Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folk. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 grudnia 2022

Recenzja: Matt Eliott - "Howling Songs"

Okładka albumu "Howling Songs" Matta Eliotta

Po dwóch bardzo podobnych albumach o zbliżonych tytułach, Matt Eliott wydał kolejny krążek ze słowem "Songs" w nazwie. Obawy, że muzyk po raz trzeci zamieścił niemal identyczny materiał są jak najbardziej zasadne i niestety po części się sprawdzają. Ale tym razem wyszło to Elliotowi znacznie lepiej niż na "Falling Songs"

Po pierwsze, mimo że klimat utrzymany na dwóch poprzednich albumach jest identyczny - ponury i melancholijny - to same kompozycje nie zlewają się aż tak w jedną całość, a do tego ciekawiej są zaaranżowane. Niestety nie usłyszymy tu elektroniki, dzięki której wiele zyskał debiut solowy artysty, a także finał kolejnego w jego dorobku "Drinking Songs", ale przynajmniej w niektórych kompozycjach sporą rolę odgrywa gitara elektryczna, która znacząco urozmaica materiał, a czasami "ratuje" kompozycje, gdy melancholia w nich zawarta zaczyna nudzić. Takie sytuacje mają miejsce szczególne w pierwszych utworach na płycie, czyli "The Kübler-Ross Model", "Something About Ghosts" i "Broken Flamenco". Nie wyróżniają się niestety spokojniesze "How Much In Blood" i "Berlin & Bisenthal". Ostatnie cztery utwory na albumie są już znacznie bardziej wyróżniające się na tle tego, a także dwóch poprzednich albumów. "I Name This Ship The Tragedy, Blees Her & All Who Sail With Her" to co prawda kolejny w karierze muzyka melancholijny utwór, jednak wyróżnia się ładną partią na gitarze akustycznej. "The Howling Song" za to jest najbardziej hałaśliwym utworem na albumie dzięki zgiełkliwym, atonalnym partiom gitary elektrycznej. "Songs For A Failed Relationship" natomiast wbrew tytułowi zdaje się być znacznie mniej ponury i pełni rolę wstępu do finałowego "Bomb the Stock Exchange" z noise'ową końcówką.

"Howling Songs" nie przynosi znaczącej zmiany w muzyce Matta Eliotta, jednak wypada lepiej niż poprzednik, a może nawet nieznacznie lepiej niż "Drinking songs". Wciąż jednak żałuję, że muzyk z tej "trylogii" nie zrobił co najwyżej dwóch albumów.

7/10

Lista utworów

  1. The Kübler-Ross Model
  2. Something About Ghosts
  3. How Much In Blood?
  4. A Broken Flamenco
  5. Berlin & Bisenthal
  6. I Name This Ship The Tragedy, Blees Her & All Who Sail With Her
  7. The Howling Song
  8. Song For A Failed Relationship
  9. Bomb the Stock Exchange 

wtorek, 29 listopada 2022

Recenzja: Matt Eliott - "Falling Songs"

Okładka albumu "Falling Songs" Matta Eliotta

Trzeci album Matta Eliotta nie przynosi takiej rewolucji w twórczości muzyka jak "Drinkng Songs". Można powiedzieć, że jest to wręcz powtórka z rozrywki. Nie jest to może autoplagiat, ale wiele cech drugi album oraz "The Falling Songs" mają wspólnych. W obydwu przypadkach utwory bronią się osobno, ale jako całość jest nieco za monotonnie, obydwa albumy posiadają ponury, depresyjny wręcz klimat i w obydwu przypadkach głos Elliota potrafi wyciszyć słuchacza i wprowadzić w trans.

Sporą część tekstu z recenzji poprzedniego krążka artysty mógłbym w zasadzie powtórzyć tutaj. "Our Weight in Oil", "The Seanse", "Lone Gunman Required", "Good Pawn" czy "Gone" mogłyby być zamienione z przypadkowymi utworami z "Drinking songs" i nie odczułoby się większej różnicy. Odrobinę zróżnicowania przynoszą utwór tytułowy, który nieźle brzmi mimo staroświeckiej aranżacji, nieco żywszy w partiach gitarowych "Broken Bones", "Desemparado" z partią skrzypiec i jakby mniej ponury instrumental "The Ghost of Maria Callas".

Najmniej ciekawie z całości prezentuje się "Compassion Fatique". Chyba najciekawiej z całego albumu -tak jak na poprzedniku - prezentuje się finał. "Planting Seeds" jednak bardzo daleko tu do "The Maid We Messed", a jedyną cechą na plus jest znacznie krótszy czas trwania. "Planting Seeds" przez jakiś czas jest kolejnym melancholijnym utworem, ale z czasem w tle pojawia się coraz bardziej intensywna perkusja, która urozmaica całość utworu, jak i albumu.

Kiedy ktoś słuchał "Drinkng Songs" to nie będąc większym fanem takiej stylistyki, może pominąć trzeci album Matta Eliotta. Fakt, jest to album miły do słuchania, ale po jakimś czasie mocno męczy swoją jednostajnością. Jeśli ktoś nie słuchał żadnego z tych dwóch albumów, to lepszym wyborem będzie krążek numer dwa, który ma o wiele ciekawszy finał.

6/10

Lista utworów:

  1. Our Weight in Oil
  2. The Seanse
  3. The Falling Songs
  4. Broken Bones
  5. Desemparado
  6. Lone Gunman Required
  7. Good Pawn
  8. Compassion Fatique
  9. The Ghost of Maria Callas
  10. Gone
  11. Planting Seeds

środa, 9 listopada 2022

Recenzja: Matt Eliott - "Drinking songs"

Okładka albumu "Drinkng Songs" Matta Eliotta

Nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać po drugim albumie Matta Eliotta. Gdy poznawałem tego artystę przypiąłem mu łatkę folkowego śpiewaka. Tymczasem gdy zachęcony pierwszym bardzo dobrym wrażeniem po "Only Myocardial Infarction Can Break Your Heart" sięgnąłem po debiutancki album muzyka byłem w niemałym szoku stylistyką jaką obrał i ogromnym użyciem elektroniki. Gdy sięgnąłem po "Drinking Songs" nie wiedziałem któremu z tych albumów drugi krążek w karierze solowej Elliota będzie mu bliżej, a może będzie zupełnie od nich odmienny. Okazało się, że to coś pomiędzy. 

Jeśli chodzi o stylistykę to zdecydowanie przeważa tutaj to co poznałem na "Only Myocardial...", natomiast niemal każdy z obecnych tu utworów jest równie ponury, mroczny i depresyjny jak kompozycje z "The Mess We Made". Jednak o ile ma debiucie nastrój ten budowany był w dużej mierze elektroniką, tak na drugim dziele artysta buduje go tradycyjnymi instrumentami. Tak jak ponuro zaczyna się 10-cio minutowy "C.F. Bundy" tak jest przez cały czas trwania krążka. To dobrze, że album zachowuje spójność, jednak muzyk wpadł w pułapkę chcąc zapełnić jak najbardziej płytę CD. i tak o ile otwieracz mimo długiego czasu trwania jest naprawdę bardzo udany, tak następujący po nim "Trying to Explain" jest do niego tak podobny, że można nie zauważyć, że kończy się jeden utwór a zaczął kolejny.

Na dobre tory muzycy wracają w "The Guilty Party", w którym po raz pierwszy na albumie wokal odgrywa naprawdę istotną rolę. I właśnie tu można zauważyć jak głos Matta Eliotta przypomina głos legendarnego Leonarda Cohena. Mimo bardzo melancholijnego, ponurego nastroju, utwór jest bardzo ładny i wciągający. Nieznacznie poziom spada ponownie w "What's Wrong". Wciąż jest to jednak niezły utwór. 

Zadatki na naprawdę świetną kompozycje miało prawie 12 minutowe "The Kursk". Po początkowych odgłosach kojarzących się jakby z atakiem militarnym następuje prosta ale chwytająca za serce partią gitary akustycznej. Jednak w przeciwieństwie do "C.F. Bundy", tutaj Elliot niepotrzebnie powtarza za długo te same motywy. Jednak dalej jest to ciekawa kompozycja. Niezłe mogłoby być "What the Fuck Am I doing on this Battlefield" gdyby nie to, że za bardzo przypomina wcześniejsze utwory. Najbardziej na tle całości wyróżniają się dwie kompozycje. Pierwsza z nich, "A Waste of Blood" jest jakby mniej depresyjny, lecz jednocześnie znacznie bardziej nijaki. Natomiast finałowy, trwający ponad 20 minut "The Maid We Messed" jako jedyny na całym krążku zawiera elektronikę. Ta co prawda pojawia się dopiero po paru minutach, jednak znacznie wzbogaca tego kolosa, który i tak był interesujący jeszcze przed pojawieniem się elektronicznych partii. Te w pewnym momencie stają się agresywne i stopniowo coraz bardziej zagłuszają tradycyjne instrumenty. Dobrze, że Elliot zdecydował się na taki krok, bo w album coraz bardziej wkradała się monotonia. Ale mimo tych wszystkich zalet tej kompozycji, powinna być ona krótsza - tak jak cały album.

Na drugim swoim albumie Matt Eliott utrzymał swój wysoki poziom, mimo obrania innej stylistyki. Największą wadą tego krążka jest jego długość, bo same kompozycję bronią się osobno (poza jednym wyjątkiem), i gdyby ograniczyć powtarzanie za długo tych samych patentów, a także zrezygnować z "A Waste of Blood", to "Drinkng Songs" dostało by ode mnie z pewnością wyższą ocenę.

7/10

Lista utworów:

  1. C.F. Bundy
  2. Trying to Explain
  3. The Guilty Party
  4. What's Wrong
  5. The Kursk
  6. A Waste of Blood
  7. What the Fuck Am I doing on this Battlefield
  8. The Maid We Messed 

sobota, 29 października 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Starsailor"

Okładka albumu "Starsailor" Tima Buckleya

Tim Buckley to przykład muzyka który potrafi odnaleźć się w naprawdę wielu różnych konwencjach. Droga jaką muzyk przeszedł od nazwanego swoim imieniem i nazwiskiem debiutu, do swojego szóstego albumu studyjnego zasługuje na ogromne uznanie. Mimo, że w początkach swojej kariery Buckley zdobył popularność grając przystępny folk czy folk rock, ten pragnął osiągnąć coś więcej. Pierwsze takie próby słyszalne były już na drugim i jeszcze bardziej na trzecim albumie artysty, za to piąty krążek - "Lorca"- to był już ogromny szok dla fanów Tima. Na "Starsailor" Buckley kontynuuje jazzowo-awangardowy kierunek - z wyśmienitym skutkiem.

Płyta rozpoczyna się wręcz mrocznie. "Come Here Woman" posiada bardzo ciekawy wstęp, a wraz z wejściem wokalu robi się niepokojąco. Co prawda później robi się bardziej melodyjnie, ale i tak jest ciekawie. Świetnie brzmi tu perkusja, ale reszta instrumentalistów gra także w niekonwencjonalny sposób. Nieco mniej ciekawie wypada także "dziwny" "I Woke Up", jednak i tu słychać intrygujące momenty, choćby teatralny wokal Buckleya. Sam lider swoim głosem na tym albumie eksperymentuje bardziej niż do tej pory, czego najlepszym przykładem jest "Monterey", "Jungle Fire" czy utwór tytułowy. Ten pierwszy zagrany jest z rockową mocą, a powtarzalny motyw jest jakby tłem dla głosu lidera. Drugi z utworów mocno kojarzy mi się z debiutem grupy o nazwie Comus, "First Uterance", jednak prezentuje się odrobinę mniej dziwnie. "Starsailor" za to jest chyba najbardziej porąbanym utworem na albumie. Jest to oparty przede wszystkim na eksperymentach głosowych psychodeliczno-awangardowy numer. Eksperymentalizm wiąże się nie tylko ze sposobem śpiewu Lidera, ale też efektami jakim ten został poddany (np. zwielokrotnianie czy zniekształcanie).

Wśród takich poplątanych kompozycji bardzo zwyczajnie, a mimo to przyjemnie wypada folkowy "Moulin Rouge" z fragmentami tekstu śpiewanymi po francusku. Jednym z moich ulubionych fragmentów jest wyciszający "Song to the Siren" z ładną partią wokalną i delikatnymi partiami instrumentów w tle, ale i dwa najbardziej jazzowe utwory na płycie wypadają interesująco. "Healing Festival" posiada jakby plemienny początek tyle że wzbogacony o partie saksofonu. "Down by the Borderline" za to jest bardzo chwytliwy, ale występuje tu solo na trąbce na tle jazzowej sekcji rytmicznej.

Już "Lorca" była albumem bardzo trudnym dla przeciętnego słuchacza. Nagrywając "Starsailor" jednak Tim Buckley poszedł jakby jeszcze bardziej w mniej przystępne rejony serwując nam przy okazji bardzo eklektyczny album będący świetną mieszanką folku, rocka, jazzu, awangardy i psychodelii. Na ten moment uważam krążek ten za bliski perfekcji. Być może za jakiś czas (podobnie być może będzie w przypadku poprzednika) będzie tu widnieć ocena maksymalna.

9/10

Lista utworów:

  1. Come Here Woman
  2. I Woke Up
  3. Monterey
  4. Moulin Rouge
  5. Song to The Siren
  6. Jungle Fire
  7. Starsailor
  8. Healing Festival
  9. Down by the Borderline

sobota, 22 października 2022

Recenzja: Matt Eliott - "The Mess We Made"

Okładka albumu "The Mess We Made" Matta Eliotta

Matt Eliott to muzyk bardzo uniwersalny, którego poznałem dzięki świetnej folkowej płycie "Only Myocardial Infarction Can Break Your Heart". Na tej płycie artysta dał poznać się jako utalentowany gitarzysta i genialny wokalista o bardzo niskim głosie podobnym do Leonarda Cohena. Gdy jednak zachęcony powyższym krążkiem zabrałem się za jego debiut byłem w niemałym szoku. 

Już okładka "The Mess We Made" powinna dać mi do zrozumienia, że album ten będzie zupełnie inny niż ten dzięki którego poznałem Matta Eliotta. Solowy debiut muzyka to płyta o niesamowicie ponurym, depresyjnym wręcz charakterze, z folkowym obliczem artysty mający nie za wiele wspólnego. 7-minutowy otwieracz "Let Us Break" mija błyskawicznie wciągając swoim lekko psychodelicznym minimalistycznym początkiem, a później czarując jeszcze bardziej gdy robi się intensywniej. A uroku dodają też kobiece wokale.

Swoim uduchowionym klimatem wciąga też "Also Run", w którym dodatkowo w dalszej części pojawiają się elektroniczne wstawki. Z jednej strony nadają one ciekawego kontrastu z tym co działo się w utworze do tamtej pory, ale z drugiej nie do końca do tego pasuje. Zupełnie inaczej ma się sprawa z innym urozmaiceniem w kolejnym "The Dog Beneath The Skin", w którym przesterowana gitara dodaje dodatkowego smaczku w i tak bardzo niepokojącym utworze. Genialnie brzmią w tej kompozycji organy dodające sakralnego nastroju. Za to w utworze tytułowym dyskotekowe wstawki kompletnie psują budowany przez cały utwór delikatnymi partiami instrumentów klimat. Bardzo wciągające są jeszcze "Cotard's Syndrome" z mistycznymi wokalizami, a także najkrótszy na płycie instrumentalny "The End". "Marynarski" "The Sinking Ship Song" odstaje za to poziomem od innych utworów, choć ponurym nastrojem pasuje do reszty albumu. Najbardziej "normalnie" wypada ostatni na albumie instrumentalny, folkowy "Forty Days". Dopiero później muzycy starają się urozmaicić nagranie.

Mimo, że niełatwy to album, to wg mnie warty bliższego zapoznania. Ostatni raz słuchałem go przed kilkoma dniami w czasie spaceru po parku o zmierzchu. Wokół zero ludzi, tylko drzewa i zapadający mrok. W takich okolicznościach dzieło Eliotta jeszcze bardziej zyskało.

8/10

Lista utworów:

  1. Let Us Break
  2. Also Run
  3. The Dog Beneath The Skin
  4. The Mess We Made
  5. Cotard's Syndrome
  6. The sinking Ship Song
  7. The End
  8. Forty Days

czwartek, 13 października 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Lorca"

Okładka albumu "Lorca" Tima Buckleya

Po kilku przystępnych albumach i odrobinę bardziej eksperymentalnym "Happy Sad" na fanów Tima Buckleya spadł niemały cios. Uprzedzając fakty jeszcze nie tragiczna śmierć młodo zmarłego muzyka. Powód zszokowania był o wiele bardziej błahy. Chodziło o kierunek w jakim muzyk podążył. Pomimo, że Buckley eksperymentował już wcześniej, to mało kto spodziewał się, że na swoim kolejnym albumie pod tytułem "Lorca" podąży on w aż tak nietypowym, awangardowym niemal kierunku. W okresie wydania krążek ten nie zdobył należnej mu popularności. Dopiero po latach został należycie doceniony.

Większość z pięciu zawartych tu kompozycji utrzymanych jest w wolnym tempie, jednak każda utrzymuje słuchacza przy sobie i każda od siebie znacząco się różni. 10 minutowy utwór tytułowy od samego początku musiał zszokować fanów folkowego oblicza Buckleya. Tutaj bardziej przystępny folk słyszalny jest w ilościach bliskich zeru. Ciężko jednoznacznie przypisać tej kompozycji jakiś gatunek, jednak intryguje on przez cały czas trwania swoim niepokojącym klimatem i interesującą partią wokalną lidera. "Anonymous Proposition" w pierwszym wrażeniu może wydawać się zupełnie mniej ciekawy od poprzedniego utworu, jednak gdy wsłucha się w niego uważniej, okazuje się, że wcale tak mało ciekawych rzeczy się tam nie dzieje.

"I had a Talk With My Woman" i "Driftin'" to już utwory przystępniejsze, szczególnie ten pierwszy pierwszy, bo posiada całkiem ładną, delikatną melodię. Sporo uroku tu nadają także kongi, za to "Driftin'" potrafi "zahipnotyzować" słuchacza swoją jamową strukturą. Ostatni na albumie "Nobody Walkin'" to już nagranie o wiele żywsze od wszystkich poprzednich. Tu także pojawiają się kongi, a sam utwór nie odstaje od pozostałych jeśli chodzi o chęć eksperymentowania przez muzyków.

"Lorca" na pewno nie należy do albumów najłatwiejszych w dyskografii Tima Buckleya. Być może jest to nawet najtrudniejszy w odbiorze krążek artysty. Nie powiedziałbym jednak, że jest niesłuchalny dla fanów "zwykłego" folku czy rocka. Wystarczy się odrobinę otworzyć, a płyta ta może sprawić niemało wrażeń.

9/10

Lista utworów:

  1. Lorca
  2. Anonymous Proposition
  3. I had a Talk With My Woman
  4. Driftin'
  5. Nobody Walkin'

piątek, 7 października 2022

Recenzja: Van Morrison - "Astral Weeks"

Okładka albumu "Astral Weeks" Vana Morrisona

Van Morrison to brytyjski wokalista i użytkownik takich instrumentów jak gitara, ukulele, saksofon czy harmonijka, a także artysta, którego nie sposób przyporządkować do jednego gatunku, co pokazał już zresztą na debiucie "Blowin'Your Mind". Na tym właśnie krążku muzyk dosyć umiejętnie lawirował między rockiem charakterystycznym dla zespołów brytyjskiej inwazji (do której sam jest zaliczany) jak The Animals, The Beatles czy The Rolling Stones, folkiem, z którego jest najbardziej znany, bluesem czy R'n'b. Warto się ze wspomnianym krążkiem zapoznać jeśli jest się miłośnikiem wspomnianych wyżej grup i im podobnych. Jednak to na drugim albumie Morrisona chciałbym się skupić.

"Astral weeks" to już krążek o wiele bardziej spójny, co nie znaczy jednorodny. Muzyk i towarzyszący mu artyści prezentują tu ciekawszą, bardziej eksperymentalną odmianę muzyki folkowej. Idealnie więc nadaje się dla kogoś kto polubił twórczość opisywanych przeze mnie Roya Harpera czy (chyba nawet bardziej) Tima Buckleya. Podobnie jak niektóre z albumów tej dwójki, "Astral Weeks" prezentuje muzykę trudną do sklasyfikowania. Mówi się o folk rocku, jazz folku, a ja mógłbym zaliczyć ją do użytego już w stosunku do "Stormcock" Harpera terminu folk progresywny.

Już rozpoczynający album utwór tytułowy mimo długiego czasu trwania urzeka zamiast nudzić choć w pierwszej chwili można uznać że poza ładną melodią niewiele tu się dzieje. To i tak dopiero przedsmak. Kolejny "Beside You" ze swoim bogatym instrumentarium zachwyca mnie jeszcze bardziej, a w takim "Sweet Thing" zachwycają mnie partie fletu, ale każdy z instrumentalistów gra tu piękne partie. Podobać może się też spokojny "Madame George", który mimo wszystko mógłby być trochę krótszy. Najbardziej zaciekawiły mnie jednak dwa utwory. Żywiołowy "The Way Young Lovers Do" został wzbogacony dużym wpływem instrumentów dętych, a krótkie solo na trąbce w towarzystwie mniej typowej partii gitary akustycznej przywołuje na myśl skojarzenia z jazz rockiem. Mniej zachwycająco początkowo wypadła "Ballerina". Z czasem jednak utwór nabierał intensywności, z konwencji wymyka się gitara, a wokal staje się bardziej emocjonalny. Na takim tle nawet całkiem udany lecz bardziej konwencjonalny "Cyprus Avenue" zdaje się być jednym z gorszych utworów. "Slim Slow Slider", w którym słuchać saksofon to za to utwór przyjemny i nic więcej. W zasadzie mogłoby go nie być i w takim przypadku myślę, że "Ballerina" byłaby lepszym finałem albumu.

"Astral weeks" bardzo szybko zdobył uznanie krytyków w przeciwieństwie do podobnych mu albumów innych ciekawych folkowych artystów. Przez kolejne lata płyta ta była wymieniana wśród najlepszych albumów w historii rocka. Można się kłócić czy bardziej na takie miana nie zasługują dzieła Buckleya seniora, Harpera albo Neila Younga, ale gdy komuś spodobał się ten album to nie widzę przeszkód by sięgnąć po inne bardziej eksperymentalne folkowe krążki.

8/10

Lista utworów:

  1. Astral Weeks
  2. Beside You
  3. Sweet Thing
  4. Cyprus Avenue
  5. The Way Young Lovers Do
  6. Madame George
  7. Ballerina
  8. Slim Slow Slider

czwartek, 29 września 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Blue Afternoon"

Okładka albumu "Blue Afternoon" Tima Buckleya

Na wydanym w 1969 roku "Happy Sad" Tim Buckley udowodnił, że faktycznie zasługuje na coś więcej niż porównywania do artystów pokroju Boba Dylana (nie żeby to było coś złego) i faktycznie pokazał że ma coś z jazzmana, za jakiego sam zainteresowany się uważa. Po wydaniu wspomnianego dzieła muzyk niebawem wziął się za nagrywanie nowego materiału, a było go niemało, bo w sumie zapełnił on...trzy albumy. Wydany jako pierwszy z nich "Blue Afternoon" jednak zdaje się niejako krokiem wstecz dla muzyka, chociaż wcale nie jest albumem złym.

Mówię o kroku wstecz tylko i wyłącznie dlatego, że artysta wraca tu w większości utworów to swoich folkowych korzeni. Utwory tu zawarte jednak są w większości bardzo udane i czarują swoim pięknem i melancholią, jak piękny "Happy Time" albo "I Must Have Been Blind". Te jednak wypadają przeciętnie w porównaniu do genialnego "Chase the Blues Away" z bardzo ładnymi partiami gitary za które odpowiada Lee Underwood, oraz z jednym z lepszych "The River", w którym ponownie wiele dobrego robią współpracownicy lidera, jak David Friedman grający na wibrafonie albo perkusista Jimmy Madison. "So Lonely" z partią wokalną kojarzącą mi się z Jimem Morrisonem oraz chyba najbardziej melancholijny "Cafe" to także udane nagrania.

Jednak najlepsze muzycy zostawili na koniec. "Blue Melody" wypada w idealnym momencie, bo ta melancholia miala prawo już zacząć nużyć słuchacza, a tu w końcu wypada utwór może nie bardzo energiczny, ale na pewno jeden z bardziej intensywnych w warstwie instrumentalnej, która mocno nawiązuje do wspomnianego już poprzedniego albumu. To jednak nic w porównaniu, finałowym "The Train" najlepszym na płycie i jednym z moich ulubionych utworów w dyskografii artysty. Już pierwsze takty ze świetną grą Buckleya na dwunastostrunowej gitarze wspieranej przez bas i świetną gitarę elektryczną wywołuje uśmiech na twarzy, a dalsze bardziej jazzowe partie praktycznie każdego z instrumentów tylko ulepszają ten utwór. Najlepsze co tu słyszymy to jednak gitarowa gra Underwooda - tego trzeba posłuchać.

Już na wstępie nazwałem "Blue Afternoon" krokiem wstecz dla Buckleya. W tym wypadku jednak nie jest to obraza dla tego albumu. Biorąc pod uwagę, że muzyk w tym czasie nagrał mnóstwo materiału, oczywiste było, że znajdzie się tam trochę folku, z którego ten się wywodzi. Nie mówiąc już o tym, że materiał ten i tak jest bardzo udany, a dwie kompozycje, które odchodzą od początków muzycznej przygody Buckleya to już małe arcydzieła, szczególnie "The Train".

8/10

Lista utworów:

  1. Happy Time
  2. Chase the Blues Away
  3. I Must Have Been Blind
  4. The River
  5. So Lonely
  6. Cafe
  7. Blue Melody
  8. The Train

sobota, 3 września 2022

Recenzja: Roy Harper - "Buillingamingvase"

Okładka albumu "Buillingamingvase" Roya Harpera

Po mocno rockowym "HQ" można było się spodziewać, że Roy Harper pójdzie w ślady innych folkowych muzyków, którzy coraz chętniej sięgali po instrumenty elektryczne i grali bardziej rockowo niż folkowo. A jednak Harper powrócił do bardziej akustycznego grania nie zjadając przy okazji swojego ogona. 

Najważniejszą kompozycją na tym albumie o skomplikowanej nazwie jest "One of Those Days in England" podzielone na dziesięć części, z czego pierwsza znajduje się na samym początku albumu, a pozostałe na samym końcu. Jeśli chodzi o część pierwszą, to jest to jedna z najlepszych rzeczy na tym krążku. Jest bardzo chwytliwa i energiczna, mimo to bliżej jej do muzyki filmowej niż rockowej. Pozostałe części znacznie się różnią od tej otwierającej płytę i choć nie podobają mi się tak jak tamta, to tworzą bardzo zgraną i ciekawą całość.

Dużo ciekawego dzieje się także pomiędzy. "The Last Days" to bardzo ładna folkowa ballada, za to początkowo folkowy "Cherishing the Lonesome" w pewnym momencie nabiera rockowej energii dzięki obecnej tu gitarze elektrycznej. Bardzo mocnym punktem jest też genialny "Naked flame" z najlepszymi chyba na albumie partiami gitary akustycznej lidera. Kompletnym nieporozumieniem jest za to "Watford Gap" w stylu country. Na szczęście jest dosyć krótki.

"Buillingamingvase" zawiera mnóstwo udanego materiału. Nie dorównuje wprawdzie ani przez moment genialnemu "Stormcock" do którego będę pewnie porównywał każdy z albumów artysty, ale w stylistyce folkowej i tak jest to krążek przebijający wiele dzieł bardziej znanych folkowych wykonawców.

7/10

Lista utworów:

  1. One of those Days in England part 1
  2. The Last Days
  3. Cherishing the Lonesome
  4. Naked flame
  5. Watford Gap
  6. One of those Days in England part 2-10

niedziela, 28 sierpnia 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Happy sad"

Okładka albumu "Happy sad" Tima Buckleya

Tim Buckley karierę zaczął od nagrywania przyjemnych folkowych i folk rockowych utworów bliskich ówczesnej modzie. Na drugim albumie swoją stylistykę wzbogacił o nowe, ciekawe inspiracje. Styl z drugiego albumu został jeszcze bardziej dopracowany na trzecim albumie, "Happy sad"

Tim Buckley znacząco odcinał się od porównań z choćby Bobem Dylanem i upierał się, że jest bardziej muzykiem jazzowym niż folkowym. Właśnie na "Happy sad" zaczyna to udowadniać. Jazzowe wpływy słychać już w pierwszych dźwiękach "Strange Feelin'". Do wcześniejszej, bardziej folkowej twórczości co prawda nawiązują partie gitary akustycznej, ale nawet te zdają się być momentami bardziej zainspirowane jazzowymi gitarzystami. Oprócz bardzo przyjemnej, choć skomplikowanej warstwy instrumentalnej, trzeba wyróżnić po raz kolejny głos lidera, który także śpiewa w interesujący, nie zawsze schematyczny sposób.

Interesująco rozwija się też "Love from Room 109 at the Islander (on Pacific  Coast Highway)". Ten jest co prawda mocno wyciszony i co by nie ukrywać, dla kogoś nie osłuchanego z tego typu muzyką, może być nudny - szczególnie że trwa aż 10 minut. Jednak dla kogoś kto choć trochę zapoznał się z folkiem czy np rockiem progresywnym utwór ten z pewnością powinien być interesujący. Łatwiejszy w odbiorze jest chyba kolejny "Dream Letter" i tu zdarzają się momenty mniej typowe, ale jako całość zdaje się prostszy i odrobinę bardziej energiczny niż utwór poprzedni. Dla mnie jednak jest to jeden ze słabszych momentów albumu, choć wciąż udany.

Bardziej typowo wypada "Buzzin'Fly". Tu wpływ muzyki jazzowej nie jest aż tak widoczny, jednak partie gitary zagrane są z naprawdę świetnym feelingiem, a przy tym z rockową mocą. Świetnie Buckley spisuje się też jako wokalista. Spodobać się rockowym słuchaczom może się także "Gypsy Woman". Początek co prawda także jest zagrany spokojnie, później jednak utwór zamienia się porywający jam zagrany z rockową mocą. Świetny numer. Na wyciszenie na końcu Buckley serwuje nam krótki, folkowy i przyjemny "Sing a Song for You".

"Happy sad" to album na niezwykle wysokim poziomie. Tim Buckley świetnie rozwinął swój styl od miłego, ale mało oryginalnego folk rocka, to stylu który ciężko nazwać. Jazz folk, folk progresywny/awangardowy czy może jazz rock lub rock progresywny - każda z tych nazw obroniła by się gdyby chcieć przypisać jej konkretną łatkę. Wciąż jednak w większości jest to muzyka, którą może słuchać ktoś kto do tej pory słucha np rocka lub alternatywy. Jest to album na tyle zróżnicowany, że któraś ze znajdujących się tu pozycji powinna przypaść do gustu.

9/10

Lista utworów:

  1. Strange Feelin'
  2. Buzzin'Fly
  3. Love from Room 109 at the Islander (on Pacific  Coast Highway)
  4. Dream Letter
  5. Gypsy Woman
  6. Sing a Song for You

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Recenzja: Roy Harper - "HQ"

Okładka albumu "HQ" Roya Harpera

Roy Harper był idolem dla wielu wykonawców rockowych. Nic dziwnego więc, że ci tak chętnie występowali na jego albumach. Wcześniej na krążkach Brytyjczyka mogliśmy usłyszeć choćby Jimiego Page'a. Na nagrywanym z kolei w tym samym studiu i w tym samym czasie co kultowe "Wish You Were Here" Pink Floyd możemy usłyszeć gitarzystę tej grupy, Davida Gilmoura albo innego członka Led Zeppelin, które Harperowi dawniej złożyło hołd utworem "Hats off to (Roy) Harper" - Johna Paula Jonesa- czy też znanego z King Crimson i Yes Billa Bruforda. Z takimi gośćmi możemy się domyślać, że "HQ" to album, któremu bliżej rocka niż folku i tak rzeczywiście jest.

Ostrzejsze brzmienie słychać już na starcie albumu, czyli w 14-minutowym "The Game", który może i jest długi, ale nie odczuwam nudy w trakcie słuchania. Całkiem sporo się tu dzieje i mimo momentami hard rockowego grania znalazło się tu miejsce na udane zwolnienie. To właśnie w tym utworze słyszymy tych najbardziej znanych gości na tym albumie, czyli Jonesa na basie i Gilmoura na gitarze. Nie jest to mój ulubiony utwór na krążku, ale słucha się go z dużą przyjemnością. Gorzej wypadają dwa kolejne utwory. Rozpoczęty akustycznym wstępem "The Spirit Lives" wypada jeszcze całkiem nieźle, gorzej z "Grown Ups Are Just Silly Children" - ten jest co najwyżej średni, choć warto zwrócić uwagę na bardzo intensywny bas.

Po nich słyszymy jednak mój ulubiony moment albumu, łączący łagodność folku z rockową zadziornością "Referendum" z bardzo fajnymi partiami gitary elektrycznej. Trzy kolejne utwory z kolei to już typowo folkowe kompozycje. Pierwsza z nich to krótki, ale ładny akustyczny "Forget Me Now" z klimatycznym chórem. Po nim wybrzmiewa już nie akustyczny, ale wciąż łagodny i piękny stale się rozwijający "Hallucinating Light". Na samym końcu z kolei słyszymy kompozycje jeszcze ładniejszą niż dwie poprzednie. "When an Old Cricketer Leaves the Crease" początkowo jest utworem opartym na śpiewie i gitarze akustycznej. Później jednak dochodzą kolejne instrumenty, a utwór staje się bardziej melancholijny.

"HQ" to znak, że Harper ciągle się rozwijał. Miał co prawda małą powtórkę z rozrywki na poprzednim "Valentine", a przecież i wcześniej miał na koncie utwory bardziej rockowe, czyli to co "HQ" wyróżnia najbardziej. Jednak żaden z nich nie brzmiał tak dobrze i tak ciężko, wręcz hard rockowo. Oczywiście, nie są to utwory bez wad, jednak udane i dzięki nim niejeden fan rocka może poznać twórczość tego świetnego artysty. Jako dodatkową zachętę mogę napisać, że sam muzyk uważał ten album za swoje opus magnum.

8/10

Lista utworów

  1. The Game
  2. The Spirit Lives
  3. Grown Ups Are Just Silly Children 
  4. Referendum
  5. Forget Me Now
  6. Hallucinating Light
  7. When an Old Cricketer Leaves the Crease

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Goodbye and Hello"

 

Okładka albumu "Goodbye and Hello" Tima Buckleya

Tim Buckley spory potencjał pokazał już na debiutanckim albumie. Przez kilka miesięcy dzielące wydanie kolejnego krążka folkowego artysty poczynił on jednak ogromne postępy. O ile na "Tim Buckley" dominowały utwory łatwe i przyjemne, nie wyróżniające się za bardzo na tle innych zbliżonych wykonawców, tak na "Goodbye and Hello" muzyk poszedł w znacznie ciekawsze rejony.

Jeszcze rozpoczynający album "No Man Can Find the War" jest jakby pomostem między poprzednim krążkiem, a bardziej eksperymentalnym podejściem na krążku numer dwa i jeszcze bardziej eksperymentalnym podejściem na kolejnych albumach. Sama kompozycja wg mnie jest udana i świetnie brzmią tutaj partię każdego z instrumentalistów, no i oczywiście wokal lidera. Już bardziej od typowego folku oddala się kolejny "Carnival Song" oparty na wesołkowatej "cyrkowej" melodyjce, jednak sporo instrumentaliści robią, aby odciągnąć uwagę słuchacza od tej co by wiele nie mówić banalnej melodii. Sam utwór jednak nie podoba mi się za bardzo, ale też nie przeszkadza. Na podobnej zasadzie zbudowany jest również wesołkowaty "Knight-Errant", który także mnie nie przekonuje.

Słabszych fragmentów jest tu niestety więcej, bo przyjemny, ale nic nie wnoszący finał albumu w postaci "Morning Glory" z chórkami w tle w pewnym momencie nuży, a monumentalny utwór tytułowy, który miał być prawdopodobnie najważniejszą kompozycją na albumie jest dla mnie przerostem formy nad treścią. Lecz głównie w tych bardziej energicznych momentach, bo uczciwie trzeba przyznać muzykom, że fragmenty spokojne są niezwykle udane. Buckley po prostu nie poradził sobie ze zgrabnym połączeniem tak wielu motywów w jedną całość i podobnie jak opisywany już przeze Nick Drake dał się ponieść momentami zbyt bogatym aranżacjom.

I z istotnych wad, to by było na tyle. W pozostałych utworach nie dostrzegam wielkich minusów. "Pleasant Street" charakteryzuje się bogatą aranżacją i ponurym klimatem będąc jednym z moich ulubionych utworów na albumie. Mroczny wstęp posiada "Hallucinations", po jakimś czasie jednak utwór nabiera ciężaru, w warstwie instrumentalnej robi się gęsto, a momentami ma się wrażenie jakby muzycy grali niezależnie od siebie. Brzmi to jednak bardzo interesująco. Bardziej intensywnie jest w "I Never Asked to be Your Mountain", natomiast spokojnie, a wręcz magicznie jest w "Once I Was" i "Phantasmagoria in Two"

Album numer dwa Tima Buckleya jest o wiele ciekawszy od jego debiutu. Tu już można bardziej wierzyć muzykowi, że jest on Jazzmanem, a nie muzykiem folkowym, to jednak wciąż tylko rozgrzewka przed tym, co artysta przygotuje w przyszłości. Nie mniej warto posłuchać i tej pozycji.

7/10

Lista utworów:

  1. No Man Can Find the War
  2. Carnival Song
  3. Pleasant Street
  4. Hallucinations
  5. I Never Asked to be Your Mountain
  6. Once I Was
  7. Phantasmagoria in Two
  8. Knight-Errant
  9. Goodbye and Hallo
  10. Morning Glory

wtorek, 2 sierpnia 2022

Recenzja: Roy Harper - "Valentine"

Okładka albumu "Valentine" Roya Harpera


Roy Harper swoimi poprzednimi albumami narzucił sam sobie bardzo wysoką poprzeczkę. I choć "Lifemask" nie dorównuje genialnemu "Stormcock" to muzyk nagrał bardzo fajną płytę. Kolejny album, "Valentine" także jest udany, choć nie wywołuje takich emocji jak żadne z poprzednich dzieł Brytyjczyka.
"Valentine" to album dosyć zróżnicowany i choć dominują tu spokojniejsze akustyczne utwory, to znajdziemy tu również bardzo fajny rockowy utwór "Male Chauvinist Pig Blues" albo "Acapulco Gold" z lekko jazzującą partią pianina. Moim ulubionym z tych mniej typowych dla muzyka nagrań, a właściwie ulubionym z całego albumu jest "Magic Woman", w którym możemy usłyszeć także harmonijkę czy trąbkę.

Pomimo, że pozostałe kompozycje opierają się przede wszystkim na ładnym śpiewie Harpera i jego jak zwykle świetnym partiom gitarowym, to różnią się one od siebie bardzo mocno. "Forbidden Fruit" otwierający album to chyba najpiękniejsze nagranie na "Valentine", w "I'll See You Again" i "Commune" możemy usłyszeć instrumenty smyczkowe, jednak te dwa nagrania nie wypadają najlepiej.  "Twelve hours of Sunset" posiada świetny klimat, a instrumentalny "Che" charakteryzuje się hiszpańskim stylem gry na gitarze. "North Country" posiada fajną końcówkę, za to spokojne "Forever" jest dla mnie nieco przesłodzone.

"Valentine" to krążek często niedoceniany nawet przez fanów muzyka. Nie jest to spowodowane słabszym poziomem zawartych tu kompozycji, bo te w większości są bardzo przyjemne, a kilka z nich wypada wręcz bardzo dobrze. Największą bolączką tej płyty jest wg słuchaczy zbyt duża wtórność wobec poprzednich płyt. Mi się jednak album ten podoba.

7/10

Lista utworów:
  1. Forbidden Fruit
  2. Male Chauvinist Pig Blues
  3. I'll See You Again
  4. Twelve hours of Sunset
  5. Acapulco Gold
  6. Commune
  7. Magic Woman
  8. Che
  9. North Country
  10. Forever

czwartek, 28 lipca 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Tim Buckley"

 

Okładka albumu "Tim Buckley" Tima Buckleya

Tim Buckley to jeden z najwybitniejszych reprezentantów folk(rockowej) sceny ubiegłego stulecia, choć sam zainteresowany od takiego szufladkowania się bronił, mówiąc że jest jazzmanem, a nie folkowym śpiewakiem. I choć sporą popularność zdobył jeszcze za życia, to jego sława wzrosła później. Jedną z przyczyn powrotu jego popularności była młoda śmierć w wieku zaledwie 28 lat, co zawsze jest niemałą "reklamą" dla artystów. Sporo zrobił też w tym kierunku jego syn, który w latach 90. też był znanym muzykiem i który, tak samo jak ojciec umarł w młodym wieku. 

Co by sam muzyk nie mówił o swojej stylistyce, to fakty są takie, że na debiutanckim albumie nazwanym po prostu "Tim Buckley", muzyka na nim zawarta nie różni się od muzyki wykonawców, którzy także łączyli folkowe brzmienia z rockowym instrumentarium i energią. Wciąż jednak jest to płyta całkiem przyjemna w odsłuchu, z jedną nietypową dla całości, ale wspaniałą perełką w postaci klimatycznego, ascetycznego "Song Slowly Song" będącego moim faworytem z całego albumu.

Reszta utworów już tak świetna nie jest, ale znajdziemy tu kilka mocnych punktów, szczególnie mam na myśli te żywiołowe numery w rodzaju ładnego "I can't See you", wpadającego w ucho "Strange Street Affair Under Blue", w którym jednak zanadto ekspresyjnie brzmi wokal Buckleya, "It Happens Every Time" z partią smyczków oraz finałowy, zadziorny "Understand Your Man". Ze spokojnieszej części albumu broni się także minimalistyczny "Song of the Magician" i ewentualnie "Wings", z którego jednak chyba usunął bym smyczki.

"Valentine Melody", "Aren't you that Girl", "Song for Janie", "Grief in my Soul" i "She is" to już utwory średnie, a w przypadku"Song for Janie" odrzucają dodatkowo przesłodzone klawisze.

Debiut Tima Buckleya to jeszcze dosyć niepozorny album. Znajdziemy tu zalążki tego co artysta zaprezentuje w przyszłości, jednak dominują tu przyjemne choć niczym się na tle innych twórców niewyróżniające piosenki. Nie jest to co prawda album do którego będę wracać bardzo często, ale świetna to pozycja na popołudniowy relaks na świeżym powietrzu.

6/10

Lista utworów:

  1. I can't See You
  2. Wings
  3. Song of the Magician
  4. Strange Street Affair Under Blue 
  5. Valentine Melody
  6. Aren't you that Girl
  7. Song Slowly Song
  8. It Happens Every Time
  9. Song for Janie
  10. Grief in my Soul
  11. She is
  12. Understand Your Man

piątek, 22 lipca 2022

Recenzja: Roy Harper - "Lifemask"

Okładka albumu "Lifemask" Roya Harpera

Dwa lata po wydaniu genialnego "Stormcock", Roy Harper stanął przed niezwykle trudnym zadaniem nagrania dorównującego mu poziomem albumu. Zadania nie ułatwił fakt, że muzyk w tym czasie miał spore problemy ze zdrowiem - na tyle poważne, że obawiał się zbliżającej się śmierci. Jak trudny był to czas dla artysty słychać przede wszystkim w warstwie tekstowej o niezbyt optymistycznym wydźwięku. Teksty napisane zostały jednak w typowym dla Harpera poetyckim stylu. Ale także okładka, która przedstawia "martwe" oblicze muzyka w postaci maski ma dość pesymistyczny wydźwięk. Okładka ta jednak otwiera się, a pod nią czeka zdjęcie Roya Harpera - tym razem żywego.

Najważniejszym, choć niekoniecznie najlepszym utworem na "Lifemask" jest najdłuższy, poprzedzony czterominutowym przemówieniem folkowego śpiewaka "The Lord's Prayer". Mimo standartowo wysokiego poziomu kompozycji, ta dla mnie jest za długa. Co prawda dzieje się tu sporo, jednak nie ma porównania do żadnego z czterech utworów z doskonałego poprzednika. Warto wspomnieć, że w tej kompozycji Harperowi ponownie pomógł jego wielki fan - Jimmi Page. Ten wystąpił także w bardzo dobrym  "Bank of the Dead" będącym jednym z bardziej rockowych i lepszych utworów na albumie. 

Za najlepszy moment płyty uważam jednak otwierający album "Highway Blues" także posiadający sporo rockowej energii, a oprócz tego zachwycający świetną melodią oraz wokalem Harpera. Za bardzo dobry uważam również bardzo klimatyczny "South Africa", w którym słychać zwielokrotniony wokal, co w tej kompozycji wypada bardzo ciekawie. Niezły jest też "All Ireland" z udziałem harmonijki, za to "Little Lady" jak na tego muzyka jest dosyć nudnawe.

Nagranie następcy jednego z najlepszych albumów w historii muzyki nigdy nie jest łatwe i "Lifemask" jest dużo gorszy niż "Stormcock", jednak Roy Harper to artysta, którego nawet słabsze albumy prezentują wysoki poziom. W "Lifemask" w zasadzie przeszkadza mi jedynie za długi czas finałowego utworu, z którego można by wyciąć przynajmniej pierwszą część, w której słychać jedynie przemawiającego Harpera i nie do końca przekonuje mnie "Little Lady", który można było bardziej uatrakcyjnić. Poza tym jednak muzyk po raz kolejny pokazuje klasę- i to pomimo problemów ze zdrowiem, a będąc przekonanym o nadchodzącej śmierci zapewne także z psychiką. Artysta na szczęście przeżył i wciąż nagrywał ciekawe albumy.

7/10

Lista utworów:

  1. Highway Blues
  2. All Ireland
  3. Little Lady
  4. Bank of the Dead
  5. South Africa
  6. The Lord's Prayer

wtorek, 12 lipca 2022

Recenzja: Nick Drake - "Pink Moon"

 

Okładka albumu "Pink Moon" Nicka Drake'a

"Pink Moon" - trzeci i zarazem ostatni album folkowego śpiewaka Nicka Drake'a, to album bardzo ceniony wśród fanów muzyki folkowej, o czym najlepiej świadczy pierwsze miejsce wśród ocenianych albumów w kategorii "folk" na portalu Rate Your Music. Raczej nie nazwałbym tego krążka najlepszą płytą folkową jaką słyszałem, ale status kultowego jest jak najbardziej zasłużony.

Trzecia płyta Drake'a różni się od dwóch poprzednich przede wszystkim aranżacją. Tym razem żaden z dodatkowych muzyków ani sekcji nie wybija się na pierwszy plan kosztem lidera. Dzięki temu album ten praktycznie się nie zestarzał i nie razi patosem ani przez chwilę. Nie jest to jednak bynajmniej album bez wad. Nie są one na szczęście jednak zbyt rażące. Chociaż na krążku który trwa zaledwie 28 minut można było ich uniknąć.

Jako zbędne uznaje przede wszystkim dwie kompozycje. Pierwsza z nich to "Know", w którym nie dość, że przez cały utwór powtarza się jeden i to niezbyt porywający motyw gitarowy, to wokal Nicka Drake'a ogranicza się głównie do... "Mmmmmmm", a właściwego tekstu jest zaledwie kilka wersów. W "Harvest Breed" natomiast przeszkadzają mocniejsze szarpnięcia jednej ze strun basowych i kilkukrotne nieczyste zagranie dźwięku, przez co brzmi jakby Drake nie radził sobie ze swoim instrumentem.

Reszta materiału jest już co najmniej przyzwoita. Począwszy od tytułowego "Pink Moon", w którym Drake'a pokazującego swój gitarowy kunszt wspierają delikatne partie klawiszowe, kończąc na nieco szybszym "From the Morning", każdy z tych utworów to kawał ładnego, akustycznego grania okraszonego delikatnym i ciepłym śpiewem. Wśród tych utworów warto wyróżnić jeden z moich ulubionych utworów w tej stylistyce, czyli "Things Behind the Sun" z najlepszą moim zdaniem melodią i linią wokalną na "Pink Moon". Ale udanych melodii jest tu znacznie więcej, żeby wspomnieć tylko "Place To Be", "Which Will" albo "Road". W tym ostatnim jednak lider ciekawie urozmaica swoje partie jakby "wyłamując" się z granej akurat linii melodycznej.

Mniej typowy jest "Parasite", który zdaje się odrobinę bardziej ponury niż inne utwory, instrumentalny "Horn", który mimo powtarzalności jest miłym przerywnikiem oraz "Free Ride", w którym podobnie jak w "Harvest Breed" słyszymy mocniejsze szarpnięcia, ale tym bardziej to urozmaica utwór niż przeszkadza.

Po dwóch nienajlepiej przyjętych albumach, Nick Drake w końcu doszedł do wniosku, że więcej nie znaczy lepiej i tym samym zaserwował nam album bardzo krótki i bardziej ascetyczny niż dwa poprzednie krążki. Wyszło to na dobre i naprawdę szkoda - z zarówno względów muzycznych jak i czysto ludzkich - że artysta ten tak szybko zakończył swój żywot. Być może następne albumy doczekały by się popularności na miarę Boba Dylana, Joan Baez czy Simon & the Garfunkel już za życia artysty. Tego niestety się już nie dowiemy. Możemy się tylko cieszyć, że z czasem twórczość Nicka Drake'a stała się bardziej znana, przez co więcej ludzi do niej dociera.

8/10

Lista utworów:

  1. Pink Moon
  2. Place To Be 
  3. Road 
  4. Which Will
  5. Horn
  6. Things Behind the Sun
  7. Know
  8. Parasite
  9. Free Ride
  10. Harvest Breed
  11. From the Morning

poniedziałek, 4 lipca 2022

Recenzja: Roy Harper - "Stormcock"

 

Okładka albumu "Stormcock" Roya Harpera

Dzisiaj na tapetę biorę najlepszy album folkowy w historii i jeden z najlepszych krążków w całej historii fotografii. Odważne stwierdzenie, wiem, ale to nie tylko moja opinia. Roy Harper o swoich umiejętnościach warsztatowych oraz kompozycyjnych przekonał nas już wcześniej kilkukrotnie, jednak na każdym z dotychczasowych albumów znajdowały się jakieś słabsze momenty czy pomysły. Na piątym albumie tego folkowego geniusza takich nie słyszę. Ciężko zresztą jednoznacznie zdefiniować styl jaki Roy Harper zaprezentował na "Stormcock". To że jest to folk jest oczywiste. Ale nie taki "zwykły". Nie wiem czy powinno się kwalifikować zawartą tu muzykę jako rock progresywny, bo rocka tu właściwie nie ma. To może folk progresywny?

Brytyjski wokalista i gitarzysta już na poprzednich krążkach umieszczał dłuższe kompozycje, jednak były to pojedyncze propozycje wśród stanowiących większość krótszych nagrań. Tym razem jest inaczej. Album trwa ponad 40 minut, a zamieszczonych tu utworów jest zaledwie cztery! Najkrótszy z nich, "One Man Rock and Roll band" trwa około 7 i pół minuty! Kompozycja ta posiada genialny wprost gitarowy wstęp. Jest to zarazem jedyny utwór na krążku, gdzie muzyka nie wspierał nikt inny. I szczerze muszę przyznać, że jest to utwór tu najsłabszy. Kto słyszał z tego albumu akurat tylko tą jedną kompozycje, pewnie teraz zastanawia się jakimi arcydziełami w takim razie muszą być utworu pozostałe.

Pierwszy na liście "Hors d'Oeuvres" czaruje słuchacza piękną grą na gitarze i świetną, także piękną partią wokalną.  Utwór ten trwa aż 8 i pół minuty, przez większość czasu właściwie powtarza się to samo, a i tak nie mam dość i ten dosyć długi jakby nie było czas mija błyskawicznie.

Już same te dwie, krótsze i wg mnie słabsze utwory uważam za genialne, a jeszcze lepiej wypadają te dwa dłuższe. "The same old Rock" to gitarowa wirtuozeria w czystej postaci. Ale nic dziwnego, skoro obok jednego wirtuoza czyli Roya Harpera, staje sam Jimmi Page. Ta kompozycja na pewno nie jest tak spokojna jak poprzedni "Hors d'Oeuvres", ale dalej dzieje się tu "magia". Utwór ten mógłby nie mieć wokalu, a i tak byłby zachwycający. Ale ma i dobrze, bo jestem ogromnym fanem głosu Brytyjczyka, a ten z pewnością tu nie zawodzi. Nawet chórki, za którymi zwykle nie przepadam, tutaj nie przeszkadzają, a nawet dodają uroku.

Żaden jednak z tych trzech świetnych utworów nie równa się z "Me and my Woman". O świetnym śpiewie i genialnych partiach gitarowych mógłbym w zasadzie nie pisać, bo to oczywiste, ale melodia jest chyba najpiękniejsza w całym dorobku artysty. Smaczku dodatkowo dodają genialnie zaaranżowane orkiestracje. Nick Drake i jego producenci mogliby się wiele nauczyć z tego jednego utworu. 

Może nie jestem obiektywny. Może gdzieś tam poza moją świadomością znajdują się albumy stojące na jeszcze wyższym poziomie, może jeszcze piękniejsze, ale na ten moment "Stormcock" nie ma sobie równych w mojej klasyfikacji folkowych i około folkowych albumów. Mógłbym właściwie wystawić ocenę poza skalą, ale nie chcę popadać w paranoję, a więc zasłużona 10, której będę bronił prawdopodobnie do końca życia.

10/10

Lista utworów:

  1. Hors d'Oeuvres
  2. The same old Rock
  3. One Man Rock and Roll band
  4. Me and my Woman

niedziela, 26 czerwca 2022

Recenzja: Nick Drake - "Bryter Layter"

 

Okładka albumu "Bryter Layter" Nicka Drake'a

Debiutancki album Nicka Drake'a nie odniósł sukcesu, to jednak nie zniechęciło Brytyjczyka aby kontynuować kierunek obrany na "Five leaves left". Za to w porównaniu do poprzednika, na "Bryter layter" znacznej poprawie uległy aranżacje. Wciąż słychać tu duży udział sekcji smyczkowej, tym razem jednak ich partie są bardziej "strawne".

Dobrym prognostykiem jeśli chodzi o smyczkowe aranżacje jest pełniący rolę intro "Introduction", gdzie smyczki po prostu dopełniały brzmienie, a nie wybijały się na pierwszy plan, jak to miało miejsce wielokrotnie na debiucie. Podobnie jest w chwytliwym "Hazey Jane II" z prostym ale niezłym podkładem rytmicznym oraz melorecytowanym wokalem. Tu również słychać instrumenty smyczkowe, a całości dopełniają partie trąbki.

Instrumenty dęte zresztą pełnią na tym albumie sporą rolę, a na pewno większą niż na poprzedniku. Oprócz trąbki w "Hazey Jane II" możemy usłyszeć saksofon w kolejnym "At the Chime of a City Clock". Całkiem przyjemny to numer, myślę jednak że bez dodatkowych instrumentów w rodzaju wspomnianego saksofonu oraz sekcji smyczkowej, broniłby się jeszcze bardziej. Za najbardziej udane partie gości na całym krążku uważam jednak te które zostały nagrane na flecie przez Lyna Dobsona oraz Raya Warleigha w odpowiednio utworze tytułowym oraz finałowym "Sunday". Obie kompozycje to utwory instrumentalne posiadające piękny, bajkowy klimat, szczególnie utwór tytułowy. I je uważam za jedne z najlepszych, jeśli nie najlepsze utwory na albumie.

Całkiem udane są jeszcze "Northern sky" z dużą rolą pianina oraz "Hazey Jane I", który jest bardziej spokojny niż jego druga część, która wybrzmiewa wcześniej. Większą rolę pełnią tu również instrumenty smyczkowe. Najważniejszym jednak obok samego Drake'a muzykiem w tym utworze jest perkusista Dave Mattacks, którego partie nie są porywające, a wręcz ograniczają się do powtarzania co kilka taktów tego samego perkusyjnego motywu, jednak znacznie ubarwia on całą kompozycję.

Już znacznie mniej lubię pozostałe utwory. "One of these things first" to przyjemny średniak z dużą rolą pianina, a "Fly" ma co prawda niezłą linie wokalną, ale poza tym nie prezentuje nic nadzwyczajnego. Najgorzej na całym krążku wypada jednak "Poor Boy", który brzmi okropnie staroświecko przez żeńskie chórki i początkowo średnie partie pianina. Potem te partie nagrane przez Chrisa McGregora stają się ciekawsze, a sytuację ratuje również Ray Warleigh - tym razem na saksofonie. Żaden z tych dwóch muzyków jednak nie dał rady stworzyć z tego naiwnego numeru czegoś dobrego.

Na swoim drugim albumie Nick Drake postarał się poprawić wady poprzednika, dzięki czemu aranżacje nie brzmią tak odpychająco jak na debiucie, ale nie ustrzegł się wpadek. Najlepszym na to przykładem jest "Poor Boy", ale także do sekcji smyczkowej mam zarzuty. Nie irytuje ona tak jak wcześniej, ale wciąż uważam, że te utwory brzmiałyby lepiej jedynie z podkładem gitarowym, ewentualnie wzbogaconym o sekcje rytmiczną, ale przede wszystkim instrumenty dęte, bo te są bardzo mocną stroną "Bryter Layter".

7/10

Lista utworów:

  1. Introduction
  2. Hazey Jane II
  3. At the Chime of a City Clock
  4. One of these things first
  5. Hazey Jane I
  6. Bryter Layter
  7. Fly
  8. Poor Boy
  9. Northern sky
  10. Sunday

sobota, 18 czerwca 2022

Recenzja: Roy Harper - "Flat Baroque and Berserk"

 

Okładka albumu "Flat Baroque and Berserk" Roya Harpera

Po trzech bardzo dobrych albumach Roya Harpera, oczekiwania wobec czwartego, ukazanego w 1970 roku "Flat Baroque and Berserk" miałem bardzo wysokie, szczególnie, że wiedziałem już jakim arcydziełem będzie kolejna płyta. Jakie odczucia mam, po wysłuchaniu czwartego krążka tego świetnego muzyka? Bardzo pozytywne, a jedyne do czego się mogę przyczepić, to fragmenty gdy nie było muzyki, tylko monolog lub fragment rozmów, a także duża jednorodność jeśli chodzi o styl umieszczonych tu utworów. Poza jednym wyjątkiem, muzyk występuje tu w zasadzie sam. W dwóch jeszcze innych utworach można usłyszeć coś więcej niż sam śpiew i gitarę akustyczną, ale i tak są to tylko miłe dodatki.

Nie mogę jednak powiedzieć, że album jest monotonny. Harper jak zwykle mocno urozmaica swoje kompozycje różnymi gitarowymi zagrywkami, ale też zróżnicowanymi liniami wokalnymi. W zasadzie ciężko tu szukać utworów znacznie wybijajace się ponad pozostałe, bo każdy z nich stoi na niezwykle wysokim poziomie. Czy to otwierającego całość, energetycznego "Don't You Grieve" czy spokojnego "Song of the Ages" z ciekawą zagrywką gdzieś pomiędzy minutą a półtora, słucha się bardzo przyjemnie.

Jak zwykle poza samą muzyką, mocną stroną krążka jest warstwa liryczna. Tu jako przykład można podać ośmiominutowy "I hate the white Man" z momentami zadziornym śpiewem Harpera czy jeden z najciekawszych utworów na płycie - "Goodbye". Dobrym pomysłem z pewnością było zamieszczenie kilku krótszych nagrań. "Feeling All the Saturday", "Davey" i "Francesca" dają oddech pomiędzy dłuższymi przez większość czasu  bazującymi na powtarzaniu podobnych motywów utworami. Na tle pozostałych na pewno wyróżniają się kawałki, gdzie Harper stara się coś urozmaicić, jak obdarzony wyrazistą melodią na gitarze "Tom Tiddler's Ground", wzbogacony o delikatne tło "Another day" albo "East of the Sun" z udziałem harmonijki. Najbardziej wyroznia się jednak utwór ostatni, zagrany z całym zespołem "Hell's Angels". Niepasuje co prawda do reszty, czysto akustycznych kompozycji, jednak osobno ten rockowy utwór zdecydowanie się broni. Nie nazwał bym jednak tego nagrania arcydziełem.

Roy Harper po raz kolejny pokazuje nam jak świetnym jest kompozytorem. Ale także tekściarzem i może przede wszystkim wybitnym gitarzystą. Po raz kolejny od najlepszej strony pokazuje się w utworach typowo folkowych. Te rockowe także wychodzą mu nie najgorzej, co pokazuje umieszczony na czwartym albumie "Hell's Angels", mi jednak chyba już na zawsze najlepiej będzie się słuchać akustycznych kompozycji tego akurat muzyka.

9/10

Lista utworów:

  1. Don't You Grieve
  2. I hate the white Man
  3. Feeling All the Saturday
  4. How does It Feel
  5. Goodbye
  6. Another day
  7. Davey
  8. East of the Sun
  9. Tom Tiddler's Ground
  10. Francesca
  11. Song of the Ages
  12. Hell's Angels 

sobota, 11 czerwca 2022

Recenzja: Nick Drake - "Five leaves left"

 

Okładka albumu "Five leaves left" Nicka Drake'a

Nick Drake to dosyć ciekawa i tragiczna postać w historii muzyki. Żyjący zaledwie 26 lat brytyjski folkowy muzyk za życia nie osiągnął popularności, którą cieszy się obecnie (choć i nawet teraz nie cieszy się jakimś ogromnym uznaniem, szczególnie w naszym kraju). Winić za to można słabą promocję wydawnictw ale także rzadkie i krótkie występy muzyka na żywo. Czy to też wina menadżera albo wytwórni? Raczej nie. Dzisiaj wiadomo, że Nick Drake był bardzo nieśmiały i to do tego stopnia, że ponoć nawet w studiu nagrywał zwrócony w stronę ściany. W swoim krótkim, tragicznie przerwanym życiu (przedawkował antydepresanty) Drake zdążył jednak nagrać trzy, całkiem niezłe albumy.

Już na pierwszym z nich artysta daje się poznać jako utalentowany gitarzysta akustyczny i świetny wokalista obdarzony pięknym, ciepłym głosem. I to właśnie utwory, w których dominują te dwa elementy (wokal i gitara akustyczna) wypadają zdecydowanie najlepiej. W "Time Has told me" słychać pewne, delikatne naleciałości muzyki country, ale i tak jest to utwór bardzo fajny. Jeszcze lepiej wypadają dwa następujące po nim utwory: "River Man" ze świetnym akompaniamentem gitary akustycznej i posiadający genialne partie tego instrumentu 6minutowy "Three hours" będący najlepszym utworem na albumie. W przypadku tego pierwszego nagrania nieco odrzuca mnie partia wiolonczeli - nadaje niepotrzebnego podniosłego charakteru - jednak tutaj i tak pod względem jest nie najgorzej. W przeciwieństwie do utworów, gdzie sekcja smyczkowa wybija się na pierwszy plan, np w "Way to Blue" i "Fruit Tree", w których muzyk (lub producent) mocno zachłysnął się smyczkami.

Obok "River Man" partie instrumentów smyczkowych nie drażnią tak bardzo również w "Day is Done" z ładnym akustycznym wstępem oraz w "the Thoughts of Mary Jane" wzbogaconym niezłymi partiami fletu. W "'Cello song" za to skrzypce pełnią bardzo małą rolę i nawet nieźle urozmaicają cały i tak bardzo udany utwór.

Cały krążek psują natomiast dwa niepasujące do reszty kawałki: bardzo archaiczny "Saturday Sun" oraz "knajpiany" "Man in sheed" -nijakie zarówno jeśli chodzi o same kompozycje, jak i aranżację. W obu utworach jedyna rzecz na plus to wokal Nicka Drake'a.

Debiut brytyjskiego folkowego śpiewaka ukazał go jako świetnego muzyka i niezłego kompozytora. Nie ustrzegł się on jednak ewidentnych wpadek przy pisaniu melodii, jak i kiepskiego pomysłu na zaaranżowanie sekcji smyczkowej. Gdyby nie to, album niewiele ustępował by niektórym albumom takich folkowych gigantów jak Roy Harper i Bob Dylan, ostatecznie jednak około połowy płyty słucha się dosyć ciężko. Warto jednak zapoznać się z tą "lepszą" częścią płyty.

6/10

Lista utworów:

  1. Time Has told me
  2. River Man
  3. Three hours
  4. Way to blue
  5. Day is Done
  6. 'Cello song
  7. The thoughts of Mary Jane
  8. Man in sheed
  9. Fruit Tree
  10. Saturday Sun