Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rock alternatywny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rock alternatywny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 grudnia 2022

Recenzja: Radiohead - "Pablo Honey"

Okładka albumu "Pablo Honey" zespołu Radiohead

Radiohead to zespół niejednokrotnie wywołujący skrajne emocje. Z jednej strony jest obwiniany jako ten, przez którego ostatecznie umarł rock, jako argument podając, że to przez Radiohead powstały takie zespoły jak Coldplay czy Imagine Dragons. Z drugiej strony jest też uważany za jeden z ostatnich zespołów rockowych, który miał na siebie pomysł. Jednak zanim grupa podzieliła rockowy świat, grała całkiem zwyczajną, mało oryginalną, lecz przyjemną muzykę, którą zakwalifikować można do rocka alternatywnego.

Debiut zespołu uważany jest powszechnie za najsłabszy krążek w karierze, jednak to właśnie z niego pochodzi być może największy przebój w karierze zespołu - obdarzony bardzo depresyjnym tekstem "Creep", który pomimo warstwy lirycznej, posiada wcale nie taką ponurą linię melodyczną. Reszta utworów to raczej mało wyróżniające się kompozycje, które jednak nie popadają w przesadny banał. Raz są to utwory bardziej energiczne, jak "You", "How Do You"; raz spokojniejszy akustyczny "Thinking about You", lecz zwykle umieszczone tu kawałki zawierają zarówno fragmenty żywiołowe, jak i spokojniejsze. Do tych ostatnich należą "Stop Whispering", "Anyone Can Play Guitar", "Ripcord", "Vegetable". Najbardziej na tle całego albumu wyróżnia się finałowy "Blow Out" zawierający momentami jazzowe wpływy. Jest to obok "Creep" najbardziej pozostający w pamięci utwór, a przy tym najlepszy na całym albumie.

Na "Pablo Honey", Radiohead nie prezentuje jeszcze swojego pomysłowego stylu, który wypracuje w kolejnych latach. Muzyka tu zawarta nie odbiega zbytnio od tego co grały zespoły pokroju Blur i Oasis, a nawet muzycy nie wracają do tego materiału na koncertach. Jednak gdy szukacie jakiejś mało angażującej muzyki do codziennych czynności, debiut Radiohead nada się idealnie.

6/10

Lista utworów:

  1. You
  2. Creep
  3. How Do You
  4. Stop Whispering
  5. Thinking about You
  6. Anyone Can Play Guitar
  7. Ripcord
  8. Vegetable
  9. I can't
  10. Lurgee
  11. Blow Out 

środa, 14 grudnia 2022

Recenzja: The Cure - "Seventeen Seconds"

Okładka albumu "Seventeen Seconds" zespołu The Cure

Po niepozornym aczkolwiek udanym j przyjemnym debiucie, w muzyce The Cure nastąpiła duża zmiana. Konwencjonalny nowofalowy styl zmienił się w zimną, gotycką muzykę, ponurym nastrojem momentami przebijając nawet Joy Division. Taka zmiana niezbyt spodobała się dotychczasowemu basiście Michaelowi Dempseyowi, którego zastąpił Simon Gallup, a wraz z nim do zespołu dołączył klawiszowiec Matthieu Hartley. 

W całość doskonale wprowadza instrumentalny "A Reflection", który daje do zrozumienia, że będzie to zupełnie inny materiał niż na debiucie. Smith i spółka nie rezygnują jednak z przebojowych melodii o czym świadczą kolejne "Play for Today" oraz "Secrets". Oba te kawałki pokazują także, że mimo zmiany na pozycji basisty, instrument ten wciąż będzie mocno wyeksponowany mimo, że Gallup nie wybija się na pierwszy plan, tak jak robił to wcześniej Dempsey. Mniej przekonuje mnie "In Your Arms", za to następujące po nim miniatury "Three" oraz "The Finał Sound" są istotnymi punktami całości, a ten drugi pasowałby nawet do jakiegoś filmu grozy. Po nich słyszymy największy przebój z tego albumu i pierwszy zarazem umiarkowany hit w karierze zespoł, czyli "A Forest" udanie łączący mrok z przebojowością. Ostatnie trzy pozycje czyli bardziej energiczny "M", "At Night" oraz utwór tytułowy będący jednym z najbardziej zapadających w pamięci momentów albumu to także udane utwory.

Mówi się, że właściwe The Cure zaczęło się właśnie na "Seventeen Seconds". Nie skreślałbym udanego poprzednika, ale prawdą jest, że zespół popularność zdobył właśnie dzięki ponurym, zimnym kompozycjom. Tu ten styl dopiero raczkuje, a do perfekcji którą osiągnie na "Pornography", ale już tutaj muzycy zaprezentowali charakteryatyczny styl.

8/10

Lista utworów:

  1. A Reflection
  2. Play For Today
  3. Secrets
  4. In Your House
  5. Three
  6. The Final Sound
  7. A Forest
  8. M
  9. At Night
  10. Seventeen Seconds 

czwartek, 10 listopada 2022

Recenzja: Alice in Chains - "Facelift"

Okładka albumu "Facelift" zespołu Alice in Chains

Alice in Chains to jeden z przedstawicieli tak zwanej Wielkiej Czwórki Seattle. I zarazem prawdopodobnie ten najmniej znany, a mimo to niezwykle interesujący. Muzycy znacząco odcinali się od nadanej im łatki "grunge", ale prawda jest taka, że muzyka, którą tworzyli idealnie pasuje do definicji tego gatunku. A jednak grupa wypracowała swój rozpoznawalny styl oparty na ponurych, ciężkich riffach Jerrego Cantrella, charakterystycznym wokalu Layne'a Staleya oraz współpracy wokalnej tych dwóch panów.

Mimo ciężaru i ponurego charakteru kompozycji, Staley i spółka nie zapominali aby nadać swoim utworom bardziej przebojowego charakteru. Pierwsze dwa kawałki ma albumie czyli "We Die Young" i "Man in the Box" posiadają świetne zapadające w pamięci melodię, szczególnie w refrenach. Oba oparte są na świetnych, ciężkich ale melodyjnych riffach i zawierają genialne partie wokalne Staleya.  Także bardzo chwytliwe, choć nie tak udane są "It Ain't Like That" oraz "Put You Down".

Sporo przebojowego charakteru, choć połączonego z bardziej depresyjnym, dusznym klimatem posiadają "Sea of Sorrow", "Bleed it Freak" i "Can't Remember". Pod względem klimatu nic jednak nie przebija genialnego"Love Hate Love" z jedną z najlepszych partii wokalnych Layne'a w karierze. Niezły klimat początkowo miało też "Real Thing", ale gdy utwór przyspiesza, traci to "coś". Fajna jest też ballada "Confusion" oraz czerpiący z funku "I Know Somethin (Bout You)". Najgorzej natomiast z całego albumu wypada wg mnie "Sunshine".

"Facelift" to dowód na to, że muzycy Alice in Chains od samego początku mieli głowę do świetnych melodii, a także, że potrafią swoje inspiracje przebić na swój własny charakterystyczny styl. Debiut grupy wypadł bardzo dobrze, ale to dopiero przedsmak przed tym co muzycy zaprezentują w przyszłości.

8/10

Lista utworów:

  1. We die Young
  2. Man in the Box
  3. Sea of Sorrow
  4. Bleed the Freak
  5. I can't Remember
  6. Love Hate Love
  7. It Ain't Like That
  8. Sunshine
  9. Put You Down
  10. Confusion 
  11. I Know Somethin (Bout You)
  12. Real Thing

środa, 19 października 2022

Recenzja: Kult - "Ostateczny krach systemu korporacji"

Okładka albumu "Ostateczny krach systemu korporacji" zespołu Kult


Kult przez lata swojej działalności przeszedł wiele stylistycznych przemian odbiegając kilkukrotnie od swojego najciekawszego post punkowego, lecz eklektycznego stylu. Później pojawiły się próby grania prostszego, tradycyjnego rocka, metalowe incydenty czy przełożenie na w miarę współczesne czasy twórczości Tadeusza Staszewskiego. Już na "Muj wydafca" grupa wrzuciła mocno zróżnicowany materiał zawierający cechy każdego z tych etapów w twórczości grupy. Na "Krachu..." Kult zaserwował dokładnie taką samą nierówną i niespójną mieszankę.
A mimo to album jest uważany za jedno z największych dzieł zespołu. Wśród miłośników krążka najczęstszym argumentem jest właśnie eklektyzm i zdanie "album jest tak różnorodny, że każdy znajdzie coś dla siebie". Ok, ale słuchać ponad 70-cio minutowego albumu, żeby znaleźć owe "coś"? Tyle dobrego, że tych "cosiów" ja znalazłem sporo, choć nie dorównujących utworom z najlepszego okresu działalności zespołu, czyli tej przed rozpadem.

Popularność tej płycie na pewno przyniósł też sukces przede wszystkim jednego singla. "Gdy nie ma dzieci" to jeden z największych szlagierów grupy, a może i największy. Nie można odmówić temu kawałkowi chwytliwości i długo siedzącej w głowie melodii i sam nawet lubię ten numer, ale o wiele ciekawiej prezentuje się na tym albumie także przebojowy "Krew jak śnieg" o hard rockowej mocy. Nie mam pojęcia czemu zespół nie wypuścił tego utworu na singlu zamiast choćby mocno przeciętnego "Lewego czerwcowego". Ten kawałek także wpada do głowy i nie chce z niej wypaść, ale jest co najwyżej średni, a dla mnie banalny.

Z singli zdecydowanie lepiej prezentuje się klimatyczny "Komu bije dzwon", a także zawierająca specyficzny miłosny tekst "Dziewczyna bez zęba na przedzie" - mój ulubiony utwór z albumu. Kawałek ten świetnie łączy spokojniejsze zwrotki z metalowymi zaostrzeniami w refrenie, a przy tym świetne partie gra tu gitarzysta Krzysztof Banasik. Pod metal podciągnąć można też agresywne "Goopya peezda" (średniak) i "Ja wiem to" (już nieco lepszy). Lepiej od tych dwóch numerów wypada także agresywny, ale posiadający fajne intro i code "Poznaj swój raj".

Do wyróżniających się utworów można zaliczyć też wyciszające "Z archiwum polskiego jazzu" (z samym jazzem niestety nie ma tak wiele wspólnego), bardzo udany psychodeliczny "Kto wie" z klawiszami w stylu "Riders on the Storm" the Doors, orientalizujące i groteskowe w warstwie tekstowej "Jatne" i posiadający fajny basowy motyw "Idź przodem". W tym ostatnim jednak niepotrzebne było perkusyjne końcówki z dziwnymi domówieniami w końcówce. Prosty, może nawet za prosty "Fever fever fever" także mi się w miarę podoba, a na pewno bardziej niż wspomniany "Lewy czerwcowy" czy nijaki "Grzesznik" i jeszcze bardziej miałkie "3 gwiazdy". Całości dopełnia jeszcze średni "Kto śmie traktować cię źle" z dużym udziałem deciakow i niepotrzebne outro pod tytułem "...".

Mam bardzo mieszane uczucia co do "Ostatecznego krachu systemu korporacji". Z jednej strony znajdą się tu niezłe, wpadające w ucho numery, ale z drugiej strony nawet te najlepsze kompozycje wypadają słabiej w porównaniu z tymi z trzech pierwszych albumów. Na plus na pewno ponowne wykorzystanie instrumentów dętych na szeroką skalę z czego zespół zrezygnował na jakiś czas. Jednak muzycy Kultu byli wtedy w wyraźnym kryzysie twórczym, który później jeszcze się pogłębił i trwa do dziś. Kolejne albumy nie dostarczają nam już zbyt wiele dobrego materiału.

6/10

Lista utworów:
  1. Goopya peezda
  2. Lewy czerwcowy
  3. Grzesznik
  4. Gdy nie ma dzieci
  5. Z archiwum polskiego jazzu
  6. 3 gwiazdy
  7. Poznaj swój raj
  8. Dziewczyna bez zęba na przedzie
  9. Kto wie
  10. Fever fever fever
  11. Jatne
  12. Ja wiem to
  13. Kto śmie traktować cię źle
  14. Idź przodem
  15. Krew jak śnieg
  16. Komu bije dzwon
  17. ...

sobota, 15 października 2022

Recenzja:King Gizzard and the Lizard Wizard - "12 Bar Bruise"

Okładka albumu "12 Bar Bruise" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Pod pokręconą nazwą King Gizzard and the Lizard Wizard kryje się szóstka muzyków tworzących jeden z najciekawszych zespołów współczesnej sceny rockowej. Grupa słynie już z tego, że wydaje albumy z tempem w jakim w latach 60. wydawano single. Na ten moment krążków muzycy wydali aż 26, a działalność wydawniczą rozpoczęli zaledwie w 2012 roku. Oprócz tego, że zespół ten wydaje po kilka albumów rocznie, słynie też z tego, że uwielbia zmieniać styl prawie z albumu na album. Zwykle jednak jego albumy zawierają w sobie jakiś ułamek rocka psychodelicznego. Tak jest choćby w debiutanckim "12 Bar Bruise".

Dosyć dziwaczny to album, chociaż w porównaniu z niektórymi kolejnymi, jest całkiem normalny. Z jednej strony kompozycje to przede wszystkim proste, chwytliwe melodie nagrane z punkową energią. Ale z drugiej artyści urozmaicają je psychodelicznymi i noise'owymi eksperymentami. W ten sposób można opisać właściwie większość zawartych tu utworów. Na takim patencie zbudowane są "Elbow", "Muckracker", "Nein", "Cut Throat Boogie" i "Sea of Trees". Mimo podobnych pomysłów nagrania te jednak nie zlewają się w całość, a w "Garage Liddiard" czy "High Hopes Low" możemy usłyszeć też harmonijkę ustną. Za jeden z ciekawszych a przy tym wyróżniających się utworów uważam oparty na bardzo chwytliwym motywie utwór tytułowy. Największym zaś urozmaiceniem jest "Sam Cherry's Last Shot" będący recytacją na tle najpierw jakby westernowego, a później bardziej rockowego podkładu. Nie przekonują mnie jednak "Uh Oh I Called Mum", "Footy Footy" i właściwie najnormalniejszy ale niczym szczególnym się nie wyróżniający "Bloody Ripper".

"12 Bar Bruise" to udany debiut zdradzający, że muzycy pomimo prostych melodii mieli ambicje, żeby choć trochę urozmaicić materiał. Same kompozycje mimo swojej prostoty także nie popadały w banał. A jednak mimo krótkiego czasu trwania, to w końcówce albumu, gdzie najwięcej jest tych mniej udanych utworów radość ze słuchania zaczyna opadać. Ciężko też określić jednoznacznie na plus czy minus brzmienie albumu. Z jednej strony brzmi on surowo i szczególnie wokal nie wypada najlepiej, ale z drugiej takie brzmienie dobrze pasuje do takiej stylistyki. To wciąż jednak tylko przedsmak tego co zespół zaprezentuje w przyszłości.

6/10

Lista utworów:

  1. Elbow
  2. Muckracker
  3. Nein
  4. 12 Bar Bruise
  5. Garage Liddiard
  6. Sam Cherry's Last Shot
  7. High Hopes Low
  8. Cut Throat Boogie
  9. Bloody Ripper
  10. Uh Oh I Called Mum
  11. Sea of Trees
  12. Footy Footy 

sobota, 27 sierpnia 2022

Recenzja: Kult - "Muj wydafca"

Okładka albumu "Muj wydafca" zespołu Kult

Za sprawą "Taty Kazika" Kult powrócił do łask polskiej publiki. Na tamtym albumie zespół po raz kolejny zmienił kierunek w którym podążał. Kolejny "Muj wydafca", który podobnie jak poprzednik przyniósł kilka koncertowych klasyków zespołu, to jakby podsumowanie dotychczasowej działalności. Choć śladów tego pierwszego, najlepszego okresu w historii zespołu sprzed zawieszenia działalności niestety tu mało.

Do pierwszego okresu grupa nawiązuje właściwie jedynie największym od kilku albumów udziałem dęciaków, przede wszystkim waltorni. Jak ważną rolę pełni ten instrument słuchać od pierwszych chwil tego albumu czyli od dwóch sporych hitów grupy: "Ręce do góry", który swoją siłę pokazuje przede wszystkim na koncertach, gdzie publika może dać się ponieść skocznej melodii i perkusyjnym partiom idealnym skłaniającym do klaskania w rytm, a także w kolejnym, znacznie bardziej już stonowanym "Lewe lewe loff" o wyrazistym basie i świetnym tekście. Jest to także jedna z moich kilkunastu-dwudziestu ulubionych utworów w karierze zespołu, a konkurencja przecież jest bardzo duża. W zasadzie tylko jeden z umieszczonych tu utworów cieszy się lepszym przyjęciem na występach. Jest to przeróbka największego klasyka "Ojca punk rocka", czyli "Pasażer" (w orginale "Passenger") Iggy'ego Popa. W wersji albumowej może przeszkadzać śpiew Kazika, który średnio radzi sobie z angielskim, nie jest jednak jakoś tragicznie. Spore uznanie zdobył też inny cover, tym razem "gyöngyhajú lány" węgierskiej Omegi, tutaj nazwany "Dziewczyna o perłowych włosach". Tutaj także instrumentalnie jest całkiem w porządku, natomiast wokal... cóż, jeśli ktoś odczuwa niesmak słuchając wokalisty śpiewającego po angielsku, to jego węgierski może boleć jeszcze bardziej.

Lubię także najbardziej agresywny na całym albumie utwór tytułowy, który równocześnie zdaje się najbardziej podążać za trendami (skrecze, agresywne brzmienie, rapowana partia wokalna). Swoje mocne chwilę miały też "Onyx" i "Psalm 151". W tym pierwszy całe napięcie psuje niezbyt udane refren. Zwrotki natomiast wciągają swoim ponurym klimatem. W drugim przypadku urzeka nas nieco orientalny styl kompozycji. Czar jednak pryska, gdy muzycy przyspieszają. Wtedy utwór staje się zwyczajnie nijaki. Gdyby skrócić "Historię pewnej miłości" także byłby to bardzo fajny numer. Rozumiem jednak długość tej kompozycji ze względu na tekst - historię bardzo smutną i niestety nie tak rzadką w prawdziwym życiu odpowiadającą o przemocy domowej. Ciekawie prezentują się "Oczy niebieskie", w którym fajne są partie na instrumentach perkusyjnych i wokal świetnie pasujący do plemiennego klimatu. 

To by było na tyle z fajnych kawałków na płycie. Reszta utworów to już kompozycje słabe i bardzo słabe. Knajpiany "Keszitsen kepet onmagarol" nie dorównuje nagranym w powiedzmy, że podobnym klimacie utworom z "Taty Kazika" Podobnie jak "Setka wódki". Kompletnie zbędny jest "Gaz na ulicach" w kółko powtarzający to samo. "Kulcikriu" ciekawie się zapowiadało, ale potem robi się zbyt banalnie. Banalne jest także "Krutkie kazanie na temat jazdy na maxa". "Bliskie spotkanie trzeciego stopnia" natomiast aż razi archaizmem. Na tym tle niemal błyszczy "Na zachód", który sam w sobie jest średni. Niepotrzebnie zespół umieścił tu też nową wersję "Piosenki młodych wioślarzy". O ile stara wersja w stylu disco świetnie wpadała w ucho, tak tutejsza, w wersji reggae wypada blado.

"Muj wydafca" to album, który wśród entuzjastów grupy zyskał miano jednego z najlepszych w jego dyskografii. Fakt, znajdziemy tu kilka numerów fajnych, ale nijak mających się do najlepszych momentów trzech pierwszych albumów, czy nawet z poprzedniego krążka. Gdyby cały album zawierał jedynie utwory z drugiego i trzeciego akapitu, to krążek ten stawialbym mniej więcej na wysokości "Your Eyes". Grupa jednak poszła w ilość i dodała masę zupełnie zbędnych i nijakich fragmentów. W rezultacie album w pewnym momencie męczy. Po pierwsze przez długi czas trwania przekraczający 70 minut, co nawet w przypadku płyt z udanymi kompozycjami jest za dużo. A po drugie duża część materiału jest zwyczajnie słaba. Dawałem temu albumowi szansę jako całość już kilkukrotnie, wciąż jednak uważam, że poza kilkoma utworami niezbyt jest do czego wracać. W rezultacie wolę więc posłuchać mieszaniny utworów grupy z czasów całej twórczości, wśród której zawsze znajdzie się kilka kompozycji z tego albumu, niż słuchać "Wydafcy" w całości.

5/10

Lista utworów:

  1. Ręce do góry
  2. Lewe lewe loff
  3. Keszitsen kepet onmagarol
  4. Onyx
  5. Gaz na ulicach
  6. Oczy niebieskie
  7. Pasażer
  8. Historia pewnej miłości
  9. Muj wydafca
  10. Kulcikriu
  11. Bliskie spotkanie 3 stopnia
  12. Krutkie kazanie na temat jazdy na maxa
  13. Na zachód
  14. Dziewczyna o perłowych włosach
  15. Psalm 151
  16. Piosenka młodych wioślarzy
  17. Setka wódki

wtorek, 26 lipca 2022

Recenzja: Sisters of Mercy - "First and Last and Always"

 

Okładka albumu "First and Last and Always" zespołu Sisters of Mercy

Sisters of Mercy to obok Joy Division i the Cure jeden z najważniejszych zespołów tak zwanego rocka gotyckiego. I choć lider grupy, Andrew Eldritch odcina się od tej łatki, to ciężko pominąć milczeniem wpływ jaki jego zespół wywarł na późniejszych reprezentantów tego właśnie stylu, choćby niemiecki Lacrimas Profundere w późniejszym okresie. Grupa istnieje do dziś, choć ostatnią płytę nagrała ponad 30 lat temu poddając fanów jeszcze większym próbom cierpliwości niż robił to np Rammstein albo Tool mający odpowiednio 10 i 13 lat przerwy między wydanymi płytami. W tym jednak przypadku raczej miłośnicy sióstr, nowego wydawnictwa się nie doczekają - może to i lepiej, wątpliwe jest aby Eldritch po tylu latach nagrał jeszcze tak dobrą muzykę.

Czasami w kierunku debiutanckiej płyty grupy, "First and Last and Always" skierowane są zarzuty, że brzmienie jest zbyt plastikowe, a grupa "sprzedawała się" odchodząc od muzyki znanej z EP-ek. Nie podzielam tego zdania. Eldritch i spółka na swoim oficjalnym debiucie przekazuje 10 chwytliwych, momentami prawie tanecznych utworów pokrytych mgłą mroku i depresyjności. Połączenie wydawać by się mogło niemożliwe, a jednak, z resztą już wcześniej robiło to np. wspomniane Joy Division i to po mistrzowsku.

Większość z umieszczonych na "First and Last and Always" utworów zbudowanych jest na podobnych patentach, jednak wcale nie brzmią jak kopie jednego tego samego utworu. Utwory takie jak "Walk away", "No time to Cry" czy przede wszystkim "Black Planet", "A Rock and a Hard Place" czy "Marian" błyskawicznie wpadają w ucho i nie wychodzą z głowy dłuższy czas po wyłączeniu płyty. Jednak chwytliwych utworów opartych na charakterystycznych partiach automatu perkusyjnego nazwanego Dr Avalanche jest tu więcej, bo o każdym z pozostałych utworów można powiedzieć to samo.

W utworze tytułowym słyszymy chyba najbardziej zapamiętywalny motyw na całym albumie, a głos Eldritcha jeszcze bardziej niż wcześniej przypomina sposób śpiewu Iana Curtisa. W "Possesion" i "Amphetamine Logic" słyszymy więcej gitary niż wcześniej, "Nine While Nine" mimo chwytliwości jest jednym z najzimniejszych utworów na albumie, a depresyjnością dorównuje mu chyba tylko finałowy "Some kind of stranger", który został jednak nieznacznie popsuty "plastikowymi" klawiszami.

Debiut Sisters of Mercy to faktycznie jeden z najlepszych albumów nagranych w stylistyce rocka gotyckiego czy coldwave. Utwory mimo swojej chwytliwości nie popadają w przesadny kicz, ciężko też uznać którykolwiek z nagranych utworów za jednoznacznie słaby. Całość tworzy wg mnie zwartą całość, która w rezultacie czyni ten krążek jednym z najlepszych albumów nagranych w latach 80.

8/10

Lista utworów:

  1. Black Planet
  2. Walk away
  3. No time to Cry
  4. A Rock and a Hard Place
  5. Marian
  6. First and Last and Always
  7. Possesion
  8. Nine While Nine
  9. Amphetamine Logic
  10. Some kind of stranger 

poniedziałek, 18 lipca 2022

Recenzja: Kult - "Tata Kazika"

 

Okładka albumu "Tata Kazika" zespołu Kult

Od wydania płyty "Spokojnie" Kult długo nie mógł przebić się kolejnymi krążkami na listy przebojów. Pojawił się jeden duży, komercyjny sukces w postaci "Po co wolność" z "Kasety" i kilka mniejszych na "Your Eyes". Po kilkukrotnej zmianie stylu, przyszła pora na kolejną, jeszcze bardziej drastyczną. Zespół postanowił uhonorować Tadeusza Staszewskiego - ojca lidera zespołu, Kazika - biorąc na warsztat jego twórczość.

Przerobione wersje utworów polskiego barda utrzymane są mocno w staroświeckim stylu. I nie zawsze jest to wada. Takiego połączenia brzmień barowej muzyki lat 60. z muzyką rockową do tej pory na naszej scenie chyba nie było. I fakt pewne utwory, jak "W czarnej urnie" i "Bal kreślarzy" oraz "pijackie" "Inżynierowie z Petrobudowy" nie prezentują się najlepiej, ale dosyć żywa "Notoryczna narzeczona" czy "Dziewczyna się bała pogrzebów" z początkiem w stylu wcześniejszej twórczości zespołu prezentują się nieźle.

Jednak popularność albumu napędzają szczególnie dwa utwory bez których fani nie wyobrażają sobie koncertów zespołu: ograny do granic możliwości "Baranek" z bardzo chwytliwym, choć banalnym refrenem, a także "Celina" o dusznym barowym klimacie. Ten drugi utwór jednak na koncertach wykonywany jest zwykle w przyspieszonej i wg mnie w zbyt "zwyczajnej" wersji. Sporo mniejszymi przebojami stały się singlowe "Królowe życia" brzmiące na całym albumie chyba najmniej staroświecko, a także chwytliwe "Kurwy wędrowniczki", które w pewnym momencie nabierają prawie metalowego ciężaru.

Sporo dzieje się w "Knajpie morderców", jednak sam utwór nie należy do najlepszych, "Marianna" posiada chwytliwą melodię, ale razi archaiczną partią klawiszy. Mocnymi punktami są dwa utwory, za których warstwę liryczną wyjątkowo nie odpowiada Stanisław Staszewski: tradycyjny "Dyplomata" zaśpiewany przez Kazika po rosyjsku oraz "Wróci wiosna, baronowo" - spokojny ale posiadający ładną melodię utwór z tekstem napisanym przez poetę Konstantego Ignacego Gałczyńskiego.

"Tata Kazika" faktycznie jest jednym z ciekawszych i najbardziej oryginalnych albumów Kultu, a nawet całego polskiego rocka, jednak całe uwielbienie dla tego krążka napędzane jest wśród słuchaczy głównie dwoma- trzema utworami, a przyzwoitych kompozycji jest tu nieco więcej. Płytą tą Kult rozpoczął kolejny udany pod względem komercyjnym okres w historii zespołu - ciężko jednak porównywać etap ten z tym najwcześniejszym z okresu trzech pierwszych albumów.

7/10

Lista utworów

  1. Celina
  2. Dziewczyna się bała pogrzebów
  3. Baranek
  4. Notoryczna narzeczona
  5. Królowa życia 
  6. Inżynierowie z Petrobudowy
  7. Knajpa morderców
  8. W czarnej urnie
  9. Wróci wiosna, baronowo
  10. Marianna
  11. Kurwy wędrowniczki
  12. Bal kreślarzy
  13. Dyplomata

piątek, 1 lipca 2022

Recenzja: Kult - "Your Eyes"

 

Okładka albumu "Your Eyes" zespołu Kult

Po słabo przyjętym (słusznie) "45-89", Kult jeszcze raz zmienia nieco styl granej przez siebie muzyki i jeszcze w tym samym, 1991 roku nagrywa kolejny album. Niestety nie powraca do post punku (poza nielicznymi wyjątkami), z którego się wywodzi, lecz zaskakująco zaostrza swoje brzmienie, dzięki czemu muzyka na "Your Eyes" jest ciężka, hard rockowa, momentami brzmiąc jak cięższa wersja Deep Purple czy Uriah Heep. Jednak polskiej grupie zabrakło pomysłów na tak genialne kompozycje jak "July Morning" (którego koncertowa wersja znajduje się na "kasecie"), "Gypsy" czy "Speed King", czyli przykładowe utwory wspomnianych wyżej grup. Ale czy przypadkiem w 1991 roku, gdy na półki sklepowe trafiał "Black album" i "Nevermind", "organowy" hard rock nie był już przestarzały? Był, ale i tak fajnie mi się słucha tego albumu.

Istotną wadą albumu na pewno jest po raz kolejny praktycznie zerowy udział instrumentów dętych. Bardzo szkoda, bo wtedy kompozycje na piątym krążku zespołu być może byłyby jeszcze ciekawsze. Cieszy natomiast ogromny udział organów, których brzmienia jestem wielkim fanem. Jak duży wkład w opisywany krążek będą miały instrumenty klawiszowe obsługiwane tu przez Janusza Grudzińskiego i Krzysztofa Banasika słychać już od pierwszego na płycie, singlowego "Czterej głupcy". Bardzo fajny to numer, z prostą ale szybką grą perkusisty Mariusza Majewskiego oraz hard rockową gitarą. Jednak wyraźnie nie razi sobie tu wokalista zespołu, Kazik Staszewski, który nie nadąża za resztą muzyków. Lepiej radzi sobie z rapowaną linią wokalną w "Tata w Gestapo" o podobnym ciężarze, jednak dla mnie jest to utwór bardziej chwytliwy. Niepotrzebne jest dla mnie jednak nieoczekiwane zwolnienie.  Szybka i ciężka gra muzyków powtarza się tu wielokrotnie, bo jeszcze w bardzo fajnej "Zgrozie", "Barrum" obdarzonym wielkim koncertowym potencjałem i bazujący na niemal metalowym riffie, anglojęzyczny "Medellin", który jednak nie prezentuje się zbyt dobrze, oraz w przyjemnym i prostym "Chodź z nami".

Ogromna ilość energii i duży ciężar wspomnianych kompozycji cieszy, jednak dobrze, że grupa postanowiła urozmaicić swój krążek też innymi propozycjami. Pierwszy oddech następuje przy piosence nr 4 czyli przy utworze pod tytułem "Marność". Jest to kompozycja oparta przede wszystkim na prostej grze gitary akustycznej, wzbogacona jednak partiami także gitary basowej i elektrycznej. Przy okazji zawiera jedną z ładniejszych (co nie znaczy, że faktycznie jakąś bardzo ładną) linię wokalną na całym albumie. Potem musimy przesłuchać kolejne trzy numery, by znowu odetchnąć. Tym razem przy singlowej i przebojowej "Paradzie wspomnień", która stała się chyba największym przebojem z "Your Eyes". Mnie jednak ten kawałek nie przekonuje, ale nie przeszkadza.

Wspomniana "Parada" rozpoczyna już nie hardrockową część krążka, w której więcej odniesień mamy do wczesnych osiągnięć grupy. Może nie do końca tak jest z "Yvette", czyli "ogniskowej" piosence bazującej na raptem paru akordach i przy okazji będącej jednym z gorszych tu utworów. Nijaki jest też "Strange". Ten jednak zawiera fajny post punkowy wstęp. Bardzo często na koncertach jest grany "Generał Ferreira" znany chyba bardziej jako "Rząd oficjalny". Całkiem udany, bujający to kawałek, brakuje mi jednak bardzo dęciaków, które mogłyby zbliżyć utwór ten poziomem nawet do kompozycji z trzech pierwszych płyt Kultu. Moim ulubionym utworem z całego krążka jest jednak powolny, obdarzony prawie mrocznym wstępem "6 lat później", być może będący kolejnym kawałkiem skierowanym do żony Staszewskiego, Ani. W tym przypadku jednak zamiast jazzowych naleciałości, słyszymy ciekawe syntezatorowe motywy, które nadają nieco dyskotekowego klimatu. Ale tylko trochę, bo na parkietach raczej ten utwór by nie zrobił furory, szkoda za to, że grupa nie wykonała go na żadnym z koncertów, na których byłem.

Szósty krążek zespołu jest dosyć nierówny, tak jeśli chodzi o poziom utworów, tak także jeśli chodzi o stylistykę. Ta nierówność nie jest jednak wadą, która znacząco mi przeszkadza. Tyle udanych utworów na jednej płycie ostatni raz słyszeliśmy na "Spokojnie" i właśnie od tego krążka nie słyszeliśmy równie udanego albumu jak "Your Eyes".

7/10

Lista utworów:

  1. Czterej głupcy
  2. Tata w Gestapo
  3. Zgroza
  4. Marność
  5. Barrum
  6. Medellin
  7. Chodź z nami
  8. Parada wspomnień
  9. 6 lat później
  10. Yvette
  11. Strange
  12. Generał Ferreira

środa, 29 czerwca 2022

Recenzja: John Parish & PJ Harvey - "Dance Hall at Louse Point"

 

Okładka albumu "Dance Hall at Louse Point" Johna Parisha i PJ Harvey

Po półtora roku od wydania "To Bring you my love", na którym PJ Harvey odmieniła swoją muzykę, wokalistka nawiązała współpracę z Johnem Parishem, który zagrał już na wspomnianym przed momentem albumie. Tym razem jednak muzycy doszli do porozumienia w sprawie sygnowania nagranego przez duet krążka nazwiskiem ich obojga. Logicznym wydawać by się mogło, że nagrywając płytę z jednym z ważniejszych muzyków na swoim trzecim albumie, PJ postanowi kontynuować obrany tam kierunek. Nic z tych rzeczy. Stylistyce tego kolaboracyjnego albumu bliżej do debiutanckiego "Dry" i "Rid of me" niż "To Bring You my Love", choć początkowo muzycy mylą nas sugerując pójście w jeszcze innym kierunku.

Już otwierające "Girl", pełniące funkcje intro sugeruje słuchaczowi, że duet rozwinie eksperymenty z dwóch pierwszych albumów wokalistki. Brzmi on jak wprawka początkującego gitarzysty ćwiczącego granie akordów. Nieco później do gitary dołącza delikatna wokaliza artystki. "Fałszująca" gitara to ważny element również kolejnego "Rope Bridge Crossing". Nie przeszkadza to zanadto, poza momentami gdy gitara zbyt odciąga uwagę od wokalu. Jeśli już o wokalu mowa, to ten wg mnie brzmi lepiej niż na wydanym półtora roku wcześniej krążku.

Do uciekających od piosenkowego schematu utworów zaliczyć trzeba "City of Sun" manewrujący między fragmentami spokojnymi, a ostrzejszymi, w których wokalistka śpiewa dość wysoko. Ten kawałek dla wokalistki jest oryginalny, ale sam w sobie niestety zbyt średni. Na podobnej zasadzie zbudowany jest również "Urn with dead Flowers in a drained pool" i "Un Cercle Autour du Soleil". Te dwa utwory to jedne z najsłabszych kompozycji na płycie, ale jeszcze gorzej wypadają trzy ostatnie utwory: melorecytowany "Is that All There Is?", instrumentalny utwór tytułowy, który wg mnie lepiej spisał by się jako piosenka z wokalem oraz półtora minutowy "Lost Fun Zone".

Lepiej prezentuje się "Heela" - jedyny utwór na płycie z wokalnym udziałem Parisha. Dobrze jednak, że kawałek ten jest krótki, bo pod koniec także robi się nudno. Najlepiej z całej płyty jednak wypadają szczególnie trzy nagrania. "That was my veil" wprawdzie nie prezentuje nic nadzwyczajnego, ale posiada miłą, "ogniskową" melodię. "City War corespondent" po rockowym wstępie urzeka prostą aranżacją i niezłą linią wokalną. Najlepiej wokalnie wypada jednak "Taut". Początkowo słychać jakby "oddalony" śpiew, potem PJ zachwyca niezwykle emocjonalną, szeptaną partią wokalną, która bez ostrzeżenia zmienia się w zwykły śpiew, gdy muzycy zaostrzają.

Gdy zacząłem zapoznawać się z twórczością PJ Harvey, uważałem tę muzykę za świeżą i pełną energii. Dziś moja opinia nie jest tak bardzo pozytywna, jednak są utwory, które miło posłuchać osobno - także pochodzące z tego albumu. Jako całość jednak "Dance Hall at Louse Point" to kolejna nierówna pod względem poziomu propozycja od brytyjskiej wokalistki. Polecić natomiast mogę fanom np Indie czy szeroko pojętego rocka alternatywnego, lecz bardziej tej melodyjnej odmiany. Na plus na pewno jest czas trwania, bo niecałe 40 minut rozłożonych na 12 utworów nie nuży zanadto.

6/10

Lista utworów:

  1. Girl
  2. Rope Bridge Crossing 
  3. City of no Sun
  4. That was my Veil
  5. Urn with dead Flowers in a drained pool
  6. City War corespondent
  7. Taut
  8. Un Cercle Autour du Soleil
  9. Heela
  10. Is That All There Is?
  11. Dance Hall at Louse Point
  12. Lost Fun Zone 

środa, 22 czerwca 2022

Recenzja: Meller Gołyźniak Duda - "Breaking Habbits"

 

Okładka albumu "Breaking Habbits" projektu Meller Gałuźniak Duda

Meller Gołyźniak Duda to nazwa projektu wziętego od nazwisk trójki muzyków, którzy w pewnym momencie swojej kariery postanowili wspólnie coś nagrać. Sam proces trwał długo, bo około trzy lata. Spowodowane było to tym, że muzycy postanowili nagrywać jedynie wspólnie w studiu, a czasu na to nie było wiele ze względu na liczne projekty tria, jak Sorry Boys, Lunatic Soul oraz Riverside.

Muzykę zawartą na "Breaking Habbits" określić najłatwiej jako połączenie (neo)proga z rockiem alternatywnym. Ta "alternatywność jednak mocno różni się od innych polskich wykonawców uznawanych za reprezentantów tego stylu, jak np. Ørganek, Happysad albo Myslovitz. W przypadku tego trio brzmienie jest mocno zabrudzone, co działa na korzyść takiej muzyki. Na niekorzyść za to działa tak charakterystyczne dla zespołów neo-progresywnych zbyt długie powtarzanie danego motywu, aż do momentu gdy ten zacznie nużyć.

Mimo tego zawarta tu muzyka nie jest zła. Fakt, że z wymienionego przed momentem powodu, każdy kawałek, a co za tym idzie cały krążek powinien być sporo krótszy, ale dla fanów neo-progresywnych brzmień będzie to przyjemne czterdzieści minut z małym haczykiem.

Fanom Riverside i Lunatic Soul na pewno przypadnie do gustu wokal lidera tych dwóch projektów - Mariusza Dudy - który śpiewa na całym krążku w swój charakterystyczny, stonowany sposób, nawet w tych energicznych utworach jak "Birds of Prey" z wieloma zmianami motywów i z niezłą częścią instrumentalną, w której trójka muzyków nieźle się ze sobą zgrywa. W ogóle na całym krążku czuć chemię między artystami. Może nie są to porywające zespołowe improwizacje na miarę Cream lub The Allman brothers band, ale jak na nasze czasy i realia, brzmi to naprawdę dobrze.

Jak na ironię najlepszym momentem płyty grupy złożonej z muzyków, po których spodziewamy się raczej długich kompozycji, jest utwór najkrótsza, z największym radiowym potencjałem. "Shapeshifter" po o nim mowa ma zaledwie nieco ponad trzy minuty i to chyba idealny czas, bo muzycy nie zdążyli w tym kawałku ani razu zanudzić jednym motywem, żeby dopiero wtedy przejść do kolejnego. Niemały komercyjny potencjał ma również "Tattoo" z funkowym zacięciem, zachowujący jednak swoje brudne brzmienie. Ogromna moc z jaką kawałek został nagrany, nasuwa oczywiste skojarzenia, że na koncertach, które z tego co się orientuję nie były zbyt liczne, "Tattoo" musiało robić niesamowite wrażenie.

Mocną stroną wydawnictwa są momenty gdy muzycy rezygnują z wokali, czyli instrumentalny utwór tytułowy, który jednak mógłby zyskać pazur szybciej, a nie w momencie gdy zaczyna być nużąco oraz finałowy, hard rockowy "Into the Wild". Prawie instrumentalny "Against the Tide" z ładnym gitarowym początkiem, także jest dosyć udany, jednak cierpi na tę samą wadę, co większość utworów z płyty, czyli za długie powtarzanie tego samego motywu.

Najsłabiej z całego zestawu wypadają "Feet on the Desk" oraz "Floating Over". Pierwszy z tych utworów ma dobry, Sabbathowy początek. Dopiero potem robi się nijako. "Floating Over" za to ma prawie 10 minut, co niestety nie przełożyło się na ilość ciekawych momentów. Są tu ciekawe gitarowe solówki i udana partia wokalna, całość jednak jest zbyt rozwleczona.

Tak zwane supergrupy to niejednokrotnie projekty nie mające zbyt wiele ciekawego do pokazania. Niejednokrotnie jest to festiwal popisywania się swoimi "wirtuozerskimi" umiejętnościami. Tutaj jest inaczej. Nie wybitnie, ale przyzwoicie. I choć momentami męcząco, to fani brudniejszego brzmienia powinni znaleźć tu coś dla siebie.

6/10

Lista utworów:

  1. Birds of Prey
  2. Feet on the Desk
  3. Shapeshifter
  4. Breaking Habbits
  5. Against the Tide
  6. Tattoo
  7. Floating Over
  8. Into the Wild 

niedziela, 12 czerwca 2022

Recenzja: Kult - "45-89"

 

Okładka albumu "45-89" zespołu Kult

Piąty studyjny krążek Kultu był pierwszym (nie licząc debiutu) albumem grupy, który swojego tytułu nie przejął bo nazwie jednego z utworów na poprzedniej płycie. Czy to jedyna zmiana jeśli chodzi o kierunek, w jakim zaczęła podążać grupa? Niestety, ale polski zespół coraz bardziej odchodził od swojego oryginalnego stylu czerpiącego garściami z post punku, psychodeli, jazzu czy muzyki orientalnej idąc zarazem w kierunku prostszego, bardziej przystępnego w teorii rocka, co ekipa Kazika zapoczątkowała już na "Kasecie". Nie był to dobry kierunek i w rezultacie "45-89" to najsłabsza płyta zespołu do tamtej pory.

Od swojej eksperymentalnej strony grupa pokazuje się właściwie tylko w tytułowym kawałku na samym starcie albumu. "45-89" składa się przede wszystkim z sampli z różnych wystąpień nawiązujących do upadku komunizmu w Polsce, a całość wspierana jest przez sekcję rytmiczną w stylu disco. Może to bardzo oryginalne nagranie, szczególnie na naszym rynku, ale sam utwór nie podoba mi się ani trochę. Nie za bardzo rozumiem też po co zespół umieścił tu krótkie gitarowe wstawki z takich utworów jak "Smoke on the Water" i "Paranoid".

Najlepiej z całej płyty prezentują się dwa utwory. Nowofalowa "Komuna mentalna" zawiera wyrazisty jak zwykle bas i dużą rolę zarówno klawiszy jak i gitary. Nie uświadczymy tu za to partii instrumentów dętych, które były istotnym elementem muzyki Kultu na trzech pierwszych albumach. Warto wspomnieć za to o zgiełkliwym solo gitarzysty, co jest czymś nowym w twórczości grupy. Moim faworytem natomiast jest oparty na prostej grze perkusji "Wysłannik". Sam utwór może nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym, a mimo to ciężko się oderwać od transowego klimatu. Przyzwoity poziom trzyma jeszcze ozdobiona poruszającym tekstem "Totalna militaryzacja", rolę wypełniacza natomiast pełnią "Studenci" z agresywnymi zwrotkami, za to banalnym refrenem. Całości na pewno nie polepsza nudnawy fragment z udziałem akordeonu.

Po raz kolejny zespół zdecydował się na umieszczenie na albumie utworów zaśpiewanych po angielsku, z których najlepiej wyszły dwa najbardziej zadziorne utwory z płyty - niemal hardrockowy "Angelo Jacopucci" z krótkim solo perkusyjnym oraz bujający, trzyminutowy "Brasil". Oba kawałki zawierają zbliżone do siebie, quasi-rapowane linie wokalne. Dwa ostatnie utwory z płyty, czyli "Your Eyes" w stylu glamowych grup z lat 80. oraz nawiązujący do southern rocka "I Wish U were" z udziałem harmonijki, to już nijakie kawałki pełniące rolę wypełniaczy.

Kult po zawieszeniu działalności między wydaniem "Spokojnie", a "Kasety" wciąż nie potrafił nawiązać do swoich pierwszych trzech świetnych albumów, a nawet znacznie loty obniżał. Co prawda znajdziemy tu jakieś przebłyski, jednak nawet te lepsze utwory prawdopodobnie ani trochę nie podwyższyły by poziomu albumów nr 2 i 3, a być może nawet ustępującemu im debiutu.

6/10

Lista utworów:

  1. 45-89
  2. Komuna mentalna
  3. Studenci
  4. Wysłannik
  5. Totalna militaryzacja 
  6. Angelo Jacopucci
  7. Brasil
  8. Your Eyes
  9. I Wish U were 

niedziela, 29 maja 2022

Recenzja: PJ Harvey - "Rid of me"

 

Okładka albumu "Rid of me" PJ Harvey

Nieco ponad rok po ukazaniu się dobrego debiutu, zespół PJ Harvey zdecydował się na wypuszczenie kolejnego krążka. Przez ten czas muzycy przeszli pod skrzydła większej wytwórni Island Records, stylistyka muzyki jaką grali nie uległa jednak znaczącej zmianie- to wciąż alternatywno-rockowe brudne granie oparte na nośnych melodiach. Zespół tym albumem osiągnął też większy sukces niż swoim pierwszym albumem zdobywając uznanie również poza Wielką Brytanią. Ja jednak odrobinę wyżej cenię sobie poprzednią płytę.

Podobnie jak "Dry" album otwiera spokojniesze nagranie. "Rid of me" znacznie różni się od swojego odpowiednika z debiutu. O ile "Oh my Lover" świetnie budowało napięcie i powalało pełną emocji partią wokalną, tak tutaj jedynie wokal PJ nadaje czegoś ciekawego. W warstwie instrumentalnej jest zbyt monotonnie, a dwa zaostrzenia, zgrzyty w tle i końcówka ze śpiewem a capella, to za mało aby uznać kompozycje za dobrą, raczej średnią.

O wiele lepiej prezentuje się także spokojny "Missed" ze świetnymi partiami gitarowymi, które tworzą genialny smutny klimat w połączeniu z emocjonalnym śpiewem wokalistki. Dobrze wszystko uzupełniają proste partie perkusyjne, ale ogólnie całość nagrania jest bardziej wyrazista. Wokal PJ jest najmocniejszym atutem większości jej utworów i nie inaczej będzie w kolejnym "Legs", w którym artystka śpiewa pełnym bólu głosem na tle kakofinicznej gitary. Potem wokal wciąż pełen jest emocji, ale gra instrumentalistów staje się bardziej konwencjonalna, chociaż zdarzają się nietypowe zagrania. Jest to jeden z najlepszych utworów na płycie. Do udanych utworów na pewno zaliczył bym dwa "siostrzane" nagrania: "Man-size sextet" i "Man-size".  Ten pierwszy został wzbogacony przez sekcje smyczkową, która nie nadaje jednak utworowi banału, a budują niesamowity klimat za sprawą swoich partii - często atonalnych. Drugi z utworów nie jest już tak eksperymentalny ale również wypada dobrze dzięki niezłej melodii.

Lubię także "Highway 61 revisited" czyli przeróbkę przeboju Boba Dylana, znacząco się od oryginału różniącą i zawierającą więcej energii chociaż i oryginał miał jej niemało. Dobrze wypada też "Me-Jane" ze zwrotkami z naprzemiennym śpiewem Polly Jean bez podkładu muzycznego i stonerowych partii gitary. O wiele lepiej prezentują się jednak fragmenty gdy każdy z muzyków wykonuje swoje partie razem z resztą, brzmi to bardziej zadziornie i po prostu lepiej. Zdecydowanie grupa pokazała charakter w finałowym "Ecstasy" z intrygującym wstępem mogącym przywodzić na myśl naszego Organka, jednak nietypowych gitarowych zagrywek znajdziemy tu więcej. Z jednej strony nagranie jest dosyć przystępne, jednak nie nie posiada nośnej melodii, przez co ma ograniczony potencjał komercyjny, jednak to wciąż jedno z lepszych utworów na "Rid of me".

Zespół nie uniknął jednak i tym razem wpadek czy wypełniaczy. A do tych zalicza się monotonny "Rub 'Til it Bleeds", brzmiący "garażowo" "Hook", "Yuri-G" z jakby zagłuszanym wokalem, nieco melodyjne ale nie powalające "Dry" i króciutkie "Snake". Nie jestem też przekonany do rozpoczętego jakby nawiązującą do muzyki country partią gitary "50ft queenie". Co prawda potem przestaje być tak swojsko i całkiem sporo się dzieje, ale utwór sporo traci przez produkcje, która wydaje się słabsza niż w innych utworach na płycie. A szkoda, bo kawałek miał niemały potencjał.

Jak na album, który w momencie wydania osiągnął większy sukces niż poprzednik, druga płyta PJ Harvey jest bardzo nierówna i zawiera zbyt wiele nagrań średnich lub słabych. Całkiem słusznie obecnie to właśnie debiut uznawany jest za ten najważniejszy, a nawet najlepszy album artystki. Znajdą się tu jednak utwory dla miłośników brudnego ale melodyjnego rocka.

6/10

Lista utworów:

  1. Rid of me
  2. Missed
  3. Legs
  4. Rub 'Til it Bleeds
  5. Hook
  6. Man-size sextet
  7. Highway '61 revisited
  8. 50ft queenie
  9. Yuri-G
  10. Man-size
  11. Dry
  12. Me-Jane
  13. Snake
  14. Ecstasy

wtorek, 17 maja 2022

Recenzja: The Velvet Underground- "White light/ white heat"

 

Okładka albumu "White light/ white heat" zespołu The Velvet Underground

Na drugim albumie the Velvet Underground sporo się zmieniło. Po pierwsze nie usłyszymy na nim Nico, którą zespół wyrzucił z zespołu po słabo przyjętym debiucie. Za współpracę podziękowano również Andiemu Warholowi, który na debiucie odpowiadał za produkcję oraz projekt słynnej okładki. Na swoim kolejnym krążku Lou Reed z kolegami zrezygnowali również z łagodniejszych i piosenkowych nagrań obecnych na debiucie. Jedynym utworem pełniącym taką funkcję jest krótki "Here she comes now", który jednocześnie podoba mi się na płycie najmniej.

Pozostałe pięć utworów to już eksperymenty z hałasem i zgiełkiem na całego. Jeszcze względnie "normalnie" jest w utworze tytułowym, w którym mimo, że sporo dzieje się w tle, to dopiero na końcu Reed najbardziej "męczy" swoją gitarę. Przystępnie wypada również "Lady godiva's operation", w którym również sporo się dzieje w tle, ale najbardziej zwraca uwagę końcówka, gdzie słychać jak jeden z muzyków naśladuje... samolot. 

Bardzo ciekawie wypada "the gift", w którym wyraźnie oddzielono warstwę instrumentalną od wokalnej. Tylko w lewym kanale usłyszymy śpiew, a ściślej melorecytacje Johna Cale'a. Natychmiast w prawym usłyszymy grę instrumentalistów z czołową rolą skrzeczącej gitary. Za sprawą melorecytacji utwór aż hipnotyzuje. 

Nic nie wciąga się jednak tak bardzo na tym albumie jak najdłuższy "Sister Ray". To co zespół robi w tym utworze jest niesamowite. Mimo, że pozornie wszystko brzmi tu prosto, to niezwykle ciężko oderwać się od tego kawałka. Prawdziwe 17 minutowe arcydzieło. 

Ostatnim z obecnych na krążku utworów jest najbardziej czadowy "I Heard her call my name", który gdyby nie wszelkie zgrzyty i trzaski ma pełne prawo kojarzyć się z bardziej energicznymi numerami Rolling Stonesów. Obok genialnego "Sister Ray" jest to mój ulubiony utwór z całego krążka.

Na "White light/ white heat" grupa poszła w jeszcze bardziej eksperymentalnym kierunku zbliżając się do swojego koncertowego brzmienia i była to decyzja doskonała. Grupa przebiła tym samym swój i tak genialny debiut i zaserwowała nam jeden z najbardziej intrygujących i najlepszych zarazem albumów rockowych w historii.

10/10

Lista utworów:

  1. White light/ white heat
  2. The Gift
  3. Lady Godiva's operation
  4. Here she comes now
  5. I Heard her call my name
  6. Sister Ray

niedziela, 15 maja 2022

Recenzja: PJ Harvey- "Dry"

 

Okładka albumu "Dry" PJ Harvey

PJ Harvey (właściwie Polly Jean Harvey) to brytyjska wokalistka i multiinstrumentalistka grająca szeroko pojęty rock alternatywny- chociaż bardziej tę przystępną odmianę niż tę awangardową. Sam z jej twórczością zaznajomiłem się całkiem niedawno, bo około dwa miesiące temu. Wcześniej nazwisko wokalistki było mi znane, ale ciągle odkładałem zapoznanie się z jej dyskografią. W końcu zdecydowałem się odsłuchać debiut artystki zatytułowany "Dry" i natychmiast mnie zachwycił. To była miłość od pierwszego odsłuchu.

Płyta składa się z 11, przede wszystkim chwytliwych i przebojowych nagrań jak choćby singlowe "Dress" oraz "Sheela- Na- Gig". Oba kawałki charakteryzują się raczej prostymi partiami instrumentalistów, ale połączone ze sobą dają bardzo dobry efekt. Największą siłą tych utworów jest jednak wokal Polly Jean, która dysponuje naprawdę fajną barwą głosu i niemałymi umiejętnościami, które pozwalają jej gładko przechodzić z subtelnego, łagodnego śpiewu w pełną energii i emocji linie wokalną.

Najlepszą wizytówką PJ jako wokalistki są dwa spokojniejsze nagrania. Pierwszy na płycie "Oh my Lover" to genialna ballada, w której muzycy świetnie budują napięcie, by w pewnej chwili wokalistka oczarowała nas niezwykle emocjonalnym śpiewem pełnym bólu. Dobrze wypada również pół -ballada "Fountain" jednak tej wiele brakuje i nie doświadczymy tu takiego budowania napięcia jak w otwierającym numerze.

Do lepszych fragmentów longplaya należą prosty ale także przebojowy "Stella", oparty na chwytliwej partii basu "Victory" ze świetną linią wokalną i chyba najbardziej przebojowe na albumie "Water", które aż dziwne, że nie zostało wydane na singlu. Dosyć ciekawie rozwija się "Plants and rags". Początkowo słyszymy "ogniskową" partię gitarową, żeby z czasem pojawiły się nieco dziwne, awangardowe partie Chasa Dickie na wiolonczeli. Samo nagranie jest chyba najbardziej alternatywne, może nawet awangardowe z całego zestawu. Całkiem dobrze słucha mi się również krótkiego "Joe", w którym mimo zaledwie 2 i pół minuty trwania, dzieje się naprawdę dużo: sporo tu zmian motywu czy liczne piski i zgrzyty.

Album nie jest jednak idealny. Nawet w opisanych wyżej utworach jest się do czego przyczepić, jednak koniec końców słucha mi się ich bardzo dobrze. Znajdziemy tu jednak jeszcze nudnawy "Hair" oraz kojarzący się nieco z southern rockiem "Happy and bleending", który jednak wypada co najwyżej średnio.

Dzięki świetnemu debiutowi PJ Harvey natychmiast dołączyła do największych moich odkryć muzycznych w ostatnim czasie, a także do ścisłej czołówki moich ulubionych wokalistek- obok takich wielkich postaci jak Janis Joplin, Byörk, czy naszych rodaczek Kory i Kasi Nosowskiej. Na tym krążku podoba mi się również nieco przybrudzone brzmienie. Niestety, ale dwa kolejne krążki artystki nie zachwyciły mnie tak bardzo. Może po odsłuchaniu ich po raz kolejny za jakiś czas, coś się zmieni, ale na ten moment nie uważam, żeby warto było je polecać.

7/10

Lista utworów:

  1. Oh my lover
  2. Stella
  3. Dress
  4. Victory
  5. Happy and bleending
  6. Shela-na-gig
  7. Hair
  8. Joe
  9. Plants and rags
  10. Fountain
  11. Water