmaicenia swoich partii przez perkusistę Larsa Urlicha, ale koniec końców i tak jest do jeden z dwóch najsłabszych na płycie numerów.

Znowu na wysoki i to bardzo wysoki poziom wskakujemy na przedostatnim "Creeping Death", największego, nie licząc "for whom the bell tools," koncertowego klasyka. Utwór agresją i siła nie ustępuje poprzednim numerom, a do tego posiada świetną melodie, nie tak bardzo sztampową jak w "Escape".

Tym razem zespół serwuje nam o wiele lepszy finał niż na "Kill em all". Monumentalny intrumentalny "The call of Ktulu" to hołd złożony wybitnemu amerykańskiemu pisarzowi, jednemu z pionierów literatury grozy, H.P. Lovecraftowi, którym w tamtym czasie zachwycał się basista zespołu Cliff Burton. I faktycznie początek utworu i część „ozdobników” miały potencjał, żeby kompozycja stała się świetnym podkładem muzycznym w czasie czytania opowiadań Amerykanina. Szkoda, że zespól nie poszedł tutaj w nieco innym kierunku, żeby taką ideę wprowadzić w życie, ale nie ma sensu ich za to winić, bo sam utwór jest świetny, chociaż nieco przydługi, a nie ich wina, że akurat w moim mniemaniu "the call of Ktulu" nie stanowi ilustracji do czytanej prozy. Z takiego zadania wyjść obronną ręką mógłby chyba tylko zespół łączący ciężki klimat tytułowej kompozycji z debiutu Black Sabbath i epigonów tejże kapeli, i „kosmiczne” odjazdy Hawkwind, może z dodatkiem folku spod znaku Jethro Tull.

Drugi album kalifornijskiej kapeli to znaczny krok naprzód w porównaniu do pierwszej płyty i zarazem jeden z najlepszych nagranych zarówno przez ten zespół, jak i w całej muzyce metalowej. Amerykański kwartet umieścił tu dwa kawałki, które powinien znać każdy metalowiec, jedno niedoceniane arcydzieło, świetną „pół-balladę” i instrumental, jakiego większość prezentujących taką stylistykę wykonawców nie potrafiła by nagrać, uzupełniając całość trzema co najmniej niezłymi kawałkami, które też nie przeszkadzają w odsłuchu, a w przypadku otwieracza utrzymują wysoką ocenę. Zdecydowanie mój faworyt w dyskografii zespołu.

9/10 

Lista utworów:

  1. Fight fire with fire
  2. Ride the lighting
  3. For whom the Bell tools
  4. Fade to Black
  5. Trapped under ice
  6. Escape
  7. Creeping death
  8. The call of Ktulu

czwartek, 7 kwietnia 2022

Recenzja: Metallica- "Kill ’Em All"

Okładka albumu "Kill em all" zespołu Metallica


Klasyka gatunku. Pierwszy thrash-metalowy album. Jeden z najlepszych debiutów w historii. To kilka określeń, które można usłyszeć o pierwszym albumie amerykańskiego zespołu Metallica. Faktycznie jest to album bardzo dobry, na którym do dziś wzorują się setki zespołów muzycznych. Bynajmniej nie jest on pozbawiony wad.

Ciężko o lepsze „wprowadzenie” w nowy gatunek muzyczny będący połączeniem melodyjności zespołów z nurtu NWOBHM (nowa fala brytyjskiego heavy metalu) i agresji wykonawców hardcore punkowych, niż otwierający płytę „Hit the lights”. W pierwszych sekundach słyszymy jak cichy szum błyskawicznie zmienia się w gitarowo-perkusyjny łomot, po czym pojawia się ciężki, szybki gitarowy riff a potem James Hetfield, niewyrobionym, szczeniackim jeszcze głosem wykrzykuje prosty nieco wulgarny i mało ambitny tekst o występach zespołu na scenie. Jeśli chodzi o samą muzykę, ten utwór robi wrażenie nawet teraz, po wielokrotnym wysłuchaniu całego albumu a nawet wielu ciężej grających wykonawców. Dla słuchaczy w tamtym czasie, gdy rock stawał się coraz bardziej cukierkowy, musiał to być szok, jaki 13 lat wcześniej wywołał riff z tytułowego utworu z debiutu Black Sabbath. A dalej jest jeszcze ciekawiej.

Drugą pozycję na krążku zajmuje 7-mio minutowe dzieło „The Four Horseman”. Mimo długiego czasu trwania, utwór nie męczy; dzieje się w nim na tyle dużo, że można by wziąć go za dzieło Megadeth, lubującego się w ciskaniu w jeden utwór wielu motywów czy solówek. Nie jest zresztą tajemnicą ze lider legendarnego zespołu od siebie z pewnością wiele dodał na debiut Metalliki, z której niewiele wcześniej został wyrzucony za nadużywanie alkoholu. Ciekawy pomysł muzycy mieli aby dodać tu coś na wzór cytatu ze „Sweet Home Alabama” zespołu Lynyrd Skynyrd.

Po najdłuższym utworze na płycie następuje najkrótszy, dosyć chwytliwy, ale nie dorównujący dwóm wcześniejszym kompozycjom „Motorbreath”. Ot przyjemny wypełniacz, chętnie wykonywany przez muzyków na koncertach, który na opisywanym albumie ani nie wadzi ani niczego szczególnego nie dodaje.

Podobną rolę chwytliwego, nie aż tak ciężkiego kawałka pewni kolejny, chyba najbardziej melodyjny na płycie „Jump in the fire”, który na swój ciężki sposób jest całkiem skoczny. Miłe urozmaicenie pośród ostrego riffowania, szybkiej perkusji i krzykliwego śpiewu lidera.

A jeśli już o urozmaiceniach, pozycje numer 5 zajmuje jedyny utwór w czasie którego słuchacz ma szanse złapać oddech w czasie tej ciężkiej jazdy. „(Anesthesia) Pulling Teeth” to nieco ponad czterominutowe solo Cliffa Burtona na mocno przesterowanym basie. Przez większość czasu basista gra sam, dopiero pod koniec pojawia się prosty podkład perkusisty Larsa Urlicha. Dosyć ciekawa kompozycja, szczególnie na początku, potem odrobine zaczyna się nudzić. Nie mniej, bez „(Anesthesia)…” debiut chłopaków z Bay Arena byłby o wiele uboższy, a sam Burton pokazał, że nie jest pierwszym lepszym basistą, tylko jednym z najlepszych użytkowników tego instrumentu w historii muzyki, a przynajmniej tej cięższej muzyki.

Jako następne, słyszymy chyba najszybsze na krążku „Whiplash” idealnie nadające się do tego, czego utwór dotyczy, czyli energetycznego machania głową w rytm muzyki.  I sumie ciężko powiedzieć o tym utworze coś więcej, brak tu jakichś ciekawych urozmaiceń, zwolnień itp.

Poziom mocno spada w drugiej połowie albumu za sprawą „Phantom Lord”. Mimo prób urozmaicenia kompozycji, ta nie za bardzo zapada w pamięć, a w czasie wysłuchiwania jej też nie zachwyca.

Odrobinę lepiej wypada kolejny „No Remorse”, który przynajmniej zostaje w pamięci jeszcze jakiś czas po wyjęciu płyty z odtwarzacza. Nie zaszkodziło by mu jednak skrócenie o około półtorej minuty, który jeśli chodzi o linie wokalną aż za bardzo kojarzy się obecnym wcześniej „Motorbreath”.

Po tych dwóch nienajlepszych utworach pojawia się mój faworyt, rozpoczynający się jednym z najsłynniejszych riffów w historii, rozbudowany „Seek and Destroy”. Jest to równocześnie jedna z moich ulubionych kompozycji w całej dyskografii zespołu i jeden z najchętniej granych kawałków na koncertach grupy.

Szkoda, że to nie opisywana przed momentem kompozycja nie zamyka albumu, bo pełniąca tę rolę „Metal Militia”, o podobnym czasie trwania co poprzedni kawałek, jest zbyt rozwleczona, nijaka i jednorodna, w porównaniu do większości pozostałych kawałków.

Muszę się zgodzić z ludźmi nazywający debiut Metalliki jednym z najlepszych debiutów w historii muzyki metalowej i klasyką thrash metalu, jednak album biorąc pod uwagę jednostajne granie jest za długi. Nie twierdze, że kompozycje są nierozróżnialne czy wtapiają się w jedno. Wręcz przeciwnie, ciężko pomylić ze sobą którekolwiek dwa kawałki z płyty, ale sama stylistyka wciąga raczej na 30-40 minut. Gdyby usunąć z „KIll em All” „Phantom Lord”, „Metal MIlitia” i skrócić nieco „No Remorse”, ciężko byłoby mi się do czegokolwiek przyczepić. Jeśli już to do solówek Hammeta, które mogą robić wrażenie jeśli chodzi o szybkość i technikę, ale dla przeciętnego słuchacza ciężkie będzie zapamiętanie jak brzmiało solo z jednego utworu, a jak z kompozycji z tym utworem sąsiadującą. Oraz do tekstów, w  tej kwestii (oraz samych umiejętności wokalnych) James dopiero pokaże na co go stać na kolejnych albumach.

7/10

lista utworów"

  1. Hit the Lights
  2. the Four Horseman
  3. Motorbreath
  4. Jump in the fire
  5. (Anesthesia) Pulling teeth
  6. Whiplash
  7. Phantom lord
  8. No Remorse
  9. Seek & Destroy
  10. Metal Militia