Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blues-rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blues-rock. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 listopada 2022

Recenzja: UFO - "UFO"

Okładka albumu "UFO" zespołu UFO

UFO to zespół dziś nieco zapomniany, ale dawniej cieszący się ogromnym kultem. Jest to też obok wielkiej trójki hard rocka oraz zespołów takich jak Budgie, największa inspiracja dla pierwszych zespołów metalowych. Dość powiedzieć, że Iron Maiden zawsze otwiera koncerty puszczeniem z taśmy największego hitu UFO - "Doctor Doctor". Jednak najbardziej inspirujący był okres kiedy na gitarze grał Michael Schenker, ale i dwie wcześniejsze płyty miały w sobie coś ciekawego.

Debiut zespołu na pewno różni się od tego co wyżej wymienione grupy reprezentowały. Wczesne UFO uważa się za przedstawiciela tzw. space rocka. Wiele brakuje do takich zespołów jak Gong czy nawet Hawkwind, ale faktycznie słychać tu pewne "kosmiczne" elementy. Te słyszalne są już w pierwszym na albumie utworze instrumentalnym pt. "Unidentified Flying Object". Charakterystycznym elementem wczesnej twórczości zespołu jest też wysunięta na pierwszy plan sekcja rytmiczna i świetne basowe partie Pete'a Waya. Kolejny z natychmiast rozpoznawanych elementów zespołu, czyli charakterystyczny wokal Phila Mogga pojawia się w bardzo fajnym, energicznym "Boogie". Mogg nie jest wprawdzie wokalistą wybitnym, ale jego głos ciężko pomylić z kimkolwiek innym. W ucho z pewnością wpada też standard "C'mon Everybody", "Follow You Home" i finałowy "Evil".

Do mocniejszych punktów należy znana również w wersji Uriah Heep "(Come away) Melinda" z genialną częścią instrumentalną, interesujący "Treacle People" i nieco za długi "Who Do You Love". "Shake It About" z udanym basowym motywem i bluesową gitarą oraz napędzany basem "Timothy" także są niezłe ale nie dorównują najlepszym kompozycjom na płycie.

Debiut brytyjskiego UFO wprawdzie nie wypada powalająco. Jest to album solidny, dobry, prezentujący coś pomysłowego, ale nie jest to też album wybitny czy nowatorski. Tworzenie kosmicznego klimatu było obecne w muzyce rockowej już nieco wcześniej, a sama grupa i tak o wiele lepiej wypadnie na swoim drugim albumie. Nie mniej dla fanów hard czy space rocka pozycja ta może wydać się interesująca. Mi mimo wszystko sprawiła sporo przyjemności, ale ja jestem fanem właśnie tych stylistyk, więc ocena być może lekko zawyżona.

7/10

Lista utworów:

  1. Unidentified Flying Object
  2. Boogie
  3. C'mon Everybody
  4. Shake It About
  5. (Come away) Melinda
  6. Timothy
  7. Follow You Home 
  8. Treacle People
  9. Who Do You Love
  10. Evil

niedziela, 2 października 2022

Recenzja: Deep Purple - "Who Do We Think We Are"

Okładka albumu "Who Do We Think We Are" zespołu Deep Purple

Deep Purple po dołączeniu do składu Rogera Glovera i Iana Gillana miało świetny czas. Grupa dzięki wydanym po zmianie składu trzem albumów studyjnych i jednego koncertowego została uznana za czołówkę ówczesnej sceny nie tylko rockowej. W pewnym momencie jednak coś w zespole zaczęło się psuć. Konflikt między wokalistą a Ritchiem Blackmorem narósł do tego stopnia, że muzycy nie byli w stanie ze sobą przebywać. Efekt tego był taki, że niestety, ale kolejny album zespołu nie powala już tak jak poprzednie.

Znajdą się tu jednak ciekawe propozycje. Np "Woman from Tokyo" może nie równa się z bardzo udanymi otwieraczami z poprzednich krążków, ale i tak jest to fajny, melodyjny, z lekka pop-rockowy numer. Także bardzo udany jest kolejny "Mary Long". To również bardzo melodyjny utwór z fajną partią Gillana, ale i instrumentaliści grają tu fajne partie. Pozostałe utwory nie są złe, jednak czegoś w nich brakuje, a niejednokrotnie ma się wrażenie że coś podobnego już słyszeliśmy. Próby stworzenia kosmicznego klimatu były w twórczości grupy obecne już wcześniej, więc "Super Trouper", który sam w sobie nie jest zbyt porywający nie broni się nawet tym.

Trochę lepiej wypada np. "Smoth Dancer"- bardziej żywiołowy numer, choć i tak odstający od tych nagranych w podobnym stylu już wcześniej. "Rat Bat Blue" za to chyba zbyt nachalnie kojarzy się z "Moby Dick" Zepellinów. Fajnym urozmaiceniem za to jest bluesowy "Place in Line". Spokojnieszy "Our Lady" za to wprawdzie jest dosyć miły do słuchania, ale odpychają mnie chórki w refrenie.

"Who Do We Think We Are" cieszy się niezbyt pochlebnym mianem najgorszego albumu pierwszej inkarnacji składu MKII. Z tym w sumie się zgadzam. Nie posuwał bym się jednak do wniosków, że krążek ten jest jednoznacznie zły. Wiele mu brakuje do tych wcześniejszych, a spora część materiału zdaje się być powtórką z rozgrywki, ale słucha się tego z nawet sporą przyjemnością.

6/10

Lista utworów:

  1. Woman from Tokyo
  2. Mary Long
  3. Super Trouper
  4. Smooth Dancer
  5. Rat Bat Blue
  6. Place in Line
  7. Our Lady

niedziela, 25 września 2022

Recenzja: Led Zeppelin - "Coda"

Okładka albumu "Coda" zespołu Led Zeppelin

Jakiś czas po stworzeniu "In Through the out Door" - jak się wkrótce okazało ostatniego albumu studyjnego Led Zeppelin - doszło do tragedii. W wieku zaledwie 32 lat, 25 września 1980 roku zmarł na skutek zakrztuszenia się własnymi wymiocinami perkusista zespołu - John "Bonzo" Bonham". Pozostali muzycy grupy postanowili więc ostatecznie zakończyć działalność zespołu i dzięki postawie przede wszystkim Roberta Planta grupa już nigdy nie powróciła (poza kilkoma koncertowymi wyjątkami z różnych okazji). Artyści postanowili jednak jeszcze jakoś na dobre pożegnać fanów i w ten sposób dwa lata po rozpadzie zespołu do sklepów trafiła "Coda", czyli ostatnie dzieło zespołu nagrane w studiu, choć nie powinno się nazywać tego tworu pełnoprawnym albumem studyjnym, ponieważ jest to zbiór odrzutów z poprzednich sesji. Czy jednak jest to zlepek kompletnie niemających nic do zaoferowania nagrań? Wybitnie nie jest, ale nie jest też źle.

Do lepszych utworów należy tu lekko funkowy "We're Gonna Groove", w którym szczególnie fajnie wypada fragment z "gęstą" grą Page'a. Ciężko przejść też obojętnie obok bluesowego "I Can't quit You Baby", który co prawda nie równa się z nagranymi w tym stylu utworami z pierwszych albumów, ale i tak jest to jedno z lepszych nagrań z ostatnich krążków. Lubię też spokojny, folkowy "Poor Tom" oraz hardrockowy "Wearing and Tearing", który jednak jest nieco za długi przez co w pewnym momencie wypada monotonnie. 

Niestety reszta utworów już tak do mnie nie przemawia. "Bonzo's Montreux" to perkusyjne solo Bonhama wzbogacone dodatkowymi ozdobnikami, które są zbędne. Samo solo też nie należy do wybitnych. Pozostałe kawałki z kolei to już mniej lub bardziej sztampowe kawałki, w których jednak można znaleźć ciekawe elementy. W "Walter's Walk" nieźle wypada sekcja rytmiczna, "Ozone Baby" ma spory radiowy potencjał skierowany przede wszystkim na amerykański rynek, a sam utwór może się kojarzyć z wczesnym Aerosmith, a w "Darlene" podobają mi się partie Page'a, ale klawisze są denne.

"Coda" to na pewno nie jest dzieło wybitne, ale znalazły się tu udane utwory. Czy jednak było to potrzebne? Fanów grupy w tamtym czasie na pewno zadowoliło, że ich ukochany zespół wydał coś jeszcze po niespodziewanym rozpadzie. Słuchaczom, którzy jednak nie należą do sentymentalnych powinny jednak wystarczyć poprzednie albumy Led Zeppelin.

6/10

Lista utworów:

  1. We're Gonna Groove
  2. Poor Tom
  3. I Can't quit You Baby
  4. Walter's Walk
  5. Ozone Baby
  6. Darlene
  7. Bonzo's Montreux
  8. Wearing and Tearing

niedziela, 24 lipca 2022

Recenzja: Led Zeppelin - "Presence"

Okładka albumu "Presence" zespołu Led Zeppelin

Do nagrania siódmego krążka Led Zeppelin doszło właściwie przez nieszczęśliwy przypadek, gdy wypadek Roberta Planta skreślił plany zespołu na trasę koncertową. Wokalista został wtedy przykuty do wózka inwalidzkiego i zaszywając się w Malibu zaczął pisać teksty nowych utworów. Za jakiś czas do wokalisty dołączył gitarzysta grupy, Jimmy Page i w ciągu kilku miesięcy powstał materiał na kolejny album.

W przeciwieństwie do poprzedniego "Physical Graffiti" tym razem muzycy nie zdecydowali się na wydłużanie albumu odrzutami z poprzednich sesji, a wyselekcjonowali materiał znacznie staranniej, choć i tak znajdziemy tu utwory zwyczajnie średnie. I tu na myśli mam dwa występujące po sobie kawałki: "Candy Store Rock" i "Hots on for Nowhere". Oba na pewno mają nieco chwytliwe melodie, jednak na tle innych kompozycji zespołu nawet na opisywanym albumie, pełnią bardziej rolę wypełniaczy.

O wiele lepiej prezentują się trzy inne utwory. "For your Life" posiada bluesowe zacięcie, lecz do pewnego momentu zaczyna trochę męczyć, "Royal Orleans" posiada ciekawą funkową gitarę, lecz też nie jest wybitny, a najlepiej z tej trójki wypada przeróbka utworu Blind Williego Johnsona "Nobody's Fault but Mine", w którym słyszymy genialne gitarowe popisy Page'a i fajne partie harmonijki, a sam utwór ma całkiem ciekawy, nietypowy dla grupy początek.

Żaden z tych trzech utworów nie dorównuje jednak dwóm najdłuższym na albumie kompozycjom. Zespół album zaczyna od niezwykle mocnego uderzenia, bo szybki, oparty na galopującej linii basu oraz świetnych riffach gitarzysty i perkusyjnych partiach Bonzo "Achilles Last Stand" to jeden z najlepszych utworów zespołu. Niewiele mu ustępuje finałowy "Tea for One" zaczynający się rockowo, jednak niespodziewanie zmieniający się w bluesową balladę zawierającą przepiękne partię gitarowe.

"Presence" znacznie ustępuje pięciu pierwszym albumom Led Zeppelin, jednak od "Physical Graffiti" prezentuje się wg mnie lepiej ze względu na znacznie krótszy czas trwania i większą zwięzłość materiału. Znajdziemy tu dwa utwory genialne, które niesłusznie ustępują popularnością kompozycjom zespołu z czasów cyferek i trzy także dobre utwory, a nawet te dwa najsłabsze nie prezentują dramatycznego poziomu.

8/10

Lista utworów:

  1. Achilles Last Stand
  2. For your Life
  3. Royal Orleans
  4. Nobody's Fault but Mine
  5. Candy Store Rock
  6. Hots on for Nowhere 
  7. Tea for One

czwartek, 30 czerwca 2022

Recenzja: Grateful dead - "The Grateful dead"

 

Okładka albumu "The Grateful Dead" zespołu Grateful Dead

Grateful Dead to grupa jak mało która zasługująca na nazywanie jej zespołem tworzącym rock psychodeliczny. Muzyka tworzona przez ten amerykański zespół rzeczywiście bywała tworzona pod wpływem różnych psychodelików, co idealnie słychać było szczególnie na koncertach.

Jednak studyjny debiut Grateful Dead jest mocno odmienny od późniejszych krążków zespołu. Nie usłyszymy tu zbyt wiele psychodelii. Cały album kwalifikuje się bardziej do popularnego w tamtym czasie blues rocka i tak jak wiele tego typu krążków składa się w większości z przeróbek cudzych kompozycji. Jeśli chodzi o utwory stworzone przez grupę, to jest to przyjemny, niepozbawiony pozytywnej energii otwieracz "The Golden Road", a także bardzo udany "Cream Puff War" z dużą rolą organów. Reszta to już tylko i wyłącznie przerobione wersje utwór innych wykonawców.

Debiut Grateful Dead to album na którym ciężko wskazać jednoznacznie zły utwór. Co prawda nie są one doskonałe, ale każdy świetnie się słucha. Nawet prosty, rockandrollowy "Beat It on Down the Line" i "Sitting on top of the World" z naleciałościami country pasują do reszty krążka i dają sporo pozytywnej energii. Takich pozytywnych utworów tu nie brakuje, bo można do takich zaliczyć jeszcze wesoły blues "Good morning Little School Girl" wzbogacony harmonijką, "Cold Rain and Snow" z dużą rolą klawiszy i ładną melodią czy "New new Minglewood blues".

Za najlepsze uważam jednak w szczególności dwie kompozycje które oddalają się jednak od piosenkowej formy. "Morning Dew" posiada świetny wstęp i zachwyca genialnymi partiami gitarzystów oraz fajnym wokalem. To jednak nic w porównaniu z najdłuższym na płycie "Viola Lee Blues", w którym zespół z bluesowego standardu przechodzi w porywającą improwizację, w której ponownie główną rolę pełnią gitarzyści grupy - Bob Weir i Jerry Garcia.

Debiutancki album psychodelicznej legendy to jeszcze jeszcze nie czyste wariactwo znane z późniejszych albumów. Nie jest to nawet najlepsze blues rockowe wydawnictwo tamtego okresu, jednak album jest na tyle udany, że warto go poznać, w szczególności dla kompozycji opisanych w poprzednim akapicie, jednak i z pozostałymi utworami warto się zapoznać, ponieważ są to przyjemne, nie angażujące zanadto utwory.

8/10

Lista utworów:

  1. The Golden Road
  2. Beat It on Down the Line
  3. Good Morning Little School Girl
  4. Cold Rain and Snow
  5. Sitting on top of the World
  6. Cream Puff War
  7. Morning Dew
  8. New new Minglewood blues
  9. Viola Lee Blues

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Recenzja: Led Zeppelin - "Physical Graffity"

 

Okładka albumu "Physical Graffity" zespołu Led Zeppelin

Czwórka muzyków z Led Zeppelin w czasie nagrywania swojego szóstego studyjnego albumu na pewno nie narzekała na brak pomysłów. Po zakończeniu sesji okazało się, że materiał nie zmieści się na pojedynczej płycie. Postanowili więc poszerzyć album o drugi krążek wykorzystując tym samym odrzuty z sesji poprzednich albumów. Ciężko jednoznacznie ocenić ten ruch.  Z jednej strony "Physical Graffity" jest o wiele za długi i znajdziemy tu sporo niepotrzebnych utworów. Z drugiej jednak, w końcu mieliśmy okazję usłyszeć kilka kawałków, które z niewiadomych przyczyn tkwiły do tej pory jedynie w archiwach grupy.

Panuje powszechna opinia, że płyta pierwsza jest dobra, a płyta druga słaba. Prawdą jest, że pierwszy krążek całościowo wypada lepiej, ale nie byłbym tak krytyczny dla płyty nr 2. Na pierwszej płycie znajdziemy chociażby najbardziej znany z całego albumu "Kashmir" o świetnym orientalnym klimacie, budowanym przede wszystkim dzięki riffowi, który wymyślił Jimmy Page a także partiami klawiszowymi. Utwór ten na stałe zagościł na przeróżnych listach wszech czasów i ze wszystkich kompozycji zespołu ustępuje chyba tylko "Stairway to Heaven" i "Whole Lotta Love". Jednak moim zdaniem jest tutaj kawałek o zbliżonym poziomie. Bluesowy "In my time of Dying" mimo długiego czasu trwania, nie nudzi się. Już ciężki początek daje nadzieję na świetny utwór i nie zawodzimy się. Muzycy świetnie przechodzą tu z powolnych momentów w cięższe, niejednokrotnie hard rockowe granie, a im dalej w utwór tym - wg mnie - ciekawiej.

Do udanych kompozycji na pewno trzeba dodać "The Rover" z perkusyjnym wstępem i świetnym, chwytliwym riffem, a także jeszcze bardziej chwytliwy, niemal taneczny "Trampled Under foot" z ogromną ilością energii. Za to dwa pozostałe utwory z pierwszej płyty nie są już tak udane. "Custard pie" z hardrockowym riffem jest w miarę niezły, ale zespół stać na coś więcej. "Houses of the Holy" za to szybko staje się nieco sztampowy.

Na drugim krążku warto na pewno wyróżnić folkowy instrumental "Bron-yr-aur" nagrany jeszcze w czasach "trójki", hardrockowy "the Wanton Song" oraz bardziej przypominający późniejsze solowe dokonania Roberta Planta niż Led Zeppelin "Night Flight". W tym ostatnim nie brakuje energii, choć nagrany jest w zupełnie innej stylistyce. Na uwagę zasługuje też otwierający drugą płytę "In the Light" wyróżniający się długimi syntezatorowymi popisami Jonesa i zwielokrotnionym w niektórych fragmentach głosem Planta. Samej kompozycji jednak daleko do ideału ale i tak wypada lepiej niż kilka pozostałych utworów. "Down by the Seaside" robi się ciekawszy dopiero gdy utwór przyśpiesza, folkowemu "Black Country Woman" wiele brakuje do innych kompozycji zespołu w tym stylu, a "Boogie with Stu" oraz "Sick again" są nijakie. Lepiej wypada "Ten Years gone ", ale i temu utworowi wiele brakuje do najlepszych kompozycji zespołu, a nawet na tym albumie.

Nie mam wątpliwości że szósty album Led Zeppelin jest najsłabszym osiągnięciem studyjnym zespołu do tamtej pory. I jak to świadczy dobrze o zespole, że jego najsłabsza płyta była jedną z najlepszych rockowych propozycji w tamtym czasie. Led Zeppelin mimo, że na "Physical Graffity" nagrało sporo średniego czy wręcz słabego materiału, to wciąż potrafili nagrać album na całkiem wysokim poziomie. Można oczywiście przyczepić się o kontrowersyjną decyzję, by zamiast skrócić krążek do jednej płyty, poszerzyć ją o kilka utworów aby zrobić album dwupłytowy, ale prawdopodobnie nie usłyszeli byśmy wtedy kilku wartych uwagi odrzutów z innych płyt.

7/10

Lista utworów

  1. Custard pie
  2. The Rover
  3. In my time of Dying
  4. Houses of the Holy
  5. Tramped Under foot
  6. Kashmir
  7. In the Light
  8. Bron-yr-aur
  9. Down by the Seaside
  10. Ten years gone
  11. Night Flight
  12. The wanton song
  13. Boogie with Stu
  14. Black Country Woman
  15. Sick again

piątek, 17 czerwca 2022

Recenzja: The Doors - "L.A. Woman"


Okładka albumu "L.A. Woman" zespołu The Doors

"L.A. Woman" to ostatni album the Doors nagrany z udziałem najbardziej charakterystycznego muzyka, czyli wokalisty Jima Morrisona, który zmarł kilka miesięcy po wydaniu albumu. Jeśli chodzi o kierunek w jakim zespół podążył na ostatnim "właściwym" albumie niewiele odbiega on od tego obranego na poprzednim "Morrison Hotel", czyli wciąż muzyka mocno opiera się na bluesie.

Najbardziej bluesowo brzmi przyjemny, lecz pozbawiony czegoś, co mogłoby uatrakcyjnić ten kawałek "Cars hiss by my Window". Bluesowe zacięcie mają też "Crawling King Snake" z ciekawym wstępem i niezłym solo gitarowym Kriegera oraz "The WASP (Texas Radio and the Big Beat) z recytowanym tekstem.

Standardowo jak to na płytach the Doors nie brakuje tu chwytliwych i świetnych melodii. Na tym polu wyróżnia się przede wszystkim "the Changeling" z funkowym charakterem. Średnio brzmi tu wokal Jima, ale sam utwór jest niezwykle ciekawy i oryginalny w twórczości grupy. Kolejny "Love her mandly" także jest bardzo melodyjny, ale wypada już "zwyczajnie" i w stylu poprzednich płyt. Chwytliwy jest również rozpoczęty agresywnym śpiewem "Been down so long" czy "Hyacinth House" od początku sprawiający wrażenie "pozytywnego", w którym słyszymy miłe partie każdego z instrumentalistów.

Najbardziej wyróżniają się tutaj trzy utwory. W najdłuższym utworze - tytułowym - najlepiej wypada gitarzysta grupy, jednak i pozostali muzycy - z naciskiem na sekcje rytmiczną - dają radę. Niepokojąco, wręcz mrocznie zaczyna się "L'America" i taki ponury nastrój utrzymuje się prawie cały utwór. Po raz kolejny wielką klasę pokazuje Krieger do spółki z sekcją rytmiczną. Najważniejszy jest jednak utwór, który zamyka album i powinien zamknąć całą dyskografię. Mowa o genialnym "Riders on the Storm" o ponurym psychodelicznym klimacie i świetnych solowych popisach Manzarka. To właśnie ten kawałek był pierwszym the Doors jaki usłyszałem w życiu, chociaż w innej wersji. Jak wiele dzieciaków utwór ten usłyszałem jako przeróbkę z udziałem amerykańskiego rapera Snoop Doga w grze wyścigowej Need for Speed Underground 2. W moim przypadku natychmiast stał się to mój numer jeden z soundtracku tej gry.

Naprawdę szkoda, że pozostali muzycy po śmierci swojego lidera nie zdecydowali się rozwiązać zespołu i tworzyć pod innym szyldem. "L.A. Woman" z odgłosami burzy na końcu (które w sumie słychać cały utwór) w "Riders on the Storm" byłoby doskonałym zwieńczeniem całej twórczości. Niestety tak się nie stało, chociaż i tak większość fanów za ostatni album grupy uważa właśnie ten opisywany tutaj. Sam często przyłapuje się na tym, że uważam go za ostatni, choć wiem doskonale o istnieniu albumów nagranych już bez Morrisona.

8/10

Lista utworów:

  1. The Changeling
  2. Love her mandly
  3. Been down so long
  4. Cars hiss by my Window
  5. L.A. Woman
  6. L'America
  7. Hyacinth House
  8. Crawling King Snake
  9. The WASP (Texas Radio and the Big Beat)
  10. Riders on the Storm 

niedziela, 5 czerwca 2022

Recenzja: The Doors - "Morrison Hotel"

 

Okładka albumu "Morrison Hotel" zespołu The Doors

Na swoim piątym już krążku zespół the Doors poraz kolejny nieco zaskoczył. Bo nie najlepszym przyjęciu "The Soft Parade", w którym grupa nie do końca poradziła sobie z urozmaiceniem aranżacji za pomocą instrumentów dętych czy smyczkowych, zespół poszedł w zupełnie inną stronę, czyli uprościł swoje brzmienie kierując się bardziej w stronę bluesa - na czym zdecydowanie Doorsi świetnie wyszli.

Album otwiera jeden z bardziej znanych utworów zespołu, czyli energiczny "Roadhouse blues" z dużym udziałem harmonijki i genialną partią wokalną Jima Morrisona, którego głos stawał się coraz bardziej "przepity" - co idealnie do tego utworu pasuje. Chyba jeszcze bardziej zachrypnięty głos wokalisty słyszymy w "Maggie M'Gill" z fajną, bujajacą melodią i dużą rolą gitarzysty Robbiego Kriegera. Najbardziej swoim głosem Morrison czaruje w "Indian summer"- wg mnie najlepszym pod względem wokalnym utworze z tego albumu. 

Prawie cały album stoi na bardzo wysokim poziomie, więc ciężko mi podzielić krążek na część dobrą i złą, jednak czysto subiektywnie, do "lepszej" części krążka wrzuciłbym "Waiting for the Sun" nagrany już jakiś czas temu w czasie sesji tak właśnie nazwanego albumu. Szczególnie te bardziej zadziorne momenty podobają mi się najbardziej. Ciężko przejść obojętnie obok ballady "Blue sunday" - niby prostej, ale mającej w sobie coś, że uważam ją za czołówkę utworów z tego krążka. Wielką siłą zespołu były nagrania bardziej energiczne i przebojowe. Nie inaczej jest tutaj: bardzo lubię "Peace frog" z nietypowymi zagrywkami gitarzysty czy "You make me real" mocno nawiązujący do debiutu. Ten utwór zresztą skomponowany został właśnie przed wydaniem pierwszej płyty zespołu, więc podobieństwo stylistyczne nie powinno dziwić.

Nie mam żadnych zarzutów "Ship of fools", który jak na krótki czas trwania zawiera sporo motywów oraz do "Queens of the Highway" ze szczególnie dobrymi tymi nieco szybszymi fragmentami. Obie kompozycje jednak są dobre i nic ponadto, bo nie słyszę w nich także nic nadzwyczajnego. Za średnie uważam jednak "The Spy", który popsuły kawiarniane klawisze oraz "Land Ho!" - jakby bardziej wesołe nagranie, w którym słychać radość z grania, ale utwór nie zachwyca.

Zespół na szczęście szybko wrócił do formy po wydaniu bardzo średniego "the Soft Parade", w czasie nagrywania którego grupa była coraz bliżej rozpadu. Mimo, że głos wokalisty zdaje się być w coraz gorszym stanie, to dzięki udanym kompozycjom, ten świetnie pasuje do nagranych utworów.

8/10

Lista utworów:

  1. Roadhouse blues
  2. Waiting for the Sun
  3. You make me real
  4. Peace frog
  5. Blue sunday
  6. Ship of fools
  7. Land Ho!
  8. The Spy
  9. Queens of the Highway
  10. Indian summer
  11. Maggie M'Gill 

wtorek, 12 kwietnia 2022

Jethro Tull- "This was"

Okładka albumu "This was" zespołu Jethro Tull


Jethro Tull, to zespół, którego obecność w tzw. Wielkiej szóstce prog- rocka wywołuje największe kontrowersje. Fakt, muzyka zespołu kompletnie niepodobna jest do muzyki Yes, ELP, King Crimson, Genesis i Pink Floyd, czyli pozostałych członków "Wielkiej szóstki", ale znaczącą poszerza stylistykę rockową, za sprawą wpływów folkowych oraz dawnej muzyki. Jako ciekawostkę można dodać że sam lider,  wokalista i flecista, Ian Anderson nie przepada (delikatnie mówiąc) za nazywaniem muzyki jego zespołu rockiem progresywnym.

Za rock progresywny na pewno nie należy brać muzyki obecnej na debiucie brytyjskiego zespołu. Przede wszystkim dominuje tu stylistyka blues-rockowa, z pojawiającym się tu i ówdzie wpływem folku, obecnego przede wszystkim za sprawą charakterystycznych partii Andersona na flecie. 

Blues rock dominuje tu w takich nagraniach jak przyjemny otwieracz "My sunday feeling", w którym "zaznajamiamy się" z dwoma najbardziej w twórczości Jethro Tull znanymi elementami: charakterystycznym głosem Andersona i wspomnianymi już kilkukrotnie partiami fletu.z Jeszcze więcej bluesa czujemy w kolejnym na płycie "Someday the sun won't shine for you", w którym flet zastępuje harmonijka. Nie jest to bardzo ciekawe nagranie; mało ciekawie wypada tutaj linia wokalna, a sam utwór też jest zbyt niecharakterystyczny.

O wiele ciekawiej robi się w trzecim na liście"Baggar's farm"- bardzo żywiołowym, pełnym energii kawałku posiadającym świetny riff, "bujającą" sekcje rytmiczną, kapitalną solówkę o bluesowym feelingu oraz interesujące zaostrzenie zawierające w sobie solówkę Andersona na flecie. Jedno z najlepszych nagrań na debiucie i jedna z moich ulubionych kompozycji "wczesnego" Jethro Tull.

Mimo że bardzo sobie cenię wokal Andersona, to na tym krążku, obok "Baggar's farm", najciekawiej wypadają utwory instrumentalne, a jest ich na płycie w sumie 4. Najlepszym z nich jest wg mnie znany m.in z wykonania Cream "Cat's squirrel" posiadający wiele energii, momentami brzmiąc wręcz hard rockowo. To tutaj na wyżyny wspina się gitarzysta grupy, Mick Abrahams. Trochę słabiej wypada "Dharma for one", którego główną częścią jest solówka perkusisty Clive'a Bunkera (która o dziwo całkiem mi się podoba mimo że nie przepadam za solówkami perkusyjnymi), ale nie brakuje tu świetnych momentów "zespołowych". "Serenade to a cuckoo" natomiast zwraca uwagę kolejnymi popisami Andersona na flecie, ale też niezłą solówką Abrahamsa, mimo że początkowo zapowiadała się nijako. Ostatnim z instrumentali i równocześnie ostatnim utworem na płycie jest króciutki, minutowy "Round", który szkoda że zespół jakoś nie rozwinął bo ta miniatura miała swój potencjał.

Całości dopełniają jeszcze dwa całkiem dobre nagrania ("A song for Jeffrey" będący jednym z kilku utworów napisanych przez lidera dla swojego znajomego i zarazem jedno z najbardziej znanych utworów z krążka oraz bluesowy "It's breaking me out") i jeden słaby, czyli kojarzący mi się trochę z muzyką kabaretową "Move on Alone", w którym w roli wokalisty słyszymy wyjątkowo Abrahamsa. Gitarzysta jednak z roli wywiązał się dość nijako.

Warto także zapoznać się z bonusowym materiałem znajdującym się na kompaktowych reedycjach albumu. Są to instrumentalny ale pozostawiający wiele do życzenia ale też nie taki zły "one for John Gee", oparty na chwytliwych partiach gitary "Love story" oraz bardzo fajny "Christmas song" już z wyraźnymi wpływami folkowymi.

Debiut Jethro Tull zupełnie nie przypomina tego z czego zespół zasłynie na kolejnych albumach na których stylistyka grupa będzie zgrabnie łączyła elementy hard rockowe z wpływami muzyki dawnej oraz folku, ale już tą płyta jest całkiem przyjemna w słuchaniu i mimo, że poziomem mocno ustępuje chociażby najsłynniejszym "Aqualung" oraz "Thick as a Brick", to polecam zapoznać się debiutem aby przekonać się od czego ta świetna grupa zaczynała.

7/10

Lista utworów:

  1. My sunday feeling
  2. Someday the sun won't shine for you
  3. Baggar's farm
  4. Move on Alone
  5. Serenade to a cuckoo
  6. Dharma for one
  7. It's breaking me out
  8. Cat's squirrel
  9. Song for Jeffrey
  10. Round

sobota, 9 kwietnia 2022

Led Zeppelin- "Led Zeppelin"

 

Okładka albumu "Led Zeppelin" zespołu Led Zeppelin

Druga połowa lat sześćdziesiątych i pierwsza połowa lat siedemdziesiątych to okres największego rozkwitu muzyki rockowej. Jednym z najbardziej wpływowych, a także najlepszych albumów tego czasu był wydany w 1969 roku, niezatytułowany debiut brytyjskiej grupy Led Zeppelin. Stylistycznie to niby popularny w tamtych czasach blues-rock, ale do tej pory nikt nie grał z taką energią i ciężarem jak ten wpływowy kwartet.

Genialna produkcja zwraca na siebie uwagę już w otwierającym album energetycznym „Good times, bad Times”. Produkujący płytę, gitarzysta grupy Jimi Page, nadał brzmieniu każdego instrumentu niezwykły ciężar, szczególnie mocarnie brzmią tu perkusyjne partie Johna „Bonzo” Bonhama. Mimo świetnego początku, dalej jest już tylko lepiej.

Na drugim na liście „Babe, I’m gonna leave you” zespół udanie łączy folkowe, akustyczne fragmenty z prawdziwie hard-rockowymi zaostrzeniami. O ile w poprzednim kawałku wokalista Robert Plant spisał się nieźle, tak tutaj jego śpiew jest genialny. Niestety z utworem wiąże się pewna kontrowersja. Zespół nieświadomy autorstwa folkowej artystki Anne Bredon, podpisał go jako „tradycyjny”. Autorka o przeróbce Anglików dowiedziała się ponoć od swojego syna wiele lat później, gdy ten zapytał się matki dlaczego wykonuje utwór Led Zeppelin na koncertach.

Jeszcze większe kontrowersje zbudziło przywłaszczenie sobie autorstwa „Dazed and confuzed”, świetnego, klimatycznego utworu pełnego niesamowitych popisów każdego z instrumentalistów, a i Plant prezentuje tu świetne partie wokalne. W oryginale skomponowany przez Jake’a Holmesa utwór w wykonaniu Led Zeppelin nabiera zupełnie nowego kształtu, więc mimo nieładnego zachowania zespołu, zdecydowanie warto zaznajomić się z tą wersją.

Między dwoma „kontrowersyjnymi” utworami znajduje się kolejna przeróbka, tym razem grane przez Williego Dixona „You shock me”, znane też w wykonaniu m.in. Jeff Beck group z wydanego rok wcześniej „Truth”. Tym razem panowie serwują nam kawał świetnego, ciężkiego bluesa, po raz kolejny zachwycającego genialnymi partiami każdego z muzyków.

Miłymi urozmaiceniami są znajdujące się kolejno na pozycji nr 5 i 6 „Your time is gonna come” i „Black Mountain side”. Pierwszy z nich opiera się przede wszystkim na klawiszowych partiach nagranych przez basistę Johna Paula Jonesa. Drugi natomiast, to płynnie przechodzący z poprzedniego utworu, genialny popis gitarowy Page’a, wspieranego przez hinduskiego muzyka Visama Jasani.

Po tych dwóch utworach następuje najszybszy, najbardziej energiczny „Communication Breakdown” opartego na bardzo dobrym riffie oraz udanej grze sekcji rytmicznej. Jest to swego rodzaju zapowiedź zespołów pokroju Thin Lizzy, a w dalszej perspektywie nurtu NWOBHM.

Ostatnie dwa utwory to kolejne przeróbki cudzych utworów. „I can’t quit you baby” to jeszcze jeden cover słynnego Williego Dixona, po raz kolejny nagrany ze znacznie większym ciężarem. Finałowy „How Many more Times” natomiast to jakby połączenie utworu „the Hunter” Alberta Kinga oraz „How many more Times” kolejnego słynnego bluesmana, Howlin’ Wolfa. Szczególnie finał albumu zachwycił mnie kolejnymi popisami muzyków. Warto też dodać, że Jimi Page, podobnie jak w „Dazed and confused” gra na gitarze…smyczkiem.

Mimo wszystkich, pozostawiających niesmak, kontrowersji dotyczących autorstwa niektórych kompozycji, pierwsza płyta Led Zeppelin, to jeden z moich ulubionych krążków jakie kiedykolwiek słyszałem. Po ponad 50-ciu latach, album wciąż brzmi świeżo, a do dzisiaj nagrano niewiele płyt brzmiących tak wyśmienicie, a przy tym zawierających tak wiele równego i genialnego materiału.

10/10

Lista utworów:

  1. Good times bad times
  2. Babe, I'm gonna leave you
  3. You shock me
  4. Dazed and confused
  5. Your time is gonna come
  6. Black mountain side
  7. Communication Breakdown
  8. I can't quit you babe
  9. How many more times

piątek, 8 kwietnia 2022

Black Sabbath- "Black Sabbath"

Okładka albumu "Black Sabbath" zespołu Black Sabbath

Wydany 13 lutego 1970 roku debiut Black Sabbath to jedna z najbardziej kultowych i wpływowych płyt w historii fonografii.  Uważane za wyjątkowo ciężkie do tego czasu Cream, Jimi Hendrix Experience i przede wszystkim Led Zeppelin, nie grali z aż takim ciężarem jak brytyjski kwartet na swoim debiutanckim krążku, uważanym (mocno na wyrost) za pierwszy album metalowy w historii. Takie brzmienie zespołu jest też dziełem bardzo nieszczęśliwego wypadku. Wypadek w pracy gitarzysty Tony’ego Iommi, który stracił w nim opuszki palców, zmusił go do skontruowania specjalnych nakładek na palce oraz do obniżenia stroju gitary aby nie odczuwać bólu w czasie gry. Ale i bez tego jego styl polegający na genialnych riffach z pewnością byłby rozpoznawalny; a i reszta muzyków mu nie ustępuje. Zarówno utalentowany basista jak i perkusista Bill Ward posiadający bluesowo-jazzowe korzenie, nadają muzyce wyrazistości. Ciężko pominąć także jeden z najbardziej charakterystycznych wokali w historii, należącego do Ozzy’ego Osborne’a, pozbawionego wybitnych umiejętności ale idealnie pasującego do tej muzyki.

Faktycznie otwierający całość niezwykle mroczny utwór tytułowy zaczynający się od odgłosów burzy i bijących dzwonów i oparty na powolnym ale niezwykle ciężko brzmiącym riffie oraz emocjonalnym śpiewie Osborne’a, robi ogromne wrażenie nawet dzisiaj. Ponad 50 lat po wydaniu nagrania! Genialną robotę, zarówno w tym nagraniu jak i na całym albumie zrobił producent Rodger Bain, który świetnie wyważył proporcje między instrumentami i dzięki temu na całym albumie świetnie słyszalne są bardzo dobre partie basisty Geezera Butlera, który nie ogranicza się do prostych podkładów ale niejednokrotnie gra na albumie „pierwsze skrzypce”. Sam utwór zresztą powodował największe kontrowersje wśród ówczesnej ludności, ze względu, zarówno na niezwykle ponury, ciężki klimat, jak i, przede wszystkim, tekst uważany za satanistyczny. Co jest kompletną bzdurą, bo przecież w pewnym momencie podmiot liryczny prosi Boga aby ocalił go przed tajemniczą postacią w czerni.

Na pozostałej części albumu może nie jest już tak mrocznie i ciężko, ale dalej poziom jest niezwykle wysoki. Jak np. na kolejnym na płycie bluesowym „the Wizard” urozmaiconym partiami na harmonijce na której zagrał Ozzy oraz zawierającym genialne zagrywki perkusisty.

Także blues-rockowo brzmi „Behind the wall sleep”, może nie tak charakterystyczny jak dwa poprzednie utwory ale trzymający ten niezwykle wysoki poziom narzucony płycie już na pierwszych nagraniach.

Nic dziwnego, że poprzedni numer zostaje nieco w cieniu, bo nie tylko występuje po dwóch tak rozpoznawalnych i doskonałych kompozycjach, ale także zaraz po nim słyszymy jeden z najsłynniejszych klasyków zespołu i hard rocka w ogóle. „N.I.B” rozpoczyna się słynnym basowym intro Butlera, a zaraz po nim wchodzi riff równie kultowy jak z rozpoczynającego całość „Black Sabbath”. Po raz kolejny Iommi pokazuje także, że nie jest tylko mistrzem riffów ale i solówkami potrafi zachwycić. Jest to zarazem jedno z najbardziej chwytliwych i przebojowych nagrań w całej dyskografii zespołu.

Jeszcze bardziej przebojowy, chociaż nie tak genialny jest cover grupy Crow, „Evil Woman”. Przeróbka bardzo dobra i mająca największe szansę na stanie się radiowym przebojem, ale mimo to nie odniosła zbyt wielkiego sukcesu.

Jako kolejne słyszymy „Sleeping Village” początkowo mający potencjał na nagranie klimatem dorównujący otwieraczowi, szybko niestety zespół niejako marnuje szanse na kolejny kultowy numer w ostrzejszej części instrumentalnej. Nie ma tragedii, dalej przyjemnie się tego słucha, ale mam niedosyt.

Na oryginalnym wydaniu, jako finał słyszymy najbardziej rozbudowany, zawierający świetne popisy instrumentalistów, 10-ciominutowy „Warning”. Utwór niestety nie jest zbyt znany wśród przeciętnych fanów rocka zasłuchanych zwykle w kilku(nastu) utworach parunastu, najbardziej popularnych wykonawców, ale niechcącymi zapoznać się z twórczością mniej znanych, ale ciekawych artystów. A szkoda, bo to tutaj Iommi szczególnie pokazuje na co go stać. Genialny finał genialnego albumu.

Warto wspomnieć też o obecnym na niektórych wydaniach „Wicked world”, raz zastępującego „evil woman”, a raz występujący jako ostatnia, ósma kompozycja. Podobnie jak „zła kobieta”, którą kawałek zastępuje na niektórych wydaniach, jest chwytliwym numerem ale nie tak dobrym. Całkiem fajny jest jednak otwierający riff.

Kiedy słuchamy tego doskonałego debiutu, ciężko sobie wyobrazić, że został on nagrany w zaledwie jedną dobę przez chłopaków, którzy niewiele wcześniej kończyli 20 lat. Ciężko też sobie wyobrazić dalszy rozwój rocka oraz powstanie metalu gdyby nie ten niesamowity album.

10/10

Lista utworów:

  1. Black Sabbath
  2. the Wizard
  3. Behinf the Wall Sleep
  4. N.I.B.
  5. Evil Woman
  6. Sleeping Village
  7. Warning
  • Wicked world