Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folk rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folk rock. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Paper Mache Dream Ballon"

Okładka albumu "Paper Mache Dream Ballon" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Po serii albumów najłatwiej określanych jako rock psychodeliczny, albo przynajmniej takimi, w których psychodelia pełni największą rolę, King Gizzard and the Lizard Wizard wydali album dość mocno od poprzednich się różniący. Psychodeliczne wpływy wciąż są tu słyszalne, jednak sama muzyka mogłaby śmiało zostać nagrana np. przez The Beatles albo The Byrds kilkadziesiąt lat temu. Nie mam nic przeciwko zespołom retro rockowym, bo czasami fajnie mieszają wpływy różnych wykonawców tworząc coś ciekawego (jak Blood Ceremony, które już się u mnie pojawiło), jednak tutaj tak oryginalnie nie jest. Co nie znaczy że źle. Australijczycy całkiem zgrabnie połączyli beatlesowskie melodie, folkowy urok z towarzyszącą od początków zespołu psychodelią. W rezultacie wyszedł album nie przynoszący nic wielkiego muzyce, ale bardzo miły w słuchaniu, zakładając, że ktoś jest fanem wspomnianych Beatlesów czy The Byrds.

Wadą krążka na pewno jest też to, że poszczególne utwory zwykle nie różnią się od siebie za bardzo, a do tego biorąc pod uwagę dzisiejsze czasy, to brzmią dosyć naiwnie, jednak jak już pisałem - przyjemnie. Zaletą jednak jest krótki czas trwania płyty, dzięki czemu materiał ten nie zdąży się za bardzo znudzić, a także być może również miał być odniesieniem do tamtych czasów, gdy albumy niewiele przekraczały pół godziny. Utwory w rodzaju tytułowego, "Bone", "Dirt", "N.G.R.I (Bloodstain)", "Time=Fate" i "Most Of What I Like" to głównie melodyjne, folk-rockowe piosenki z lekkim psychodelicznym posmakiem. Większe wpływy zespołów psych-rockowych słychać w "Cold Cadaver" i "Time=$$$", jednak oba pasują do całości podobnie jak "Sense" z bardziej jazzowymi dęciakami. Niezbyt za to do pozostałych utworów pasuje bujający "The Bitter Boogie", a szczególnie eksperymentalny "Trapdoor". Oba utwory są jednak całkiem niezłe jako wyrwane z całości. Cały album idealnie spina folkowy instrumental "Paper Mache".

"Paper Mache Dream Ballon" był według mnie najmniej oryginalnym albumem jaki Australijski zespół wydał do tamtej pory. Choć na poprzednich dziełach grupa także nie wyznaczała nowych trendów, a raczej przekładała muzykę sprzed pół wieku na bardziej współczesne czasy, to ten album momentami naprawdę brzmi jakby został nagrany w latach 60. co dodatkowo podkreślają charakterystyczne dla King Gizzard and the Lizard Wizard linie wokalne. Podobnie jak już kilka recenzowanych przeze mnie albumów w ostatnim czasie, tak i "Paper Mache Dream Ballon" może spisać się dobrze jako muzyka towarzysząca codziennym czynnościom, jednak równie dobrze, a nawet lepiej w tej roli spiszą się utrzymane w podobnych klimatach dzieła z tamtej epoki.

6/10

Lista utworów:

  1. Sense
  2. Bone
  3. Dirt
  4. Paper Mache Dream Ballon
  5. Trapdoor
  6. Cold Cadaver
  7. The Bitter Boogie
  8. N.G.R.I (Bloodstain)
  9. Time=Fate
  10. Time=$$$
  11. Most Of What I Like
  12. Paper Mache

piątek, 16 grudnia 2022

Recenzja: Matt Eliott - "Howling Songs"

Okładka albumu "Howling Songs" Matta Eliotta

Po dwóch bardzo podobnych albumach o zbliżonych tytułach, Matt Eliott wydał kolejny krążek ze słowem "Songs" w nazwie. Obawy, że muzyk po raz trzeci zamieścił niemal identyczny materiał są jak najbardziej zasadne i niestety po części się sprawdzają. Ale tym razem wyszło to Elliotowi znacznie lepiej niż na "Falling Songs"

Po pierwsze, mimo że klimat utrzymany na dwóch poprzednich albumach jest identyczny - ponury i melancholijny - to same kompozycje nie zlewają się aż tak w jedną całość, a do tego ciekawiej są zaaranżowane. Niestety nie usłyszymy tu elektroniki, dzięki której wiele zyskał debiut solowy artysty, a także finał kolejnego w jego dorobku "Drinking Songs", ale przynajmniej w niektórych kompozycjach sporą rolę odgrywa gitara elektryczna, która znacząco urozmaica materiał, a czasami "ratuje" kompozycje, gdy melancholia w nich zawarta zaczyna nudzić. Takie sytuacje mają miejsce szczególne w pierwszych utworach na płycie, czyli "The Kübler-Ross Model", "Something About Ghosts" i "Broken Flamenco". Nie wyróżniają się niestety spokojniesze "How Much In Blood" i "Berlin & Bisenthal". Ostatnie cztery utwory na albumie są już znacznie bardziej wyróżniające się na tle tego, a także dwóch poprzednich albumów. "I Name This Ship The Tragedy, Blees Her & All Who Sail With Her" to co prawda kolejny w karierze muzyka melancholijny utwór, jednak wyróżnia się ładną partią na gitarze akustycznej. "The Howling Song" za to jest najbardziej hałaśliwym utworem na albumie dzięki zgiełkliwym, atonalnym partiom gitary elektrycznej. "Songs For A Failed Relationship" natomiast wbrew tytułowi zdaje się być znacznie mniej ponury i pełni rolę wstępu do finałowego "Bomb the Stock Exchange" z noise'ową końcówką.

"Howling Songs" nie przynosi znaczącej zmiany w muzyce Matta Eliotta, jednak wypada lepiej niż poprzednik, a może nawet nieznacznie lepiej niż "Drinking songs". Wciąż jednak żałuję, że muzyk z tej "trylogii" nie zrobił co najwyżej dwóch albumów.

7/10

Lista utworów

  1. The Kübler-Ross Model
  2. Something About Ghosts
  3. How Much In Blood?
  4. A Broken Flamenco
  5. Berlin & Bisenthal
  6. I Name This Ship The Tragedy, Blees Her & All Who Sail With Her
  7. The Howling Song
  8. Song For A Failed Relationship
  9. Bomb the Stock Exchange 

czwartek, 8 grudnia 2022

Recenzja: Genesis - "A Trick Of The Tail"

Okładka albumu "A Trick Of The Tail" zespołu Genesis


Po odejściu Petera Gabriela z Genesis, pozostali muzycy nie mieli łatwego zadania. Po pierwsze odszedł najbardziej charakterystyczny do tamtej pory członek zespołu, świetny wokalista i do tego najbardziej kreatywny muzyk w grupie. Po przesłuchaniu jednak kilkuset kandydatów na miejsce Gabriela, Banks, Collins, Hackett i Rutcherford wciąż nie mogli znaleźć odpowiedniego następcy. Tymczasem nadszedł moment gdy trzeba było wejść do studia by zarejestrować nowy materiał. Gdy przyszło do nagrywania ścieżek wokalnych, rolę wokalisty przejął Phil Collins, a od tego czasu w studiu Collins pełnił zarówno rolę wokalisty, jak i perkusisty, za to na koncertach zaproszono do współpracy Billa Bruforda oraz Chestera Thompsona.
Muzycznie jednak nie słychać wielkich zmian. Nie dość, że wokal Collinsa brzmi na tym albumie dość podobnie do wokalu Gabriela, to jeszcze muzycy wyraźnie nawiązują do swoich wcześniejszych dzieł, z tym że niekoniecznie udanie. Największą zmianę czuć w melodiach, które są jakby jeszcze bardziej chwytliwe niż za czasów poprzedniego wokalisty. Wciąż jednak słychać ten baśniowo bajkowy klimat.

Prawie każdy utwór na albumie opiera się na podobnym patencie, najpierw całkiem przebojowa lub spokojniesza część, a na koniec część instrumentalna, często udana, tyle że prawie w każdym przypadku sztucznie przedłużana. Do tych energicznych i chwytliwych numerów zaliczają się "Squonk" i "Robbery, Assault and Battery". Za to do tych nawiązujących do wcześniejszych dokonań grupy za sprawą bajkowych klimatów należą bardzo ładny "Entangled", "Mad Man Moon" i "Ripples". Gdzieś pomiędzy tymi dwoma grupami leży bardzo fajny "Dance on a Volcano". Większość z tych utworów z resztą byłaby bardziej udana gdyby nie wydłużano ich na siłę w częściach instrumentalnych, w których nie dzieje się wiele ciekawego. Od całego schematu odchodzą dwa ostatnie utwory. Tytułowy to całkiem fajny, przebojowy i zwarty kawałek, za to finałowy, instrumentalny "Los Endos" ma swoje momenty, ale nie uważam, że stało by się coś złego, gdyby go zabrakło.

Pierwszy album Genesis po odejściu Petera Gabriela to krążek wywołujący we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony część zawartego tu materiału to dość niezłe kawałki w częściach "właściwych", ale jednak brzmią one w większości jak powtórka z rozrywki, a do tego gorsza. Na plus, że melodie stały się bardziej przebojowe. Wszystko jednak zepsuto na siłę wciskając długie popisy, które wcale nie są ciekawe.

6/10

Lista utworów:
  1. Dance on a Volcano
  2. Entangled
  3. Squonk
  4. Mad Man Moon
  5. Robbery, Assault and Battery
  6. Ripples
  7. A Trick of the Tail
  8. Los Endos 

wtorek, 8 listopada 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Minstrel in the Gallery"

Okładka albumu "Minstrel in the Gallery" zespołu Jethro Tull

Po serii udanych albumów, w muzyce Jethro Tull nastąpił kryzys. Już i tak udany, lecz kontrowersyjny "A Passion Play" był sporym zjazdem w dół w porównaniu do poprzednich albumów. Potem jednak nastąpiła duża wpadka. Mający ambicje nagrać album i stworzyć do niego film Anderson mocno przeliczył się z ambicjami. Film ostatecznie nie powstał, ale została muzyka wydana na albumie "War Child". O tym w zasadzie tylko wspomnę, że sklada się z krótkszych, melodyjnych ale szybko wypadających z głowy numerów. O wiele lepiej jest na kolejnym albumie zespołu. 

"Minstrel in the Gallery" to jakby powrót do stylu z "Aqualung" i wcześniejszych albumów grupy. Anderson i spółka już nie silą sie na nagrywanie suit na cały krążek, lecz proponują kilka krótszych utworów i jednego kilkunasto minutowego kolosa. Pierwsza strona winylowego nagrania to naprawdę solidny materiał. Podzielony na spokojniejszą, akustyczną część i bardziej hard rockową utwór tytułowy to mój ulubiony utwór z albumu. Łączy się tu sporo udanych melodii i motywów zarówno w tej bardziej folkowej, jak i tej bardziej zadziornej. Bardzo ładnie zaczyna się kolejny "Cold Wind to Valhalla", który także potem nabiera ciężaru, ale nie tak mocnego jak poprzednik. Za to balladowy początek czaruje pięknymi partiami gitary akustycznej oraz fletu. Niewiele odstaje od tych dwóch kawałków "Black Satin Dancer", w tym jednak nieco patosu nadają smyczki. Już słabiej robi się w dwóch balladach, "Requiem" i "One White Duck". Nie są może złe, ale mogą znudzić. 

Druga strona winyla natomiast budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony zajmujący praktycznie całą stronę "Baker St. Muse (Medley)" to zlepek udanych, spokojnieszych fragmentów, ale z drugiej... No właśnie - "zlepek". Bo mimo zbliżonego folkowego klimatu poszczególnych części, te niekoniecznie są sprawnie ze sobą połączone. Może też męczyć długi czas trwania. Co prawda pod sam koniec występuje całkiem fajny zaostrzony fragment, ale także nie do końca pasujący. O zamykającym całość "Grace" w zasadzie dłużej piszę niż całość trwa. To tylko niespełna 40sekundowa miniaturka składająca się z wokalu Andersona na tle gitary akustycznej i smyczków. Całkowicie zbędny "utwór".

"Minstrel in the Gallery" to udany powrót do formy po ewidentnej wpadce w postaci "War Child", ale nie jest to powrót do formy najwyższej z czasów "Thick as a Brick" i wcześniejszej kariery. Nie jest to też album nazbyt ceniony. Ma swoich zwolenników wśród miłośników Jethro Tull, ale poza trzema pierwszymi utworami na albumie jest to album po prostu niezły. Ocenę podnoszą własnej te trzy kompozycje.

7/10

Lista utworów:

  1. Minstrel in the Gallery
  2. Cold Wind to Valhalla
  3. Black Satin Dancer
  4. Requiem
  5. One White Duck
  6. Baker St. Muse
  7. Grace

czwartek, 13 października 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Lorca"

Okładka albumu "Lorca" Tima Buckleya

Po kilku przystępnych albumach i odrobinę bardziej eksperymentalnym "Happy Sad" na fanów Tima Buckleya spadł niemały cios. Uprzedzając fakty jeszcze nie tragiczna śmierć młodo zmarłego muzyka. Powód zszokowania był o wiele bardziej błahy. Chodziło o kierunek w jakim muzyk podążył. Pomimo, że Buckley eksperymentował już wcześniej, to mało kto spodziewał się, że na swoim kolejnym albumie pod tytułem "Lorca" podąży on w aż tak nietypowym, awangardowym niemal kierunku. W okresie wydania krążek ten nie zdobył należnej mu popularności. Dopiero po latach został należycie doceniony.

Większość z pięciu zawartych tu kompozycji utrzymanych jest w wolnym tempie, jednak każda utrzymuje słuchacza przy sobie i każda od siebie znacząco się różni. 10 minutowy utwór tytułowy od samego początku musiał zszokować fanów folkowego oblicza Buckleya. Tutaj bardziej przystępny folk słyszalny jest w ilościach bliskich zeru. Ciężko jednoznacznie przypisać tej kompozycji jakiś gatunek, jednak intryguje on przez cały czas trwania swoim niepokojącym klimatem i interesującą partią wokalną lidera. "Anonymous Proposition" w pierwszym wrażeniu może wydawać się zupełnie mniej ciekawy od poprzedniego utworu, jednak gdy wsłucha się w niego uważniej, okazuje się, że wcale tak mało ciekawych rzeczy się tam nie dzieje.

"I had a Talk With My Woman" i "Driftin'" to już utwory przystępniejsze, szczególnie ten pierwszy pierwszy, bo posiada całkiem ładną, delikatną melodię. Sporo uroku tu nadają także kongi, za to "Driftin'" potrafi "zahipnotyzować" słuchacza swoją jamową strukturą. Ostatni na albumie "Nobody Walkin'" to już nagranie o wiele żywsze od wszystkich poprzednich. Tu także pojawiają się kongi, a sam utwór nie odstaje od pozostałych jeśli chodzi o chęć eksperymentowania przez muzyków.

"Lorca" na pewno nie należy do albumów najłatwiejszych w dyskografii Tima Buckleya. Być może jest to nawet najtrudniejszy w odbiorze krążek artysty. Nie powiedziałbym jednak, że jest niesłuchalny dla fanów "zwykłego" folku czy rocka. Wystarczy się odrobinę otworzyć, a płyta ta może sprawić niemało wrażeń.

9/10

Lista utworów:

  1. Lorca
  2. Anonymous Proposition
  3. I had a Talk With My Woman
  4. Driftin'
  5. Nobody Walkin'

sobota, 8 października 2022

Recenzja: Genesis - "Selling England by the Pound"

Okładka albumu "Selling England by the Pound" zespołu Genesis

Po niezłych wynikach sprzedażowych czwartego w dyskografii "Foxtrot", zespół Genesis stanął przed wyzwaniem pobicia tego sukcesu. Grupa jednak nie zdecydowała się na drogę, którą szły inni członkowie wielkiej szóstki, lecz uznali, że skoro to co znalazło się na "Foxtrot" wypaliło, to być może warto spróbować podobnych środków podobnie.

I tak jak do tej pory, Gabriel i spółka postawili na połączenie muzyki rockowej z folkiem czy muzyką dawną tworząc baśniowy klimat. Nie brakuje tu jednak momentów zadziornych, wręcz hardrockowych. W takim "Dancing With the Moonlit Knight" taka mocniejsza część jest bardzo udana, a sam utwór posiada świetne, ładne melodie. Podobnie rozbudowany "Firth Of Fifth" także opiera się na wielu typowych dla grupy rozwiązań. Brzmi jednak przy tym wciąż oryginalnie i jest to na ten moment moja ulubiona kompozycja z albumu. A to co Hackett wyprawia w pewnym momencie na gitarze, to już coś niesamowitego.

Inny z bardziej rozbudowanych utworów, "The Battle Of Epping Forest" także posiada dobre momenty, ale sam utwór jest niezbyt spójny. Choćby na początku, gdy po spokojnym wstępie następuje niespodziewanie bardziej energiczna część. Ostatni z długich utworów, "The cinema show" prezentuje się bardziej zwarcie, posiada wiele uroku dzięki partiom na flecie, a część instrumentalna wypada znakomicie. 

Między tymi kolosami znajdują się jeszcze inne, mniej rozbudowane ale także udane nagrania. "I Know what I Like" posiada mroczny wstęp, który jednak został zesputy w dalszej części utworu. Wciąż jednak jest to kompozycja całkiem dobra. "More Fool Me" to w zasadzie utwór średni, ale mogący się podobać fanom akustycznego grania i fanom śpiewu Phila Collinsa, bo to właśnie perkusista ponownie stanął za mikrofonem zamiast Petera Gabriela. "After the Ordeal" to bardzo mi się podobający utwór instrumentalny najpierw opierający się na ładnych partiach gitary akustycznej, a potem posiadający genialne partie na elektryku.  Całości dopełnia natomiast spinający całość klamrą "Aisle of Plenty".

"Selling England by the Pound" wprawdzie nie wprowadza w twórczość Genesis wielkich zmian, bo wciąż jest to bazowanie na tych samych patentach co choćby na poprzednim "Foxtrot"; a jednak jest to album różny od poprzednich, posiadający wiele zalet - od udanych motywów (choć nie zawsze sprawnie się łączących), przez świetny jak zwykle baśniowy klimat, po wykonanie. Ciężko tu wyróżnić szczególnie któregokolwiek z muzyków, jednak fanów hard rocka mogę zachęcić bardzo udanymi partiami gitarzysty Genesis, Steve'a Hacketta. Myślę że opisywany krążek to jedno ze szczytowych osiągnięć zespołu, a nawet jedno z lepszych w całym gatunku.

8/10

Lista utworów:

  1. Dancing With the Moonlit Knight
  2. I Know what I Like 
  3. Firth Of Fifth
  4. More Fool Me
  5. The Battle Of Epping Forest
  6. After the Ordeal
  7. The Cinema show
  8. Aisle of Plenty

piątek, 7 października 2022

Recenzja: Van Morrison - "Astral Weeks"

Okładka albumu "Astral Weeks" Vana Morrisona

Van Morrison to brytyjski wokalista i użytkownik takich instrumentów jak gitara, ukulele, saksofon czy harmonijka, a także artysta, którego nie sposób przyporządkować do jednego gatunku, co pokazał już zresztą na debiucie "Blowin'Your Mind". Na tym właśnie krążku muzyk dosyć umiejętnie lawirował między rockiem charakterystycznym dla zespołów brytyjskiej inwazji (do której sam jest zaliczany) jak The Animals, The Beatles czy The Rolling Stones, folkiem, z którego jest najbardziej znany, bluesem czy R'n'b. Warto się ze wspomnianym krążkiem zapoznać jeśli jest się miłośnikiem wspomnianych wyżej grup i im podobnych. Jednak to na drugim albumie Morrisona chciałbym się skupić.

"Astral weeks" to już krążek o wiele bardziej spójny, co nie znaczy jednorodny. Muzyk i towarzyszący mu artyści prezentują tu ciekawszą, bardziej eksperymentalną odmianę muzyki folkowej. Idealnie więc nadaje się dla kogoś kto polubił twórczość opisywanych przeze mnie Roya Harpera czy (chyba nawet bardziej) Tima Buckleya. Podobnie jak niektóre z albumów tej dwójki, "Astral Weeks" prezentuje muzykę trudną do sklasyfikowania. Mówi się o folk rocku, jazz folku, a ja mógłbym zaliczyć ją do użytego już w stosunku do "Stormcock" Harpera terminu folk progresywny.

Już rozpoczynający album utwór tytułowy mimo długiego czasu trwania urzeka zamiast nudzić choć w pierwszej chwili można uznać że poza ładną melodią niewiele tu się dzieje. To i tak dopiero przedsmak. Kolejny "Beside You" ze swoim bogatym instrumentarium zachwyca mnie jeszcze bardziej, a w takim "Sweet Thing" zachwycają mnie partie fletu, ale każdy z instrumentalistów gra tu piękne partie. Podobać może się też spokojny "Madame George", który mimo wszystko mógłby być trochę krótszy. Najbardziej zaciekawiły mnie jednak dwa utwory. Żywiołowy "The Way Young Lovers Do" został wzbogacony dużym wpływem instrumentów dętych, a krótkie solo na trąbce w towarzystwie mniej typowej partii gitary akustycznej przywołuje na myśl skojarzenia z jazz rockiem. Mniej zachwycająco początkowo wypadła "Ballerina". Z czasem jednak utwór nabierał intensywności, z konwencji wymyka się gitara, a wokal staje się bardziej emocjonalny. Na takim tle nawet całkiem udany lecz bardziej konwencjonalny "Cyprus Avenue" zdaje się być jednym z gorszych utworów. "Slim Slow Slider", w którym słuchać saksofon to za to utwór przyjemny i nic więcej. W zasadzie mogłoby go nie być i w takim przypadku myślę, że "Ballerina" byłaby lepszym finałem albumu.

"Astral weeks" bardzo szybko zdobył uznanie krytyków w przeciwieństwie do podobnych mu albumów innych ciekawych folkowych artystów. Przez kolejne lata płyta ta była wymieniana wśród najlepszych albumów w historii rocka. Można się kłócić czy bardziej na takie miana nie zasługują dzieła Buckleya seniora, Harpera albo Neila Younga, ale gdy komuś spodobał się ten album to nie widzę przeszkód by sięgnąć po inne bardziej eksperymentalne folkowe krążki.

8/10

Lista utworów:

  1. Astral Weeks
  2. Beside You
  3. Sweet Thing
  4. Cyprus Avenue
  5. The Way Young Lovers Do
  6. Madame George
  7. Ballerina
  8. Slim Slow Slider

czwartek, 29 września 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Blue Afternoon"

Okładka albumu "Blue Afternoon" Tima Buckleya

Na wydanym w 1969 roku "Happy Sad" Tim Buckley udowodnił, że faktycznie zasługuje na coś więcej niż porównywania do artystów pokroju Boba Dylana (nie żeby to było coś złego) i faktycznie pokazał że ma coś z jazzmana, za jakiego sam zainteresowany się uważa. Po wydaniu wspomnianego dzieła muzyk niebawem wziął się za nagrywanie nowego materiału, a było go niemało, bo w sumie zapełnił on...trzy albumy. Wydany jako pierwszy z nich "Blue Afternoon" jednak zdaje się niejako krokiem wstecz dla muzyka, chociaż wcale nie jest albumem złym.

Mówię o kroku wstecz tylko i wyłącznie dlatego, że artysta wraca tu w większości utworów to swoich folkowych korzeni. Utwory tu zawarte jednak są w większości bardzo udane i czarują swoim pięknem i melancholią, jak piękny "Happy Time" albo "I Must Have Been Blind". Te jednak wypadają przeciętnie w porównaniu do genialnego "Chase the Blues Away" z bardzo ładnymi partiami gitary za które odpowiada Lee Underwood, oraz z jednym z lepszych "The River", w którym ponownie wiele dobrego robią współpracownicy lidera, jak David Friedman grający na wibrafonie albo perkusista Jimmy Madison. "So Lonely" z partią wokalną kojarzącą mi się z Jimem Morrisonem oraz chyba najbardziej melancholijny "Cafe" to także udane nagrania.

Jednak najlepsze muzycy zostawili na koniec. "Blue Melody" wypada w idealnym momencie, bo ta melancholia miala prawo już zacząć nużyć słuchacza, a tu w końcu wypada utwór może nie bardzo energiczny, ale na pewno jeden z bardziej intensywnych w warstwie instrumentalnej, która mocno nawiązuje do wspomnianego już poprzedniego albumu. To jednak nic w porównaniu, finałowym "The Train" najlepszym na płycie i jednym z moich ulubionych utworów w dyskografii artysty. Już pierwsze takty ze świetną grą Buckleya na dwunastostrunowej gitarze wspieranej przez bas i świetną gitarę elektryczną wywołuje uśmiech na twarzy, a dalsze bardziej jazzowe partie praktycznie każdego z instrumentów tylko ulepszają ten utwór. Najlepsze co tu słyszymy to jednak gitarowa gra Underwooda - tego trzeba posłuchać.

Już na wstępie nazwałem "Blue Afternoon" krokiem wstecz dla Buckleya. W tym wypadku jednak nie jest to obraza dla tego albumu. Biorąc pod uwagę, że muzyk w tym czasie nagrał mnóstwo materiału, oczywiste było, że znajdzie się tam trochę folku, z którego ten się wywodzi. Nie mówiąc już o tym, że materiał ten i tak jest bardzo udany, a dwie kompozycje, które odchodzą od początków muzycznej przygody Buckleya to już małe arcydzieła, szczególnie "The Train".

8/10

Lista utworów:

  1. Happy Time
  2. Chase the Blues Away
  3. I Must Have Been Blind
  4. The River
  5. So Lonely
  6. Cafe
  7. Blue Melody
  8. The Train

niedziela, 25 września 2022

Recenzja: Led Zeppelin - "Coda"

Okładka albumu "Coda" zespołu Led Zeppelin

Jakiś czas po stworzeniu "In Through the out Door" - jak się wkrótce okazało ostatniego albumu studyjnego Led Zeppelin - doszło do tragedii. W wieku zaledwie 32 lat, 25 września 1980 roku zmarł na skutek zakrztuszenia się własnymi wymiocinami perkusista zespołu - John "Bonzo" Bonham". Pozostali muzycy grupy postanowili więc ostatecznie zakończyć działalność zespołu i dzięki postawie przede wszystkim Roberta Planta grupa już nigdy nie powróciła (poza kilkoma koncertowymi wyjątkami z różnych okazji). Artyści postanowili jednak jeszcze jakoś na dobre pożegnać fanów i w ten sposób dwa lata po rozpadzie zespołu do sklepów trafiła "Coda", czyli ostatnie dzieło zespołu nagrane w studiu, choć nie powinno się nazywać tego tworu pełnoprawnym albumem studyjnym, ponieważ jest to zbiór odrzutów z poprzednich sesji. Czy jednak jest to zlepek kompletnie niemających nic do zaoferowania nagrań? Wybitnie nie jest, ale nie jest też źle.

Do lepszych utworów należy tu lekko funkowy "We're Gonna Groove", w którym szczególnie fajnie wypada fragment z "gęstą" grą Page'a. Ciężko przejść też obojętnie obok bluesowego "I Can't quit You Baby", który co prawda nie równa się z nagranymi w tym stylu utworami z pierwszych albumów, ale i tak jest to jedno z lepszych nagrań z ostatnich krążków. Lubię też spokojny, folkowy "Poor Tom" oraz hardrockowy "Wearing and Tearing", który jednak jest nieco za długi przez co w pewnym momencie wypada monotonnie. 

Niestety reszta utworów już tak do mnie nie przemawia. "Bonzo's Montreux" to perkusyjne solo Bonhama wzbogacone dodatkowymi ozdobnikami, które są zbędne. Samo solo też nie należy do wybitnych. Pozostałe kawałki z kolei to już mniej lub bardziej sztampowe kawałki, w których jednak można znaleźć ciekawe elementy. W "Walter's Walk" nieźle wypada sekcja rytmiczna, "Ozone Baby" ma spory radiowy potencjał skierowany przede wszystkim na amerykański rynek, a sam utwór może się kojarzyć z wczesnym Aerosmith, a w "Darlene" podobają mi się partie Page'a, ale klawisze są denne.

"Coda" to na pewno nie jest dzieło wybitne, ale znalazły się tu udane utwory. Czy jednak było to potrzebne? Fanów grupy w tamtym czasie na pewno zadowoliło, że ich ukochany zespół wydał coś jeszcze po niespodziewanym rozpadzie. Słuchaczom, którzy jednak nie należą do sentymentalnych powinny jednak wystarczyć poprzednie albumy Led Zeppelin.

6/10

Lista utworów:

  1. We're Gonna Groove
  2. Poor Tom
  3. I Can't quit You Baby
  4. Walter's Walk
  5. Ozone Baby
  6. Darlene
  7. Bonzo's Montreux
  8. Wearing and Tearing

sobota, 3 września 2022

Recenzja: Roy Harper - "Buillingamingvase"

Okładka albumu "Buillingamingvase" Roya Harpera

Po mocno rockowym "HQ" można było się spodziewać, że Roy Harper pójdzie w ślady innych folkowych muzyków, którzy coraz chętniej sięgali po instrumenty elektryczne i grali bardziej rockowo niż folkowo. A jednak Harper powrócił do bardziej akustycznego grania nie zjadając przy okazji swojego ogona. 

Najważniejszą kompozycją na tym albumie o skomplikowanej nazwie jest "One of Those Days in England" podzielone na dziesięć części, z czego pierwsza znajduje się na samym początku albumu, a pozostałe na samym końcu. Jeśli chodzi o część pierwszą, to jest to jedna z najlepszych rzeczy na tym krążku. Jest bardzo chwytliwa i energiczna, mimo to bliżej jej do muzyki filmowej niż rockowej. Pozostałe części znacznie się różnią od tej otwierającej płytę i choć nie podobają mi się tak jak tamta, to tworzą bardzo zgraną i ciekawą całość.

Dużo ciekawego dzieje się także pomiędzy. "The Last Days" to bardzo ładna folkowa ballada, za to początkowo folkowy "Cherishing the Lonesome" w pewnym momencie nabiera rockowej energii dzięki obecnej tu gitarze elektrycznej. Bardzo mocnym punktem jest też genialny "Naked flame" z najlepszymi chyba na albumie partiami gitary akustycznej lidera. Kompletnym nieporozumieniem jest za to "Watford Gap" w stylu country. Na szczęście jest dosyć krótki.

"Buillingamingvase" zawiera mnóstwo udanego materiału. Nie dorównuje wprawdzie ani przez moment genialnemu "Stormcock" do którego będę pewnie porównywał każdy z albumów artysty, ale w stylistyce folkowej i tak jest to krążek przebijający wiele dzieł bardziej znanych folkowych wykonawców.

7/10

Lista utworów:

  1. One of those Days in England part 1
  2. The Last Days
  3. Cherishing the Lonesome
  4. Naked flame
  5. Watford Gap
  6. One of those Days in England part 2-10

wtorek, 30 sierpnia 2022

Recenzja: Blood Ceremony - "Blood Ceremony"

Okładka albumu "Blood Ceremony" zespołu Blood Ceremony

Black Sabbath to grupa mająca niezliczonych naśladowców. Większość z nich wykorzystuje patenty chłopaków z Birmingham nie dodając nic więcej. Co jednak, gdyby do wpływów Black Sabbath dodać wpływy psychodeliczne lub na przykład partie fletu silnie kojarzące się z innym kultowym zespołem, Jethro Tull, a do tego dodać jeszcze głęboki, kobiecy wokal? Na szczęście nie musimy sobie tego wyobrażać i wystarczy posłuchać zespołu o nazwie Blood Ceremony.

Już na debiucie kanadyjska grupa wyróżnia się na tle innych naśladowców Black Sabbath. Słychać, że to właśnie oni są główną inspiracją dla zespołu za sprawą typowo sabbathowych riffów i mrocznego klimatu, jednak w przeciwieństwie do innych grup stających się naśladować swoich idoli, potrafią raz, że mimo bazowania głównie na tym samym stworzyć zróżnicowane melodię, a dwa, inne inspiracje grupy także są tu wyraźne, jak np wspomniany już "andersonowski" flet. O tym, że mamy do czynienia z interesującym wykonawcą wiemy już od "Master of Confusion" rozpoczęty klimatycznym organowym wstępem, by potem przerodzić się w ciężki riffowany numer jednoznacznie kojarzący się z wiadomym zespołem. Oczywiście riffy Seana Kennedy'ego nie dorównują tym, które wymyślił Tony Iommi, budują jednak specyficzny, niepokojący klimat. I tak jak do stylistyki Black Sabbath świetnie pasował wokal Osbourne'a, tak do zbliżonej stylistyki pasuje czysty, głęboki śpiew Alli O'brien, śpiewającej przy okazji w raczej jednorodny, ale miły dla ucha sposób.

O reszcie utworów na debiucie można by właściwie pisać podobne rzeczy. Każdy z nich posiada w swojej stylistyce dosyć chwytliwą melodię, bazuje na ciężkich riffach, ładnym śpiewie wokalistki i wzbogaconymi jest gdzieniegdzie raz lepszymi, raz przeciętnymi partiami fletu czy organów. Obok otwieracza moimi faworytami są rozpoczęty fletowym wstępem "Rare Lord", "Return to Forever" z udanym zwolnieniem w środku i finałowy "Hymn to Pain" z bardzo fajną częścią instrumentalną. Na tle całości wyróżnia się jeszcze krótki, instrumentalny, bardziej folkowy "A Wine Of Wizandry" oraz nieco lżejszy "Hop Toad" ze świetnym wstępem, za to niepasującą ani do otworu, ani do reszty albumu końcówką.

Debiut Blood Ceremony to album, który gdy go poznałem zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wciąż uważam go za pozycję bardzo ciekawą, szczególnie dla fanów Black Sabbath, ale też np Jethro Tull, lub ogólnie miłośników hard rocka, albo mrocznej, klimatycznej muzyki. Tym co teraz nieco mi przeszkadza w tym albumie, to to, że niewiele jest tu rzeczy, których bym nie usłyszał u wspomnianych dwóch grup, a sama różnorodność między utworami także mogłaby być nieco większa, choć i tak nie jest pod tym względem źle.

7/10

Lista utworów:

  1. Master of Confusion
  2. I'm Comming With You
  3. Into the Caven
  4. A Wine Of Wizandry
  5. Rare Lord
  6. Return to Forever
  7. Hop Toad
  8. Children of the Future
  9. Hymn to Pain 

niedziela, 28 sierpnia 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Happy sad"

Okładka albumu "Happy sad" Tima Buckleya

Tim Buckley karierę zaczął od nagrywania przyjemnych folkowych i folk rockowych utworów bliskich ówczesnej modzie. Na drugim albumie swoją stylistykę wzbogacił o nowe, ciekawe inspiracje. Styl z drugiego albumu został jeszcze bardziej dopracowany na trzecim albumie, "Happy sad"

Tim Buckley znacząco odcinał się od porównań z choćby Bobem Dylanem i upierał się, że jest bardziej muzykiem jazzowym niż folkowym. Właśnie na "Happy sad" zaczyna to udowadniać. Jazzowe wpływy słychać już w pierwszych dźwiękach "Strange Feelin'". Do wcześniejszej, bardziej folkowej twórczości co prawda nawiązują partie gitary akustycznej, ale nawet te zdają się być momentami bardziej zainspirowane jazzowymi gitarzystami. Oprócz bardzo przyjemnej, choć skomplikowanej warstwy instrumentalnej, trzeba wyróżnić po raz kolejny głos lidera, który także śpiewa w interesujący, nie zawsze schematyczny sposób.

Interesująco rozwija się też "Love from Room 109 at the Islander (on Pacific  Coast Highway)". Ten jest co prawda mocno wyciszony i co by nie ukrywać, dla kogoś nie osłuchanego z tego typu muzyką, może być nudny - szczególnie że trwa aż 10 minut. Jednak dla kogoś kto choć trochę zapoznał się z folkiem czy np rockiem progresywnym utwór ten z pewnością powinien być interesujący. Łatwiejszy w odbiorze jest chyba kolejny "Dream Letter" i tu zdarzają się momenty mniej typowe, ale jako całość zdaje się prostszy i odrobinę bardziej energiczny niż utwór poprzedni. Dla mnie jednak jest to jeden ze słabszych momentów albumu, choć wciąż udany.

Bardziej typowo wypada "Buzzin'Fly". Tu wpływ muzyki jazzowej nie jest aż tak widoczny, jednak partie gitary zagrane są z naprawdę świetnym feelingiem, a przy tym z rockową mocą. Świetnie Buckley spisuje się też jako wokalista. Spodobać się rockowym słuchaczom może się także "Gypsy Woman". Początek co prawda także jest zagrany spokojnie, później jednak utwór zamienia się porywający jam zagrany z rockową mocą. Świetny numer. Na wyciszenie na końcu Buckley serwuje nam krótki, folkowy i przyjemny "Sing a Song for You".

"Happy sad" to album na niezwykle wysokim poziomie. Tim Buckley świetnie rozwinął swój styl od miłego, ale mało oryginalnego folk rocka, to stylu który ciężko nazwać. Jazz folk, folk progresywny/awangardowy czy może jazz rock lub rock progresywny - każda z tych nazw obroniła by się gdyby chcieć przypisać jej konkretną łatkę. Wciąż jednak w większości jest to muzyka, którą może słuchać ktoś kto do tej pory słucha np rocka lub alternatywy. Jest to album na tyle zróżnicowany, że któraś ze znajdujących się tu pozycji powinna przypaść do gustu.

9/10

Lista utworów:

  1. Strange Feelin'
  2. Buzzin'Fly
  3. Love from Room 109 at the Islander (on Pacific  Coast Highway)
  4. Dream Letter
  5. Gypsy Woman
  6. Sing a Song for You

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Recenzja: Roy Harper - "HQ"

Okładka albumu "HQ" Roya Harpera

Roy Harper był idolem dla wielu wykonawców rockowych. Nic dziwnego więc, że ci tak chętnie występowali na jego albumach. Wcześniej na krążkach Brytyjczyka mogliśmy usłyszeć choćby Jimiego Page'a. Na nagrywanym z kolei w tym samym studiu i w tym samym czasie co kultowe "Wish You Were Here" Pink Floyd możemy usłyszeć gitarzystę tej grupy, Davida Gilmoura albo innego członka Led Zeppelin, które Harperowi dawniej złożyło hołd utworem "Hats off to (Roy) Harper" - Johna Paula Jonesa- czy też znanego z King Crimson i Yes Billa Bruforda. Z takimi gośćmi możemy się domyślać, że "HQ" to album, któremu bliżej rocka niż folku i tak rzeczywiście jest.

Ostrzejsze brzmienie słychać już na starcie albumu, czyli w 14-minutowym "The Game", który może i jest długi, ale nie odczuwam nudy w trakcie słuchania. Całkiem sporo się tu dzieje i mimo momentami hard rockowego grania znalazło się tu miejsce na udane zwolnienie. To właśnie w tym utworze słyszymy tych najbardziej znanych gości na tym albumie, czyli Jonesa na basie i Gilmoura na gitarze. Nie jest to mój ulubiony utwór na krążku, ale słucha się go z dużą przyjemnością. Gorzej wypadają dwa kolejne utwory. Rozpoczęty akustycznym wstępem "The Spirit Lives" wypada jeszcze całkiem nieźle, gorzej z "Grown Ups Are Just Silly Children" - ten jest co najwyżej średni, choć warto zwrócić uwagę na bardzo intensywny bas.

Po nich słyszymy jednak mój ulubiony moment albumu, łączący łagodność folku z rockową zadziornością "Referendum" z bardzo fajnymi partiami gitary elektrycznej. Trzy kolejne utwory z kolei to już typowo folkowe kompozycje. Pierwsza z nich to krótki, ale ładny akustyczny "Forget Me Now" z klimatycznym chórem. Po nim wybrzmiewa już nie akustyczny, ale wciąż łagodny i piękny stale się rozwijający "Hallucinating Light". Na samym końcu z kolei słyszymy kompozycje jeszcze ładniejszą niż dwie poprzednie. "When an Old Cricketer Leaves the Crease" początkowo jest utworem opartym na śpiewie i gitarze akustycznej. Później jednak dochodzą kolejne instrumenty, a utwór staje się bardziej melancholijny.

"HQ" to znak, że Harper ciągle się rozwijał. Miał co prawda małą powtórkę z rozrywki na poprzednim "Valentine", a przecież i wcześniej miał na koncie utwory bardziej rockowe, czyli to co "HQ" wyróżnia najbardziej. Jednak żaden z nich nie brzmiał tak dobrze i tak ciężko, wręcz hard rockowo. Oczywiście, nie są to utwory bez wad, jednak udane i dzięki nim niejeden fan rocka może poznać twórczość tego świetnego artysty. Jako dodatkową zachętę mogę napisać, że sam muzyk uważał ten album za swoje opus magnum.

8/10

Lista utworów

  1. The Game
  2. The Spirit Lives
  3. Grown Ups Are Just Silly Children 
  4. Referendum
  5. Forget Me Now
  6. Hallucinating Light
  7. When an Old Cricketer Leaves the Crease

wtorek, 16 sierpnia 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Thick as a Brick"

 

Okładka albumu "Thick as a Brick" zespołu Jethro Tull

Po ukazaniu się "Aqualung" coraz więcej ludzi zaczęło nazywać Jethro Tull zespołem progresywnym. I mimo, że grupa rozwijała granicę rocka już od kilku albumów, to łatka ta bardzo nie spodobała się liderowi zespołu - wokaliście i fleciście, Ianowi Andersonowi. Postanowił więc on, korzystając ze swojego poczucia humoru, nagrać album wyolbrzymiający wady tego nurtu. Zespół przyłożył się do tego pomysłu tak mocno, że stworzyli historię ośmioletniego pisarza, którego praca została w ostatniej chwili wyeliminowana z konkursu. Ciekawym pomysłem była forma w jakiej płyta została wydana, czyli zamiast tradycyjnej okładki, grupa zawinęła krążek w 12-stronnicową gazetę zawierającą m.in. historię owego ośmiolatka, ale też inne historie. Niestety na CD takiej formy okładki już nie uświadczymy.

Jeśli chodzi o zawartość albumu to znajdziemy tu jedynie jeden utwór podzielony ze względów technicznych na dwie części. I nawet jeśli album ten faktycznie miał być żartem i parodią, to kompozycja ta jest najlepszym co grupa kiedykolwiek nagrała. "Thick as a Brick" udanie łączy elementy folkowe z tymi bardziej hardrockowymi. Każdy z instrumentalistów daje tu świetny popis swoich umiejętności. Daleko im jednak do bezsensownych wirtuozerskich popisów pokroju ELP albo późniejszych wykonawców w stylu Yngwiego Malmsteena, lecz oparte na wyczuciu każdego z nich oraz wzajemnej interakcji.

Przez całe ponad 40 minut trwania płyty dzieje się coś ciekawego. Nie słychać tu dłużyzn, zbędnych powtórek czy niepotrzebnych motywów, co jest sporą rzadkością nawet w utworach trwających kilkanaście minut. Grupa sprawnie poradziła sobie z podzieleniem kompozycji na dwie części przez wyciszenie pod koniec pierwszej części i podobny początek drugiej, dzięki czemu nie jesteśmy zmuszeni zmieniać strony w trakcie jakiegoś ciekawego fragmentu.

Mimo, że najpopularniejszym albumem Jethro Tull wciąż pozostaje "Aqualung", to "Thick as a Brick" jest uznawany za krążek najlepszy w historii zespołu, a także jako jeden z najlepszych w historii rocka progresywnego. I chociaż w drugiej części momentami nie wszystko mi się ze sobą zgrywa, to i tak jest to jeden z moich ulubionych albumów jakie kiedykolwiek słyszałem.

10/10

Lista utworów:

  1. Thick as a Brick

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Goodbye and Hello"

 

Okładka albumu "Goodbye and Hello" Tima Buckleya

Tim Buckley spory potencjał pokazał już na debiutanckim albumie. Przez kilka miesięcy dzielące wydanie kolejnego krążka folkowego artysty poczynił on jednak ogromne postępy. O ile na "Tim Buckley" dominowały utwory łatwe i przyjemne, nie wyróżniające się za bardzo na tle innych zbliżonych wykonawców, tak na "Goodbye and Hello" muzyk poszedł w znacznie ciekawsze rejony.

Jeszcze rozpoczynający album "No Man Can Find the War" jest jakby pomostem między poprzednim krążkiem, a bardziej eksperymentalnym podejściem na krążku numer dwa i jeszcze bardziej eksperymentalnym podejściem na kolejnych albumach. Sama kompozycja wg mnie jest udana i świetnie brzmią tutaj partię każdego z instrumentalistów, no i oczywiście wokal lidera. Już bardziej od typowego folku oddala się kolejny "Carnival Song" oparty na wesołkowatej "cyrkowej" melodyjce, jednak sporo instrumentaliści robią, aby odciągnąć uwagę słuchacza od tej co by wiele nie mówić banalnej melodii. Sam utwór jednak nie podoba mi się za bardzo, ale też nie przeszkadza. Na podobnej zasadzie zbudowany jest również wesołkowaty "Knight-Errant", który także mnie nie przekonuje.

Słabszych fragmentów jest tu niestety więcej, bo przyjemny, ale nic nie wnoszący finał albumu w postaci "Morning Glory" z chórkami w tle w pewnym momencie nuży, a monumentalny utwór tytułowy, który miał być prawdopodobnie najważniejszą kompozycją na albumie jest dla mnie przerostem formy nad treścią. Lecz głównie w tych bardziej energicznych momentach, bo uczciwie trzeba przyznać muzykom, że fragmenty spokojne są niezwykle udane. Buckley po prostu nie poradził sobie ze zgrabnym połączeniem tak wielu motywów w jedną całość i podobnie jak opisywany już przeze Nick Drake dał się ponieść momentami zbyt bogatym aranżacjom.

I z istotnych wad, to by było na tyle. W pozostałych utworach nie dostrzegam wielkich minusów. "Pleasant Street" charakteryzuje się bogatą aranżacją i ponurym klimatem będąc jednym z moich ulubionych utworów na albumie. Mroczny wstęp posiada "Hallucinations", po jakimś czasie jednak utwór nabiera ciężaru, w warstwie instrumentalnej robi się gęsto, a momentami ma się wrażenie jakby muzycy grali niezależnie od siebie. Brzmi to jednak bardzo interesująco. Bardziej intensywnie jest w "I Never Asked to be Your Mountain", natomiast spokojnie, a wręcz magicznie jest w "Once I Was" i "Phantasmagoria in Two"

Album numer dwa Tima Buckleya jest o wiele ciekawszy od jego debiutu. Tu już można bardziej wierzyć muzykowi, że jest on Jazzmanem, a nie muzykiem folkowym, to jednak wciąż tylko rozgrzewka przed tym, co artysta przygotuje w przyszłości. Nie mniej warto posłuchać i tej pozycji.

7/10

Lista utworów:

  1. No Man Can Find the War
  2. Carnival Song
  3. Pleasant Street
  4. Hallucinations
  5. I Never Asked to be Your Mountain
  6. Once I Was
  7. Phantasmagoria in Two
  8. Knight-Errant
  9. Goodbye and Hallo
  10. Morning Glory

wtorek, 2 sierpnia 2022

Recenzja: Roy Harper - "Valentine"

Okładka albumu "Valentine" Roya Harpera


Roy Harper swoimi poprzednimi albumami narzucił sam sobie bardzo wysoką poprzeczkę. I choć "Lifemask" nie dorównuje genialnemu "Stormcock" to muzyk nagrał bardzo fajną płytę. Kolejny album, "Valentine" także jest udany, choć nie wywołuje takich emocji jak żadne z poprzednich dzieł Brytyjczyka.
"Valentine" to album dosyć zróżnicowany i choć dominują tu spokojniejsze akustyczne utwory, to znajdziemy tu również bardzo fajny rockowy utwór "Male Chauvinist Pig Blues" albo "Acapulco Gold" z lekko jazzującą partią pianina. Moim ulubionym z tych mniej typowych dla muzyka nagrań, a właściwie ulubionym z całego albumu jest "Magic Woman", w którym możemy usłyszeć także harmonijkę czy trąbkę.

Pomimo, że pozostałe kompozycje opierają się przede wszystkim na ładnym śpiewie Harpera i jego jak zwykle świetnym partiom gitarowym, to różnią się one od siebie bardzo mocno. "Forbidden Fruit" otwierający album to chyba najpiękniejsze nagranie na "Valentine", w "I'll See You Again" i "Commune" możemy usłyszeć instrumenty smyczkowe, jednak te dwa nagrania nie wypadają najlepiej.  "Twelve hours of Sunset" posiada świetny klimat, a instrumentalny "Che" charakteryzuje się hiszpańskim stylem gry na gitarze. "North Country" posiada fajną końcówkę, za to spokojne "Forever" jest dla mnie nieco przesłodzone.

"Valentine" to krążek często niedoceniany nawet przez fanów muzyka. Nie jest to spowodowane słabszym poziomem zawartych tu kompozycji, bo te w większości są bardzo przyjemne, a kilka z nich wypada wręcz bardzo dobrze. Największą bolączką tej płyty jest wg słuchaczy zbyt duża wtórność wobec poprzednich płyt. Mi się jednak album ten podoba.

7/10

Lista utworów:
  1. Forbidden Fruit
  2. Male Chauvinist Pig Blues
  3. I'll See You Again
  4. Twelve hours of Sunset
  5. Acapulco Gold
  6. Commune
  7. Magic Woman
  8. Che
  9. North Country
  10. Forever

czwartek, 28 lipca 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Tim Buckley"

 

Okładka albumu "Tim Buckley" Tima Buckleya

Tim Buckley to jeden z najwybitniejszych reprezentantów folk(rockowej) sceny ubiegłego stulecia, choć sam zainteresowany od takiego szufladkowania się bronił, mówiąc że jest jazzmanem, a nie folkowym śpiewakiem. I choć sporą popularność zdobył jeszcze za życia, to jego sława wzrosła później. Jedną z przyczyn powrotu jego popularności była młoda śmierć w wieku zaledwie 28 lat, co zawsze jest niemałą "reklamą" dla artystów. Sporo zrobił też w tym kierunku jego syn, który w latach 90. też był znanym muzykiem i który, tak samo jak ojciec umarł w młodym wieku. 

Co by sam muzyk nie mówił o swojej stylistyce, to fakty są takie, że na debiutanckim albumie nazwanym po prostu "Tim Buckley", muzyka na nim zawarta nie różni się od muzyki wykonawców, którzy także łączyli folkowe brzmienia z rockowym instrumentarium i energią. Wciąż jednak jest to płyta całkiem przyjemna w odsłuchu, z jedną nietypową dla całości, ale wspaniałą perełką w postaci klimatycznego, ascetycznego "Song Slowly Song" będącego moim faworytem z całego albumu.

Reszta utworów już tak świetna nie jest, ale znajdziemy tu kilka mocnych punktów, szczególnie mam na myśli te żywiołowe numery w rodzaju ładnego "I can't See you", wpadającego w ucho "Strange Street Affair Under Blue", w którym jednak zanadto ekspresyjnie brzmi wokal Buckleya, "It Happens Every Time" z partią smyczków oraz finałowy, zadziorny "Understand Your Man". Ze spokojnieszej części albumu broni się także minimalistyczny "Song of the Magician" i ewentualnie "Wings", z którego jednak chyba usunął bym smyczki.

"Valentine Melody", "Aren't you that Girl", "Song for Janie", "Grief in my Soul" i "She is" to już utwory średnie, a w przypadku"Song for Janie" odrzucają dodatkowo przesłodzone klawisze.

Debiut Tima Buckleya to jeszcze dosyć niepozorny album. Znajdziemy tu zalążki tego co artysta zaprezentuje w przyszłości, jednak dominują tu przyjemne choć niczym się na tle innych twórców niewyróżniające piosenki. Nie jest to co prawda album do którego będę wracać bardzo często, ale świetna to pozycja na popołudniowy relaks na świeżym powietrzu.

6/10

Lista utworów:

  1. I can't See You
  2. Wings
  3. Song of the Magician
  4. Strange Street Affair Under Blue 
  5. Valentine Melody
  6. Aren't you that Girl
  7. Song Slowly Song
  8. It Happens Every Time
  9. Song for Janie
  10. Grief in my Soul
  11. She is
  12. Understand Your Man

piątek, 22 lipca 2022

Recenzja: Roy Harper - "Lifemask"

Okładka albumu "Lifemask" Roya Harpera

Dwa lata po wydaniu genialnego "Stormcock", Roy Harper stanął przed niezwykle trudnym zadaniem nagrania dorównującego mu poziomem albumu. Zadania nie ułatwił fakt, że muzyk w tym czasie miał spore problemy ze zdrowiem - na tyle poważne, że obawiał się zbliżającej się śmierci. Jak trudny był to czas dla artysty słychać przede wszystkim w warstwie tekstowej o niezbyt optymistycznym wydźwięku. Teksty napisane zostały jednak w typowym dla Harpera poetyckim stylu. Ale także okładka, która przedstawia "martwe" oblicze muzyka w postaci maski ma dość pesymistyczny wydźwięk. Okładka ta jednak otwiera się, a pod nią czeka zdjęcie Roya Harpera - tym razem żywego.

Najważniejszym, choć niekoniecznie najlepszym utworem na "Lifemask" jest najdłuższy, poprzedzony czterominutowym przemówieniem folkowego śpiewaka "The Lord's Prayer". Mimo standartowo wysokiego poziomu kompozycji, ta dla mnie jest za długa. Co prawda dzieje się tu sporo, jednak nie ma porównania do żadnego z czterech utworów z doskonałego poprzednika. Warto wspomnieć, że w tej kompozycji Harperowi ponownie pomógł jego wielki fan - Jimmi Page. Ten wystąpił także w bardzo dobrym  "Bank of the Dead" będącym jednym z bardziej rockowych i lepszych utworów na albumie. 

Za najlepszy moment płyty uważam jednak otwierający album "Highway Blues" także posiadający sporo rockowej energii, a oprócz tego zachwycający świetną melodią oraz wokalem Harpera. Za bardzo dobry uważam również bardzo klimatyczny "South Africa", w którym słychać zwielokrotniony wokal, co w tej kompozycji wypada bardzo ciekawie. Niezły jest też "All Ireland" z udziałem harmonijki, za to "Little Lady" jak na tego muzyka jest dosyć nudnawe.

Nagranie następcy jednego z najlepszych albumów w historii muzyki nigdy nie jest łatwe i "Lifemask" jest dużo gorszy niż "Stormcock", jednak Roy Harper to artysta, którego nawet słabsze albumy prezentują wysoki poziom. W "Lifemask" w zasadzie przeszkadza mi jedynie za długi czas finałowego utworu, z którego można by wyciąć przynajmniej pierwszą część, w której słychać jedynie przemawiającego Harpera i nie do końca przekonuje mnie "Little Lady", który można było bardziej uatrakcyjnić. Poza tym jednak muzyk po raz kolejny pokazuje klasę- i to pomimo problemów ze zdrowiem, a będąc przekonanym o nadchodzącej śmierci zapewne także z psychiką. Artysta na szczęście przeżył i wciąż nagrywał ciekawe albumy.

7/10

Lista utworów:

  1. Highway Blues
  2. All Ireland
  3. Little Lady
  4. Bank of the Dead
  5. South Africa
  6. The Lord's Prayer

poniedziałek, 11 lipca 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Aqualung"

 

Okładka albumu "Aqualung" zespołu Jethro Tull

Są takie albumy w poszczególnych gatunkach i podgatunkach, które uznaje się za obowiązkowe dla fanów. Wadą takich zestawień jest to, że zwykle wymienia się płyty najpopularniejsze, często nie będące nawet najlepszym albumem danego wykonawcy. W przypadku rocka progresywnego jako "podstawowe" wymienia się choćby debiut King Crimson, "Dark side of the Moon" Pink Floyd, "Close to the Edge" Yes czy bohatera dzisiejszej recenzji, czyli "Aqualung" Jethro Tull. I jest to idealny przykład albumu, który początkującym słuchaczom progresywnego grania jest polecany jako jeden z pierwszych pomimo, że nie ani nie jest najlepszym krążkiem zespołu, ani też nie ma wiele wspólnego z tym gatunkiem. Poza jednym utworem na płycie znajdują się przede wszystkim hard rockowe i folk rockowe kawałki, często pozbawione poszukiwań, które są przecież najważniejszą cechą tegoż podgatunku rocka.

Wspomniany utwór to "My God", główny "winowajca" przypiętej Jethro Tull łatki zespołu progresywnego. Kompozycja ta rzeczywiście jest bardzo ciekawa. Po dość długim gitarowym wprowadzeniu słyszymy dosyć mroczny i interesujący motyw. Kompozycja wyróżnia się też jakby kościelnym chórem w czasie popisów lidera zespołu, Iana Andersona na flecie. Być może najlepszy utwór na płycie, ale to nie on cieszy się największą popularnością z tego albumu.

Miano przebojów zyskały dwa inne utwory. Tytułowy "Aqualung" oparty jest na prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnym gitarowym riffie w historii zespołu i świetnie łączy hard rockowy czad z folkowymi złagodzeniami, a także okraszony jest świetnym gitarowym solo Martina Barre'a. Drugi hit z "Aqualung" - "Locomotive breath"- nie robi już takiego wrażenia, przynajmniej nie w studyjnej wersji. Inspirowany muzyką klasyczną wstęp na pianinie jest dobry, sama melodia jedna z najbardziej chwytliwych na albumie, a jednak czuję spory niedosyt. Na żywo kawałek ten wykonywany był z większą energią i niejednokrotnie kończony był ciekawym solo gitarzysty i to właśnie wykonania live tego utworu cenię najbardziej.

Ale i po każdym z tych dwóch utworów możemy usłyszeć udane kompozycję. Następujący po utworze tytułowym "Cross Eyed Mary" to utwór posiadający klimatyczny wstęp Andersona na flecie. Co prawda potem robi się już bardziej typowo, ale wciąż jest to nagranie udane z dobrą linią melodyczną. Za to po "Locomotive Breath" słyszymy 6cio minutowy "Wind up" - przez dwie minuty spokojny utwór z jakby słabszą jakością dźwięku. Jakość ta i ogólnie też poziom utworu podnosi się w dalszej części za sprawą chwytliwej melodii i dobrego solo.

Mocnymi punktami całego albumu są utwory najkrótsze, trwające niewiele ponad minutę. Takie utwory są tu trzy, z czego najlepszy jest ten pojawiający się jako pierwszy, czyli "Cheap Day Return" o pięknej folkowej melodii. W podobnym klimacie jest utrzymany "Wond'ring Aloud" oraz "Slipstream".

Pozostałe trzy utwory są niezłe i w zasadzie nic więcej, choć zastosowano tu pomysły mające potencjał - choćby baśniowy klimat w "Mother Goose". "Up to me" i "Hymn 43" posiadają sporo energii i niezłe melodię, ale ciężko powiedzieć o nich coś więcej.

"Aqualung" to z jednej strony album, który swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim dwóm hitom, a łatkę płyty progresywnej - jednej kompozycji, więc wydawać by się mogło, że nie jest to wybór dobry dla kogoś kto dopiero chce zacząć słuchać rocka progresywnego. Ja jednak jestem zdania, że wbrew temu co napisałem w pierwszym akapicie, wybór ten jest trafny. Jazzowe popisy na niektórych albumach King Crimson czy wirtuozerskie, pełne patosu popisy instrumentalistów ELP czy Yes mogą odstraszyć dotychczasowego słuchacza metalu, popu czy rapu. "Aqualung" za to pozwala oswoić się ze stylem Jethro Tull, dzięki czemu taki "Thick as a Brick" będzie mniejszym szokiem, a doceniając następcę "Aqualung" można zapuścić się w dyskografię pozostałych grup progresywnych. Poza tym to kawał dobrej muzyki.

8/10

Lista utworów:

  1. Aqualung
  2. Cross Eyed Mary
  3. Cheap Day Return
  4. Mother Goose
  5. Wond'ring Aloud
  6. Up to Me
  7. My God
  8. Hymn 43
  9. Slipstream
  10. Locomotive Breath
  11. Wind up

poniedziałek, 4 lipca 2022

Recenzja: Roy Harper - "Stormcock"

 

Okładka albumu "Stormcock" Roya Harpera

Dzisiaj na tapetę biorę najlepszy album folkowy w historii i jeden z najlepszych krążków w całej historii fotografii. Odważne stwierdzenie, wiem, ale to nie tylko moja opinia. Roy Harper o swoich umiejętnościach warsztatowych oraz kompozycyjnych przekonał nas już wcześniej kilkukrotnie, jednak na każdym z dotychczasowych albumów znajdowały się jakieś słabsze momenty czy pomysły. Na piątym albumie tego folkowego geniusza takich nie słyszę. Ciężko zresztą jednoznacznie zdefiniować styl jaki Roy Harper zaprezentował na "Stormcock". To że jest to folk jest oczywiste. Ale nie taki "zwykły". Nie wiem czy powinno się kwalifikować zawartą tu muzykę jako rock progresywny, bo rocka tu właściwie nie ma. To może folk progresywny?

Brytyjski wokalista i gitarzysta już na poprzednich krążkach umieszczał dłuższe kompozycje, jednak były to pojedyncze propozycje wśród stanowiących większość krótszych nagrań. Tym razem jest inaczej. Album trwa ponad 40 minut, a zamieszczonych tu utworów jest zaledwie cztery! Najkrótszy z nich, "One Man Rock and Roll band" trwa około 7 i pół minuty! Kompozycja ta posiada genialny wprost gitarowy wstęp. Jest to zarazem jedyny utwór na krążku, gdzie muzyka nie wspierał nikt inny. I szczerze muszę przyznać, że jest to utwór tu najsłabszy. Kto słyszał z tego albumu akurat tylko tą jedną kompozycje, pewnie teraz zastanawia się jakimi arcydziełami w takim razie muszą być utworu pozostałe.

Pierwszy na liście "Hors d'Oeuvres" czaruje słuchacza piękną grą na gitarze i świetną, także piękną partią wokalną.  Utwór ten trwa aż 8 i pół minuty, przez większość czasu właściwie powtarza się to samo, a i tak nie mam dość i ten dosyć długi jakby nie było czas mija błyskawicznie.

Już same te dwie, krótsze i wg mnie słabsze utwory uważam za genialne, a jeszcze lepiej wypadają te dwa dłuższe. "The same old Rock" to gitarowa wirtuozeria w czystej postaci. Ale nic dziwnego, skoro obok jednego wirtuoza czyli Roya Harpera, staje sam Jimmi Page. Ta kompozycja na pewno nie jest tak spokojna jak poprzedni "Hors d'Oeuvres", ale dalej dzieje się tu "magia". Utwór ten mógłby nie mieć wokalu, a i tak byłby zachwycający. Ale ma i dobrze, bo jestem ogromnym fanem głosu Brytyjczyka, a ten z pewnością tu nie zawodzi. Nawet chórki, za którymi zwykle nie przepadam, tutaj nie przeszkadzają, a nawet dodają uroku.

Żaden jednak z tych trzech świetnych utworów nie równa się z "Me and my Woman". O świetnym śpiewie i genialnych partiach gitarowych mógłbym w zasadzie nie pisać, bo to oczywiste, ale melodia jest chyba najpiękniejsza w całym dorobku artysty. Smaczku dodatkowo dodają genialnie zaaranżowane orkiestracje. Nick Drake i jego producenci mogliby się wiele nauczyć z tego jednego utworu. 

Może nie jestem obiektywny. Może gdzieś tam poza moją świadomością znajdują się albumy stojące na jeszcze wyższym poziomie, może jeszcze piękniejsze, ale na ten moment "Stormcock" nie ma sobie równych w mojej klasyfikacji folkowych i około folkowych albumów. Mógłbym właściwie wystawić ocenę poza skalą, ale nie chcę popadać w paranoję, a więc zasłużona 10, której będę bronił prawdopodobnie do końca życia.

10/10

Lista utworów:

  1. Hors d'Oeuvres
  2. The same old Rock
  3. One Man Rock and Roll band
  4. Me and my Woman