- Dance on a Volcano
- Entangled
- Squonk
- Mad Man Moon
- Robbery, Assault and Battery
- Ripples
- A Trick of the Tail
- Los Endos
czwartek, 8 grudnia 2022
Recenzja: Genesis - "A Trick Of The Tail"
poniedziałek, 31 października 2022
Recenzja: Genesis - "The Lamb Lies Down on Broadway"
- The Lamb Lies Down on Broadway
- Fly On A Windshield
- Broadway Melody of 1974
- Cuckoo Cocoon
- In the Cage
- The Grand Parade Of Lifeless Packaging
- Back in NYC
- Hairless Heart
- Counting Out Time
- Carpet Crawlers
- The Chamber Of 32 Doors
- Lilywhite Lilith
- The Waiting Room
- Anyway
- Here Comes the Supernatural Anaesthetist
- The Lamia
- Silent Sorrow In Empty Rooms
- The Colony Of Slippermen
- Ravine
- The Light Dies Down On Broadway
- Riding the Scree
- In the Rapids
- It
sobota, 8 października 2022
Recenzja: Genesis - "Selling England by the Pound"
Po niezłych wynikach sprzedażowych czwartego w dyskografii "Foxtrot", zespół Genesis stanął przed wyzwaniem pobicia tego sukcesu. Grupa jednak nie zdecydowała się na drogę, którą szły inni członkowie wielkiej szóstki, lecz uznali, że skoro to co znalazło się na "Foxtrot" wypaliło, to być może warto spróbować podobnych środków podobnie.
I tak jak do tej pory, Gabriel i spółka postawili na połączenie muzyki rockowej z folkiem czy muzyką dawną tworząc baśniowy klimat. Nie brakuje tu jednak momentów zadziornych, wręcz hardrockowych. W takim "Dancing With the Moonlit Knight" taka mocniejsza część jest bardzo udana, a sam utwór posiada świetne, ładne melodie. Podobnie rozbudowany "Firth Of Fifth" także opiera się na wielu typowych dla grupy rozwiązań. Brzmi jednak przy tym wciąż oryginalnie i jest to na ten moment moja ulubiona kompozycja z albumu. A to co Hackett wyprawia w pewnym momencie na gitarze, to już coś niesamowitego.
Inny z bardziej rozbudowanych utworów, "The Battle Of Epping Forest" także posiada dobre momenty, ale sam utwór jest niezbyt spójny. Choćby na początku, gdy po spokojnym wstępie następuje niespodziewanie bardziej energiczna część. Ostatni z długich utworów, "The cinema show" prezentuje się bardziej zwarcie, posiada wiele uroku dzięki partiom na flecie, a część instrumentalna wypada znakomicie.
Między tymi kolosami znajdują się jeszcze inne, mniej rozbudowane ale także udane nagrania. "I Know what I Like" posiada mroczny wstęp, który jednak został zesputy w dalszej części utworu. Wciąż jednak jest to kompozycja całkiem dobra. "More Fool Me" to w zasadzie utwór średni, ale mogący się podobać fanom akustycznego grania i fanom śpiewu Phila Collinsa, bo to właśnie perkusista ponownie stanął za mikrofonem zamiast Petera Gabriela. "After the Ordeal" to bardzo mi się podobający utwór instrumentalny najpierw opierający się na ładnych partiach gitary akustycznej, a potem posiadający genialne partie na elektryku. Całości dopełnia natomiast spinający całość klamrą "Aisle of Plenty".
"Selling England by the Pound" wprawdzie nie wprowadza w twórczość Genesis wielkich zmian, bo wciąż jest to bazowanie na tych samych patentach co choćby na poprzednim "Foxtrot"; a jednak jest to album różny od poprzednich, posiadający wiele zalet - od udanych motywów (choć nie zawsze sprawnie się łączących), przez świetny jak zwykle baśniowy klimat, po wykonanie. Ciężko tu wyróżnić szczególnie któregokolwiek z muzyków, jednak fanów hard rocka mogę zachęcić bardzo udanymi partiami gitarzysty Genesis, Steve'a Hacketta. Myślę że opisywany krążek to jedno ze szczytowych osiągnięć zespołu, a nawet jedno z lepszych w całym gatunku.
8/10
Lista utworów:
- Dancing With the Moonlit Knight
- I Know what I Like
- Firth Of Fifth
- More Fool Me
- The Battle Of Epping Forest
- After the Ordeal
- The Cinema show
- Aisle of Plenty
wtorek, 23 sierpnia 2022
Recenzja: Genesis - "Foxtrot"
- Watcher of the Skies
- Time Table
- Get 'Em Out By Friday
- Can-utility And The Coustliners
- Horizons
- Supper's Ready
środa, 20 lipca 2022
Recenzja: Genesis - "Nursery Cryme"
Od czasu "Trespass" w Genesis sporo się zmieniło. Po pierwsze do zespołu dołączyli gitarzysta Steve Hackett oraz perkusista Phil Collins w miejsce Anthonego Philipsa i Johna Mayhew. Po drugie grupa jeszcze bardziej zmieniła styl, aczkolwiek zmiana ta nie jest aż tak widoczna jak pomiędzy debiutem, a drugim albumem. Album ten przez fanów grupy darzony jest wielkim uwielbieniem, ja osobiście jednak odrobinę wyżej cenię "Trespass", choć w moim przypadku jest to może podyktowane sentymentem, gdyż drugi album Genesis był pierwszym albumem zespołu jaki usłyszałem w całości, a "The Knife" to ścisła czołówka moich ulubionych kompozycji i to nie tylko w twórczości tej grupy.
Na "Nursery Cryme" znajdziemy jednak co najmniej dwie kompozycje, które wspomnianej kompozycji nie ustępują aż tak bardzo. Przede wszystkim jest to otwierający całość rozbudowany "The Musical Box", który zaczyna się łagodnie, by po minucie zacząć się ciekawie rozwijać, a po czterech minutach miewa wręcz hardrockowe momenty. Drugi z tych najmocniejszych utworów to z olei kompozycja, która album kończy, czyli "The Fontain Of Salmacis" z początkiem przywodzącym ma myśl King Crimson z okresu dwóch pierwszych albumów. Co prawda potem skojarzenia nie są aż tak wyraźne, ale melotron pełni tam niemałą rolę, a sam utwór jest naprawdę dobry.
Całkiem dobrze prezentuje się też trzeci z bardziej rozbudowanych utworów, "The Return of the Giant Hogweed", w którym Peter Gabriel prezentuje świetną, zadziorną partie wokalną. Dobrze wypada też krótki debiut Collinsa jako wokalisty w łagodnym, półtora minutowym "For Absent Friends" i "Seven Stones" ze spokojnym początkiem, a dosyć chwytliwy "Harold The Barrel" także nie jest zły. Jedynym ewidentnie słabszym momentem jest tu "Herlequin" z chóralnym wokalem.
"Nursery Cryme" to album bardzo przyzwoity, a nawet dobry, kult jakim jest obdarzany też jest dla mnie w miarę zrozumiały , jednak mimo, że na albumie tym przeszkadza mi jedynie jeden utwór, to nie uważam tego krążka za niewiadomo jak ogromne arcydzieło. Niemniej fani rocka progresywnego powinni się z nim zapoznać, bo trzeci album Genesis wywarł niemały wpływ na zespołu neo-progresywne, które mają spore grono fanów i reprezentantów włoskiej sceny progresywnej.
7/10
Lista utworów:
- The Musical Box
- For Absent Friends
- The Return of the Giant Hogweed
- Seven Stones
- Harold The Barrel
- Harlequin
- The Fountain Of Salmacis
czwartek, 16 czerwca 2022
Recenzja: Genesis - "Trespass"
Od niezbyt udanego debiutu Genesis, do wydania kolejnego albumu - "Trespass" - minęły dwa lata. Przez ten czas zespół zakończył współpracę ze swoim menadżerem, co mogło wyjść tylko na dobre. W końcu zespół miał szansę zacząć spełniać swoje wysokie ambicję i zaprezentować w pełni swoje umiejętności.
Album składa się z sześciu, dosyć długich, w większości znacząco różniących się od utworów z debiutu. Chociaż sam początek albumu, a konkretnie pierwsze chwile otwierającego płytę "Looking for Someone" wcale nie zapowiadają mocnego odejścia od debiutanckiej stylistyki. Dopiero nieco później kawałek staje się bardziej rozbudowany, gdy zespół zaczyna sporo kombinować ze zmianami tempa czy motywów. O wiele lepiej brzmią też aranżacje utworów klawiszowych czy fletu. Z "From Genesis to Revelation" kojarzyć się może też najsłabszy "Visions of Angels". Nie jest to co prawda krótka, piosenkową forma, ale całość jest złożona właśnie z kilku takich fragmentów. Mimo, że uważam utwór za najsłabszy, to nie jest też jakiś tragiczny, słucha się nie najgorzej, szczególnie ze względu na wokal.
Poza wokalem Petera Gabriela najbardziej na płycie podobają mi się partię gitarowe. Te są bardzo mocną stroną choćby "White Mountain" ze spokojnym i bardzo fajnym gitarowym początkiem, czy w "Stagnation" z podobnym wstępem. W tym drugim przypadku mocnym punktem są także hipnotyzujące partie klawiszowe, a sam utwór także posiada jeszcze bardziej intrygujący baśniowy klimat, niż reszta utworów. Gitary grają sporą rolę również w wyróżniającym się "Dusk", które zostało wzbogacone przez chóralne wokale, te jednak nie podobają mi się zbytnio i wolę fragmenty, gdy Gabriel śpiewa solo.
Tak jak i sam zespół, najlepsze zostawiłem na koniec. Finałowy "the Knife" to najlepszy kawałek na płycie i jeden z najlepszych z całej dyskografii grupy. Świetny organowy początek brzmi prawie hard rockowo i mocno przywodzi na myśl choćby Uriah Heep. Co ciekawe wspomniana grupa debiutowała w momencie gdy Genesis zaczęło nagrywać "Trespass", wątpliwe więc, że zespół skradł ten patent kolegom po fachu. Każdy z muzyków daje tu popis swoich umiejętności. Doskonały popis daje tu po raz kolejny Peter Gabriel i to nie tylko wokalnie, bo nieźle wypada zwolnienie z grą na flecie wokalisty. Najlepsze jednak co w tym utworze dzieje się po wspomnianym zwolnieniu, gdy możemy zachwycać się gitarowymi popisami.
"Trespass" wielokrotnie nazywany jest tym "właściwym" debiutem Genesis i w sumie słusznie. Po pierwsze album ten jest o wiele bardziej udany od poprzednika. Po drugie to dopiero tutaj muzycy zaczęli ukazywać swoje ambitniejsze oblicze, dzięki któremu kilka lat później zostali zakwalifikowani do Wielkiej szóstki rocka progresywnego. A to wciąż przecież dopiero początki i z czasem grupa rozwinie się jeszcze bardziej. Wstyd jednak nazywać się fanem rocka progresywnego i nie znać tego świetnego krążka.
8/10
Lista utworów:
- Looking for Someone
- White Mountain
- Visions of Angels
- Stagnation
- Dusk
- The Knife
sobota, 28 maja 2022
Recenzja: Genesis - "From Genesis to Revelation"
Genesis to kolejny zespół z "Wielkiej szóstki rocka progresywnego", który pojawił się w moich recenzjach, jednak podobnie jak w przypadku Jethro Tull, ich pierwszy album z rockiem progresywnym miał niewiele wspólnego, a nawet jeśli porówna się go z innymi płytami wydanymi w świetnym dla muzyki roku 1969, brzmi jakby był nagrany dużo wcześniej, co jest całkowitym przeciwieństwem progresji. Nie do końca jednak należy za to winić sam zespół. Po pierwsze muzycy mieli wtedy po kilkanaście lat i byli mało doświadczeni w branży, więc ich decyzje miały prawo nie być do końca trafne i wręcz fatalnym pomysłem było powierzenie roli producenta oraz równocześnie menadżera Jonathanowi Kingowi, który ambicje muzyków mocno stłumił każąc im grać bardziej melodyjnie i w stylu, który był popularny kilka lat wcześniej, co było decyzją fatalną biorąc pod uwagę w jakim zawrotnym tempie muzyka rozwijała się w tamtych czasach, gdzie nawet dwa lata to była ogromna przepaść.
Nie mniej, mimo mocno przestarzałego brzmienia i średnio udanych kompozycji, ten album ma w sobie coś co sprawia, że dawniej słuchało mi się go w miarę przyjemnie, chociaż nie na tyle aby wracać do tego albumu częściej niż raz na kilka tygodni. Zwykłe urokliwe granie i niewiele ponad to. Obecnie chyba nawet kilka tygodni przerwy między odsłuchami może się okazać za mało.
Całkiem miło słucha mi się obdarzonego baśniowym klimatem "Where the Sour Turns to Sweet", zawierający wyrazistą linię basu "In the Beggining", w którym słyszymy zalążek specyficznego śpiewu Petera Gabriela znanego z późniejszych albumów czy klimatycznego "Window". Żadnego z wymienionych utworów nie nazwałbym jednak arcydziełem.
Jakiś zalążek pomysłowości młodych muzyków można usłyszeć w kilku innych utworach, jak "Fireside song" z urzekającym, inspirowanym muzyką klasyczną klawiszowym motywem na początku utworu, który jednak wypada dość nijako jeśli chodzi o całokształt. W "the Serpent" za to właściwa część utworu mocno oderwana jest od intrygującego wstępu. Mimo to jest to i tak jedno z ciekawszych nagrań. Podobnie ma się rzecz z "The Conqueror". Tutaj także słyszymy ciekawy początek na gitarze po którym słyszymy"mroczne" partie klawiszowe, za to potem utwór robi się zbyt pozytywny i to z kolei jest niezbyt dobry fragment płyty.
Na albumie zbyt częsty jest jeden element, który wielokrotnie odrzucał mnie od płyt z lat 60. czyli archaicznie brzmiące wokale, w szczególności ciężkostrawne są dla mnie archaiczne chórki. I w przypadku Genesis z debiutu te też mocno obniżają radość ze słuchania, choćby w "Am I very wrong?", "In limbo" i "Iilent sun". To niestety nie są jedyne słabsze nagrania, bo za takie obecnie uznaję również zalatujący popem "In the Wilderness", staroświeckie "In Hidding" i "A place to call my own".
Debiut Genesis to jeden z najsłabszych startów ze wszystkich zespołów, które później zdobyły dużą popularność oraz spełniły się artystycznie. Mimo że kiedyś ten krążek lubiłem, to nie sądzę aby mieli go poznawać osoby nie będące wielkimi fanami zespołu lub nie fascynujące się tylko i wyłącznie końcówką lat 60. (choć w tym przypadku i tak znajdzie się wiele ciekawszych płyt) lub rockiem progresywnym (w tym przypadku także). Słychać tu jakiś potencjał, jednak został stłumiony przez niewłaściwe osoby.
5/10
Lista utworów:
- Where the Sour Turns to Sweet
- In the Beggining
- Fireside song
- The Serpent
- Am I very wrong?
- In the Wilderness
- The Conqueror
- In Hidding
- One day
- Window
- In limbo
- Silent sun
- A place to call my name






