Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Genesis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Genesis. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 grudnia 2022

Recenzja: Genesis - "A Trick Of The Tail"

Okładka albumu "A Trick Of The Tail" zespołu Genesis


Po odejściu Petera Gabriela z Genesis, pozostali muzycy nie mieli łatwego zadania. Po pierwsze odszedł najbardziej charakterystyczny do tamtej pory członek zespołu, świetny wokalista i do tego najbardziej kreatywny muzyk w grupie. Po przesłuchaniu jednak kilkuset kandydatów na miejsce Gabriela, Banks, Collins, Hackett i Rutcherford wciąż nie mogli znaleźć odpowiedniego następcy. Tymczasem nadszedł moment gdy trzeba było wejść do studia by zarejestrować nowy materiał. Gdy przyszło do nagrywania ścieżek wokalnych, rolę wokalisty przejął Phil Collins, a od tego czasu w studiu Collins pełnił zarówno rolę wokalisty, jak i perkusisty, za to na koncertach zaproszono do współpracy Billa Bruforda oraz Chestera Thompsona.
Muzycznie jednak nie słychać wielkich zmian. Nie dość, że wokal Collinsa brzmi na tym albumie dość podobnie do wokalu Gabriela, to jeszcze muzycy wyraźnie nawiązują do swoich wcześniejszych dzieł, z tym że niekoniecznie udanie. Największą zmianę czuć w melodiach, które są jakby jeszcze bardziej chwytliwe niż za czasów poprzedniego wokalisty. Wciąż jednak słychać ten baśniowo bajkowy klimat.

Prawie każdy utwór na albumie opiera się na podobnym patencie, najpierw całkiem przebojowa lub spokojniesza część, a na koniec część instrumentalna, często udana, tyle że prawie w każdym przypadku sztucznie przedłużana. Do tych energicznych i chwytliwych numerów zaliczają się "Squonk" i "Robbery, Assault and Battery". Za to do tych nawiązujących do wcześniejszych dokonań grupy za sprawą bajkowych klimatów należą bardzo ładny "Entangled", "Mad Man Moon" i "Ripples". Gdzieś pomiędzy tymi dwoma grupami leży bardzo fajny "Dance on a Volcano". Większość z tych utworów z resztą byłaby bardziej udana gdyby nie wydłużano ich na siłę w częściach instrumentalnych, w których nie dzieje się wiele ciekawego. Od całego schematu odchodzą dwa ostatnie utwory. Tytułowy to całkiem fajny, przebojowy i zwarty kawałek, za to finałowy, instrumentalny "Los Endos" ma swoje momenty, ale nie uważam, że stało by się coś złego, gdyby go zabrakło.

Pierwszy album Genesis po odejściu Petera Gabriela to krążek wywołujący we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony część zawartego tu materiału to dość niezłe kawałki w częściach "właściwych", ale jednak brzmią one w większości jak powtórka z rozrywki, a do tego gorsza. Na plus, że melodie stały się bardziej przebojowe. Wszystko jednak zepsuto na siłę wciskając długie popisy, które wcale nie są ciekawe.

6/10

Lista utworów:
  1. Dance on a Volcano
  2. Entangled
  3. Squonk
  4. Mad Man Moon
  5. Robbery, Assault and Battery
  6. Ripples
  7. A Trick of the Tail
  8. Los Endos 

poniedziałek, 31 października 2022

Recenzja: Genesis - "The Lamb Lies Down on Broadway"

Okładka albumu "The Lamb Lies Down on Broadway" zespołu Genesis


Czasami bywa tak, że mimo odnoszonych sukcesów, muzycy mają dość pewnych konwencji. Tak właśnie stało się w pewnym momencie z Genesis. Na swoim szóstym studyjnym albumie grupa znacząco odchodzi od swojego wypracowanego, "bajkowego" stylu na rzecz krótszych, często nie trwających nawet trzy minuty kompozycji. Na kształt albumu mocno wpłynęło na pewno także to, że Peter Gabriel wyraźnie oddalał się od grupy i osobno tworzył on, a osobno jego koledzy. Nie brzmi to raczej zbyt zachęcająco dla fanów wcześniejszej twórczości zespołu czy ogólnie fanów rocka progresywnego, ale mimo wszystko "The Lamb Lies Down on Broadway" to album całkiem udany... tyle że za długi.
Album ten trwa ponad 90 minut i co za tym idzie jest to album dwupłytowy. Zwykle lepiej oceniana jest ta pierwsza płyta z takimi utworami jak rozpoczęty inspirowanym muzyką klasyczną wstępem utwór tytułowy, rozbudowany "In the Cage" albo zadziorny "Back in NYC". Świetnie wypada także oparty na kontraście dwóch części - balladowej i ostrzejszej - "Fly On A Windshield", a także piękna ballada ",Carpet Crawlers". Całkiem niezłe są też rockowy "Broadway Melody of 1974", spokojnieszy "Cuckoo Cocoon", chwytliwy "The Grand Parade Of Lifeless Packaging", "The Chamber Of 32 Doors" ze świetnym wstępem, w także początkowo poprockowy "Counting Out Time", w którym jednak muzycy później ciekawie kombinują. Jest jeszcze nie najgorszy utwór instrumentalny z fajnymi gitarowymi partiami Hacketta - "Hairless Heart".

Druga płyta ma już gorsze oceny, ale i tu znajdą się miłe dla ucha kawałki, tyle że nie tak charakterystyczne. Fajnie się słucha choćby zadziorny "Lilywhite Lilith", początkowo piosenkowy, lecz nabierający pazura "Anyway", "Silent Sorrow In Empty Rooms" z jakby sakralnym wstępem, piosenkowy "The Light Dies Down On Broadway" czy balladę "In the Rapids". Najciekawszą kompozycją na drugiej płycie jest jednak genialne "The Lamia". Jest to ballada ze świetną partią wokalną Gabriela, posiadająca jednak bardzo udane zaostrzenia. Interesująco wypada też instrumentalny "The Waiting Room". To z kolei najbardziej nietypowe nagranie na albumie. Od pierwszych dźwięków utwór ten przyciąga uwagę swoim niepokojącym, strasznym klimatem. Muszę tu też pochwalić Phila Collinsa za bardzo fajną grę na perkusji. Artyści nie poradzili sobie natomiast z ośmiominutowym i podzielonym na trzy części "The Colony Of Slippermen". O ile poszczególne fragmenty całej kompozycji wypadają nieźle, to często są nie do końca do siebie pasujące. Po tym właśnie utworze słyszymy "kosmiczną" miniaturę "Ravine", która mimo bycia ciekawym urozmaiceniem nie wiem czy pasuje na ten album. Można jeszcze wyróżnić finałowy "It", który szybko wpada w ucho. Reszta zamieszczonych tu nagrań z kolei już wypada nijako.

Trudno winić zespół o drastyczną zmianę stylu. Biorąc pod uwagę wewnętrzne problemy grupy, a także to, że obrana wcześniej stylistyka nie jest niewyczerpana, mogę wręcz muzyków Genesis pochwalić za próbę sprawdzenia się w czymś innym. Wyszło bardzo dobrze i przy okazji album ten może być zapowiedzią dla muzyki, którą zespół będzie grać już po odejściu Petera Gabriela. Największą wadą jest oczywiście długość, bo muzycznie wypada dobrze i nawet większość tych słabszych numerów nie jest taka zła.

7/10

Lista utworów:

CD1
  1. The Lamb Lies Down on Broadway
  2. Fly On A Windshield
  3. Broadway Melody of 1974
  4.  Cuckoo Cocoon
  5. In the Cage
  6. The Grand Parade Of Lifeless Packaging 
  7. Back in NYC
  8. Hairless Heart
  9. Counting Out Time
  10. Carpet Crawlers
  11. The Chamber Of 32 Doors
CD2
  1. Lilywhite Lilith
  2. The Waiting Room
  3. Anyway
  4. Here Comes the Supernatural Anaesthetist
  5. The Lamia
  6. Silent Sorrow In Empty Rooms
  7. The Colony Of Slippermen
  8. Ravine
  9. The Light Dies Down On Broadway 
  10. Riding the Scree
  11. In the Rapids 
  12. It

sobota, 8 października 2022

Recenzja: Genesis - "Selling England by the Pound"

Okładka albumu "Selling England by the Pound" zespołu Genesis

Po niezłych wynikach sprzedażowych czwartego w dyskografii "Foxtrot", zespół Genesis stanął przed wyzwaniem pobicia tego sukcesu. Grupa jednak nie zdecydowała się na drogę, którą szły inni członkowie wielkiej szóstki, lecz uznali, że skoro to co znalazło się na "Foxtrot" wypaliło, to być może warto spróbować podobnych środków podobnie.

I tak jak do tej pory, Gabriel i spółka postawili na połączenie muzyki rockowej z folkiem czy muzyką dawną tworząc baśniowy klimat. Nie brakuje tu jednak momentów zadziornych, wręcz hardrockowych. W takim "Dancing With the Moonlit Knight" taka mocniejsza część jest bardzo udana, a sam utwór posiada świetne, ładne melodie. Podobnie rozbudowany "Firth Of Fifth" także opiera się na wielu typowych dla grupy rozwiązań. Brzmi jednak przy tym wciąż oryginalnie i jest to na ten moment moja ulubiona kompozycja z albumu. A to co Hackett wyprawia w pewnym momencie na gitarze, to już coś niesamowitego.

Inny z bardziej rozbudowanych utworów, "The Battle Of Epping Forest" także posiada dobre momenty, ale sam utwór jest niezbyt spójny. Choćby na początku, gdy po spokojnym wstępie następuje niespodziewanie bardziej energiczna część. Ostatni z długich utworów, "The cinema show" prezentuje się bardziej zwarcie, posiada wiele uroku dzięki partiom na flecie, a część instrumentalna wypada znakomicie. 

Między tymi kolosami znajdują się jeszcze inne, mniej rozbudowane ale także udane nagrania. "I Know what I Like" posiada mroczny wstęp, który jednak został zesputy w dalszej części utworu. Wciąż jednak jest to kompozycja całkiem dobra. "More Fool Me" to w zasadzie utwór średni, ale mogący się podobać fanom akustycznego grania i fanom śpiewu Phila Collinsa, bo to właśnie perkusista ponownie stanął za mikrofonem zamiast Petera Gabriela. "After the Ordeal" to bardzo mi się podobający utwór instrumentalny najpierw opierający się na ładnych partiach gitary akustycznej, a potem posiadający genialne partie na elektryku.  Całości dopełnia natomiast spinający całość klamrą "Aisle of Plenty".

"Selling England by the Pound" wprawdzie nie wprowadza w twórczość Genesis wielkich zmian, bo wciąż jest to bazowanie na tych samych patentach co choćby na poprzednim "Foxtrot"; a jednak jest to album różny od poprzednich, posiadający wiele zalet - od udanych motywów (choć nie zawsze sprawnie się łączących), przez świetny jak zwykle baśniowy klimat, po wykonanie. Ciężko tu wyróżnić szczególnie któregokolwiek z muzyków, jednak fanów hard rocka mogę zachęcić bardzo udanymi partiami gitarzysty Genesis, Steve'a Hacketta. Myślę że opisywany krążek to jedno ze szczytowych osiągnięć zespołu, a nawet jedno z lepszych w całym gatunku.

8/10

Lista utworów:

  1. Dancing With the Moonlit Knight
  2. I Know what I Like 
  3. Firth Of Fifth
  4. More Fool Me
  5. The Battle Of Epping Forest
  6. After the Ordeal
  7. The Cinema show
  8. Aisle of Plenty

wtorek, 23 sierpnia 2022

Recenzja: Genesis - "Foxtrot"

Okładka albumu "Foxtrot" zespołu Genesis


Genesis to ten zespół z wielkiej szóstki rocka progresywnego, która szerokie uznanie zdobyła właściwie najpóźniej. Nie jest to wina samych muzyków, lecz raczej wytwórni, która olała sprawę promocji dobrych "Trespass" i "Nursery Cryme". Dopiero przy kolejnym "Foxtrot" wytwórnia zrozumiała, że warto wypromować ten zespół, dzięki czemu czwarty ich album w końcu trafił do notowań na bardziej znaczących rynkach niż Włochy i Belgia.

Promocja promocją, ale prawda jest taka, że muzyka zawarta na "Foxtrot" sama w sobie także się broni. Teoretycznie niewiele tu nowości, bo wciąż utwory zespołu opierają się przede wszystkim na ładnych melodiach i magicznym baśniowym klimacie jak ma to miejsce w "Watcher of the Skies" z bardzo udaną partią wokalną Petera Gabriela albo "Can-utility And The Coustliners" w którym muzycy stworzyli klimat chyba jeszcze bardziej bajkowy za pomocą klawiszy czy fletu, a także w bardzo ładnej instrumentalnej miniaturce "Horizons".

Na pewno mocnym fragmentem całości jest "Get 'Em Out By Friday" z ciekawą grą sekcji rytmicznej, a także z udziałem instrumentów dętych i jednej z lepszych warstw wokalnych na albumie. Nieco słabiej wypada ballada "Time Table", ale także jest fajna. Najmocniejszym momentem całości jest jednak najdłuższy na albumie i w całej historii zespołu "Supper's Ready". Co prawda pierwsze minuty nie zapowiadają nic nadzwyczajnego, za to w dalszej części utworu robi znacznie ciekawiej. Słyszymy tu zarówno szybką, rockową grę, jak i fragmenty subtelne czy folkowe. Nie jest to wg mnie utwór lepszy od "The Knife" z drugiego albumu grupy, ale także bardzo, bardzo udany.

Jak na zespół progresywny, w Genesis nie słuchać tak wielkiego progresu z albumu na album jak było to słyszalne w Pink Floyd, King Crimson czy Jethro Tull - wciąż grupa tworzy utwory melodyjne, rozbudowane i obdarzone wybornym klimatem. Prawda jest jednak taka, że tej zespół jest mistrzem tego typu grania i nie kojarzę żeby jakiś inny wykonawca nagrał w podobnej stylistyce coś lepszego niż "Foxtrot" albo dwa wcześniejsze albumy Genesis.

8/10

Lista utworów:
  1. Watcher of the Skies
  2. Time Table
  3. Get 'Em Out By Friday 
  4. Can-utility And The Coustliners
  5. Horizons
  6. Supper's Ready

środa, 20 lipca 2022

Recenzja: Genesis - "Nursery Cryme"

Okładka albumu "Nursery Cryme" zespołu Genesis

Od czasu "Trespass" w Genesis sporo się zmieniło. Po pierwsze do zespołu dołączyli gitarzysta Steve Hackett oraz perkusista Phil Collins w miejsce Anthonego Philipsa i Johna Mayhew. Po drugie grupa jeszcze bardziej zmieniła styl, aczkolwiek zmiana ta nie jest aż tak widoczna jak pomiędzy debiutem, a drugim albumem. Album ten przez fanów grupy darzony jest wielkim uwielbieniem, ja osobiście jednak odrobinę wyżej cenię "Trespass", choć w moim przypadku jest to może podyktowane sentymentem, gdyż drugi album Genesis był pierwszym albumem zespołu jaki usłyszałem w całości, a "The Knife" to ścisła czołówka moich ulubionych kompozycji i to nie tylko w twórczości tej grupy.

Na "Nursery Cryme" znajdziemy jednak co najmniej dwie kompozycje, które wspomnianej kompozycji nie ustępują aż tak bardzo. Przede wszystkim jest to otwierający całość rozbudowany "The Musical Box", który zaczyna się łagodnie, by po minucie zacząć się ciekawie rozwijać, a po czterech minutach miewa wręcz hardrockowe momenty. Drugi z tych najmocniejszych utworów to z olei kompozycja, która album kończy, czyli "The Fontain Of Salmacis" z początkiem przywodzącym ma myśl King Crimson z okresu dwóch pierwszych albumów. Co prawda potem skojarzenia nie są aż tak wyraźne, ale melotron pełni tam niemałą rolę, a sam utwór jest naprawdę dobry.

Całkiem dobrze prezentuje się też trzeci z bardziej rozbudowanych utworów, "The Return of the Giant Hogweed", w którym Peter Gabriel prezentuje świetną, zadziorną partie wokalną. Dobrze wypada też krótki debiut Collinsa jako wokalisty w łagodnym, półtora minutowym "For Absent Friends" i "Seven Stones" ze spokojnym początkiem, a dosyć chwytliwy "Harold The Barrel" także nie jest zły. Jedynym ewidentnie słabszym momentem jest tu "Herlequin" z  chóralnym wokalem.

"Nursery Cryme" to album bardzo przyzwoity, a nawet dobry, kult jakim jest obdarzany też jest dla mnie w miarę zrozumiały , jednak mimo, że na albumie tym przeszkadza mi jedynie jeden utwór, to nie uważam tego krążka za niewiadomo jak ogromne arcydzieło. Niemniej fani rocka progresywnego powinni się z nim zapoznać, bo trzeci album Genesis wywarł niemały wpływ na zespołu neo-progresywne, które mają spore grono fanów i reprezentantów włoskiej sceny progresywnej.

7/10

Lista utworów:

  1. The Musical Box
  2. For Absent Friends
  3. The Return of the Giant Hogweed
  4. Seven Stones
  5. Harold The Barrel
  6. Harlequin
  7. The Fountain Of Salmacis

czwartek, 16 czerwca 2022

Recenzja: Genesis - "Trespass"

Okładka albumu "Trespass" zespołu Genesis

Od niezbyt udanego debiutu Genesis, do wydania kolejnego albumu - "Trespass" - minęły dwa lata. Przez ten czas zespół zakończył współpracę ze swoim menadżerem, co mogło wyjść tylko na dobre. W końcu zespół miał szansę zacząć spełniać swoje wysokie ambicję i zaprezentować w pełni swoje umiejętności. 

Album składa się z sześciu, dosyć długich, w większości znacząco różniących się od utworów z debiutu. Chociaż sam początek albumu, a konkretnie pierwsze chwile otwierającego płytę "Looking for Someone" wcale nie zapowiadają mocnego odejścia od debiutanckiej stylistyki. Dopiero nieco później kawałek staje się bardziej rozbudowany, gdy zespół zaczyna sporo kombinować ze zmianami tempa czy motywów. O wiele lepiej brzmią też aranżacje utworów klawiszowych czy fletu. Z "From Genesis to Revelation" kojarzyć się może też najsłabszy "Visions of Angels". Nie jest to co prawda krótka, piosenkową forma, ale całość jest złożona właśnie z kilku takich fragmentów. Mimo, że uważam utwór za najsłabszy, to nie jest też jakiś tragiczny, słucha się nie najgorzej, szczególnie ze względu na wokal.

Poza wokalem Petera Gabriela najbardziej na płycie podobają mi się partię gitarowe. Te są bardzo mocną stroną choćby "White Mountain" ze spokojnym i bardzo fajnym gitarowym początkiem, czy w "Stagnation" z podobnym wstępem. W tym drugim przypadku mocnym punktem są także hipnotyzujące partie klawiszowe, a sam utwór także posiada jeszcze bardziej intrygujący baśniowy klimat, niż reszta utworów. Gitary grają sporą rolę również w wyróżniającym się "Dusk", które zostało wzbogacone przez chóralne wokale, te jednak nie podobają mi się zbytnio i wolę fragmenty, gdy Gabriel śpiewa solo.

Tak jak i sam zespół, najlepsze zostawiłem na koniec. Finałowy "the Knife" to najlepszy kawałek na płycie i jeden z najlepszych z całej dyskografii grupy. Świetny organowy początek brzmi prawie hard rockowo i mocno przywodzi na myśl choćby Uriah Heep. Co ciekawe wspomniana grupa debiutowała w momencie gdy Genesis zaczęło nagrywać "Trespass", wątpliwe więc, że zespół skradł ten patent kolegom po fachu. Każdy z muzyków daje tu popis swoich umiejętności. Doskonały popis daje tu po raz kolejny Peter Gabriel i to nie tylko wokalnie, bo nieźle wypada zwolnienie z grą na flecie wokalisty. Najlepsze jednak co w tym utworze dzieje się po wspomnianym zwolnieniu, gdy możemy zachwycać się gitarowymi popisami.

"Trespass" wielokrotnie nazywany jest tym "właściwym" debiutem Genesis i w sumie słusznie. Po pierwsze album ten jest o wiele bardziej udany od poprzednika. Po drugie to dopiero tutaj muzycy zaczęli ukazywać swoje ambitniejsze oblicze, dzięki któremu kilka lat później zostali zakwalifikowani do Wielkiej szóstki rocka progresywnego. A to wciąż przecież dopiero początki i z czasem grupa rozwinie się jeszcze bardziej. Wstyd jednak nazywać się fanem rocka progresywnego i nie znać tego świetnego krążka.

8/10

Lista utworów:

  1. Looking for Someone
  2. White Mountain
  3. Visions of Angels
  4. Stagnation
  5. Dusk
  6. The Knife

sobota, 28 maja 2022

Recenzja: Genesis - "From Genesis to Revelation"

 

Okładka albumu "From Genesis to Revelation" zespołu Genesis

Genesis to kolejny zespół z "Wielkiej szóstki rocka progresywnego", który pojawił się w moich recenzjach, jednak podobnie jak w przypadku Jethro Tull, ich pierwszy album z rockiem progresywnym miał niewiele wspólnego, a nawet jeśli porówna się go z innymi płytami wydanymi w świetnym dla muzyki roku 1969, brzmi jakby był nagrany dużo wcześniej, co jest całkowitym przeciwieństwem progresji. Nie do końca jednak należy za to winić sam zespół. Po pierwsze muzycy mieli wtedy po kilkanaście lat i byli mało doświadczeni w branży, więc ich decyzje miały prawo nie być do końca trafne i wręcz fatalnym pomysłem było powierzenie roli producenta oraz równocześnie menadżera Jonathanowi Kingowi, który ambicje muzyków mocno stłumił każąc im grać bardziej melodyjnie i w stylu, który był popularny kilka lat wcześniej, co było decyzją fatalną biorąc pod uwagę w jakim zawrotnym tempie muzyka rozwijała się w tamtych czasach, gdzie nawet dwa lata to była ogromna przepaść.

Nie mniej, mimo mocno przestarzałego brzmienia i średnio udanych kompozycji, ten album ma w sobie coś co sprawia, że dawniej słuchało mi się go w miarę przyjemnie, chociaż nie na tyle aby wracać do tego albumu częściej niż raz na kilka tygodni. Zwykłe urokliwe granie i niewiele ponad to. Obecnie chyba nawet kilka tygodni przerwy między odsłuchami może się okazać za mało.

Całkiem miło słucha mi się obdarzonego baśniowym klimatem "Where the Sour Turns to Sweet", zawierający wyrazistą linię basu "In the Beggining", w którym słyszymy zalążek specyficznego śpiewu Petera Gabriela znanego z późniejszych albumów czy klimatycznego "Window". Żadnego z wymienionych utworów nie nazwałbym jednak arcydziełem.

Jakiś zalążek pomysłowości młodych muzyków można usłyszeć w kilku innych utworach, jak "Fireside song" z urzekającym, inspirowanym muzyką klasyczną klawiszowym motywem na początku utworu, który jednak wypada dość nijako jeśli chodzi o całokształt. W "the Serpent" za to właściwa część utworu mocno oderwana jest od intrygującego wstępu. Mimo to jest to i tak jedno z ciekawszych nagrań. Podobnie ma się rzecz z "The Conqueror". Tutaj także słyszymy ciekawy początek na gitarze po którym słyszymy"mroczne" partie klawiszowe, za to potem utwór robi się zbyt pozytywny i to z kolei jest niezbyt dobry fragment płyty. 

Na albumie zbyt częsty jest jeden element, który wielokrotnie odrzucał mnie od płyt z lat 60. czyli archaicznie brzmiące wokale, w szczególności ciężkostrawne są dla mnie archaiczne chórki. I w przypadku Genesis z debiutu te też mocno obniżają radość ze słuchania, choćby w "Am I very wrong?", "In limbo" i "Iilent sun". To niestety nie są jedyne słabsze nagrania, bo za takie obecnie uznaję również zalatujący popem "In the Wilderness", staroświeckie "In Hidding" i "A place to call my own".

Debiut Genesis to jeden z najsłabszych startów ze wszystkich zespołów, które później zdobyły dużą popularność oraz spełniły się artystycznie. Mimo że kiedyś ten krążek lubiłem, to nie sądzę aby mieli go poznawać osoby nie będące wielkimi fanami zespołu lub nie fascynujące się tylko i wyłącznie końcówką lat 60. (choć w tym przypadku i tak znajdzie się wiele ciekawszych płyt) lub rockiem progresywnym (w tym przypadku także). Słychać tu jakiś potencjał, jednak został stłumiony przez niewłaściwe osoby.

5/10

Lista utworów:

  1. Where the Sour Turns to Sweet
  2. In the Beggining
  3. Fireside song
  4. The Serpent
  5. Am I very wrong?
  6. In the Wilderness
  7. The Conqueror
  8. In Hidding
  9. One day
  10. Window
  11. In limbo
  12. Silent sun
  13. A place to call my name