Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Led Zeppelin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Led Zeppelin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 września 2022

Recenzja: Led Zeppelin - "Coda"

Okładka albumu "Coda" zespołu Led Zeppelin

Jakiś czas po stworzeniu "In Through the out Door" - jak się wkrótce okazało ostatniego albumu studyjnego Led Zeppelin - doszło do tragedii. W wieku zaledwie 32 lat, 25 września 1980 roku zmarł na skutek zakrztuszenia się własnymi wymiocinami perkusista zespołu - John "Bonzo" Bonham". Pozostali muzycy grupy postanowili więc ostatecznie zakończyć działalność zespołu i dzięki postawie przede wszystkim Roberta Planta grupa już nigdy nie powróciła (poza kilkoma koncertowymi wyjątkami z różnych okazji). Artyści postanowili jednak jeszcze jakoś na dobre pożegnać fanów i w ten sposób dwa lata po rozpadzie zespołu do sklepów trafiła "Coda", czyli ostatnie dzieło zespołu nagrane w studiu, choć nie powinno się nazywać tego tworu pełnoprawnym albumem studyjnym, ponieważ jest to zbiór odrzutów z poprzednich sesji. Czy jednak jest to zlepek kompletnie niemających nic do zaoferowania nagrań? Wybitnie nie jest, ale nie jest też źle.

Do lepszych utworów należy tu lekko funkowy "We're Gonna Groove", w którym szczególnie fajnie wypada fragment z "gęstą" grą Page'a. Ciężko przejść też obojętnie obok bluesowego "I Can't quit You Baby", który co prawda nie równa się z nagranymi w tym stylu utworami z pierwszych albumów, ale i tak jest to jedno z lepszych nagrań z ostatnich krążków. Lubię też spokojny, folkowy "Poor Tom" oraz hardrockowy "Wearing and Tearing", który jednak jest nieco za długi przez co w pewnym momencie wypada monotonnie. 

Niestety reszta utworów już tak do mnie nie przemawia. "Bonzo's Montreux" to perkusyjne solo Bonhama wzbogacone dodatkowymi ozdobnikami, które są zbędne. Samo solo też nie należy do wybitnych. Pozostałe kawałki z kolei to już mniej lub bardziej sztampowe kawałki, w których jednak można znaleźć ciekawe elementy. W "Walter's Walk" nieźle wypada sekcja rytmiczna, "Ozone Baby" ma spory radiowy potencjał skierowany przede wszystkim na amerykański rynek, a sam utwór może się kojarzyć z wczesnym Aerosmith, a w "Darlene" podobają mi się partie Page'a, ale klawisze są denne.

"Coda" to na pewno nie jest dzieło wybitne, ale znalazły się tu udane utwory. Czy jednak było to potrzebne? Fanów grupy w tamtym czasie na pewno zadowoliło, że ich ukochany zespół wydał coś jeszcze po niespodziewanym rozpadzie. Słuchaczom, którzy jednak nie należą do sentymentalnych powinny jednak wystarczyć poprzednie albumy Led Zeppelin.

6/10

Lista utworów:

  1. We're Gonna Groove
  2. Poor Tom
  3. I Can't quit You Baby
  4. Walter's Walk
  5. Ozone Baby
  6. Darlene
  7. Bonzo's Montreux
  8. Wearing and Tearing

środa, 17 sierpnia 2022

Recenzja: Led Zeppelin - "In Through the out Door"

Okładki albumu "In Through the out Door" zespołu Led Zeppelin


"In Through the out Door" to ostatni typowo studyjny album Led Zeppelin. Mimo, że od kilku albumów widoczny był spadek formy w porównaniu z dwoma pierwszymi albumami, to wciąż krążki te stały na bardzo wysokim poziomie. Tym razem, gdy ciężar komponowania nowego materiału stanął na barkach Johna Paula Jonesa powstałe utwory odpychają prawie pod każdym względem.

Przede wszystkim w uszy kłuje jednak brzmienie. John Paul Jones mocno wyeksponował na tym albumie syntezatory, za które odpowiada on sam, praktycznie w każdym z utworów spychając na dalszy plan gitarę. Nie bronią się też same kompozycje i pozbawione energii wykonanie. Jako tako spisują się w sumie przede wszystkim dwa utwory, w miarę przebojowy "In the Evening" i finałowy "I'm Gonna Crawl". Oba jednak zostały mocno zepsute plastikowym brzmieniem, szczególnie drugi z wymienionych utworów, który mógłbyć bardzo ciekawym bluesowym numerem gdyby nie syntezatory.

Kiedyś lubiłem też "All My Love" napisany przez Planta dla swojego zmarłego synka. Dziś jednak utwór ten wydaje mi się zbyt plastikowy i tandetny, żeby słuchać go często. Dalej jest to jednak jeden z lepszych utworów na krążku. Zadatki na świetny utwór miał też "Carouselambra" i tu jednak potencjał został zmarnowany przez brzmienie, a także zbyt długi czas trwania. Gdyby odrzucić syntezatory i kompozycję skrócić przynajmniej o 1/4 albo lepiej nieco więcej, to byłby to być może najlepszy numer na albumie.

Kompletnymi niewypałami za to są knajpiany "Sound Bound Saurez", popowy "Fool in the Rain", w którym nawet wpływy latynoskie nie pomagają oraz rock'n'rollowy "Hot Dog" który nie dorównuje nawet wcześniejszym nagranym w tym stylu utworom w katalogu Led Zeppelin.

Parę słów należy się okładce. A może raczej okładkom. Grupa zdecydowała się na 6 różnych wersji zdjęcia na okładce. Przedstawiają one dokładnie tą samą scenę tyle że z sześciu różnych perspektyw. Zamiast dać kupującym wybór jednak, to zespół zdecydował się zapakować płytę w szarą kopertę. Do czasu otwarcia w domu więc kupujący nie byli świadomi, którą wersję zakupili.

Można się zastanawiać co by było gdyby grupa kontynuowała działalność. Czy wróciliby na bardziej hard rockowe tory, czy wypalenie twórcze coraz mocniej dawałoby o sobie znać. Tego się nie dowiemy, gdyż po śmierci perkusisty grupy, Johna Bonhama zespół się rozpadł i dzięki uporowi Planta nigdy się nie reaktywował poza okazjonalnymi występami. Szczęście w nieszczęściu, bo dzięki temu Led Zeppelin nagrało tylko jeden faktycznie słaby album, podczas gdy inne, działające dłużej rockowe legendy, nagrały ich po kilka(...naście).

5/10

Lista utworów:

  1. In the Evening
  2. Sound Bound Saurez
  3. Fool in the Rain
  4. Hot Dog
  5. Carouselambra
  6. All my Love
  7. I'm Gonna Crawl

niedziela, 24 lipca 2022

Recenzja: Led Zeppelin - "Presence"

Okładka albumu "Presence" zespołu Led Zeppelin

Do nagrania siódmego krążka Led Zeppelin doszło właściwie przez nieszczęśliwy przypadek, gdy wypadek Roberta Planta skreślił plany zespołu na trasę koncertową. Wokalista został wtedy przykuty do wózka inwalidzkiego i zaszywając się w Malibu zaczął pisać teksty nowych utworów. Za jakiś czas do wokalisty dołączył gitarzysta grupy, Jimmy Page i w ciągu kilku miesięcy powstał materiał na kolejny album.

W przeciwieństwie do poprzedniego "Physical Graffiti" tym razem muzycy nie zdecydowali się na wydłużanie albumu odrzutami z poprzednich sesji, a wyselekcjonowali materiał znacznie staranniej, choć i tak znajdziemy tu utwory zwyczajnie średnie. I tu na myśli mam dwa występujące po sobie kawałki: "Candy Store Rock" i "Hots on for Nowhere". Oba na pewno mają nieco chwytliwe melodie, jednak na tle innych kompozycji zespołu nawet na opisywanym albumie, pełnią bardziej rolę wypełniaczy.

O wiele lepiej prezentują się trzy inne utwory. "For your Life" posiada bluesowe zacięcie, lecz do pewnego momentu zaczyna trochę męczyć, "Royal Orleans" posiada ciekawą funkową gitarę, lecz też nie jest wybitny, a najlepiej z tej trójki wypada przeróbka utworu Blind Williego Johnsona "Nobody's Fault but Mine", w którym słyszymy genialne gitarowe popisy Page'a i fajne partie harmonijki, a sam utwór ma całkiem ciekawy, nietypowy dla grupy początek.

Żaden z tych trzech utworów nie dorównuje jednak dwóm najdłuższym na albumie kompozycjom. Zespół album zaczyna od niezwykle mocnego uderzenia, bo szybki, oparty na galopującej linii basu oraz świetnych riffach gitarzysty i perkusyjnych partiach Bonzo "Achilles Last Stand" to jeden z najlepszych utworów zespołu. Niewiele mu ustępuje finałowy "Tea for One" zaczynający się rockowo, jednak niespodziewanie zmieniający się w bluesową balladę zawierającą przepiękne partię gitarowe.

"Presence" znacznie ustępuje pięciu pierwszym albumom Led Zeppelin, jednak od "Physical Graffiti" prezentuje się wg mnie lepiej ze względu na znacznie krótszy czas trwania i większą zwięzłość materiału. Znajdziemy tu dwa utwory genialne, które niesłusznie ustępują popularnością kompozycjom zespołu z czasów cyferek i trzy także dobre utwory, a nawet te dwa najsłabsze nie prezentują dramatycznego poziomu.

8/10

Lista utworów:

  1. Achilles Last Stand
  2. For your Life
  3. Royal Orleans
  4. Nobody's Fault but Mine
  5. Candy Store Rock
  6. Hots on for Nowhere 
  7. Tea for One

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Recenzja: Led Zeppelin - "Physical Graffity"

 

Okładka albumu "Physical Graffity" zespołu Led Zeppelin

Czwórka muzyków z Led Zeppelin w czasie nagrywania swojego szóstego studyjnego albumu na pewno nie narzekała na brak pomysłów. Po zakończeniu sesji okazało się, że materiał nie zmieści się na pojedynczej płycie. Postanowili więc poszerzyć album o drugi krążek wykorzystując tym samym odrzuty z sesji poprzednich albumów. Ciężko jednoznacznie ocenić ten ruch.  Z jednej strony "Physical Graffity" jest o wiele za długi i znajdziemy tu sporo niepotrzebnych utworów. Z drugiej jednak, w końcu mieliśmy okazję usłyszeć kilka kawałków, które z niewiadomych przyczyn tkwiły do tej pory jedynie w archiwach grupy.

Panuje powszechna opinia, że płyta pierwsza jest dobra, a płyta druga słaba. Prawdą jest, że pierwszy krążek całościowo wypada lepiej, ale nie byłbym tak krytyczny dla płyty nr 2. Na pierwszej płycie znajdziemy chociażby najbardziej znany z całego albumu "Kashmir" o świetnym orientalnym klimacie, budowanym przede wszystkim dzięki riffowi, który wymyślił Jimmy Page a także partiami klawiszowymi. Utwór ten na stałe zagościł na przeróżnych listach wszech czasów i ze wszystkich kompozycji zespołu ustępuje chyba tylko "Stairway to Heaven" i "Whole Lotta Love". Jednak moim zdaniem jest tutaj kawałek o zbliżonym poziomie. Bluesowy "In my time of Dying" mimo długiego czasu trwania, nie nudzi się. Już ciężki początek daje nadzieję na świetny utwór i nie zawodzimy się. Muzycy świetnie przechodzą tu z powolnych momentów w cięższe, niejednokrotnie hard rockowe granie, a im dalej w utwór tym - wg mnie - ciekawiej.

Do udanych kompozycji na pewno trzeba dodać "The Rover" z perkusyjnym wstępem i świetnym, chwytliwym riffem, a także jeszcze bardziej chwytliwy, niemal taneczny "Trampled Under foot" z ogromną ilością energii. Za to dwa pozostałe utwory z pierwszej płyty nie są już tak udane. "Custard pie" z hardrockowym riffem jest w miarę niezły, ale zespół stać na coś więcej. "Houses of the Holy" za to szybko staje się nieco sztampowy.

Na drugim krążku warto na pewno wyróżnić folkowy instrumental "Bron-yr-aur" nagrany jeszcze w czasach "trójki", hardrockowy "the Wanton Song" oraz bardziej przypominający późniejsze solowe dokonania Roberta Planta niż Led Zeppelin "Night Flight". W tym ostatnim nie brakuje energii, choć nagrany jest w zupełnie innej stylistyce. Na uwagę zasługuje też otwierający drugą płytę "In the Light" wyróżniający się długimi syntezatorowymi popisami Jonesa i zwielokrotnionym w niektórych fragmentach głosem Planta. Samej kompozycji jednak daleko do ideału ale i tak wypada lepiej niż kilka pozostałych utworów. "Down by the Seaside" robi się ciekawszy dopiero gdy utwór przyśpiesza, folkowemu "Black Country Woman" wiele brakuje do innych kompozycji zespołu w tym stylu, a "Boogie with Stu" oraz "Sick again" są nijakie. Lepiej wypada "Ten Years gone ", ale i temu utworowi wiele brakuje do najlepszych kompozycji zespołu, a nawet na tym albumie.

Nie mam wątpliwości że szósty album Led Zeppelin jest najsłabszym osiągnięciem studyjnym zespołu do tamtej pory. I jak to świadczy dobrze o zespole, że jego najsłabsza płyta była jedną z najlepszych rockowych propozycji w tamtym czasie. Led Zeppelin mimo, że na "Physical Graffity" nagrało sporo średniego czy wręcz słabego materiału, to wciąż potrafili nagrać album na całkiem wysokim poziomie. Można oczywiście przyczepić się o kontrowersyjną decyzję, by zamiast skrócić krążek do jednej płyty, poszerzyć ją o kilka utworów aby zrobić album dwupłytowy, ale prawdopodobnie nie usłyszeli byśmy wtedy kilku wartych uwagi odrzutów z innych płyt.

7/10

Lista utworów

  1. Custard pie
  2. The Rover
  3. In my time of Dying
  4. Houses of the Holy
  5. Tramped Under foot
  6. Kashmir
  7. In the Light
  8. Bron-yr-aur
  9. Down by the Seaside
  10. Ten years gone
  11. Night Flight
  12. The wanton song
  13. Boogie with Stu
  14. Black Country Woman
  15. Sick again

wtorek, 31 maja 2022

Recenzja: Led Zeppelin - "Houses of the Holy"

 

Okładka albumu "Houses of the Holy" zespołu Led Zeppelin

W dyskografii Led Zeppelin największym uznaniem cieszą się "cyferki", czyli cztery pierwsze albumy grupy, reszta dyskografii natomiast (poza niektórymi utworami) bliżej znana jest przede wszystkim bardziej dociekliwym fanom zespołu lub stylistyki w jakiej tworzyli. Szkoda, bo na kolejnych albumach brytyjska grupa także tworzyła świetne rzeczy i znakomitym przykładem będzie tu pierwszy "nienumerowany" album Brytyjczyków - "Houses of the Holy".

Grupa sporo tutaj eksperymentowała z różnorodnymi gatunkami muzycznymi. O ile hard rock, folk i blues były na albumach Led Zeppelin normą, tak na opisywanym krążku znalazły się utwory, w których rockmani inspirowali się funkiem oraz reggae - i to z dobrym skutkiem. Pierwszy z tych kawałków to niesamowicie bujający "The Crunge". Czegoś takiego jeszcze panowie nie prezentowali i wyszło to naprawdę ciekawie. Nawet Plant śpiewa tutaj w niecodzienny dla siebie sposób świetnie uzupełniając funkową grę kolegów. Bardziej może zszokować "D'yer mak'er". Te fragmenty pozbawione zaostrzeń przeciwnikom reggae z pewnością nie przypadną do gustu, bardzo dobrze natomiast owe zaostrzenia wypadają. Po połączeniu brzmi to całkiem dobrze i świeżo, mimo że od nagrania tego kawałka minęło niemal 50 lat. A dalej nikt nie połączył reggae z rockiem z tak dobrym skutkiem.

Oczywiście album nie jest zbiorem różnorakich eksperymentów grupy z niecodziennymi dla nich gatunkami, bo dalej znajdziemy tu solidne hard rockowe granie. Idealnymi przykładami niech będą dwa skrajne numery na krążku. Czyli otwierający "The Song remains the same" oraz ostatni "the Ocean". W pierwszym z nich słuchać jaką muzycy czerpią radość ze wspólnego grania. Naprawdę chyba żaden utwór zespołu do tej pory nie sprawiał wrażenie tak radosnego. A przy tym każdy z instrumentalistów pokazuje swoje wysokie umiejętności. Podobnie jak Robert Plant na wokalu oczywiście. Finał albumu ze świetnym riffem mocno kojarzy mi się z "dwójką" zespołu i kawałek ten raczej nie zaniżył by oceny wspomnianego albumu gdyby zespół stworzył go kilka lat wcześniej. Jedyne do czego mogę się przyczepić w tym nagraniu to wyciszenie w środku - takich utworów się nie przerywa!

Jednak to jedyne typowe hard rockowe kawałki ma płycie. Reszta utworów jest już bardziej nietypowa, jednak świetna. Jako tako do hard rocka można zaliczyć "Over the Hills and far away", jednak dopiero od pewnego momentu, gdy do gry wchodzi gitara elektryczna ze świetnymi partiami oraz John Paul Jones na basie i Bonzo na perkusji. Do tamtej pory był to popis gitarzysty na akustyku - słychać, że Page jest fanem samego Roya Harpera.

Zespół chyba bardzo ciągnęło do bardziej tanecznej stylistyki, bo oprócz funkowego "the Crunge" stworzyli bardzo chwytliwy "Dancing Days" . Jak sama nazwa wskazuje, melodia stworzona przez muzyków idealnie pasuje do tańca- może nietypowe i średnio pasujące do albumu, a nawet całej twórczości, ale mi się ta kompozycja bardzo podoba.

Na poprzedniku zespół stworzył świetny, rozbudowany "Stairway to Heaven" i tym razem co prawda nie stworzyli czegoś aż tak doskonałego, ale coś bliskiego doskonałości już tak. I to dwa razy. Pierwszy z utworów jakie mam na myśli to przez większość czasu bardzo łagodny "the Rain Song" z pięknymi partiami Page'a i świetną delikatną linią wokalną Planta. Nie obyło się poraz kolejny bez świetnego przyspieszenia po pięciu minutach. Coś pięknego, a jedyne do czego mam zastrzeżenia to klawiszowe tło stworzone przez Jonesa, jednak nie razi ono jakoś drastycznie. Jeszcze wyżej cenie sobie przedostatni na płycie "No Quarter"- utrzymaną w średnim tempie kompozycję z genialnymi gitarowymi zagrywkami. Utwór opiera się jednak przede wszystkim na partiach instrumentów klawiszowych - tym razem niezwykle udanych. Warto wspomnieć o wokalu- Plant śpiewa momentami wręcz płaczliwie, jednak w utworze o dosyć posępnym nastroju brzmi to bardzo dobrze.

"Houses of the Holy" to album niesamowicie niedoceniany. Czemu tak jest, naprawdę ciężko powiedzieć, bo przecież znajdziemy tu zarówno hardrockowy czad jak i łagodne oblicze grupy, a nawet bardziej taneczne, co do tej pory było niespotykane. Faktem jest, że rozstrzał stylistyczny na całym albumie jest ogromny, ale kompozycje są na tyle udane, że nie powinno to przeszkadzać. Dla mnie płyta która razem z "trójką" bije się o trzecie miejsce moich ulubionych płyt zespołu.

9/10

Lista utworów:

  1. The Song remains the same 
  2. The Rain Song
  3. Over the Hills and far away
  4. The Crunge
  5. Dancing Days
  6. D'yer mak'er
  7. No Quarter
  8. The Ocean

czwartek, 19 maja 2022

Recenzja: Led Zeppelin- "Led Zeppelin IV"

 

Okładka albumu "Led Zeppelin IV" zespołu Led Zeppelin

"Czwórka" Led Zeppelin to album wielokrotnie wymieniany jako najlepsza płyta brytyjskiej legendy. Czy słusznie? Nie. Może i znajdziemy tu kilka naprawdę solidnych, ba, bardzo dobrych kawałków, ale o ile na poprzednich albumach zespół za każdym razem serwował coś nowego, z bardzo dobrym skutkiem, tak na opisywanym albumie, są to raczej patenty z poprzedników. Ale to nie eklektyzm czy równy poziom są powodem stawiania "IV" na piedestale, a największy hit w historii grupy, czyli genialne "Stairway to Heaven". Tym samym album dołącza do wielu innych płyt, które uznawane są za najlepsze w dyskografii wykonawcy, bo znajduje się tam najbardziej znany utwór ("Paranoid", "Machine Head", "Black album", "Ace of Spades"debiut Hendrixa i wiele innych).

Nie można odmówić oczywiście tej kompozycji swego geniuszu. Każda sekunda utworu nie jest tu zbędna. "Stairway to Heaven" zachwyca od folkowego, łagodnego początku, przez świetne wejście perkusyjne Bonhama i wspaniałą solówkę Jimiego, po hardrockową końcówkę. Wstyd nie znać tego wspaniałego utworu.

Po pierwszym akapicie można pomyśleć, że poza "schodami" znajdziemy tu sam autoplagiat, ale absolutnie tak nie jest, bo mimo czerpania ze zbliżonych pomysłów jak w przeszłości, ciężko pomylić je z innymi utworami grupy. Może pozostałe siedem utworów nie dorównuje największemu przebojowi grupy i odstaje poziomem również od kompozycji z dwóch pierwszych krążków, ale to dalej bardzo dobre numery. Weźmy choćby rozpoczynający album czadowy "Black dog"  fajnym riffem i "dialogiem" Planta z instrumentalistami. Kawałek słusznie stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy. Wiele energii dostarcza również kolejny "Rock and roll", momentami może sztampowy, ale i tak prezentujący się dobrze. Sztampowo i ogólnie średnio wypada także "Misty mountain hop", który jest jednym z mniej lubianych przeze mnie kompozycji na czwartym albumie Zeppelinów.

Miło, że zespół postanowił zadbać o miłośników folkowej części swojego poprzedniego albumu, bo w tym stylu utrzymane są dwa utwory. Pierwszy to "the Battle of Evermore", w którym Planta wokalnie wspomaga folkowa wokalistka Sandy Denny. Duet wypada całkiem nieźle, ale i tak najlepsze co w tym utworze dzieje się w warstwie instrumentalnej za sprawą partii Page'a na mandolinie. "Going to California" także urzeka folkowym klimatem i ładnym śpiewem wokalisty będąc jednym z lepszych momentów albumu.

Zdecydowanie ciekawym kawałkiem jest również kończący album "When the Levee breaks", w którym od samego początku wciąż się coś dzieje w warstwie instrumentalnej oraz usłyszymy tu partie Planta na harmonijce, do której mam słabość. Jedyne co bym tu zmienił, to mimo wszystko skrócił nagranie o minutę lub dwie, bo z czasem zaczyna nieco nużyć.

Mamy tu jeszcze "Four sticks" z dużą rolą sekcji rytmicznej, jednak ten numer szybko wypada z głowy i nie prezentuje nic nadzwyczajnego.

"Led Zeppelin IV" nie wytrzymuje porównania z poprzednimi krążkami, szczególnie dwoma pierwszymi, ale panowie i tak zaprezentowali nam bardzo udany, lecz nieidealny i nierówny album. 

8/10

Lista utworów

  1. Black dog
  2. Rock and roll
  3. The Battle of Evermore
  4. Stairway to Heaven
  5. Misty mountain hop
  6. Four sticks
  7. Going to California
  8. When the Levee breaks 

piątek, 6 maja 2022

Led Zeppelin- "Led Zeppelin III"

Okładka albumu "Led Zeppelin III" zespołu Led Zeppelin


"Trójka" Led Zeppelin to kolejny stylistyczny zwrot zespołu. O ile debiut to przede wszystkim blues rock zagrany z wielkim na tamte czasy ciężarem, a druga płyta to głównie kawałki hard rockowe, tak na opisywanym albumie brytyjski kwartet w dużej mierze skierował się w stronę folku. Ciężko, żeby było inaczej biorąc pod uwagę okoliczności towarzyszące powstaniu tego krążka. Główni autorzy materiału, Robert Plant i Jimi Page, na kilka tygodni zamieszkali w chacie w jednej z walijskich wsi pozbawieni przez ten czas dostępu do bieżącej wody czy prądu. Ostatecznie album dzieli się mniej więcej pół na pół na kawałki folkowe i te o mocniejszym brzmieniu, z udziałem instrumentów elektrycznych.

Album- podobnie jak poprzednika- otwiera jeden z największych przebojów zespołu. Tym razem jest to czadowy "Imigrant song" ze świetnym riffem i genialną partią wokalną Planta, a także jak zwykle zgraną sekcją rytmiczną w postaci Johna Paula Jonesa i "Bonzo" Bonhama. Bardzo szkoda, że kawałek nie jest choć trochę dłuższy.

Do tych najbardziej energicznych nagrań na krążku należy również czadowy "Celebration day" o nieco... tanecznym charakterze. Nie jest to co prawda jakieś funkowy czy popowy kawałek, ale sprawdził by się jako podkład do bardziej żywiołowych tańców. Znacznie słabiej wypada natomiast "Out on the Tiles", kolejny z bardziej energicznych numerów, ale jak na ten zespół, nagranie jest mocno przeciętne.

Genialnie za to wypada utwór, który znajduje się pomiędzy tymi rockerami. "Since I've been loving You" to przepiękne, bluesowe nagranie z jedną z najlepszych partii wokalnych Planta jakie kiedykolwiek nagrał na płytach Led Zeppelin. Ale nie tylko wokalista wspina się tu na wyżyny. Solówki Page'a są niesamowite, gra Bonhama na bębnach świetna jak zawsze, ale i John Paul Jones daje nam o sobie znać, tym razem nie na basie, a na instrumentach klawiszowych. Jeśli nie najlepszy utwór na płycie, to na pewno znajduje się na podium.

W pierwszej połowie albumu znajduje się także czarujący utwór "Friends" wzbogacony o chórki i urzekający nieco orientalnym klimatem.

Druga część albumu to już typowo akustyczne, folkowe granie. Moim ulubieńcem z tej połowy jest niesamowity "Tangerine" na którym partie gitary akustycznej mogą przywodzić na myśl folkowego muzyka Roya Harpera (którego twórczość z całego serca polecam, szczególnie genialny "Stormcock"), któremu zespół składa hołd w finałowym "Hats of to (Roy) Harper"- przeróbce folkowego standardu, który może nie porywa ale może zaintrygować "dziwnymi" dźwiękami. Odpycha za to "przytłumiony" śpiew wokalisty. 

Grupa na swoim trzecim albumie pokazuje folk od swojej bardziej żywiołowej strony kilkukrotnie. Spokojnie rozpoczyna się tradycyjny "Gallows pole", czasem jednak nabiera sporo mocy. Sporo energii zespół pokazuje również w autorskim "Bron-Y-Aur stomp", w którym noga sama zaczyna chodzić do rytmu.

Sporo dzieje się w "That's the Way", jednak jest to jedno z najspokojniejszych utworów na płycie. Problem z tym utworem jest taki, że... wypada zaraz bo świetnym "Tangerine", przez co mimo bycia niezłym nagraniem, numer wypada blado.

"Led Zeppelin III" był w chwili wydania niemałym zaskoczeniem zarówno dla fanów, jak i krytyków, a obecnie jest najsłabiej znany ze wszystkich "cyferek". Wielu fanów nie potrafi się przekonać do tego, że prekursor hard rocka nagle nagrał tak łagodny album. Led Zeppelin jednak nie należy do zespołów, które ciągle nagrywają kolejne kopie jednego albumu, a wciąż się rozwijał. Warto dać płycie szansę, bo mimo znacznej zmiany stylistyki, zespół dalej tworzy kawał genialnej muzyki, chociaż fakt, że album znacznie ustępuje dwóm poprzednim.

9/10

Lista utworów:

  1. Imigrant song
  2. Friends
  3. Celebration day
  4. Since I've been loving you
  5. Out on the Tiles
  6. Gallows Pole
  7. Tangerine
  8. That's the Way
  9. Bron-Y-Aur stomp
  10. Hats of to (Roy) Harper

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Led Zeppelin- "Led Zeppelin II"

 
Okładka albumu "Led Zeppelin II" zespołu Led Zeppelin

W ciągu niespełna roku od swojego wybitnego debiutu, chłopaki z Led Zeppelin, dość mocno zmienili stylistykę swojej muzyki. Na drugim albumie grupy nie dominuje już ciężko zagrany blues-rock, lecz muzyka bardziej pasująca do stylistyki hard-rockowej. Na tamten moment był to zresztą najostrzej zagrany album na świecie, popularnością przebijający nawet „jedynkę”.

Najpopularniejszym momentem albumu i zarazem najpopularniejszym w katalogu całej grupy zaraz po legendarnym „Stairway to Heaven” jest otwierający krążek „Whole lotta love” rozpoznawalny przede wszystkim dzięki słynnemu riffowi, zapadającemu w pamięć refrenowi oraz mocno eksperymentalnej części, brzmiącej wręcz nieco awangardowo.

Na świetnych riffach bazują także, bardzo popularny wśród słuchaczy „the lemon song” oraz „Heartbreaker”. Oba są wpadającymi w pamięć kawałkami nie pozbawionymi ciężaru, nośnej melodii i kilku zmian tempa czy motywu. Te trzy utwory stanowią zresztą moje ulubione kompozycje z całego krążka.

Łagodnie, już wcale nie hard rockowo wypadają dwa kawałki wypadające pomiędzy tymi energetycznymi utworami. „What is and what should never be” to przyjemny, żonglujący kilkoma fajnymi motywami kawałek, który jak już wejdzie do głowy ciężko go z niej wyrzucić. „Thank you” natomiast to najspokojniejsza na całym albumie ballada o pięknej melodii z udziałem gitary akustycznej.

Ostatnie cztery numery na drugim albumie „Zeppów” nie zachwycają mnie tak mocno, ale wciąż są to solidne rockowe kawałki. „LIving loving Maid (she’s just a Woman)” to przebojowy, nieco hard-rokowy kawałek z chwytliwą partią wokalną Planta. „Ramble on” to kolejny łagodniejszy fragment płyty, tak jak „Thank you” zawierający ładną partie na akustyku. Najgorzej z całej płyty wypada moim zdaniem przedostatni „Moby dick”, będący przede wszystkim solówką perkusyjną Johna Bonhama. Nie jestem fanem takich nagrań, co pisałem już w recenzji „Paranoid” Black Sabbath w czasie opisywania „Rat Salad”. Przyznać muszą jednak, że bardzo dobrze wypada początek i koniec utworu, gdy oprócz perkusji słyszymy grę Page’a i Jonesa.

Kolejny kontrowersyjny niesmak pozostawia finał albumu. „Bring it at home” to w dużej mierze plagiat tak samo nazwanej kompozycji Williego Dixona. To już nie pierwszy raz, gdy zespół wykorzystuje twórczość tego słynnego bluesmana do niecnych celów, bo przecież zrobili to już na debiucie. Także „Whole lotta love” mocno opiera się na „You need love” tegoż artysty. Po raz kolejny zespół mocno oparł się na muzyce Howlin’ Wolfa. Tym wykorzystano „Killing Floor” jako inspiracje do „the Lemon Song”. Po raz kolejny trzeba jednak oddać rockmanom, że zrobili z tymi utworami coś, czego na pewno nie zrobiliby autorzy. Więc kontrowersje kontrowersjami, ale nie można odmówić Led Zeppelin wykonawczego kunsztu.

Ciężko mi czasami stwierdzić który z albumów tego brytyjskiego kwartetu jest moim ulubionym, ale „II” jest w mojej najściślejszej czołówce i myślę, że razem z fantastycznym debiutem razem stoi na najwyższym stopniu podium.

10/10

Lista utworów:

  1. Whole Lotta love
  2. What is and what should never be
  3. Lemon song
  4. Thank you
  5. Heartbreaker
  6. Living loving maid (she's just a woman)
  7. Ramble on
  8. Moby dick
  9. Bring it at home

sobota, 9 kwietnia 2022

Led Zeppelin- "Led Zeppelin"

 

Okładka albumu "Led Zeppelin" zespołu Led Zeppelin

Druga połowa lat sześćdziesiątych i pierwsza połowa lat siedemdziesiątych to okres największego rozkwitu muzyki rockowej. Jednym z najbardziej wpływowych, a także najlepszych albumów tego czasu był wydany w 1969 roku, niezatytułowany debiut brytyjskiej grupy Led Zeppelin. Stylistycznie to niby popularny w tamtych czasach blues-rock, ale do tej pory nikt nie grał z taką energią i ciężarem jak ten wpływowy kwartet.

Genialna produkcja zwraca na siebie uwagę już w otwierającym album energetycznym „Good times, bad Times”. Produkujący płytę, gitarzysta grupy Jimi Page, nadał brzmieniu każdego instrumentu niezwykły ciężar, szczególnie mocarnie brzmią tu perkusyjne partie Johna „Bonzo” Bonhama. Mimo świetnego początku, dalej jest już tylko lepiej.

Na drugim na liście „Babe, I’m gonna leave you” zespół udanie łączy folkowe, akustyczne fragmenty z prawdziwie hard-rockowymi zaostrzeniami. O ile w poprzednim kawałku wokalista Robert Plant spisał się nieźle, tak tutaj jego śpiew jest genialny. Niestety z utworem wiąże się pewna kontrowersja. Zespół nieświadomy autorstwa folkowej artystki Anne Bredon, podpisał go jako „tradycyjny”. Autorka o przeróbce Anglików dowiedziała się ponoć od swojego syna wiele lat później, gdy ten zapytał się matki dlaczego wykonuje utwór Led Zeppelin na koncertach.

Jeszcze większe kontrowersje zbudziło przywłaszczenie sobie autorstwa „Dazed and confuzed”, świetnego, klimatycznego utworu pełnego niesamowitych popisów każdego z instrumentalistów, a i Plant prezentuje tu świetne partie wokalne. W oryginale skomponowany przez Jake’a Holmesa utwór w wykonaniu Led Zeppelin nabiera zupełnie nowego kształtu, więc mimo nieładnego zachowania zespołu, zdecydowanie warto zaznajomić się z tą wersją.

Między dwoma „kontrowersyjnymi” utworami znajduje się kolejna przeróbka, tym razem grane przez Williego Dixona „You shock me”, znane też w wykonaniu m.in. Jeff Beck group z wydanego rok wcześniej „Truth”. Tym razem panowie serwują nam kawał świetnego, ciężkiego bluesa, po raz kolejny zachwycającego genialnymi partiami każdego z muzyków.

Miłymi urozmaiceniami są znajdujące się kolejno na pozycji nr 5 i 6 „Your time is gonna come” i „Black Mountain side”. Pierwszy z nich opiera się przede wszystkim na klawiszowych partiach nagranych przez basistę Johna Paula Jonesa. Drugi natomiast, to płynnie przechodzący z poprzedniego utworu, genialny popis gitarowy Page’a, wspieranego przez hinduskiego muzyka Visama Jasani.

Po tych dwóch utworach następuje najszybszy, najbardziej energiczny „Communication Breakdown” opartego na bardzo dobrym riffie oraz udanej grze sekcji rytmicznej. Jest to swego rodzaju zapowiedź zespołów pokroju Thin Lizzy, a w dalszej perspektywie nurtu NWOBHM.

Ostatnie dwa utwory to kolejne przeróbki cudzych utworów. „I can’t quit you baby” to jeszcze jeden cover słynnego Williego Dixona, po raz kolejny nagrany ze znacznie większym ciężarem. Finałowy „How Many more Times” natomiast to jakby połączenie utworu „the Hunter” Alberta Kinga oraz „How many more Times” kolejnego słynnego bluesmana, Howlin’ Wolfa. Szczególnie finał albumu zachwycił mnie kolejnymi popisami muzyków. Warto też dodać, że Jimi Page, podobnie jak w „Dazed and confused” gra na gitarze…smyczkiem.

Mimo wszystkich, pozostawiających niesmak, kontrowersji dotyczących autorstwa niektórych kompozycji, pierwsza płyta Led Zeppelin, to jeden z moich ulubionych krążków jakie kiedykolwiek słyszałem. Po ponad 50-ciu latach, album wciąż brzmi świeżo, a do dzisiaj nagrano niewiele płyt brzmiących tak wyśmienicie, a przy tym zawierających tak wiele równego i genialnego materiału.

10/10

Lista utworów:

  1. Good times bad times
  2. Babe, I'm gonna leave you
  3. You shock me
  4. Dazed and confused
  5. Your time is gonna come
  6. Black mountain side
  7. Communication Breakdown
  8. I can't quit you babe
  9. How many more times