Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Midi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Midi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lipca 2022

Recenzja: black midi - "Hellfire"

 

Okładka albumu "Hellfire" zespołu black midi

W zeszłym roku black midi nagrało jeden z najlepszych albumów 2021 roku. A dziś w serwisach streamingowych oraz na półkach sklepowych ukazał się trzeci, długo wyczekiwany przeze mnie krążek młodej brytyjskiej grupy. I już po jednym przesłuchaniu mogę powiedzieć, że album spełnił moje wysokie oczekiwania.

Praktycznie każdy z zawartych tu utworów zawiera tyle motywów, że pomysły z tej płyty można by rozdzielić na kilka płyt. Na szczęście tak grupa nie zrobiła i dzięki temu kompozycje black midi są tak "gęste", intensywne i słuchając utwór po raz pierwszy nigdy nie wiadomo co się wydarzy za moment. Taki jest choćby "Sugar/Tzu", który zaczyna się powoli, ale potem robi się bardzo energicznie. Poza aranżacją interesujące są melodię. Jeszcze bardziej lubię kolejny "Eat Men Eat" - który w przeciwieństwie do poprzednika zaczyna się żywiołowo, aby później zwolnić. Jednak i w tych spokojnych momentach instrumentaliści, a szczególnie perkusista dają o sobie mocno znać. "Welcome To Hell" ma chwytliwe partie instrumentalne właściwie cały utwór.

Grupa bardzo dobrze się spisała w tych spokojniejszych kompozycjach, jak chyba najbardziej przystępny, ale genialnie zaaranżowany "Still" albo "the Defence" rozpoczęty bardzo subtelnie, jednak i tu utwór napiera energii - jednak brzmi balladowo właściwie do końca. Słabiej wypada "Dangerous Liaisions" - także spokojniejszy kawałek, jednak nie dorównujący dwóm wymienionym przed momentem, mimo że jest udany. Najwięcej pomysłowości muzycy wnieśli chyba jednak do "The race is About To Begin", w którym możemy usłyszeć świetny, bardzo szybki śpiew wokalisty, a także w finałowym "27 questions" z mrocznym początkiem. Dwa pozostałe utwory, czyli pełniący funkcję wstępu do albumu utwór tytułowy oraz "radiowy" przerywnik "Half time" to zwyczajne nie przeszkadzające miniaturki.

"Schlangenheim" było ciekawe, "Cavalcade" wbiło się na poziom osiągalny tylko dla nielicznych, a "Hellfire" za pierwszym razem spodobał mi się jeszcze bardziej niż drugi album zespołu. Nie wiem czy takie odczucia zostaną, bo "Hellfire" mimo wszystko stylistycznie do poprzednika jest bardzo podobny. Na ten moment jednak black midi nagrało wg mnie swój najlepszy album w karierze.

10/10

Lista utworów:

  1. Hellfire
  2. Sugar/Tzu
  3. Eat Men Eat
  4. Welcome To Hell
  5. Still
  6. Half time
  7. The Race Is About To Begin
  8. Dangerous Liaisions
  9. The Defence
  10. 27 questions

czwartek, 7 lipca 2022

Recenzja: black midi - "Cavalcade"

Okładka albumu "Cavalcade" zespołu black midi

Dwa lata minęły od udanego debiutu black midi do ukazania się ich drugiego krążka. Zespół przez ten czas poczynił niemałe postępy. Do swoich i tak już interesujących inspiracji, muzycy dołączyli jazz-rock. W tym przypadku nowa inspiracja objawia się udziałem instrumentów dętych, za które w większości przypadków odpowiadają muzycy gościnni. Postęp widoczny jest także w samych kompozycjach, aranżacjach, a nawet umiejętnościach warsztatowych i zgraniu.

Oczywiście wciąż dominuje tu post-punkowe, tyle że bardziej eksperymentalne granie. Słychać to doskonale w singlowym "John L". Jest to jedna z najbardziej energicznych kompozycji na całej płycie oraz jedna z najbardziej "gęstych". Wciąż dużo się tu dzieje, nie wiadomo co muzycy zaprezentują za chwilę. Podobnie jest w "Chondromalacia Patella", tu jednak przez większość utworu powtarza się to samo, jedynie perkusista stara się coś urozmaicić. Ciekawiej robi się w ostatnie półtora minuty.

W przeciwieństwie do poprzednio opisywanego utworu, powtarzalność w "Slow" bardziej wprowadza mnie w trans niż irytuje. Najbardziej urzekają mnie jednak utwory prawie w pełni balladowe. Taka jest "Merlene Dietrich", w której  orkiestracje w tle i specyficzny sposób śpiewu Greepa przywodzi na myśl skojarzenia z bardzo starymi utworami balladowymi. Nie brzmi to jednak archaicznie, lecz artyści stworzyli bardzo ładny utwór. "Diamomd stuff" za to jest najbardziej klimatycznym utworem na płycie i pomimo trudności z rozróżnieniem wyśpiewywanych słów przez użycie pogłosu i nietypowy sposób śpiewu, to elementy te są bardziej plusem niż minusem utworu, dzięki czemu jeszcze bardziej pogłębiają klimat kompozycji. "Diamomd stuff" bardzo płynnie przechodzi w kolejny "Dethroned", który energii nabiera wraz z wejściem wokalu. Od tej pory aż do samego końca kawałka, utwór ten nabiera nieprzerwanie stopniowo ciężaru i napięcia.

O tym, , w muzycy black midi na brak pomysłów nie narzekają mogliśmy usłyszeć już na debiucie. W przypadku drugiego albumu idealnym na to przykładem jest zaledwie dwu i półminutowy "Hogwash and Balderdash". Utwór ten mimo bardzo krótkiego czasu trwania powala ilością pomysłów czy zmian motywów. Jeśli w takim krótkim utworze muzycy potrafili przemycić tyle rozwiązań, to musieli zrobić to samo na najdłuższym "Ascending forth" - i to właśnie uczynili. Początkowo ponownie brzmi to jak stosunkowo stary utwór. Nowoczesności nadaje na pewno brzmienie oraz stopniowo dodawane partie w tle. Z czasem utwór staje się coraz mniej spokojny, wokal nabiera napięcia, słychać partie saksofonu, a sekcja rytmiczna gra z większym polotem.

black midi na swoim drugim studyjnym albumie pokazał swoje odświeżone oblicze, rozwinął się na wielu polach, zawarł korzystne kontakty z innymi młodymi o obiecującymi muzykami, a stworzone kompozycje dopracowywał na występach. W efekcie czego "Cavalcade" stał się jednym z najlepszych albumów poprzedniego roku. A już za kilka dni premiera albumu nr 3, do którego mam niemałe oczekiwania.

9/10

Lista utworów:

  1. John L
  2. Merlene Dietrich
  3. Chondromalacia Patella
  4. Slow
  5. Diamomd stuff
  6. Dethroned
  7. Hogwash and Balderdash
  8. Ascending forth

sobota, 2 lipca 2022

Recenzja: Black Midi - "Schlangenheim"

 

Okładka albumu "Schlangenheim" zespołu black midi

Już niedługo, bo 15 lipca ukaże się "Hellfire", czyli kolejny album dosyć młodego, ale jakże obiecującego, a nawet w pewnych kręgach niesamowicie popularnego zespołu o nazwie black midi. Wspomniana premiera zachęciła mnie, by rozpocząć opisywanie tego świetnego, brytyjskiego bandu. Grupa ta bardzo udanie łączy kilka, może nawet kilkanaście gatunków muzycznych, wśród swoich inspiracji zawierając post punkowe King Crimson, Talking Head, This Head, Can i sporo innych interesujących twórców z poprzedniego stulecia.

black midi niemałe zainteresowanie sobą spowodował jeszcze przed ukazaniem się ich debiutanckiego albumu "Schlangenheim" będącego tematem tej recenzji. Owo zainteresowanie nie jest przypadkowe. Szybko po ukształtowaniu się składu, zespół budził sensację na swoich występach, apetyt słuchaczy podsycając singlami. W końcu w 2019 roku ukazał się wspomniany debiut. Muzyka tu zawarta nie jest najłatwiejsza w odbiorze, co można stwierdzić po wymienionych wcześniej inspiracjach, a mimo to na portalu Rateyourmusic szybko zdobył dużą liczbę ocen - w większości pozytywnych.

Wielkim plusem (przynajmniej dla mnie) jest barwa głosu wokalisty Geordiego Greepa, który brzmi bardzo podobnie do mojego wielkiego idola, Davida Bowiego. Różni się jednak od wspomnianego Brytyjczyka - i to mocno - sposobem śpiewania. Wprawdzie w otwierającym krążek "953" te podobieństwa nie są tak mocne, za to utwór ten ma inne walory. Jest to jedno z najmocniejszych, najbardziej energicznych nagrań na całej płycie; jednak te żywiołowe fragmenty udanie łączy z tymi spokojnymi.

Na brak energii słuchacz na pewno nie ma co narzekać, choć zwykle te żywiołowe fragmenty są przeplatane ze spokojnieszymi tak jak w otwieraczu. Taka sytuacja jest np. w "Reggae", albo w "Near DT, MI" gdzie jednak bardziej podobają mi się momenty spokojniesze.

Wspomniane utwory są udane, jednak wcale nie są najlepsze na całym albumie. "Speedway" chociażby genialnie łączy z jednej strony bardzo proste partie gitary elektrycznej z wyśmienitą, skomplikowaną grą perkusisty, który obok wokalisty jest na "Schlangenheim" najważniejszą postacią. Interesujące są szczególnie fragmenty gry gitarowe akordy uderzają w "mroczny" ton. Jeszcze lepszy jest prawie tytułowy "Of Schlangenheim" z bardzo chwytliwą melodią, świetnym brzmieniem basu, genialną gitarą i wyśmienitymi popisami wokalnymi Greepa. Bardzo udany jest również ośmiominutowy "Western", którego początek faktycznie może się kojarzyć z takimi kowbojskimi klimatami. Ten czar pryska gdy utwór staje się bardziej żywiołowy, ale i ta część jest świetna, na swój sposób całkiem chwytliwa.

Mniej entuzjastycznie jestem nastawiony do ostatnich trzech kompozycji na płycie. "Bmbmbm" w zasadzie wciąż powtarza jeden motyw, który zespół próbuje wzbogacić co jakiś czas. Także wokal jest tu monotonny, bo praktycznie cały utwór jest "mówiony". Jako urozmaicenie można wymienić jakieś jęki czy krzyki w tle, ale to nie podnosi poziomu utworu. "Years Ago" oparty jest na monotonnej sekcji rytmicznej ale przynajmniej jest krótki. Finałowy "Ducter" też nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym.

Mimo że "Schlangenheim" nie jest doskonały, to jest to bardzo udany debiut młodej grupy, która nagrała krążek ten mniej więcej rok po powstaniu. Dała tym samym pretekst aby przyglądać się jej poczynianiom, co jak już wiadomo było opłacalne, bo dwa lata później, czyli w poprzednim 2021 roku nagrali jedną z najlepszych płyt ówczesnych dwunastu miesięcy. Ale o tym za jakiś czas.

8/10

Lista utworów:

  1. 953
  2. Speedway
  3. Reggae
  4. Near DT, MI
  5. Western
  6. Of Schlangenheim
  7. Bmbmbm
  8. Years Ago
  9. Ducter