Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rock progresywny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rock progresywny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 grudnia 2022

Recenzja: Genesis - "A Trick Of The Tail"

Okładka albumu "A Trick Of The Tail" zespołu Genesis


Po odejściu Petera Gabriela z Genesis, pozostali muzycy nie mieli łatwego zadania. Po pierwsze odszedł najbardziej charakterystyczny do tamtej pory członek zespołu, świetny wokalista i do tego najbardziej kreatywny muzyk w grupie. Po przesłuchaniu jednak kilkuset kandydatów na miejsce Gabriela, Banks, Collins, Hackett i Rutcherford wciąż nie mogli znaleźć odpowiedniego następcy. Tymczasem nadszedł moment gdy trzeba było wejść do studia by zarejestrować nowy materiał. Gdy przyszło do nagrywania ścieżek wokalnych, rolę wokalisty przejął Phil Collins, a od tego czasu w studiu Collins pełnił zarówno rolę wokalisty, jak i perkusisty, za to na koncertach zaproszono do współpracy Billa Bruforda oraz Chestera Thompsona.
Muzycznie jednak nie słychać wielkich zmian. Nie dość, że wokal Collinsa brzmi na tym albumie dość podobnie do wokalu Gabriela, to jeszcze muzycy wyraźnie nawiązują do swoich wcześniejszych dzieł, z tym że niekoniecznie udanie. Największą zmianę czuć w melodiach, które są jakby jeszcze bardziej chwytliwe niż za czasów poprzedniego wokalisty. Wciąż jednak słychać ten baśniowo bajkowy klimat.

Prawie każdy utwór na albumie opiera się na podobnym patencie, najpierw całkiem przebojowa lub spokojniesza część, a na koniec część instrumentalna, często udana, tyle że prawie w każdym przypadku sztucznie przedłużana. Do tych energicznych i chwytliwych numerów zaliczają się "Squonk" i "Robbery, Assault and Battery". Za to do tych nawiązujących do wcześniejszych dokonań grupy za sprawą bajkowych klimatów należą bardzo ładny "Entangled", "Mad Man Moon" i "Ripples". Gdzieś pomiędzy tymi dwoma grupami leży bardzo fajny "Dance on a Volcano". Większość z tych utworów z resztą byłaby bardziej udana gdyby nie wydłużano ich na siłę w częściach instrumentalnych, w których nie dzieje się wiele ciekawego. Od całego schematu odchodzą dwa ostatnie utwory. Tytułowy to całkiem fajny, przebojowy i zwarty kawałek, za to finałowy, instrumentalny "Los Endos" ma swoje momenty, ale nie uważam, że stało by się coś złego, gdyby go zabrakło.

Pierwszy album Genesis po odejściu Petera Gabriela to krążek wywołujący we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony część zawartego tu materiału to dość niezłe kawałki w częściach "właściwych", ale jednak brzmią one w większości jak powtórka z rozrywki, a do tego gorsza. Na plus, że melodie stały się bardziej przebojowe. Wszystko jednak zepsuto na siłę wciskając długie popisy, które wcale nie są ciekawe.

6/10

Lista utworów:
  1. Dance on a Volcano
  2. Entangled
  3. Squonk
  4. Mad Man Moon
  5. Robbery, Assault and Battery
  6. Ripples
  7. A Trick of the Tail
  8. Los Endos 

niedziela, 20 listopada 2022

Recenzja: Pink Floyd - "Meddle"

Okładka albumu "Meddle" zespołu Pink Floyd

Po serii bardziej eksperymentalnych albumów Pink Floyd, grupa zaczęła stopniowo zmierzać w kierunku bardziej przystępnej stylistyki, chociaż wciąż bardzo interesującej, zawierającej w sobie elementy mniej typowe. I w ten sposób "Meddle" to już krążek zawierający utwory bliższe "zwykłego" rocka, wzbogacone o ciekawsze pomysły.

I tak "One of These Days" chociażby zawiera podwójną linie basu, bo obok Watersa, na instrumencie tym zagrał także David Gilmour. Obie ścieżki znajdują się na osobnych kanałach, co dodatkowo wywołuje bardzo ciekawy, transowy efekt. Później utwór zaostrza się, ale mimo odejścia od hipnotyzującego klimatu, kompozycja ta wciąż stoi na bardzo wysokim poziomie dzięki świetnym gitarowym partiom Gilmoura. "San Tropez" z kolei mimo bujającej melodii wzbogacony jest o jazzowe partie klawiszowca zespołu, Richarda Wrighta, a bluesowy "Seamus" o ... szczekanie psa. Tyle że ten ostatni to utwór bardzo słaby i niepotrzebny.

Na "Meddle" znajdziemy również dwa jeszcze bardziej zwyczajne, spokojne, bardziej folkowe utwory. "A Pillow of Winds" czaruje piękną melodią i linią wokalną gitarzysty, natomiast "Fearless" momentami jest bardziej żywe i nie aż tak udane, choć niezłe. Niepotrzebnie natomiast muzycy zamieścili na końcu tego utworu śpiewany przez kibiców Liverpoolu hymn ich ukochanej drużyny - "You'll Never Walk Alone". Najlepszym i najważniejszym utworem na płycie jest jednak 23 minutowa suita "Echoes". Artyści stworzyli tu świetny, nieco niepokojący klimat na początku utworu i jeszcze bardziej rozwinęli ten pomysł w innych częściach suity. Nie brakuje tu jednak po prostu udanych melodii, czarujących partii instrumentalnych Gilmoura i Wrighta oraz świetnej współpracy wokalnej tej dwójki. To jeden z najlepszych, a może nawet najlepszych utworów nagranych przez zespół do tamtej pory, a na pewno jeden z lepszych jakie nagrali w całej swojej twórczości.

"Meddle" pozostaje co prawda w cieniu późniejszych dokonań zespołu, jednak zupełnie niesłusznie. Album ten bardzo nieznacznie ustępuje "Dark Side of the Moon" czy "Wish You Were Here", a "Animals" nawet nieco przebija, tak samo jak "The Wall". Kolejna świetna pozycja w dyskografii grupy i dowód na to, że Pink Floyd zdecydowanie zasługuje na kultowy status jakim jest otaczany na całym świecie, chociaż dawniej poza kilkoma utworami uważałem ten zespół za nudny.

9/10

Lista utworów:
  1. One of These Days
  2. A Pillow of Winds
  3. Fearless
  4. Seamus
  5. Echoes

wtorek, 8 listopada 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Minstrel in the Gallery"

Okładka albumu "Minstrel in the Gallery" zespołu Jethro Tull

Po serii udanych albumów, w muzyce Jethro Tull nastąpił kryzys. Już i tak udany, lecz kontrowersyjny "A Passion Play" był sporym zjazdem w dół w porównaniu do poprzednich albumów. Potem jednak nastąpiła duża wpadka. Mający ambicje nagrać album i stworzyć do niego film Anderson mocno przeliczył się z ambicjami. Film ostatecznie nie powstał, ale została muzyka wydana na albumie "War Child". O tym w zasadzie tylko wspomnę, że sklada się z krótkszych, melodyjnych ale szybko wypadających z głowy numerów. O wiele lepiej jest na kolejnym albumie zespołu. 

"Minstrel in the Gallery" to jakby powrót do stylu z "Aqualung" i wcześniejszych albumów grupy. Anderson i spółka już nie silą sie na nagrywanie suit na cały krążek, lecz proponują kilka krótszych utworów i jednego kilkunasto minutowego kolosa. Pierwsza strona winylowego nagrania to naprawdę solidny materiał. Podzielony na spokojniejszą, akustyczną część i bardziej hard rockową utwór tytułowy to mój ulubiony utwór z albumu. Łączy się tu sporo udanych melodii i motywów zarówno w tej bardziej folkowej, jak i tej bardziej zadziornej. Bardzo ładnie zaczyna się kolejny "Cold Wind to Valhalla", który także potem nabiera ciężaru, ale nie tak mocnego jak poprzednik. Za to balladowy początek czaruje pięknymi partiami gitary akustycznej oraz fletu. Niewiele odstaje od tych dwóch kawałków "Black Satin Dancer", w tym jednak nieco patosu nadają smyczki. Już słabiej robi się w dwóch balladach, "Requiem" i "One White Duck". Nie są może złe, ale mogą znudzić. 

Druga strona winyla natomiast budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony zajmujący praktycznie całą stronę "Baker St. Muse (Medley)" to zlepek udanych, spokojnieszych fragmentów, ale z drugiej... No właśnie - "zlepek". Bo mimo zbliżonego folkowego klimatu poszczególnych części, te niekoniecznie są sprawnie ze sobą połączone. Może też męczyć długi czas trwania. Co prawda pod sam koniec występuje całkiem fajny zaostrzony fragment, ale także nie do końca pasujący. O zamykającym całość "Grace" w zasadzie dłużej piszę niż całość trwa. To tylko niespełna 40sekundowa miniaturka składająca się z wokalu Andersona na tle gitary akustycznej i smyczków. Całkowicie zbędny "utwór".

"Minstrel in the Gallery" to udany powrót do formy po ewidentnej wpadce w postaci "War Child", ale nie jest to powrót do formy najwyższej z czasów "Thick as a Brick" i wcześniejszej kariery. Nie jest to też album nazbyt ceniony. Ma swoich zwolenników wśród miłośników Jethro Tull, ale poza trzema pierwszymi utworami na albumie jest to album po prostu niezły. Ocenę podnoszą własnej te trzy kompozycje.

7/10

Lista utworów:

  1. Minstrel in the Gallery
  2. Cold Wind to Valhalla
  3. Black Satin Dancer
  4. Requiem
  5. One White Duck
  6. Baker St. Muse
  7. Grace

poniedziałek, 31 października 2022

Recenzja: Genesis - "The Lamb Lies Down on Broadway"

Okładka albumu "The Lamb Lies Down on Broadway" zespołu Genesis


Czasami bywa tak, że mimo odnoszonych sukcesów, muzycy mają dość pewnych konwencji. Tak właśnie stało się w pewnym momencie z Genesis. Na swoim szóstym studyjnym albumie grupa znacząco odchodzi od swojego wypracowanego, "bajkowego" stylu na rzecz krótszych, często nie trwających nawet trzy minuty kompozycji. Na kształt albumu mocno wpłynęło na pewno także to, że Peter Gabriel wyraźnie oddalał się od grupy i osobno tworzył on, a osobno jego koledzy. Nie brzmi to raczej zbyt zachęcająco dla fanów wcześniejszej twórczości zespołu czy ogólnie fanów rocka progresywnego, ale mimo wszystko "The Lamb Lies Down on Broadway" to album całkiem udany... tyle że za długi.
Album ten trwa ponad 90 minut i co za tym idzie jest to album dwupłytowy. Zwykle lepiej oceniana jest ta pierwsza płyta z takimi utworami jak rozpoczęty inspirowanym muzyką klasyczną wstępem utwór tytułowy, rozbudowany "In the Cage" albo zadziorny "Back in NYC". Świetnie wypada także oparty na kontraście dwóch części - balladowej i ostrzejszej - "Fly On A Windshield", a także piękna ballada ",Carpet Crawlers". Całkiem niezłe są też rockowy "Broadway Melody of 1974", spokojnieszy "Cuckoo Cocoon", chwytliwy "The Grand Parade Of Lifeless Packaging", "The Chamber Of 32 Doors" ze świetnym wstępem, w także początkowo poprockowy "Counting Out Time", w którym jednak muzycy później ciekawie kombinują. Jest jeszcze nie najgorszy utwór instrumentalny z fajnymi gitarowymi partiami Hacketta - "Hairless Heart".

Druga płyta ma już gorsze oceny, ale i tu znajdą się miłe dla ucha kawałki, tyle że nie tak charakterystyczne. Fajnie się słucha choćby zadziorny "Lilywhite Lilith", początkowo piosenkowy, lecz nabierający pazura "Anyway", "Silent Sorrow In Empty Rooms" z jakby sakralnym wstępem, piosenkowy "The Light Dies Down On Broadway" czy balladę "In the Rapids". Najciekawszą kompozycją na drugiej płycie jest jednak genialne "The Lamia". Jest to ballada ze świetną partią wokalną Gabriela, posiadająca jednak bardzo udane zaostrzenia. Interesująco wypada też instrumentalny "The Waiting Room". To z kolei najbardziej nietypowe nagranie na albumie. Od pierwszych dźwięków utwór ten przyciąga uwagę swoim niepokojącym, strasznym klimatem. Muszę tu też pochwalić Phila Collinsa za bardzo fajną grę na perkusji. Artyści nie poradzili sobie natomiast z ośmiominutowym i podzielonym na trzy części "The Colony Of Slippermen". O ile poszczególne fragmenty całej kompozycji wypadają nieźle, to często są nie do końca do siebie pasujące. Po tym właśnie utworze słyszymy "kosmiczną" miniaturę "Ravine", która mimo bycia ciekawym urozmaiceniem nie wiem czy pasuje na ten album. Można jeszcze wyróżnić finałowy "It", który szybko wpada w ucho. Reszta zamieszczonych tu nagrań z kolei już wypada nijako.

Trudno winić zespół o drastyczną zmianę stylu. Biorąc pod uwagę wewnętrzne problemy grupy, a także to, że obrana wcześniej stylistyka nie jest niewyczerpana, mogę wręcz muzyków Genesis pochwalić za próbę sprawdzenia się w czymś innym. Wyszło bardzo dobrze i przy okazji album ten może być zapowiedzią dla muzyki, którą zespół będzie grać już po odejściu Petera Gabriela. Największą wadą jest oczywiście długość, bo muzycznie wypada dobrze i nawet większość tych słabszych numerów nie jest taka zła.

7/10

Lista utworów:

CD1
  1. The Lamb Lies Down on Broadway
  2. Fly On A Windshield
  3. Broadway Melody of 1974
  4.  Cuckoo Cocoon
  5. In the Cage
  6. The Grand Parade Of Lifeless Packaging 
  7. Back in NYC
  8. Hairless Heart
  9. Counting Out Time
  10. Carpet Crawlers
  11. The Chamber Of 32 Doors
CD2
  1. Lilywhite Lilith
  2. The Waiting Room
  3. Anyway
  4. Here Comes the Supernatural Anaesthetist
  5. The Lamia
  6. Silent Sorrow In Empty Rooms
  7. The Colony Of Slippermen
  8. Ravine
  9. The Light Dies Down On Broadway 
  10. Riding the Scree
  11. In the Rapids 
  12. It

piątek, 21 października 2022

Recenzja: King Crimson - "Red"

Okładka albumu "Red" zespołu King Crimson

Gdyby wskazać najbardziej popularne albumy King Crimson, prawdopodobnie zaraz za słynnym debiutem wskazano by na siódmy w dyskografii grupy "Red". Krążek jest jakby podsumowaniem tego co zespół nagrał do tamtej pory, więc biorąc pod uwagę większą przystępność niż choćby "Lizard" i "Island" popularność tego wydawnictwa nie powinna dziwić.

Jednak jak wspomniałem, materiał zawarty na tej płycie nawiązuje nie tylko do dwóch pierwszych, najłatwiejszych w odbiorze albumów. Słuchać tu ewidentną chęć do eksperymentowania i zamiłowanie do awangardy obecne na albumach późniejszych, a także ciężar i mroczny klimat znany z poprzedniego "Starless and Bible Black". I to zwykle nawet w jednym utworze.

I tu idealnym przykładem jest genialny, instrumentalny utwór tytułowy. Zawierający zarówno niepokojące, ciężkie brzmienie, jak łatwość w odbiorze dla "zwykłych" fanów cięższych brzmień, jak i mniej typowe fragmenty wciąż wywołujące dreszcze na plecach. Jeszcze większy kontrast pomiędzy różnymi fragmentami występuje w "One More Red Nightmare". Ten utwór ponownie rozpoczyna się ciężkim, ponurym wstępem, żeby nagle we fragmentach wokalnych stać się autentycznie chwytliwym kawałkiem. Za to gdy wokal milknie, utwór znowu zmienia się w przygnębiającą , mroczną kompozycje. Finałowy "Starless" za to rozpoczyna się spokojnie, balladowo i urzeka pięknymi partiami Frippa, tłem budowanym na melotronie i udanym wokalem. Ale w drugiej części muzycy odchodzą już od konwencjonalnego grania i zaczynają improwizować. I ten fragment jest bardzo udany i porywający, szczególnie w tych cięższych momentach.

Pomiędzy tymi utworami znajdziemy jeszcze dwa inne. Pierwszy z nich to piękna, typowa dla zespołu ballada "Fallen Angel" z udanymi zaostrzeniami, szczególnie w końcówce. Natomiast drugi to już najtrudniejszy na albumie "Providence". Ten utwór to jakby odpowiednik "Moonchild" z debiutu. Jednak "Providence" zdaje mi się jednak bardziej przystępny.

Mimo że Red nie oferuje tyle nowych doznań jak każdy z sześciu poprzednich albumów, to wciąż jest to album na niesamowicie wysokim poziomie. I absolutnie nie dziwię się, że tyle osób stawia go na pierwszym miejscu swoich ulubionych albumów KC, bo sam stawiam go bardzo wysoko. Krążek świetnie radził sobie też komercyjnie... I to ponoć było właśnie rozpadu zespołu, gdyż Fripp nie chciał aby jego grupa stała się wielką gwiazdą. Ponoć bał się, że w takim wypadku on o jego współpracownicy będą ograniczani przez wydawców.

10/10

Lista utworów:

  1. Red
  2. Fallen Angel
  3. One More Red Nightmare
  4. Providence
  5. Starless

piątek, 14 października 2022

Recenzja: Pink Floyd - "Atom Heart Mother"

Okładka albumu "Atom Heart Mother" zespołu Pink Floyd

Po zbierającej dosyć sprzeczne recenzję "Ummagummie" czwórka z Pink Floyd po raz kolejny zdecydowała się nagrać album eksperymentalny. Dziś nawet David Gilmour nie do końca potrafi wytłumaczyć co muzycy mieli wtedy w głowach, a sam album nazywa "gniotem". Wśród słuchaczy opinie są bardzo skrajne. Jedni myślą podobnie jak gitarzysta, a inni uważają "Atom Heart Mother" za arcydzieło. Ja jestem gdzieś pośrodku.

Tak właściwie do za eksperymenty można uznać jedynie dwa skrajne utwory. Trzy kompozycje między nimi, to już utwory bardziej konwencjonalne i przyjemne w odbiorze. Spokojny "If" z wokalem Rogera Watersa urzeka ładną partią wokalną oraz solo gitarowym. Niemal folkowy, skomponowany przez Gilmoura "Fat old sun" także czaruje pięknym klimatem. "Summer '68" klawiszowca Richarda Wrighta również zaczyna się na spokojnie. Potem jednak nabiera więcej pozytywnej energii, momentami brzmiąc nieco banalnie. Koniec końców jednak jest to udane nagranie.

W tytułowej suicie muzycy zdecydowali się zaangażować orkiestrę i jak często bywa w takich połączeniach, nie do końca sobie z tym poradzili. Najlepiej w całym ponad 20minutowym utworze wypadają fragmenty gdy gra sam zespół, ale gdy orkiestra jest bardziej schowana za muzykami Pink Floyd także brzmi to udanie. Gorzej gdy goście wysuwają się na pierwszy plan, ale i te momenty nie są tragiczne. Jednak już całkowicie szalonym pomysłem było umieszczenie na albumie nagranych dźwięków przygotowywania śniadania przez technicznego zespołu. Co prawda grupa coś tam sobie w międzyczasie dogrywa na swoich instrumentach, ale pomysł był kompletnie porąbany. Czy udany? Mi się nie podoba, ale na pewno są fani tego nagrania. Trzeba też docenić oryginalność i odwagę.

"Atom Heart Mother" to kolejny już album zespołu zbierający skrajne recenzje i podzielony na dwie odmienne części. Jeśli chodzi o 4 pierwsze utwory, to jestem ich fanem. Może nie uważam ich za ideały, ale miło się ich słucha. Do ostatniego "Alan's psychedelic Breakfast" natomiast przekonać się nie mogę. Dla pozostałych utworów, szczególnie tytułowego warto jednak krążek ten poznać.

7/10

Lista utworów:

  1. Atom Heart Mother
  2. If
  3. Summer '68
  4. Fat old sun
  5. Alan's psychedelic Breakfast

sobota, 8 października 2022

Recenzja: Genesis - "Selling England by the Pound"

Okładka albumu "Selling England by the Pound" zespołu Genesis

Po niezłych wynikach sprzedażowych czwartego w dyskografii "Foxtrot", zespół Genesis stanął przed wyzwaniem pobicia tego sukcesu. Grupa jednak nie zdecydowała się na drogę, którą szły inni członkowie wielkiej szóstki, lecz uznali, że skoro to co znalazło się na "Foxtrot" wypaliło, to być może warto spróbować podobnych środków podobnie.

I tak jak do tej pory, Gabriel i spółka postawili na połączenie muzyki rockowej z folkiem czy muzyką dawną tworząc baśniowy klimat. Nie brakuje tu jednak momentów zadziornych, wręcz hardrockowych. W takim "Dancing With the Moonlit Knight" taka mocniejsza część jest bardzo udana, a sam utwór posiada świetne, ładne melodie. Podobnie rozbudowany "Firth Of Fifth" także opiera się na wielu typowych dla grupy rozwiązań. Brzmi jednak przy tym wciąż oryginalnie i jest to na ten moment moja ulubiona kompozycja z albumu. A to co Hackett wyprawia w pewnym momencie na gitarze, to już coś niesamowitego.

Inny z bardziej rozbudowanych utworów, "The Battle Of Epping Forest" także posiada dobre momenty, ale sam utwór jest niezbyt spójny. Choćby na początku, gdy po spokojnym wstępie następuje niespodziewanie bardziej energiczna część. Ostatni z długich utworów, "The cinema show" prezentuje się bardziej zwarcie, posiada wiele uroku dzięki partiom na flecie, a część instrumentalna wypada znakomicie. 

Między tymi kolosami znajdują się jeszcze inne, mniej rozbudowane ale także udane nagrania. "I Know what I Like" posiada mroczny wstęp, który jednak został zesputy w dalszej części utworu. Wciąż jednak jest to kompozycja całkiem dobra. "More Fool Me" to w zasadzie utwór średni, ale mogący się podobać fanom akustycznego grania i fanom śpiewu Phila Collinsa, bo to właśnie perkusista ponownie stanął za mikrofonem zamiast Petera Gabriela. "After the Ordeal" to bardzo mi się podobający utwór instrumentalny najpierw opierający się na ładnych partiach gitary akustycznej, a potem posiadający genialne partie na elektryku.  Całości dopełnia natomiast spinający całość klamrą "Aisle of Plenty".

"Selling England by the Pound" wprawdzie nie wprowadza w twórczość Genesis wielkich zmian, bo wciąż jest to bazowanie na tych samych patentach co choćby na poprzednim "Foxtrot"; a jednak jest to album różny od poprzednich, posiadający wiele zalet - od udanych motywów (choć nie zawsze sprawnie się łączących), przez świetny jak zwykle baśniowy klimat, po wykonanie. Ciężko tu wyróżnić szczególnie któregokolwiek z muzyków, jednak fanów hard rocka mogę zachęcić bardzo udanymi partiami gitarzysty Genesis, Steve'a Hacketta. Myślę że opisywany krążek to jedno ze szczytowych osiągnięć zespołu, a nawet jedno z lepszych w całym gatunku.

8/10

Lista utworów:

  1. Dancing With the Moonlit Knight
  2. I Know what I Like 
  3. Firth Of Fifth
  4. More Fool Me
  5. The Battle Of Epping Forest
  6. After the Ordeal
  7. The Cinema show
  8. Aisle of Plenty

sobota, 1 października 2022

Recenzja: Jethro Tull - "A Passion Play"

Okładka albumu "A Passion Play" zespołu Jethro Tull

Kultowy "Thick as a Brick" mimo zamiaru sparodiowania całego nurtu rocka progresywnego stał się klasyką tego właśnie gatunku. Dzięki wielkiemu uznaniu dla tego właśnie dzieła zespół Iana Andersona zdecydował się na nagranie kolejnego albumu w tym stylu, tym razem już na poważnie. Jak wyszło? Gorzej niż poprzednio, ale nie najgorzej.

Przede wszystkim Brytyjczycy na tym albumie jakby skupili się na naśladowaniu pewnych elementów charakterystycznych dla innych grup progresywnych odchodząc od swojego stylu opartego mocno na muzyce folkowej. Grupa wpadła też w inną pułapkę nagrywając kilkanaście osobnych utworów i na siłę łącząc je w jeden długi twór podzielony na dwie części. Gorzej, że te utwory nie łączą się w tak zgrabną całość jak to miało miejsce w (szczególnie pierwszej części) "Thick as a Brick". Część pierwsza zaczyna się od fragmentu silnie przywodzącego na myśl King Crimson czy Van der Graaf Generator za sprawą dużego udziału lekko jazzowego saksofonu, który na albumie tym zastąpił charakterystyczną grę fletu. Kolejne "akty", jak nazwane są poszczególne fragmenty całego albumu, jak spokojniejsza, balladowa część, czy ta bardziej hard rockowa także są udane, tylko, że o wiele lepiej funkcjonowały by jaki oddzielne utwory.

Najgorszym momentem całego albumu jest fragment gdy Anderson opowiada historię na tle wesołkowatej, bajkowej melodii. Już reszta drugiej części trzyma o wiele wyższy poziom i słucha się jej ze sporą przyjemnością.

Pomysł na nagranie tego albumu trąci lekką hipokryzją ze strony lidera zespołu, ponieważ jeszcze przed nagraniem "Thick as a Brick" Anderson bronił się przed nadaniem muzyce jego grupy łatki rocka progresywnego. A tymczasem, gdy zobaczył jaki sukces odniósł album, który miał być tegoż stylu parodią, nagrał nagrał płytę w tym stylu już całkowicie na poważnie. Odchodząc jednak od pobudek muzyków, trzeba powiedzieć, że stworzyli płytę dobrą lecz mało nowego dodającą do muzyki i zbyt nachalnie inspirowanej współczesnymi im grupami. Szkoda tylko, że zespół porzucił tu swój świetny, natychmiast rozpoznawalny styl.

7/10

Lista utworów:

  1. A Passion Play

sobota, 24 września 2022

Recenzja: King Crimson - "Starless and Bible Black"

Okładka albumu "Starless and Bible Black" zespołu King Crimson

King Crimson to grupa, która jak mało która potrafiła porwać na koncertach. Była przy tym mocno nieprzewidywalna. Już niedługo po wydaniu "Larks'..." zamiast promować materiał z tamtej płyty (jak wiadomo bardzo udanej) zaczęli testować materiał jeszcze niewydany. Zwykle wzbogacony o świetne improwizacje. W efekcie czego kolejny album zespołu, "Starless and Bible Black" to krążek na który składają się utwory zarówno nagrane w studiu, jak i na koncertach. A mimo to nie słychać różnicy w brzmieniu.

Jest to album który pod względem brzmienia mocno wyprzedza swoje czasy. Spora część z zawartego tu materiału brzmi tak mrocznie że pozazdrościć takiej produkcji mogłyby zespoły black metalowe. Tu jako przykład można podać wstęp do otwierającego całość "The Great Deceiver". Jednak oprócz atmosferycznego brzmienia grupa nie zapomniała o poplątanych, gęstych partiach instrumentalnych. Później robi się nieco spokojniej ale jak na 4 minuty dzieje się tu bardzo dużo. Jeśli chodzi o ciężar to King Crimson potrafiło pobić na tym albumie współczesne mu grupy hardrockowe. Rozpoczynający się na spokojnie "Lament" w mocniejszej części moim zdaniem bije nawet Led Zeppelin jeśli chodzi o energię.

Zupełnie inne są już dwa kolejne utwory. "We'll Let You Know" to utwór spokojny, jednak przy tym jeszcze dziwniejszy niż dwa nagrania rozpoczynające album. Każdy z muzyków zdaje się tu grać niezależnie od innych, a jednak brzmi to wg mnie dosyć ciekawie. "The Night Watch" natomiast zachwyca pięknymi partiami Crossa i Frippa. Także wokal brzmi tu naprawdę dobrze. Odrobinie chaotycznie, ale fajnie jest początkowo w tle. 

Każdy kto słuchał jakiekolwiek albumu tego progrockowego giganta wie, że grupa ta nigdy nie nagrywa takich samych utworów i tak jest i w tym przypadku, bo pozostała połowa załączonych tu nagrań mocno odbiega od tego co grupa umieściła wcześniej zarówno na tym albumie, jak i poprzednich. Bardzo ciekawie wypada "Trio" - utwór instrumentalny, w którym główną rolę pełni altówka Crossa. Poza nią w utworze słuchać właściwie jedynie bas i melotron. Na minus (choć w tym przypadku to moja mocno subiektywna opinia) jest to, że utwór bardzo długo się rozwija, a przez dosyć długi czas trzeba mocno wysilić słuch, żeby usłyszeć cokolwiek.

Pisałem na początku recenzji o niezwykle mrocznym klimacie tego albumu - końcówka tego dzieła wprost miażdży pod tym względem. Przyczepić mogę się do "Mincer", w którym niepotrzebny wg mnie był fragment wokalny - ten fragment można było po prostu odpuścić i zakończyć utwór szybciej. Dzięki temu utwór nie straciłby swojego świetnego klimatu. Utwór tytułowy też ma swoje wady, bo długo się rozwija, jednak po około czterech minutach robi się z niego niemałe arcydzieło. Najlepszy jednak jest dla mnie kończący album "Fracture", który dla odmiany rozkręca się błyskawicznie i brzmi chyba najciężej z całego krążka.

"Starless and Bible Black" to album, który nie cieszy się zbyt wielką popularnością, znacznie pozostając w cieniu choćby następującemu po nim "Red". King Crimson jednak to nie jest zespół, którego wystarczy posłuchać jedynie najbardziej popularne propozycje, aby być "spełnionym". Nie, King Crimson, to grupa, która na każdym albumie stale się rozwija. Grupa, która prawdopodobnie nigdy nie nagrała takiego samego albumu, a może nawet utworu. I "Starless and Bible Black" to kolejny już przykład na to, że należy wychodzić poza ścisłe kaniony poszczególnych grup, aby poznać coś niesamowicie ciekawego. Bo kto grał w ten sposób w latach 70.? Chyba nikt. Nawet Black Sabbath poza swoim kultowym utworem tytułowym z debiutu nie wywołał gęsiej skórki na moim ciele, tak jak KC na większości zamieszczonych tu utworów. Może nie jest to moja ulubiona płyta tego że zespołu, ale (pomimo paru wymienionych przeze mnie uwag) jest to krążek bliski perfekcji.

9/10

Lista utworów

  1. The Great Deceiver
  2. Lament
  3. We'll Let You Know
  4. The Night Watch
  5. Trio
  6. The Mincer
  7. Starless and Bible Black
  8. Fracture

poniedziałek, 29 sierpnia 2022

Recenzja: Pink Floyd - "Ummagumma"

Okładka albumu "Ummagumma" zespołu Pink Floyd

Pink Floyd w Polsce swój kultowy status zawdzięcza przede wszystkim "Dark Side of the Moon", "Wish You Were Here" i "The Wall". Można dodać do tego jeszcze cieszący się sporym uznaniem w naszym kraju "Division Bell", lecz ten album swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim jednemu utworowi, "High Hopes". Właśnie od tych trzech albumów wymienionych jako pierwsze zaczęła się moja przygoda z Floydami i podobną drogą przeżyło mnóstwo osób z mojego pokolenia interesujących się rockiem. Wiele z nich, w tym przez długi czas ja, uznawała potem, że skoro poznali najpopularniejsze krążki tego giganta, to nie trzeba znać nic więcej. Od jakiegoś czasu jestem coraz bardziej przekonany, że warto wychodzić poza najbardziej znane dzieła danego wykonawcy, bo na innych albumach można znaleźć dzieła bardzo dobre czy przynajmniej zawierające kilka utworów ocierających się o doskonałość. Takim albumem jest "Ummagumma"

Album nie tylko zawiera nietypową, momentami awangardową muzykę, ale i jego budowa jest niecodzienna. Po pierwsze wydawnictwo jest dwupłytowe- jeden krążek to materiał koncertowy, a drugi studyjny. To co prawda nie było pierwsze tego typu wydawnictwo, bo wcześniej zrobiło tak choćby Cream. Drugi krążek natomiast muzycy podzielili mniej więcej po równo, aby każdy z nich zamieścił na co miał ochotę. Na pierwszy ogień idzie klawiszowiec zespołu, Rick Wright, który umieścił tu czteroczęściowy cykl "Sysyphus". Pierwsza część posiada bardzo dobry, mroczny klimat, druga jest jakby lżejsza pod względem nastroju, za to bardziej "poplątana", trzecia jest jeszcze bardziej pokręcona i zawiera dźwięki, które mi kojarzą się z... małpami. Mnie osobiście ta część nie zachwyca. Sporo różni się od nich część czwarta, która przez długi czas jest spokojna, dopiero po połowie utworu, Wright nadaje jej ponurego, niepokojącego klimatu. Problem w tym, że muzyk niepotrzebnie ozdabia tę kompozycję awangardowymi partiami. Nie mam nic do nich, tylko że odwracają uwagę od właściwego motywu.

Po bardzo udanej propozycji Wrighta przychodzi pora na Watersa. Jego część znacznie się różni od "Sysyphusa". "Grantchester Meadows" zaczyna się ptasimi krzykami spod których w pewnym momencie wychodzi delikatna i całkiem ładna melodia, na której tle basista śpiewa subtelną partię. "Several Species Of Small Furry Animals Together in a Cave and Geooving with a Pict" to pokręcony zlepek różnych zwierzęcych (i momentami ludzkich) poddanych obróbce. Nie do końca uznaje takie eksperymenty. Następnie przychodzi kolej na "Gilmoura" i jego trzyczęściowe "The Narrow Way" brzmiące jak łagodniejsze oblicze Led Zeppelin, tyle że wzbogacone dodatkowymi dźwiękami. A przynajmniej w pierwszej części, bo druga nie nasuwa już takich skojarzeń i jest już bardziej rockowa, dalej jednak udziwniona innymi dźwiękami.  Trzecia natomiast to już zupełnie inny utwór - łagodna i ładna ballada z delikatnym śpiewem. Na koniec przychodzi pora na Nicka Masona (i jego ówczesną żonę). "The Grand Vizier's Garden Party" to po prostu trzyczęściowe solo perkusyjne, tyle że wzbogacone na początku i końcu o partie na flecie żony perkusisty. Nic szczególnego.

Najlepsze jednak co "Ummagumma" ma do zaoferowania to płyta pierwsza zawierająca materiał koncertowy. To tylko cztery utwory, ale muzycy wydobyli z nich wszystko co najlepsze. "Astronomy Domine", które już w wersji studyjnej było jednym z najlepszych momentów wczesnego Pink Floyd tutaj zagrane jest jeszcze ciekawiej zachowując swój klimat. "Careful with That Exe Eugene" w początkowej fazie czaruje spokojnymi partiami muzyków, później natomiast kawałek dostaje "kopa", a dzikie wrzaski Watersa powodują ciarki. "Set The Control For The Heart of the Sun" podobnie jak "Astronomy Domine" zachowuje klimat oryginału, ale zagrany jest z większą intensywnością. Natomiast i tak pokręcony "A Saucerful of Secrets" w tej wersji wciąga jeszcze bardziej swoim chaosem.

Pink Floyd to ten zespół z wielkiej szóstki, który uważany jest za ten najprostszy. "Ummagumma" natomiast to dowód na to, że ta czwórka potrafiła nagrać coś nie tylko łączącego przystępne melodie z lekkimi eksperymentami, ale i stworzyć coś prawdziwie awangardowego. Tutaj świadczą o tym obie płyty, tak koncertowa jak i studyjna.

9/10

Lista utworów:

Dysk 1

  1. Astronomy Domine
  2. Careful With That Exe Eugene
  3. Set The Control For The Heart of The Sun
  4. A Saucerful of Secrets
Dysk 2

  1. Sysyphus part I-IV
  2. Grantchester Meadows
  3. Several Species Of Small Furry Animals Gatheret Together in a Cave and Grooving with a Pict"
  4. The Narrow Way part I-III
  5. The Grand Vizier's Garden Party

niedziela, 28 sierpnia 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Happy sad"

Okładka albumu "Happy sad" Tima Buckleya

Tim Buckley karierę zaczął od nagrywania przyjemnych folkowych i folk rockowych utworów bliskich ówczesnej modzie. Na drugim albumie swoją stylistykę wzbogacił o nowe, ciekawe inspiracje. Styl z drugiego albumu został jeszcze bardziej dopracowany na trzecim albumie, "Happy sad"

Tim Buckley znacząco odcinał się od porównań z choćby Bobem Dylanem i upierał się, że jest bardziej muzykiem jazzowym niż folkowym. Właśnie na "Happy sad" zaczyna to udowadniać. Jazzowe wpływy słychać już w pierwszych dźwiękach "Strange Feelin'". Do wcześniejszej, bardziej folkowej twórczości co prawda nawiązują partie gitary akustycznej, ale nawet te zdają się być momentami bardziej zainspirowane jazzowymi gitarzystami. Oprócz bardzo przyjemnej, choć skomplikowanej warstwy instrumentalnej, trzeba wyróżnić po raz kolejny głos lidera, który także śpiewa w interesujący, nie zawsze schematyczny sposób.

Interesująco rozwija się też "Love from Room 109 at the Islander (on Pacific  Coast Highway)". Ten jest co prawda mocno wyciszony i co by nie ukrywać, dla kogoś nie osłuchanego z tego typu muzyką, może być nudny - szczególnie że trwa aż 10 minut. Jednak dla kogoś kto choć trochę zapoznał się z folkiem czy np rockiem progresywnym utwór ten z pewnością powinien być interesujący. Łatwiejszy w odbiorze jest chyba kolejny "Dream Letter" i tu zdarzają się momenty mniej typowe, ale jako całość zdaje się prostszy i odrobinę bardziej energiczny niż utwór poprzedni. Dla mnie jednak jest to jeden ze słabszych momentów albumu, choć wciąż udany.

Bardziej typowo wypada "Buzzin'Fly". Tu wpływ muzyki jazzowej nie jest aż tak widoczny, jednak partie gitary zagrane są z naprawdę świetnym feelingiem, a przy tym z rockową mocą. Świetnie Buckley spisuje się też jako wokalista. Spodobać się rockowym słuchaczom może się także "Gypsy Woman". Początek co prawda także jest zagrany spokojnie, później jednak utwór zamienia się porywający jam zagrany z rockową mocą. Świetny numer. Na wyciszenie na końcu Buckley serwuje nam krótki, folkowy i przyjemny "Sing a Song for You".

"Happy sad" to album na niezwykle wysokim poziomie. Tim Buckley świetnie rozwinął swój styl od miłego, ale mało oryginalnego folk rocka, to stylu który ciężko nazwać. Jazz folk, folk progresywny/awangardowy czy może jazz rock lub rock progresywny - każda z tych nazw obroniła by się gdyby chcieć przypisać jej konkretną łatkę. Wciąż jednak w większości jest to muzyka, którą może słuchać ktoś kto do tej pory słucha np rocka lub alternatywy. Jest to album na tyle zróżnicowany, że któraś ze znajdujących się tu pozycji powinna przypaść do gustu.

9/10

Lista utworów:

  1. Strange Feelin'
  2. Buzzin'Fly
  3. Love from Room 109 at the Islander (on Pacific  Coast Highway)
  4. Dream Letter
  5. Gypsy Woman
  6. Sing a Song for You

wtorek, 23 sierpnia 2022

Recenzja: Genesis - "Foxtrot"

Okładka albumu "Foxtrot" zespołu Genesis


Genesis to ten zespół z wielkiej szóstki rocka progresywnego, która szerokie uznanie zdobyła właściwie najpóźniej. Nie jest to wina samych muzyków, lecz raczej wytwórni, która olała sprawę promocji dobrych "Trespass" i "Nursery Cryme". Dopiero przy kolejnym "Foxtrot" wytwórnia zrozumiała, że warto wypromować ten zespół, dzięki czemu czwarty ich album w końcu trafił do notowań na bardziej znaczących rynkach niż Włochy i Belgia.

Promocja promocją, ale prawda jest taka, że muzyka zawarta na "Foxtrot" sama w sobie także się broni. Teoretycznie niewiele tu nowości, bo wciąż utwory zespołu opierają się przede wszystkim na ładnych melodiach i magicznym baśniowym klimacie jak ma to miejsce w "Watcher of the Skies" z bardzo udaną partią wokalną Petera Gabriela albo "Can-utility And The Coustliners" w którym muzycy stworzyli klimat chyba jeszcze bardziej bajkowy za pomocą klawiszy czy fletu, a także w bardzo ładnej instrumentalnej miniaturce "Horizons".

Na pewno mocnym fragmentem całości jest "Get 'Em Out By Friday" z ciekawą grą sekcji rytmicznej, a także z udziałem instrumentów dętych i jednej z lepszych warstw wokalnych na albumie. Nieco słabiej wypada ballada "Time Table", ale także jest fajna. Najmocniejszym momentem całości jest jednak najdłuższy na albumie i w całej historii zespołu "Supper's Ready". Co prawda pierwsze minuty nie zapowiadają nic nadzwyczajnego, za to w dalszej części utworu robi znacznie ciekawiej. Słyszymy tu zarówno szybką, rockową grę, jak i fragmenty subtelne czy folkowe. Nie jest to wg mnie utwór lepszy od "The Knife" z drugiego albumu grupy, ale także bardzo, bardzo udany.

Jak na zespół progresywny, w Genesis nie słuchać tak wielkiego progresu z albumu na album jak było to słyszalne w Pink Floyd, King Crimson czy Jethro Tull - wciąż grupa tworzy utwory melodyjne, rozbudowane i obdarzone wybornym klimatem. Prawda jest jednak taka, że tej zespół jest mistrzem tego typu grania i nie kojarzę żeby jakiś inny wykonawca nagrał w podobnej stylistyce coś lepszego niż "Foxtrot" albo dwa wcześniejsze albumy Genesis.

8/10

Lista utworów:
  1. Watcher of the Skies
  2. Time Table
  3. Get 'Em Out By Friday 
  4. Can-utility And The Coustliners
  5. Horizons
  6. Supper's Ready

wtorek, 16 sierpnia 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Thick as a Brick"

 

Okładka albumu "Thick as a Brick" zespołu Jethro Tull

Po ukazaniu się "Aqualung" coraz więcej ludzi zaczęło nazywać Jethro Tull zespołem progresywnym. I mimo, że grupa rozwijała granicę rocka już od kilku albumów, to łatka ta bardzo nie spodobała się liderowi zespołu - wokaliście i fleciście, Ianowi Andersonowi. Postanowił więc on, korzystając ze swojego poczucia humoru, nagrać album wyolbrzymiający wady tego nurtu. Zespół przyłożył się do tego pomysłu tak mocno, że stworzyli historię ośmioletniego pisarza, którego praca została w ostatniej chwili wyeliminowana z konkursu. Ciekawym pomysłem była forma w jakiej płyta została wydana, czyli zamiast tradycyjnej okładki, grupa zawinęła krążek w 12-stronnicową gazetę zawierającą m.in. historię owego ośmiolatka, ale też inne historie. Niestety na CD takiej formy okładki już nie uświadczymy.

Jeśli chodzi o zawartość albumu to znajdziemy tu jedynie jeden utwór podzielony ze względów technicznych na dwie części. I nawet jeśli album ten faktycznie miał być żartem i parodią, to kompozycja ta jest najlepszym co grupa kiedykolwiek nagrała. "Thick as a Brick" udanie łączy elementy folkowe z tymi bardziej hardrockowymi. Każdy z instrumentalistów daje tu świetny popis swoich umiejętności. Daleko im jednak do bezsensownych wirtuozerskich popisów pokroju ELP albo późniejszych wykonawców w stylu Yngwiego Malmsteena, lecz oparte na wyczuciu każdego z nich oraz wzajemnej interakcji.

Przez całe ponad 40 minut trwania płyty dzieje się coś ciekawego. Nie słychać tu dłużyzn, zbędnych powtórek czy niepotrzebnych motywów, co jest sporą rzadkością nawet w utworach trwających kilkanaście minut. Grupa sprawnie poradziła sobie z podzieleniem kompozycji na dwie części przez wyciszenie pod koniec pierwszej części i podobny początek drugiej, dzięki czemu nie jesteśmy zmuszeni zmieniać strony w trakcie jakiegoś ciekawego fragmentu.

Mimo, że najpopularniejszym albumem Jethro Tull wciąż pozostaje "Aqualung", to "Thick as a Brick" jest uznawany za krążek najlepszy w historii zespołu, a także jako jeden z najlepszych w historii rocka progresywnego. I chociaż w drugiej części momentami nie wszystko mi się ze sobą zgrywa, to i tak jest to jeden z moich ulubionych albumów jakie kiedykolwiek słyszałem.

10/10

Lista utworów:

  1. Thick as a Brick

wtorek, 9 sierpnia 2022

Recenzja: King Crimson - "Larks' Tongues in Aspic"

 

Okładka albumu "Larks' Tongues in Aspic" zespołu King Crimson

Trochę czasu mnie tu nie było. Nieobecność była spowodowana pobytem na Polandrock Festiwal, z którego nie wykluczam krótkiego opisu 😉

Jeśli chodzi o popularność albumów King Crimson, to zdecydowanie najbardziej znanym jest debiut. Jest jednak kilka płyt, które także zdobyły duże uznanie nie tylko krytyków, ale i publiczności. Właśnie jednym z nich jest piąty album zatytułowany "Larks' Tongues in Aspic".

Jak nietrudno się domyślić znając poprzednie cztery krążki grupy, ich kolejna propozycja znaczącą się różni od wszystkich poprzedników. Wciąż jest to płyta zawierająca masę pomysłów, mocno oparta na muzyce jazzowej, ale czerpiąca także jak zwykle z innych stylów muzycznych.

Grupa mocno wyprzedziła swoje czasy. Słychać to szczególnie w pierwszej części utworu tytułowego. Co prawda początek jest bardzo spokojny, natomiast później kompozycja nabiera niesamowitego ciężaru. Momentami brzmi mocniej niż zespoły pokroju Iron Maiden, które zadebiutują prawie 10 lat później. Ogromną rolę pełnią tu skrzypce obsługiwane przez Davida Crossa. Sama kompozycja jest bardzo mocno rozbudowana, poszczególne części różnią się mocno od siebie, a i tak łączą się zgrabnie w całość. Jeszcze bardziej zwarta jest druga część, która płytę kończy. Tu także jest bardzo mocno, wręcz agresywnie, a szczytowym momentem jest bardzo fajna solówka Crossa.

Mocno różni się od tych dwóch utworów spokojniejszy "Book of Saturday" z bardzo ładnym wokalem Johna Wettona. Także ładnie wypada "Exiles" z nietypowym wstępem i kolejnym dobrym występem wokalnym Wettona. Dwa pozostałe utwory czyli "Easy Money" i instrumentalny "The Talking Drums" są już bardziej żywiołowo zagrane. W tym pierwszym także dobrze, choć nie tak spokojnie jak w dwóch wcześniej opisywanych utworach wypada wokal. Obie kompozycje także są bardzo udane, mimo że wolę obie części utworu tytułowego oraz "Exiles"

"Larks' Tongues in Aspic" to kolejne niesamowite dzieło jednego z największych zespołów rockowych w historii. Grupa znowu powraca do bardziej przystępnego grania, i choć nie równa się pod tym względem z dwoma pierwszymi dziełami zespołu, to King Crimson interesująco połączył gatunki nie zawsze łatwe do zrozumienia dla przypadkowego słuchacza z rockowym, a wręcz z metalowym i to mocno metalowym czadem.

10/10

Lista utworów:

  1. "Larks' Tongues in Aspic. Part I"
  2. Book of Saturday
  3. Exiles
  4. Easy Money
  5. The Talking Drums
  6. Larks' Tongues in Aspic. Part II

środa, 27 lipca 2022

Recenzja: Pink Floyd - "More"

 

Okładka albumu "More" zespołu Pink Floyd

Trzecia propozycja panów z Pink Floyd zwykle traktowana jest po macoszemu. Mimo, że grupa już wtedy cieszyła się sporym zainteresowaniem, to daleko było jej do kultu jakim obrosła po wydaniu "Darkside of the Moon" i "Wish You Were Here". Jednak istotnym aspektem który na to wpłynął jest fakt, że "More" to tylko soundtrack do tak samo nazwanego filmu, a nie tradycyjny album studyjny. A jednak warto się z tą pozycją zapoznać.

Faktem jest, że album ten nie jest najbardziej spójnym w historii zespołu, ale same utwory w większości wypadają co najmniej dobrze. Zarówno utwory łagodne, wręcz melancholijne, jak "Crying Song" czy poprzedzony ptasimi głosami "Cirrus minor" z ciekawą drugą połową utworu czy już nie tak melancholijny "Cymbaline", jak i te żywsze, nietypowe dla zespołu jak agresywny "Nile Song" i "Ibiza Bar" utrzymują bardzo wysoki poziom.

Istotną częścią tego wydawnictwa są miniatury. "Up the Khyber" z perkusyjnym wstępem i pokręconymi partiami klawiszowymi Ricka Wrighta, "A Spanish Piece" z hiszpańską grą gitary oraz "More Blues" z jak sama nazwa wskazuje bluesową, piękną gitarą są świetnymi urozmaiceniami albumu, a w przypadku "Up the Khyber", aż szkoda, że grupa nie postanowiła tej kompozycji rozwinąć. Niestety już nie tak dobrze wypada ostatnie z krótszych nagrań, "Party Sequence" z udziałem perkusjonaliów i fletu, na którym zagrała Linda Mason, ówczesna żona perkusisty Nicka Masona.

Znacznie lepiej wypada drugi z utworów z udziałem wspomnianej damy, "Green is the Colour" z ładną partią wokalną oraz gitarową Davida Gilmoura. Właśnie, jeśli mowa o gitarzyście, to ten zaczyna tu pełnić coraz większą rolę, śpiewając w większości kompozycji, a także zachwycając nas swoją świetną grą na instrumencie w prawie każdym utworze. Całości dopełniają trzy, bardzo różne od siebie kompozycje. Finałowy "Dramatic Theme" jest na swój sposób całkiem chywtliwy, jednak znacznie ustępuje dwóm pozostałym propozycjom. "Main Theme" posiada mroczny wstęp oraz szumy, prawdopodobnie wiatru. Napięcie rośnie gdy Nick Mason wchodzi ze swoją perkusją. "Quiksilver" podobnie jak "Main Theme" jest utworem instrumentalnym i także zaczyna się niepokojąco, w tym przypadku jednak jest tak przez cały utwór: nietypowo, niepokojąco ale niesamowicie wciągająco.

Szkoda, że tak wiele świetnych krążków i to nawet wykonawców o ogromnej renomie jest tak niedocenianych. Wielu fanów myśli, że w przypadku niektórych zespołów wystarczy znać te najpopularniejsze albumy, bo poza nimi nic grupa lepszego nie nagrała. "More" jest kolejnym przykładem na to, że warto wychodzić poza ścisły kanon danego gatunku czy wykonawcy i chociaż nie jest to album pozbawiony wad, to jest bardzo przyjemny do słuchania.

8/10

Lista utworów:

  1. Cirrus minor
  2. The Nile Song
  3. Crying Song
  4. Up the Khyber
  5. Green is the Colour
  6. Cymbaline
  7. Party Sequence
  8. Main Theme
  9. Ibiza Bar
  10. More Blues
  11. Quicksilver
  12. A Spanish Piece
  13. Dramatic Theme

środa, 20 lipca 2022

Recenzja: Genesis - "Nursery Cryme"

Okładka albumu "Nursery Cryme" zespołu Genesis

Od czasu "Trespass" w Genesis sporo się zmieniło. Po pierwsze do zespołu dołączyli gitarzysta Steve Hackett oraz perkusista Phil Collins w miejsce Anthonego Philipsa i Johna Mayhew. Po drugie grupa jeszcze bardziej zmieniła styl, aczkolwiek zmiana ta nie jest aż tak widoczna jak pomiędzy debiutem, a drugim albumem. Album ten przez fanów grupy darzony jest wielkim uwielbieniem, ja osobiście jednak odrobinę wyżej cenię "Trespass", choć w moim przypadku jest to może podyktowane sentymentem, gdyż drugi album Genesis był pierwszym albumem zespołu jaki usłyszałem w całości, a "The Knife" to ścisła czołówka moich ulubionych kompozycji i to nie tylko w twórczości tej grupy.

Na "Nursery Cryme" znajdziemy jednak co najmniej dwie kompozycje, które wspomnianej kompozycji nie ustępują aż tak bardzo. Przede wszystkim jest to otwierający całość rozbudowany "The Musical Box", który zaczyna się łagodnie, by po minucie zacząć się ciekawie rozwijać, a po czterech minutach miewa wręcz hardrockowe momenty. Drugi z tych najmocniejszych utworów to z olei kompozycja, która album kończy, czyli "The Fontain Of Salmacis" z początkiem przywodzącym ma myśl King Crimson z okresu dwóch pierwszych albumów. Co prawda potem skojarzenia nie są aż tak wyraźne, ale melotron pełni tam niemałą rolę, a sam utwór jest naprawdę dobry.

Całkiem dobrze prezentuje się też trzeci z bardziej rozbudowanych utworów, "The Return of the Giant Hogweed", w którym Peter Gabriel prezentuje świetną, zadziorną partie wokalną. Dobrze wypada też krótki debiut Collinsa jako wokalisty w łagodnym, półtora minutowym "For Absent Friends" i "Seven Stones" ze spokojnym początkiem, a dosyć chwytliwy "Harold The Barrel" także nie jest zły. Jedynym ewidentnie słabszym momentem jest tu "Herlequin" z  chóralnym wokalem.

"Nursery Cryme" to album bardzo przyzwoity, a nawet dobry, kult jakim jest obdarzany też jest dla mnie w miarę zrozumiały , jednak mimo, że na albumie tym przeszkadza mi jedynie jeden utwór, to nie uważam tego krążka za niewiadomo jak ogromne arcydzieło. Niemniej fani rocka progresywnego powinni się z nim zapoznać, bo trzeci album Genesis wywarł niemały wpływ na zespołu neo-progresywne, które mają spore grono fanów i reprezentantów włoskiej sceny progresywnej.

7/10

Lista utworów:

  1. The Musical Box
  2. For Absent Friends
  3. The Return of the Giant Hogweed
  4. Seven Stones
  5. Harold The Barrel
  6. Harlequin
  7. The Fountain Of Salmacis

poniedziałek, 11 lipca 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Aqualung"

 

Okładka albumu "Aqualung" zespołu Jethro Tull

Są takie albumy w poszczególnych gatunkach i podgatunkach, które uznaje się za obowiązkowe dla fanów. Wadą takich zestawień jest to, że zwykle wymienia się płyty najpopularniejsze, często nie będące nawet najlepszym albumem danego wykonawcy. W przypadku rocka progresywnego jako "podstawowe" wymienia się choćby debiut King Crimson, "Dark side of the Moon" Pink Floyd, "Close to the Edge" Yes czy bohatera dzisiejszej recenzji, czyli "Aqualung" Jethro Tull. I jest to idealny przykład albumu, który początkującym słuchaczom progresywnego grania jest polecany jako jeden z pierwszych pomimo, że nie ani nie jest najlepszym krążkiem zespołu, ani też nie ma wiele wspólnego z tym gatunkiem. Poza jednym utworem na płycie znajdują się przede wszystkim hard rockowe i folk rockowe kawałki, często pozbawione poszukiwań, które są przecież najważniejszą cechą tegoż podgatunku rocka.

Wspomniany utwór to "My God", główny "winowajca" przypiętej Jethro Tull łatki zespołu progresywnego. Kompozycja ta rzeczywiście jest bardzo ciekawa. Po dość długim gitarowym wprowadzeniu słyszymy dosyć mroczny i interesujący motyw. Kompozycja wyróżnia się też jakby kościelnym chórem w czasie popisów lidera zespołu, Iana Andersona na flecie. Być może najlepszy utwór na płycie, ale to nie on cieszy się największą popularnością z tego albumu.

Miano przebojów zyskały dwa inne utwory. Tytułowy "Aqualung" oparty jest na prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnym gitarowym riffie w historii zespołu i świetnie łączy hard rockowy czad z folkowymi złagodzeniami, a także okraszony jest świetnym gitarowym solo Martina Barre'a. Drugi hit z "Aqualung" - "Locomotive breath"- nie robi już takiego wrażenia, przynajmniej nie w studyjnej wersji. Inspirowany muzyką klasyczną wstęp na pianinie jest dobry, sama melodia jedna z najbardziej chwytliwych na albumie, a jednak czuję spory niedosyt. Na żywo kawałek ten wykonywany był z większą energią i niejednokrotnie kończony był ciekawym solo gitarzysty i to właśnie wykonania live tego utworu cenię najbardziej.

Ale i po każdym z tych dwóch utworów możemy usłyszeć udane kompozycję. Następujący po utworze tytułowym "Cross Eyed Mary" to utwór posiadający klimatyczny wstęp Andersona na flecie. Co prawda potem robi się już bardziej typowo, ale wciąż jest to nagranie udane z dobrą linią melodyczną. Za to po "Locomotive Breath" słyszymy 6cio minutowy "Wind up" - przez dwie minuty spokojny utwór z jakby słabszą jakością dźwięku. Jakość ta i ogólnie też poziom utworu podnosi się w dalszej części za sprawą chwytliwej melodii i dobrego solo.

Mocnymi punktami całego albumu są utwory najkrótsze, trwające niewiele ponad minutę. Takie utwory są tu trzy, z czego najlepszy jest ten pojawiający się jako pierwszy, czyli "Cheap Day Return" o pięknej folkowej melodii. W podobnym klimacie jest utrzymany "Wond'ring Aloud" oraz "Slipstream".

Pozostałe trzy utwory są niezłe i w zasadzie nic więcej, choć zastosowano tu pomysły mające potencjał - choćby baśniowy klimat w "Mother Goose". "Up to me" i "Hymn 43" posiadają sporo energii i niezłe melodię, ale ciężko powiedzieć o nich coś więcej.

"Aqualung" to z jednej strony album, który swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim dwóm hitom, a łatkę płyty progresywnej - jednej kompozycji, więc wydawać by się mogło, że nie jest to wybór dobry dla kogoś kto dopiero chce zacząć słuchać rocka progresywnego. Ja jednak jestem zdania, że wbrew temu co napisałem w pierwszym akapicie, wybór ten jest trafny. Jazzowe popisy na niektórych albumach King Crimson czy wirtuozerskie, pełne patosu popisy instrumentalistów ELP czy Yes mogą odstraszyć dotychczasowego słuchacza metalu, popu czy rapu. "Aqualung" za to pozwala oswoić się ze stylem Jethro Tull, dzięki czemu taki "Thick as a Brick" będzie mniejszym szokiem, a doceniając następcę "Aqualung" można zapuścić się w dyskografię pozostałych grup progresywnych. Poza tym to kawał dobrej muzyki.

8/10

Lista utworów:

  1. Aqualung
  2. Cross Eyed Mary
  3. Cheap Day Return
  4. Mother Goose
  5. Wond'ring Aloud
  6. Up to Me
  7. My God
  8. Hymn 43
  9. Slipstream
  10. Locomotive Breath
  11. Wind up

niedziela, 3 lipca 2022

Recenzja: King Crimson - "Islands"

 

Okładka albumu "Islands" zespołu King Crimson

Trzeci album King Crimson, "Lizard" spotkał się wprawdzie ze słabym przyjęciem, jednak był świetny jeśli chodzi o sam jego poziom. Skład odpowiedzialny za nagranie tego albumu jednak szybko się rozpadł, w czym mocno "pomógł" Gordon Haskell, który miał wiele do zarzucenia tekstom pisanym przez Petera Sinfielda, a także do gry Keitha Tippetta na pianinie. W rezultacie wydany rok później "Island" został nagrany poraz kolejny w mocno zmienionym składzie. Kierunek pozostał jednak niemal identyczny, czyli po raz kolejny grupa mocno eksploruje jazzowe rejony.

Album zaczyna się nietypowo (jak to u King Crimson), bo od dźwięków kontrabasu. Po chwili dołączają do niego dźwięki fletu i pianina, z czego to drugie za jakiś czas zmierza w kierunku jazzu. Bardzo podobają mi się te spokojniejsze, folkowe momenty, jednak te bardziej jazzowe także są porywające, choć trzeba się w nie "wczuć" aby docenić w pełni. Fanom rocka bardziej powinien przypaść do gustu kolejny "Sailor's tale", który po pierwsze zawiera więcej energii, ale też świetnie spisuje się tutaj lider zespołu, Robert Fripp ze swoją gitarą, choć daleko jego grze do zdobywającego coraz większe uznanie wtedy hard rocka.

Dwa powyższe utwory uważam za bardzo dobre, gorzej oceniam trzeci na liście "The letters" oraz kolejny "Ladies of the Road". Ten pierwszy posiada co prawda ładny spokojny wstęp. Ten drugi za to odrzuca mnie średnimi fragmentami z udziałem wokalu, który swoją drogą ponownie nie jest najlepszy i wciąż daleko mu do świetnych partii Lake'a w debiucie. Za to fragmenty instrumentalne uważam za udane, momentami nawet za bardzo udane.

Wrażenie wyrwanego z kontekstu może sprawiać "Prelude - song of the Gulls". Pełni on jednak bardziej rolę wprowadzenia (chociaż dosyć długiego) do utworu ostatniego i zarazem chyba najważniejszego. Jako ciekawostkę można dodać, że kompozycja ta swoje korzenie miała jeszcze przed oficjalnym powstaniem King Crimson, czyli za czasów grupy Giles, Giles & Fripp. Finałowy, tytułowy utwór to za to chyba najbardziej przystępna pozycja z całego albumu, chociaż daleka od prostego, radiowego rocka. Może to dziwić, bo trwa najdłużej z całej płyty, więc przekonania, że na tak mocno tkwiącym w jazzie krążku, kompozycja ta będzie najbardziej pokręcona, są zrozumiane. A jednak jest zupełnie odwrotnie. Jest to jedna z najpiękniejszych propozycji zespołu w całej historii grupy, urzekająca piękną aranżacją, w której prym wiedzie początkowo pianino i flet, a w dalszej części kornet. Nawet solówki instrumentalistów są tu nagrane "ze smakiem" i nie są zbyt nachalne, mimo że zmierzają mocno w kierunku jazzu.

"Island" w momencie wydania, a nawet dzisiaj, uważamy jest za najsłabszy krążek King Crimson do tamtej pory...z czym się zgadzam. Absolutnie jednak nie uważam płyty tej za słabą. Prawdą jest, że wolę poprzedni "Lizard" który stylistycznie utrzymany jest w podobnej konwencji, ale czy to oznacza, że będę olewał ten album w przyszłości? Nie. Z sześciu długich w większości utworów niezbyt przekonuje mnie tylko jeden i fragmenty innego. Nie wywołują we mnie jednak skrajnie negatywnych emocji, więc będę w stanie je "przeboleć", a w przyszłości być może nawet docenić. Stąd ocena bardzo wysoka.

8/10

Lista utworów:

  1. Formentera lady
  2. Sailor's tale
  3. The letters
  4. Ladies of the Road
  5. Prelude - song of the Gulls
  6. Island

sobota, 25 czerwca 2022

Recenzja: Pink Floyd - "A Saucerful of Secrets"

 Okładka albumu " A Saucerful of Secrets" zespołu Pink Floyd

W czasie prac nad swoim drugim studyjnym krążkiem, muzycy z Pink Floyd mieli niemałe problemy ze swoim dotychczasowym liderem, gitarzystą Sydem Barrettem, który coraz bardziej pogrążał się w swojej chorobie psychicznej. Stopniowe usuwanie lidera z zespołu reszta członków rozpoczęła już na koncertach, zapraszając na nie Davida Gilmoura. Początkowo miał on zastępować Syda gdy ten straci kontakt z rzeczywistością na występie. Z czasem jednak Barrett został całkowicie odsunięty od koncertów. O wiele mniejszą rolę niż na debiucie, gitarzysta miał również w studiu. Z siedmiu utworów zamieszczonych na albumie, jedynie całkiem przystępny "Jugband blues" został podpisany nazwiskiem dawnego lidera grupy. Sam utwór mocno odstaje od całości, ale broni się przede wszystkim zmianą w drugiej części utworu z radiowego numeru w ciekawą improwizację. 

Spośród pozostałych numerów partie Barretta słyszymy w zaledwie dwóch: także piosenkowym "Remember a Day", w którym jednak sporo się dzieje, a także "Set the controls for the Heart of the sun". W tym drugim utworze można usłyszeć także partie Gilmoura, a sam kawałek to genialny psychodeliczny numer z transową sekcją rytmiczną i hipnotyzującymi klawiszami, które dopełnia śpiewany ściszonym głosem wokal.

Przy pozostałych nagraniach chory muzyk już udziału nie brał. Poza "See-saw" kompozycje te są bliskie perfekcji. Natomiast wspomniany utwór także nie jest zły; czaruje bardziej bajkowym niż psychodelicznym klimatem, lecz wydaje się najmniej ciekawy z całego zestawu. "Let there be More light" rozpoczyna się ciekawym basowym motywem, zza którego powoli wyłaniają się pozostałe instrumenty. Od początku towarzyszy nam psychodeliczny, jakby orientalny klimat, który co prawda tryska gdy muzycy zaostrzają, jednak wciąż jest to bardzo dobry numer. Bardzo ciekawy jest "Corporal clegg"- bardzo melodyjny, lecz zarazem okropnie pokręcony, a to przede wszystkim za sprawą prostego instrumentu kazoo.

Najlepszym jednak utworem, który się tu znalazł jest utwór tytułowy. Jest to prawie 12 minut nieposkromionej improwizacji, w której nie wiadomo co się wydarzy za moment, a do tego trzymająca w napięciu za sprawą niepokojącego, mrocznego klimatu. Wspaniały utwór, jedna z najlepszych rzeczy jakie Pink Floyd nagrało, a przecież wybitnych rzeczy nagrało wiele.

Drugi album zespołu wciąż sporo ma wspólnego z poprzednikiem, słychać jednak w większości utworów, że grupa odcinająca się od walczącego z chorobą psychiczną kolegi powoli zmierza w odmiennym kierunku i przyznać muszę, że utwory bez Barretta (poza jednym wyjątkiem) są lepsze niż te na których wystąpił (tu wyjątkiem jest za to kompozycja na której zagrali obaj gitarzyści). Szkoda, że album ten w porównaniu z "Wish you were here", "The Wall" i "the Darkside of the Moon" ale również mniej uwielbianymi krążkami typu "Animals" i "Unmagumna" jest tak mało znany i ceniony, bo jest bardzo bliski perfekcji.

9/10

Lista utworów:

  1. Let there be More light
  2. Remember a Day
  3. Set the controls for the Heart of the sun
  4. Corporal clegg
  5. A Saucerful of Secrets
  6. See-Saw
  7. Jugband blues

środa, 22 czerwca 2022

Recenzja: Meller Gołyźniak Duda - "Breaking Habbits"

 

Okładka albumu "Breaking Habbits" projektu Meller Gałuźniak Duda

Meller Gołyźniak Duda to nazwa projektu wziętego od nazwisk trójki muzyków, którzy w pewnym momencie swojej kariery postanowili wspólnie coś nagrać. Sam proces trwał długo, bo około trzy lata. Spowodowane było to tym, że muzycy postanowili nagrywać jedynie wspólnie w studiu, a czasu na to nie było wiele ze względu na liczne projekty tria, jak Sorry Boys, Lunatic Soul oraz Riverside.

Muzykę zawartą na "Breaking Habbits" określić najłatwiej jako połączenie (neo)proga z rockiem alternatywnym. Ta "alternatywność jednak mocno różni się od innych polskich wykonawców uznawanych za reprezentantów tego stylu, jak np. Ørganek, Happysad albo Myslovitz. W przypadku tego trio brzmienie jest mocno zabrudzone, co działa na korzyść takiej muzyki. Na niekorzyść za to działa tak charakterystyczne dla zespołów neo-progresywnych zbyt długie powtarzanie danego motywu, aż do momentu gdy ten zacznie nużyć.

Mimo tego zawarta tu muzyka nie jest zła. Fakt, że z wymienionego przed momentem powodu, każdy kawałek, a co za tym idzie cały krążek powinien być sporo krótszy, ale dla fanów neo-progresywnych brzmień będzie to przyjemne czterdzieści minut z małym haczykiem.

Fanom Riverside i Lunatic Soul na pewno przypadnie do gustu wokal lidera tych dwóch projektów - Mariusza Dudy - który śpiewa na całym krążku w swój charakterystyczny, stonowany sposób, nawet w tych energicznych utworach jak "Birds of Prey" z wieloma zmianami motywów i z niezłą częścią instrumentalną, w której trójka muzyków nieźle się ze sobą zgrywa. W ogóle na całym krążku czuć chemię między artystami. Może nie są to porywające zespołowe improwizacje na miarę Cream lub The Allman brothers band, ale jak na nasze czasy i realia, brzmi to naprawdę dobrze.

Jak na ironię najlepszym momentem płyty grupy złożonej z muzyków, po których spodziewamy się raczej długich kompozycji, jest utwór najkrótsza, z największym radiowym potencjałem. "Shapeshifter" po o nim mowa ma zaledwie nieco ponad trzy minuty i to chyba idealny czas, bo muzycy nie zdążyli w tym kawałku ani razu zanudzić jednym motywem, żeby dopiero wtedy przejść do kolejnego. Niemały komercyjny potencjał ma również "Tattoo" z funkowym zacięciem, zachowujący jednak swoje brudne brzmienie. Ogromna moc z jaką kawałek został nagrany, nasuwa oczywiste skojarzenia, że na koncertach, które z tego co się orientuję nie były zbyt liczne, "Tattoo" musiało robić niesamowite wrażenie.

Mocną stroną wydawnictwa są momenty gdy muzycy rezygnują z wokali, czyli instrumentalny utwór tytułowy, który jednak mógłby zyskać pazur szybciej, a nie w momencie gdy zaczyna być nużąco oraz finałowy, hard rockowy "Into the Wild". Prawie instrumentalny "Against the Tide" z ładnym gitarowym początkiem, także jest dosyć udany, jednak cierpi na tę samą wadę, co większość utworów z płyty, czyli za długie powtarzanie tego samego motywu.

Najsłabiej z całego zestawu wypadają "Feet on the Desk" oraz "Floating Over". Pierwszy z tych utworów ma dobry, Sabbathowy początek. Dopiero potem robi się nijako. "Floating Over" za to ma prawie 10 minut, co niestety nie przełożyło się na ilość ciekawych momentów. Są tu ciekawe gitarowe solówki i udana partia wokalna, całość jednak jest zbyt rozwleczona.

Tak zwane supergrupy to niejednokrotnie projekty nie mające zbyt wiele ciekawego do pokazania. Niejednokrotnie jest to festiwal popisywania się swoimi "wirtuozerskimi" umiejętnościami. Tutaj jest inaczej. Nie wybitnie, ale przyzwoicie. I choć momentami męcząco, to fani brudniejszego brzmienia powinni znaleźć tu coś dla siebie.

6/10

Lista utworów:

  1. Birds of Prey
  2. Feet on the Desk
  3. Shapeshifter
  4. Breaking Habbits
  5. Against the Tide
  6. Tattoo
  7. Floating Over
  8. Into the Wild