Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thrash metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thrash metal. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2022

Recenzja: Metallica - "Hardwired... To Self-Detruct"

Okładka albumu "Hardwired... To Self-Detruct" zespołu Metallica

Fani Metalliki z pewnością muszą się wykazywać cierpliwością. Ich ukochany zespół lubi zrobić sobie dłuższą przerwę między kolejnymi albumami, a między dwoma (jeszcze) ostatnimi krążkami minęło 8 lat. Często słyszy się opinie, że jest to najcięższy album od czasów debiutu. Takie stwierdzenie dla mnie jest bardzo przesadzone, a przez wygładzone brzmienie nie brzmi jakoś mocniej niż "Death Magnetic" o "St. Anger" i albumach nr 2,3 i może 4 nie wspominając. Czy brzmienie jest wadą czy może zaletą, to raczej subiektywne odczucie, jednak muzycy na tym albumie podążyli nie do końca słuszną drogą, którą wybrało też choćby Iron Maiden, czyli niepotrzebne wydłużanie kompozycji.

Najbardziej zwięzły, ale też nie wyróżniający się jakoś mocno jest agresywny otwieracz trwający około 3 minuty. Być może kawałek ten prezentował by się lepiej z bardziej surowym brzmieniem z trzech pierwszych albumów zespołu. "Hardwired" jest najsłabszym kawałkiem z pierwszej płyty (album jest dwupłytowy) obok "Dream No More" nasuwającym lekkie skojarzenia z "Sad But True", jednak nie tak udanym i sztucznie przedłużanym. Nie pomaga też tutaj wokal, który brzmi jak lekko przetworzony. Znacznie lepiej wypadają posiadający dosyć przebojowym refren "Atlas, Rise", także przebojowy - jeden z moich faworytów - "Moth into Flame" oraz posiadający kroczący riff "Now That We're Dead". Każdy z tych trzech utworów został zresztą wydany na singlach, podobnie jak otwieracz i kończący pierwszą płytę "Halo on Fire". Ten ostatni to chyba moja ulubiona kompozycja z całego albumu. Jest to półballada posiadająca udane zaostrzenia, szczególnie mocno podoba mi się końcówka utworu.

Druga płyta jest już mniej ciekawa, ale znajdą się tu utwory solidne. Najlepiej wg mnie wypadają dwa ostatnie utwory na płycie: "Murder One" i najbardziej agresywny "Spit Out The Bone". Całkiem nieźle wypada też chwytliwy "Confusion" oraz "Here Comes Revenge" oba jednak ponownie są za długie, a ten drugi dodatkowo posiada wstęp dosyć mocno zalatujący "Lepper Messiah" z "Master od Puppets". Bardziej nijako za to prezentują się "ManUNKind" i kojarzący się z "Loadami" "Am I Savage".

Ostatni do tej pory album pionierów thrash metalu na pewno nie jest takim na takim poziomie co pierwsze 5-6 albumów zespołu. Znajdziemy tu kilka ciekawych, agresywniejszych ale też bardziej stonowanych utworów. Szkoda jednak, że muzycy postanowili niepotrzebnie tak przedłużać swoje utwory i w rezultacie cały album. Gdyby zrezygnować z dwóch kawałków o których pisałem w poprzednim akapicie oraz skrócić pozostałe, to powstałby całkiem dobry w swojej stylistyce niespełna godzinny album. Niestety członkowie Mety postanowili inaczej, przez co przychodzą momenty, że ma się ochotę wyłączyć płytę (zwykle tą drugą).

6/10

Lista utworów:

  1. Hardwired
  2. Atlas, Rise
  3. Now That We're Dead
  4. Moth into Flame
  5. Dream No More
  6. Halo on Fire
  7. Confusion
  8. ManUNKind
  9. Here Comes Revenge
  10. Am I Savage
  11. Murder One
  12. Spit Out The Bone 

poniedziałek, 14 listopada 2022

Recenzja: Metallica - "Death Magnetic"

Okładka albumu "Death Magnetic" zespołu Metallica

"Death Magnetic" to kolejny już po "loudach" i "St Anger" wywołujący bardzo skrajne emocje album kalifornijskiej czwórki. Po fatalnym przyjęciu tego ostatniego zespół zdał sobie sprawę, że wciąż eksperymentując nie uzyskają przychylności fanów. Hetfield, Hammet i Urlich wraz z nowym basistą, Robem Trujillo, podjęli decyzję o powrocie do swojego najlepszego w karierze okresu, czyli gdy nagrali "Ride the Lightning", "Master of Puppets" i "...and Justice for All".

Tyle, że sam album nie jest tak udany jak trzy powyższe. Zespół po raz kolejny poszedł bardziej w ilość niż w jakość. Krążek trwa ponad godzinę, średni czas trwania każdego z 10 utworów wynosi około 7 minut, a motywy w nich zawarte - pomimo, że często bardzo fajne - pozlepiane są momentami bez żadnego ładu. Sama budowa albumu sugeruje także, że muzycy mocno wzorowali się na płytach ze swojego najlepszego okresu i tak jak "Fight fire With Fire", "Battery" i "Blackened", tak "That was Just Your Life" to rozpędzony, thrashowy otwieracz z łagodniejszym wstępem. Jako czwarta występuje półballada "The Day That Never Comes" mocno jednak ustępująca "Fade to Black", "One" i "Welcome Home (Sanitarium)". A mówiąc wprost jest po prostu nijaka, choć początek był w miarę obiecujący. Innym oczywistym nawiązaniem jest długi instrumental "Suicide & Redemption" mający swoje dobre momenty ale nie dorównujący pierwowzorom. Także końcówka albumu jest podobna do finału trzeciego i czwartego albumu, bo zespół serwuje nam najbardziej agresywny na płycie "My Apocalypse". Nie jest to może najlepszy moment albumu ale wypada nieźle.

Na tle całości wyróżniają się przede wszystkim dwa utwory: łączący duży ciężar ze świetną melodią i udanymi partiami nowego basisty "Cyanide", a także klimatycznie się rozpoczynający "All Nightmare Long" ze świetnym, chyba najbardziej zapadającym w pamięci refrenem. Oba te kawałki cieszą się zresztą największą popularnością na koncertach Metalliki. Nieźle brzmią też posiadający fajne riffy "The End of the Line" oraz ciężki ale melodyjny "Broken, Beat & Scarred". Ten ostatni jednak jest zanadto rozwleczony. Blado wypada za to "Unforgiven III" ze wstępem na pianinie oraz "The Judas Kiss". Ten ostatni jest szczególnie słaby.

"Death Magnetic" to z jednej strony dla wielu fanów powrót do najbardziej przez nich lubianej stylistyki ukochanego zespołu, ale z drugiej to tylko zbiór solidnych, ale mało wyróżniających się utworów. To co Metallica zagrała na tym albumie, było już wykonane lepiej 20 lat wcześniej. Do tego na koniec przyczepić się muszę do członka, do którego zawsze najwięcej jest pretensji, czyli do Larsa Urlicha. O ile w przeszłości jego partie wcale nie były takie tragiczne jak się mówi, tak tutaj jego gra jest banalnie prosta, a to że perkusja tak mocno wybija się tu na wierzch pogarsza słuchanie albumu.

6/10

Lista utworów:

  1. That was Just Your Life
  2. The End of the Line
  3. Broken, Beat & Scarred 
  4. The Day That Never Comes
  5. All Nightmare Long
  6. Cyanide
  7. Unforgiven III
  8. The Judas Kiss
  9. Suicide & Redemption 
  10. My Apocalypse 

poniedziałek, 13 czerwca 2022

Recenzja: Hunter - "T.E.L.I..."

 

Okładka albumu "T.E.L.I..." zespołu Hunter

Trzeci album polskiego Huntera jest albumem dla grupy niezwykle kluczowym. Od tego momentu zespół nagrywał na swoje albumy tylko i wyłącznie utwory zaśpiewane po Polsku oraz niemal całkowicie okrzepł charakterystyczny styl bandu ze Szczytna. Dodatkowo to właśnie na "T.E.L.I..." słychać coraz bardziej istotną rolę Michała Jelonka. Dziś trzecia płyta zespołu cieszy się wręcz kultem ze strony fanów zespołu i sam przez długi czas uważałem ja za arcydzieło i najlepsze co Hunter nagrał. Dziś zdanie o tym krążku znacząco się zmieniło.

Sam album przyniósł nam jeden ogromny hit koncertowy i kilka mniejszych, ale także wśród fanów bardzo cenionych. Ten najbardziej rozpoznawalny utwór z płyty to oczywiście świetny utwór tytułowy, który jako jeden z niewielu kawałków z tej płyty po czasie cenię prawie tak samo mocno jak w momencie poznania zespołu 5 lat temu. Główną siłą zarówno tego numeru jak i całej płyty są interesujące i dające pole do interpretacji teksty wokalisty grupy, Draka, jednak w tym przypadku także muzycznie jest całkiem nieźle. To prawda, riff nie należy do najbardziej oryginalnych w historii gatunku, sama kompozycja też jest raczej prosta, ale mimo to ciężko mi przerwać słuchanie. A budowanie napięcia przed ostatnim, porażającym gniewem refrenem jest niesamowite.

Do bardziej znanych (choć niekoniecznie lepszych) fragmentów płyty należy utrzymana w średnim tempie i oparta na ciężkim riffie "Białoczerw", szybcy "Wyznawcy", na swój sposób chwytliwy "Płytki dołek" i najbardziej pokręcone na całym albumie "Osiem". W przypadku pierwszego z wymienionych utworów, moje spojrzenie na niego stało się bardziej krytyczne, za to w przypadku prawie finałowego "Osiem" było odwrotnie. Na pewno grupę należy docenić za inwencję w tym utworze. W końcu kto spodziewał się, że głównym tematem metalowego utworu stanie się motyw z zabawy w "Stary niedźwiedź mocno śpi"? Ogromną rolę w tym prawie progresywnym utworze pełni Michał Jelonek, który nie tylko ma tutaj dosyć istotny fragment instrumentalny, ale i udziela się (powiedzmy) wokalnie gdy groźnym, strasznym głosem wypowiada kilka wersów. Mniej oryginalnie zespół postąpił w kwestii tytułu, prawdopodobnie chcąc powtórzyć patent z poprzedniej płyty przy "Siedem (Medeis)". Tym razem jeśli dobrze zrozumiałem intencję muzyków tytuł można także wypowiadać jako "Mięso".

Na wyróżnienie zasługują wg mnie także dwa utrzymane w średnim lub wolnym tempie numery: bardzo lubiany przeze mnie "Krzyk kamieni" z tekstem nawiązującym do ataku na Word Trade Center oraz zawierający zaostrzenia "$$$$$$$". A jeszcze lepiej wypada "NieRaj" z emocjonalną warstwą wokalną oraz kolejnym tekstem, który można interpretować po swojemu czy to jako skierowany do ludzi u władzy, czy do Boga (lub bogów - myślę, że Drak pisząc tekst nie myślał dokładnie o "naszym" chrześcijańskim Bogu, lecz każdej sile wyższej niezależnie od wyznania), a inne osoby być może odnajdą tu inne znaczenie.

Całkiem nieźle, choć nie wybitnie wypada również "Przy Wódce" z kolejnymi dwuznacznymi wersami i niesamowitym koncertowym potencjałem oraz najspokojniejsze na płycie i chyba najładniejsze w całej dyskografii grupy "Między niebem a piekłem". Za kompletnie zbędne uważam za to "Wersety" z niezłym co prawda riffem, jednak całościowo jest to utwór nijaki.

"T.E.L.I..." mocno straciło w moich oczach od czasów gdy zaopatrzyłem się w ten krążek kilka lat temu. Wciąż są tu momenty dobre, więcej jednak średnich lub słabych, niektóre elementy zdają się być zbyt podobne do czegoś co słyszeliśmy na płycie wcześniej. Wyróżnić muszę natomiast lidera zespołu jako tekściarza, bo to właśnie tutaj zaczął się niezwykle rozwijać pod tym względem, umiejętnie bawiąc się słowami, umieszczając zgrabne aluzje czy metafory, a z czasem coraz bardziej bawiąc się w słowotwórstwo. Z jednej strony rozumiem zachwyty fanów nad tą płytą, bo miała szczególny status także u mnie, z drugiej jednak widzę tu teraz zbyt wiele braków by wystawić ocenę porównywalną z poprzednim "Medeis".

6/10

Lista utworów:

  1. Intro
  2. T.E.L.I...
  3. Wersety
  4. Białoczerw
  5. NieRaj
  6. Krzyk kamieni
  7. Wyznawcy
  8. $$$$$$$
  9. Płytki dołek
  10. Przy wódce
  11. Pomiędzy niebem a piekłem
  12. Osiem
  13. Outro


środa, 25 maja 2022

Recenzja: Hunter - "Medeis"

 

Okładka albumu "Medeis" zespołu Hunter


O ile na debiutanckim "Requiem" Hunter zdradzał pewne zalążki własnego stylu, to na wydanym aż 8 lat później "Medeis" ten styl już niemal całkowicie się wykrystalizował. Na pewno miały na to wpływ pewne zmiany w zespole, a mianowicie dołączenie do grupy Piotra "Pita" Kędzierzawkiego i przede wszystkim skrzypka Michała Jelonka, który obecnie jest najbardziej rozpoznawalnym - zaraz po wokaliście grupy - członkiem zespołu. Jednak jeszcze na tym albumie zespół jakby dopiero nieśmiało wprowadza Jelonka w swoją muzykę i ten stanie się ważniejszą postacią dopiero później. A co do samej płyty, to ta obecnie uważana jest za najlepszą w historii zespołu. Chyba nie sądzą tak sami muzycy, bo ci po utwory z "Medeis" sięgają niezbyt często na swoich koncertach. Sam będąc wśród publiczności na trzech koncertach Huntera, utwory z Medeis usłyszałem zaledwie trzy razy.

I były to dwa najbardziej rozpoznawalne utwory grupy z tego albumu. Na swoim pierwszym koncercie zespołu niestety nie miałem przyjemności usłyszeć ani jednego kawałka z tego krążka. Po raz pierwszy usłyszałem je na Polandrocku w 2019, gdzie zespół zagrał "Fallen" oraz "Kiedy umieram". Ostatnim moim koncertem był występ zespołu na 3majówce kilka tygodni temu, gdzie zespół ponownie zagrał "Kiedy umieram", tyle że...po Ukraińsku.

Oba kawałki są dosyć zbliżone do siebie stylistycznie i zaczynają się łagodnie, żeby potem nabrać zadziorności. Oba są bardzo udane i oba miały okazję przez jakiś czas lecieć na Vivie! Co prawda z tego co się dowiedziałem dopiero po godzinie 23, ale jednak. Sam bardziej cenie pacyfistyczny "Kiedy umieram" od którego zacząłem zapoznawanie się z twórczością bandu, ale i "Fallen" jest całkiem niezły, chociaż angielski Grzegorczyka jest delikatnie mówiąc nie najlepszy.

W dwóch największych hitach z płyty muzycy postawili bardziej na komercyjny potencjał nagrywając coś, co mogłaby nagrać Metallica z okresu "Load" i "ReLoad", za to w reszcie utworów zespół postanowił nieco nadać własnego charakteru. Dobrym przykładem może być miażdżąca klimatem i ciężarem "Fantastmagoria". Moc w połączeniu z niepokojącą atmosferą, czynią ten numer jednym z najlepszych utworów jaki Hunter kiedykolwiek nagrał. Więcej, jeden z najlepszych utworów jakie powstały kiedykolwiek w polskim metalu. To właśnie tu po raz pierwszy Michał Jelonek daje wyraźniej o sobie znać dodatkowo wzbogacając i tak mistyczny klimat, podobnie jak wzbogacona o dodatkowe głosy w tle partia wokalna. Całkiem fajny klimat (chociaż znacznie ustępujący "Fantastmagorii") grupa zbudowała także w posiadającym ciężki ale też melodyjny riff "Greed". Niestety ale tutaj także może zaboleć akcent Draka, a refren odstaje od reszty utworu, jednak to nie razi aż tak. 

Trochę się przyczepiłem do wokalisty za jego akcent, ale w pozostałych utworach z angielskim tekstem nie jest z tym tak źle. Całkiem znośne brzmi on w łagodniejszym, choć nie pozbawionym zaostrzeń "Why?" z prostymi ale przy tym świetnie brzmiącymi partiami gitary w zwrotkach i chórkami w tle. Co ciekawe angielski wokal najlepiej wypada w tych szybszych, energicznych, niemal punkowych nagraniach w rodzaju "So..." i "Mirror of war". Oba są jednymi ze słabszych nagrań na płycie, ale "So..." mimo wszystko jest całkiem niezłe za sprawą ogromnej energii. No może drugiemu z wymienionych kawałków także energii nie brakuje, ale wypada bardziej blado. Najwięcej zastrzeżeń mam jednak do utrzymanego w podobnej stylistyce "Nikt"- jak dla mnie zbędny numer, ale przynajmniej trwa zaledwie 2 minuty. Jakoś średnio jestem przekonany również to utrzymanej w średnim tempie "Loży szyderców" z niepokojącymi wokalizami po refrenie. Całość jak dla mnie jest zbyt rozwleczona i nijaka. 

O wiele lepiej prezentuje się mroczny i ciężki "Grabaszsz" z riffem mogącym kojarzyć się z amerykańską legendą thrashu - Slayerem. Odbiór może utrudnić zbyt podniosły wokal w zwrotkach, jednak instrumentalnie jest to świetna kompozycja pełna bardzo udanych zagrywek, głównie gitarowych, ale i tu mamy okazję usłyszeć skrzypce. Jednak swój geniusz muzycy pokazali w utworze prawie tytułowym "Siedem (Medeis)", któremu możnaby przylepić nawet łatkę metalu progresywnego. Ok, może na wyrost, ale skoro Dream Theater jest nazywany zespołem progresywnym, to czemu nie mogę nazywać tak kompozycji posiadającej wiele zmian tempa i motywów, urozmaiceń czy zróżnicowanej partii wokalnej, od łagodnego śpiewu lub szeptu, po krzyk w zaostrzeniach i przy tym nie wydłużającej się w nieskończoność? 

"Medeis" do dzisiaj cieszy się dużym szacunkiem wśród polskich metalowców i uznawana jest za ostatnią przed "sprzedaniem się" płytą zespołu. Nie wiem czym to sprzedanie się objawia, bo przecież od trzeciej płyty grupa nie zacznie nagrywać wesołych piosenek o miłości, za to będzie swój styl tylko rozwijać. Ale zgadzam się, że drugi krążek kapeli ze Szczytna to jedno z ich największych osiągnięć i jedno z większych w polskim metalu. Szkoda, że grupa nie wybiła się zagranicą, bo grała (i gra wciąż) jednak inaczej niż zachodnie grupy i do tego z bardzo dobrym skutkiem.

8/10

Lista utworów:

  1. Fallen
  2. Fantastmagoria
  3. So...
  4. Greed
  5. Grabaszsz
  6. Mirror of War
  7. Siedem (Medeis)
  8. Why?
  9. Nikt
  10. Loża szyderców
  11. Kiedy umieram

czwartek, 12 maja 2022

Metallica- "...And Justice for All"

Okładka albumu "...And Justice for All" zespołu Metallica


Z nagrywaniem czwartego albumu zespołu Metallica wiąże się tragiczna historia. W czasie trasy promującej poprzedni "Master of Puppets" autokar wiozący członków zespołu miał wypadek, w wyniku którego zginął basista grupy -Cliff Burton. W czasie poślizgu autobusu muzyk wypadł przez okno i został zgnieciony przez pojazd. Poniósł śmierć na miejscu w wieku zaledwie 24 lat.
Dla zespołu był to ogromny cios. Pojawiały się nawet głosy, że zespół bez swojego przyjaciela i niezwykle cennego członka zespołu- jedynego posiadającego jakieś muzyczne wykształcenie- jest na skraju rozpadu. Na szczęście dla milionów fanów zespołu i całego metalu tak się nie stało, a zespół znalazł następcę świetnego basisty w postaci charyzmatycznego, nikomu szerzej wówczas nieznanemu Jasona Newsteda. W związku z powyższym należy wspomnieć o chyba największej kontrowersji związanej z albumem. Na krążku praktycznie nie słychać basu. Tłumaczone było to tak, że wyciszono partie nowego członka zespołu, żeby mógł pokazać na co go stać na koncertach. Prawda jest jednak taka, że Newsted do samego odejścia z Metalliki w 2001 basista nie czuł się tak ważną częścią zespołu jak na to liczył, co można przeczytać choćby w biografii lidera metalowej legendy, Jamesa Hetfielda "Człowiek z metalu".

Brak Burtona jest mocno odczuwalny. Wcześniej to właśnie on wnosił najwięcej inwencji w komponowane utwory. Tymczasem na "And Justice..." niektóre z utworów są zanadto rozwleczone, niektóre motywy zbyt długo powtarzane i zdecydowanie płycie nie zaszkodziłoby skrócenie czasu trwania. Ponad godzina czasu, to jednak za dużo.

Jeszcze na początku nie jest z tym tak źle. Zaczynający się odrobinę spokojniejszym wstępem (tym razem nie akustycznym) "Blackened" to świetna nawalanka, która poziomem niewiele ustępuje swoim odpowiednikom z poprzednich albumów, nawet świetnemu "Battery".

Znacznie bardziej chłopaki "odlecieli" w kolejnym, prawie 10-cio minutowym utworze tytułowym. Nigdy nie przepadałem za tym kawałkiem i tak zostało do tej pory. Za dużo tu tego wszystkiego. Mało co się ze sobą klei i gdyby kawałek trwał do pięciu minut, jakoś bym go przełknął, ale trwa dwa razy dłużej i w rezultacie utwór jest zbyt męczący. Podobne zarzuty mam do instrumentalnego utworu o podobnym czasie trwania- "To live is to Die". Kompozycja za długo się rozkręca, mimo że akustyczny i spokojny początek brzmi całkiem dobrze. Reszta utworu jest utrzymana w średnim tempie o ciężkim brzmieniu. Faktycznie znajdzie się kilka ciekawych gitarowych motywów, ale to wciąż utwór, który znacząco ustępuje każdemu z instrumentali z poprzednich albumów.

Nie znaczy to, że każdy ze znajdujących się tu utworów jest gorszy od kawałków z poprzedników. "One" to pół ballada o poziomie dorównującym świetnym "Fade to Black" oraz "Welcome home (sanitarium)". Jest to jednocześnie najpopularniejszy numer z całego albumu. Spowodowane jest to przede wszystkim promocją. "One" to pierwszy utwór Metalliki, do którego nakręcono teledysk. Ale i muzycznie jest to niezwykle udana kompozycja.

Dawniej bardzo lubiłem "Harvester of Sorrow". Teraz jednak kompozycja wydaje mi się zbyt nijaka i ciężki riff, który kiedyś uwielbiałem, teraz wydaje mi się taki...zwyczajny. Bez tego czegoś. Odmienne uczucia mam za to do następującego po nim "the Frayed ends of sanity", który po dzisiejszym odsłuchu albumu znacznie zyskał. Wstęp może wydawać się odrobinę zbyt podniosły, ale riffy oraz linia wokalna (szczególnie w refrenie) są bardzo chwytliwe. Innym z mocniejszych punktów krążka jest zamykający całość "Dyers eye"- jeszcze mocniejszy od i tak ciężkiego "Blackened". Zespół w końcu nie sili się na "progresywne" zagrywki i gra mocno, ciężko i szybko, czyli tak jak grupa najlepiej potrafi. Nie znaczy to, że to zwykła prosto nawalanka, bo i tak znajdziemy tu parę zmian motywów. 

Całości dopełniają dwa średniaki: posiadający w sumie nie najgorszą, ale też nie charakteryzującą się niczym ciekawym "Eye of beholder" oraz jeden z szybszych numerów na płycie "the shortest straw"  z nijaką solówką gitarową.

"...And Justice for All" to album ze sporym potencjałem. Przy lepszym dopracowaniu i selekcji niektórych motywów mógłby to być krążek swoim poziomem zbliżony do dwóch świetnych poprzedników. Zespół jednak nie poradził sobie z zadaniem nagrania bardziej progresywnego albumu bez swojego kluczowego kolegi. Niestety ale na ostatnich albumach po raz kolejny grupa wolała iść w ilość/długość niż w jakość.

7/10

Lista utworów:
  1. Blackened
  2. ...And Justice for All
  3. Eye of the beholder
  4. One
  5. The shortest straw
  6. Harvester of Sorrow
  7. The Frayed ends of sanity
  8. To live is to Die
  9. Dyers eye

czwartek, 5 maja 2022

Hunter- "Requiem"

 

Okładka albumu "Requiem" zespołu Hunter

Hunter to zespół, który miałem w planach do recenzji, ale dopiero za jakiś czas, gdy napisałbym już recenzje albumów amerykańskich thrash metalowców (Metallica, Slayer, Testament, Pantera) i raczej też dwóch prekursorów tego gatunku w Polsce (Turbo, KAT). Jednak zobaczenie zespołu po raz kolejny na tegorocznej 3Majówce we Wrocławiu zachęciło mnie, aby plany nieco zmienić.

Hunter to polska grupa metalowa grająca na pograniczu heavy i thrash metalu, z elementami doom metalu czy... muzyki klasycznej, choć to ostatnie na kolejnych albumach i dotyczy przede wszystkim partii na skrzypcach utalentowanego i charyzmatycznego Michała Jelonka, który dołączy do kapeli kilka lat później. Grupa sama swoją muzykę nazywa "metalem duszy"- soul metalem. I faktycznie muzyka tworzona przez szczytnicki zespół jest dosyć trudna do sklasyfikowania, a przy tym całkiem oryginalna oraz jak na swój gatunek przystępna. Oprócz oryginalnego podejścia do muzyki, Hunter charakteryzuje się także swoimi tekstami- specyficznymi, nieraz kontrowersyjnymi, czasem dającymi szerokie pole do interpretacji. Jednak na obu tych polach zespół rozwinie się przede wszystkim na kolejnych swoich dziełach - debiut jest jeszcze dosyć zachowawczy, choć i tu widać pewien potencjał.

Debiut zespołu pod tytułem "Requiem" został nagrany aż 10 lat po założeniu zespołu, więc panowie mieli masę czasu na szlifowanie swoich utworów. W części utworów z debiutu słychać, że ten czas został należycie wykorzystany, jednak znajdzie się tu parę niedociągnięć czy wypełniaczy.

Do najmocniejszych momentów na albumie na pewno należy utrzymany w średnim tempie otwierający album "Misery". Cały utwór utrzymany jest w mrocznym, posępnym klimacie a główny riff, mimo że brzmi ciężko, jest całkiem chwytliwy- coś pokroju tego z "Sad but true" Metalliki...tyle że mimo wszystko słabszy. Już tutaj mamy do czynienia z charakterystycznym stylem solówek wczesnego Huntera nagrywanych przez jedynego stałego członka kapeli, Pawła "Draka" Grzegorczyka, który oprócz szarpania strun, w zespole odpowiada za wokal-jeden z najbardziej charakterystycznych i najlepszych na polskiej scenie metalowej.

Najpopularniejszym kawałkiem jest natomiast prawie 7-mio minutowy "Freedom" dawniej będący prawdziwym koncertowym klasykiem, dzięki refrenowi idealnie nadającemu się do śpiewania przez publiczność. Sam utwór, podobnie jak "Misery", utrzymany jest w średnim tempie, lecz jest bardziej rozbudowany i melodyjny. Zawiera kilka ciekawych motywów, wprawdzie dosyć do siebie podobnych ale dzięki temu każdy kolejny wpasowuje się w całość utworu.

Moimi faworytami natomiast dwa inne rozbudowane kawałki: "Żniwiarze umysłów" oraz utwór tytułowy. Pierwszy z nich to niezwykle mroczny numer zaczynający się odgłosami burzy (mało oryginalne, ale i tak stwarza to świetny klimat), chyba najbardziej "progresywny" z całej płyty zawierający sporo zmian tempa czy motywów. Wyjątkowo na tej płycie napisany po polsku tekst może odrzucić osoby, które nie miały styczności z lirykami kapel grających cięższe odmiany metalu, jednak dla takiej perełki warto to "przełknąć". "Requiem" za to to nagranie już mniej klimatyczne, za to także potrafiące przyprawić o gęsią skórkę. Mimo ciężaru ten utwór zawiera naprawdę sporą dawkę melodii, przede wszystkim w refrenie który musiał na koncertach robić niemałe zamieszanie. Pisząc o "Requiem" trzeba napisać także o trzech kolejnych "utworach". "War" to niezła, choć za długa kontynuacja utworu tytułowego. "Amen" to niespełna minutowa miniatura zawierająca wyśpiewane kilkukrotnie tytułowe słowa na tle nastrojowej muzyki. Czy to potrzebne? Moim zdaniem nie. Niby nadaje "klimatu" ale równocześnie patosu i niejednego słuchacza może przyprawić o zakłopotanie. Całkowicie zbędne natomiast było "Ultimate silence", które zgodnie z tytułem jest...tak, absolutną ciszą. Po co to, to ja nie wiem, ale przynajmniej trwa tylko 23 sekundy po których ponownie słyszymy utwór tytułowy, tyle że tym razem po polsku. W tym przypadku tekst nie jest już tak specyficzny, ale słuchaczom Young Leosi raczej do gustu nie przypadnie. 

Mniej integralną częścią finałowego czy też prawie finałowego numeru krótki "Post scriptum" będący pomostem między "Requiem", a wcześniejszym, bardzo agresywnym "Branded" będącym jednym z obecnych na albumie wypełniaczy.

Ogólnie te najbardziej agresywne kawałki na tym albumie wypadły najsłabiej, bo co najwyżej średnie są także "Time of Hate" czy "No more cry", który posiada przynajmniej krótkie basowe zwolnienie, ale i tak wypada jeszcze słabiej niż poprzedni kawałek.

Znacznie lepiej wypadają dwa pozostałe "killery". "Blindman" to typowo thrashowy numer zawierający jednak kilka zmian tempa i dysponuje niezłą melodią jak na tak agresywny numer. Poprzedzony miniaturą "Introduction" równie agresywny (jeśli nie bardziej) "Screamin' whispers" także wypada całkiem udanie. Jestem jednak przekonany, że prawdziwą siłę ten numer zyskiwał na koncertach.

Debiut legendarnego już na naszej rodzimej scenie Huntera to album okropnie niedoceniany, a w kategorii mocniejszego metalu, jest to pozycja stanowiąca ścisły top w naszym kraju. Szkoda, że sam zespół nie pomaga zaistnieć świetnemu debiutowi w świadomości dzisiejszych słuchaczy. Utwory w rodzaju "Żniwiarza umysłów", "Requiem" czy "Screamin whispers" pociągnęłyby do pogo niejednego podpieracza ścian. Może faktycznie styl zespołu nie jest tu jeszcze do końca wykrystalizowany, jednak stojących na tak wysokim i mimo paru wad, równym poziomie krążków grupa nie nagra już zbyt wiele.

8/10

Lista utworów:

  1. Misery
  2. Blindman
  3. Introduction
  4. Screamin' Whispers
  5. Freedom
  6. Time of Hate
  7. No more Cry
  8. Żniwiarze umysłów
  9. Branded
  10. Post Scriptum
  11. Requiem
  12. War
  13. Amen
  14. Ultimate silence
  15. Reqiuem (polska wersja)

środa, 13 kwietnia 2022

Metallica- "Master of Puppets"

Okładka albumu "Master of Puppets" zespołu Metallica


Trzeci album zespołu Metallica to w powszechnej opinii krążek uważany za największe dzieło zespołu, a nawet całego gatunku. Nie wiem czy najlepsze w całym, szeroko pojętym metalu, ale na pewno jest to najściślejsza czołówka płyt w gatunku. Zespół mimo że powiela pomysły z poprzedniego "Ride the lighting", to wciąż się rozwija.

Za tezą o powielaniu pomysłów z poprzednika może świadczyć chociażby układ albumu, czyli niezwykle ciężki otwieracz poprzedzony akustycznym wstępem, utwór tytułowy jako drugi w kolejności, "pół ballada" na pozycji nr cztery a także obecność utworu instrumentalnego. Jednak każdy z tych utworów mocno różni się od swoich odpowiedników z drugiej płyty zespołu, zwykle nawet je przewyższając, chociaż nieznacznie.

Album rozpoczyna i kończy dwoma najcięższymi numerami na płycie, dla kontrastu rozpoczynające się łagodnymi wstępami. Zarówno otwierający "Battery" jak i jeszcze bardziej agresywny "Damage inc" to bardzo dobre w swojej stylistyce kompozycje, którym mimo ciężaru nie brakuje też melodii. A i tak nie należą do tej lepszej połowy albumu, bo tam poprzeczka postawiona jest naprawdę wysoko.

Największym uznaniem fanów cieszą się szczególnie dwa nagrania. Tytułowy "Master..." to wielowątkowe dzieło ze świetnymi riffami i bardzo dobrym zwolnieniem w środku utworu, w czasie którego słyszymy genialną gitarową solówkę. Drugim z uwielbianych przez fanów utworów jest instrumentalny "Orion" będący w głównej mierze popisem basisty zespołu, Cliffa Burtona, który gra tutaj nawet niczego sobie solo.

Popularnością tym dwóm kompozycjom niewiele ustępuje ballada "Welcome home (sanitarium)" o mrocznym, niepokojącym klimacie. Kolejna perełka w dyskografii grupy.

Do tej lepszej połowy albumu dodalbym także świetny, choć nie tak doceniany "the thing that should not be" z kolejnymi świetnymi partiami basu, ale też dobrym wokalem Hetfielda, który od czasu poprzednika jeszcze bardziej rozwinął swoje umiejętności.

Najgorzej na krążku (co jednak nie znaczy że jakoś bardzo źle) wypadają "Disposable Heroes" i "Lepper Messiah". Pierwszy ma fajną linie wokalną w refrenie, ale poza tym nie ma tu wiele więcej ciekawego. Poza tym jest jednak przydługi jak na tak nieciekawe nagranie. Trochę bardziej lubię drugi z wymienianych kawałków, przy którym ciężko powstrzymać się kiwania głową czy wykrzyczenia refrenu razem z Jamesem. Jednak na tle pozostałych kawałków, nawet lubiane przez mnie "Lepper Messiah" wypada dosyć blado.

"Master of puppets" to jeden z tych albumów, których popularność, a nawet wręcz kult jakim jest obdarzony, jest całkiem zrozumiały. Grupa z Bay Arena wspina się tutaj na swoje wyżyny, prezentując nam bardzo dobre działo, mające jednak mały"dołek" w postaci utworów nr 5 i 6, ale nie jest to też przepaść. Sam z całej dyskografii grupy, wyżej stawiam tylko poprzedni "Light the light.

9/10

Lista utworów:

  1. Battery
  2. Master of puppets
  3. The thing that should not be
  4. Welcome home (sanitarium)
  5. Disposable Heroes
  6. Lepper Messiah
  7. Orion
  8. Damage inc


sobota, 9 kwietnia 2022

Metallica- "Ride the lighting"

Okładka albumu "Ride the lighting" zespołu Metallica


Drugi album zespołu Metallica pokazuje jak duży progres może zrobić młody zespół w zaledwie rok po wydaniu debiutu i to na każdym polu. Instrumentaliści znacznie poprawili swoje umiejętności, lepiej wypada także wokal Jamesa Hetfielda, o wiele ciekawsze i bardziej zróżnicowane są kompozycje oraz wielkie postępy zrobił wokalista zespołu jako tekściarz. Nie są to już gówniarskie teksty, mające pokazać „patrzcie jacy jesteśmy groźni”, ale już całkiem ciekawe liryki, w przypadku akurat tej płyty, dotyczące w głównej mierze śmierci. Może i powiedzenie, że Metallica skończyła się na debiucie jest już niemal równie legendarne jak sam zespół, ale ta czwórka z Bay Arena pokazała, że oni tam dopiero się zaczęli, a potem niesamowicie się rozwinęli.

Pierwsza lampka ostrzegawcza powinna się zapalić ortodoksyjnym fanom po usłyszeniu akustycznego wstępu do otwierającego płytę "Fight fire with fire". Ale delikatne pierwsze takty utworu, to tylko zmyłka przed tym co się dzieje później, bo stylistycznie jest to utwór chyba najbliższy debiutowi i byłby na pewno bardzo mocnym punktem poprzednika. Jednak mimo, że kawałek całkiem udany, to należy do tej słabszej (co w tym przypadku wcale nie znaczy złej) części krążka.

Porównywalnie ciężko jak w otwieraczu jest w następującym po nim utworze tytułowym. Genialny riff na początku "Ride the lightning" zostaje w pamięci na długo po wyjęciu płyty z odtwarzacza i należy do najlepszych jakie kiedykolwiek powstały w ciężkiej muzyce. Kompozycja też jest jakby następcą znajdującego się na tym samym miejscu na płycie The four horseman z poprzednika, czyli rozwiniętą, składającą się z wielu motywów i melodii kompozycją nie pozbawioną ciężaru. Szczególnie tutaj słychać jak dobrze jako gitarzysta solowy rozwinął się Kirk Hammet, który nie serwuje nam już szybkich, ale pozbawionych tego „czegoś” solówek, ale potrafi swoją gitarą słuchacza porwać. Szkoda, że utwór nie jest tak popularny wśród słuchaczy jak na to zasługuje.

Słynny jest za to wybrzmiewający po nim rozpoczynający się od bicia dzwonów genialny ,"For whom the bell tools", zawierający wszystko co fan cięższego gitarowego grania może sobie wymarzyć: ciężar, nośne melodie, dobrze wyeksponowany bas, świetną współprace gitarzystów i świetną linie wokalną. Do dziś ciężko znaleźć się na koncercie grupy gdzie nie usłyszy się tego wspaniałego kawałka.

O ile gitara akustyczna na samym początku płyty mogła wśród fanów metalowej łupanki spowodować zmarszczenie brwi, to znajdujące się na czwartej pozycji "Fade to black", mogło niektórych słuchaczy przyprawić o lekki atak serca. Bo kto od Metalliki, zespołu, który wyznaczył granice rozwijającemu się nowemu podgatunkowi metalu, polegającego na szybkiej i agresywnej łupance, spodziewał się ballady? To właśnie ta kompozycja sprawiła, że wśród słuchaczy zaczął krążyć nudny już tekst gdzie się Metallica skończyła. Ja sam zespołu będę tu bronił, bo nie jest to rzewna pościelówka, tylko świetnie skomponowany utwór, zawierający świetne partie gitarowe, chwytliwą, ale nie banalną melodie i dobrze wpasowane w całość zaostrzenia. Biorąc pod uwagę długą, ostrzejszą część instrumentalną, to ta ballada przez większość czasu balladą nie jest, co czyni tezy o sprzedaniu się na tym albumie jeszcze bardziej bezpodstawne.

Poziom podobnie jak na debiucie spada w drugiej połowie płyty, lecz tym razem na dosyć krótko. Średnio wypada piąty na liście szybki ale mało porywający "Trapped under ice". Nieco lepsze wrażenie zostawia kolejny "Escape" zawierający w refrenie chyba najbardziej melodyjny wokal na albumie i kilka prób lekkiego urozmaicenia swoich partii przez perkusistę Larsa Urlicha, ale koniec końców i tak jest do jeden z dwóch najsłabszych na płycie numerów.

Znowu na wysoki i to bardzo wysoki poziom wskakujemy na przedostatnim "Creeping Death", największego, nie licząc "for whom the bell tools," koncertowego klasyka. Utwór agresją i siła nie ustępuje poprzednim numerom, a do tego posiada świetną melodie, nie tak bardzo sztampową jak w "Escape".

Tym razem zespół serwuje nam o wiele lepszy finał niż na "Kill em all". Monumentalny intrumentalny "The call of Ktulu" to hołd złożony wybitnemu amerykańskiemu pisarzowi, jednemu z pionierów literatury grozy, H.P. Lovecraftowi, którym w tamtym czasie zachwycał się basista zespołu Cliff Burton. I faktycznie początek utworu i część „ozdobników” miały potencjał, żeby kompozycja stała się świetnym podkładem muzycznym w czasie czytania opowiadań Amerykanina. Szkoda, że zespól nie poszedł tutaj w nieco innym kierunku, żeby taką ideę wprowadzić w życie, ale nie ma sensu ich za to winić, bo sam utwór jest świetny, chociaż nieco przydługi, a nie ich wina, że akurat w moim mniemaniu "the call of Ktulu" nie stanowi ilustracji do czytanej prozy. Z takiego zadania wyjść obronną ręką mógłby chyba tylko zespół łączący ciężki klimat tytułowej kompozycji z debiutu Black Sabbath i epigonów tejże kapeli, i „kosmiczne” odjazdy Hawkwind, może z dodatkiem folku spod znaku Jethro Tull.

Drugi album kalifornijskiej kapeli to znaczny krok naprzód w porównaniu do pierwszej płyty i zarazem jeden z najlepszych nagranych zarówno przez ten zespół, jak i w całej muzyce metalowej. Amerykański kwartet umieścił tu dwa kawałki, które powinien znać każdy metalowiec, jedno niedoceniane arcydzieło, świetną „pół-balladę” i instrumental, jakiego większość prezentujących taką stylistykę wykonawców nie potrafiła by nagrać, uzupełniając całość trzema co najmniej niezłymi kawałkami, które też nie przeszkadzają w odsłuchu, a w przypadku otwieracza utrzymują wysoką ocenę. Zdecydowanie mój faworyt w dyskografii zespołu.

9/10 

Lista utworów:

  1. Fight fire with fire
  2. Ride the lighting
  3. For whom the Bell tools
  4. Fade to Black
  5. Trapped under ice
  6. Escape
  7. Creeping death
  8. The call of Ktulu

czwartek, 7 kwietnia 2022

Recenzja: Metallica- "Kill ’Em All"

Okładka albumu "Kill em all" zespołu Metallica


Klasyka gatunku. Pierwszy thrash-metalowy album. Jeden z najlepszych debiutów w historii. To kilka określeń, które można usłyszeć o pierwszym albumie amerykańskiego zespołu Metallica. Faktycznie jest to album bardzo dobry, na którym do dziś wzorują się setki zespołów muzycznych. Bynajmniej nie jest on pozbawiony wad.

Ciężko o lepsze „wprowadzenie” w nowy gatunek muzyczny będący połączeniem melodyjności zespołów z nurtu NWOBHM (nowa fala brytyjskiego heavy metalu) i agresji wykonawców hardcore punkowych, niż otwierający płytę „Hit the lights”. W pierwszych sekundach słyszymy jak cichy szum błyskawicznie zmienia się w gitarowo-perkusyjny łomot, po czym pojawia się ciężki, szybki gitarowy riff a potem James Hetfield, niewyrobionym, szczeniackim jeszcze głosem wykrzykuje prosty nieco wulgarny i mało ambitny tekst o występach zespołu na scenie. Jeśli chodzi o samą muzykę, ten utwór robi wrażenie nawet teraz, po wielokrotnym wysłuchaniu całego albumu a nawet wielu ciężej grających wykonawców. Dla słuchaczy w tamtym czasie, gdy rock stawał się coraz bardziej cukierkowy, musiał to być szok, jaki 13 lat wcześniej wywołał riff z tytułowego utworu z debiutu Black Sabbath. A dalej jest jeszcze ciekawiej.

Drugą pozycję na krążku zajmuje 7-mio minutowe dzieło „The Four Horseman”. Mimo długiego czasu trwania, utwór nie męczy; dzieje się w nim na tyle dużo, że można by wziąć go za dzieło Megadeth, lubującego się w ciskaniu w jeden utwór wielu motywów czy solówek. Nie jest zresztą tajemnicą ze lider legendarnego zespołu od siebie z pewnością wiele dodał na debiut Metalliki, z której niewiele wcześniej został wyrzucony za nadużywanie alkoholu. Ciekawy pomysł muzycy mieli aby dodać tu coś na wzór cytatu ze „Sweet Home Alabama” zespołu Lynyrd Skynyrd.

Po najdłuższym utworze na płycie następuje najkrótszy, dosyć chwytliwy, ale nie dorównujący dwóm wcześniejszym kompozycjom „Motorbreath”. Ot przyjemny wypełniacz, chętnie wykonywany przez muzyków na koncertach, który na opisywanym albumie ani nie wadzi ani niczego szczególnego nie dodaje.

Podobną rolę chwytliwego, nie aż tak ciężkiego kawałka pewni kolejny, chyba najbardziej melodyjny na płycie „Jump in the fire”, który na swój ciężki sposób jest całkiem skoczny. Miłe urozmaicenie pośród ostrego riffowania, szybkiej perkusji i krzykliwego śpiewu lidera.

A jeśli już o urozmaiceniach, pozycje numer 5 zajmuje jedyny utwór w czasie którego słuchacz ma szanse złapać oddech w czasie tej ciężkiej jazdy. „(Anesthesia) Pulling Teeth” to nieco ponad czterominutowe solo Cliffa Burtona na mocno przesterowanym basie. Przez większość czasu basista gra sam, dopiero pod koniec pojawia się prosty podkład perkusisty Larsa Urlicha. Dosyć ciekawa kompozycja, szczególnie na początku, potem odrobine zaczyna się nudzić. Nie mniej, bez „(Anesthesia)…” debiut chłopaków z Bay Arena byłby o wiele uboższy, a sam Burton pokazał, że nie jest pierwszym lepszym basistą, tylko jednym z najlepszych użytkowników tego instrumentu w historii muzyki, a przynajmniej tej cięższej muzyki.

Jako następne, słyszymy chyba najszybsze na krążku „Whiplash” idealnie nadające się do tego, czego utwór dotyczy, czyli energetycznego machania głową w rytm muzyki.  I sumie ciężko powiedzieć o tym utworze coś więcej, brak tu jakichś ciekawych urozmaiceń, zwolnień itp.

Poziom mocno spada w drugiej połowie albumu za sprawą „Phantom Lord”. Mimo prób urozmaicenia kompozycji, ta nie za bardzo zapada w pamięć, a w czasie wysłuchiwania jej też nie zachwyca.

Odrobinę lepiej wypada kolejny „No Remorse”, który przynajmniej zostaje w pamięci jeszcze jakiś czas po wyjęciu płyty z odtwarzacza. Nie zaszkodziło by mu jednak skrócenie o około półtorej minuty, który jeśli chodzi o linie wokalną aż za bardzo kojarzy się obecnym wcześniej „Motorbreath”.

Po tych dwóch nienajlepszych utworach pojawia się mój faworyt, rozpoczynający się jednym z najsłynniejszych riffów w historii, rozbudowany „Seek and Destroy”. Jest to równocześnie jedna z moich ulubionych kompozycji w całej dyskografii zespołu i jeden z najchętniej granych kawałków na koncertach grupy.

Szkoda, że to nie opisywana przed momentem kompozycja nie zamyka albumu, bo pełniąca tę rolę „Metal Militia”, o podobnym czasie trwania co poprzedni kawałek, jest zbyt rozwleczona, nijaka i jednorodna, w porównaniu do większości pozostałych kawałków.

Muszę się zgodzić z ludźmi nazywający debiut Metalliki jednym z najlepszych debiutów w historii muzyki metalowej i klasyką thrash metalu, jednak album biorąc pod uwagę jednostajne granie jest za długi. Nie twierdze, że kompozycje są nierozróżnialne czy wtapiają się w jedno. Wręcz przeciwnie, ciężko pomylić ze sobą którekolwiek dwa kawałki z płyty, ale sama stylistyka wciąga raczej na 30-40 minut. Gdyby usunąć z „KIll em All” „Phantom Lord”, „Metal MIlitia” i skrócić nieco „No Remorse”, ciężko byłoby mi się do czegokolwiek przyczepić. Jeśli już to do solówek Hammeta, które mogą robić wrażenie jeśli chodzi o szybkość i technikę, ale dla przeciętnego słuchacza ciężkie będzie zapamiętanie jak brzmiało solo z jednego utworu, a jak z kompozycji z tym utworem sąsiadującą. Oraz do tekstów, w  tej kwestii (oraz samych umiejętności wokalnych) James dopiero pokaże na co go stać na kolejnych albumach.

7/10

lista utworów"

  1. Hit the Lights
  2. the Four Horseman
  3. Motorbreath
  4. Jump in the fire
  5. (Anesthesia) Pulling teeth
  6. Whiplash
  7. Phantom lord
  8. No Remorse
  9. Seek & Destroy
  10. Metal Militia