Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Sabbath. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Sabbath. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2022

Recenzja: Black Sabbath - "Never Say Die!"

 

Okładka albumu "Never Say Die" zespołu Black Sabbath

Bardzo optymistyczny tytuł ósmego albumu jednego z pionierów hard rocka mocno kontrastuje z okładką płyty, a także sytuacją w zespole. Członkowie grupy coraz mocniej uzależniali się od używek, kryzys twórczy postępował, a na chwilę z Black Sabbath odszedł Ozzy Osbourne. Ten co prawda wrócił na sesję nagraniowe, jednak niedługo potem opuścił zespół już (prawie) na dobre. Wydawać by się zatem mogło, że "Never Say Die!" będzie albumem słabym. Nie jest. Co prawda daleko mu do szczytowych osiągnięć grupy, a styl zespołu znacząco się zmienił, ale dominują tu utwory niezłe.

Chyba najbardziej znanym momentem całej płyty jest utwór tytułowy. Ten jednak nie przekonuje mnie do końca. Jest przebojowy i w miarę przyjemny, ale zanadto banalny wg mnie. Nie ma nawet startu do dwóch kolejnych kompozycji, które są moimi ulubionymi na całej płycie, a nawet najbardziej lubiane od czasów wydania "Sabbath Bloody Sabbath". "Johnny Blade" posiada zaskakujący syntezatorowy wstęp, chwytliwy riff, fajne gitarowe solo i jedną z najlepszych partii wokalnych Osbourne'a w całej karierze. W "Junior's Eyes" natomiast w bardzo interesujący sposób gra Iommi, a sekcja rytmiczna złożona z Warda i Butlera jak zwykle staje na wysokości zadania.

Kolejne kompozycje niestety nie dorównują tym dwóm genialnym nagraniom, ale wciąż są nie najgorsze. Lepiej od utworu tytułowego wypada choćby niepozbawiony czadu "A Hard Road", a jeszcze lepszy wg mnie jest kolejny "Shock Wave" z kolejnym mniej typowym gitarowym riffem. W ogóle grupa poszła na tym albumie jeszcze dalej w stronę bardziej chwytliwego grania, bo oprócz każdego z opisanych już utworów, szybko w ucho wpada też "Over to You" z bardzo dużą rolą instrumentów klawiszowych.

Jednak panom z Birmingham nie zabrakło pomysłów na bardziej nietypowe utwory. Najbardziej szokuje chyba krótki, instrumentalny "Breakout" w którym słyszymy saksofon i to pełniący główną rolę. Trzeba też wspomnieć o wokalnym występie Billa Warda w finałowym "Swinging the Chain", w którym naprawdę dużo fajnych rzeczy się dzieje, a Ward naprawdę nieźle radzi sobie z zadziorną partią. Całość uzupełnia "Air Dance", który wbrew tytułowi i przebojowości reszty utworów nie nadaje się do tańca. Jest jednym z najbardziej rozbudowanych utworów na albumie i choć znajdują się tu fragmenty bardzo fajne, to zdarza się też, że niektóre z pomysłów są słabe, szczególnie przesłodzone klawisze w wolniejszych momentach.

"Never Say Die!" nie cieszy się zbyt pochlebną opinią, podobnie jak dwie wcześniejsze płyty i podobnie jak dwie poprzednie zawiera momenty warte uwagi. W tym wypadku na atencję zasługuje przede wszystkim "Johnny Blade" oraz "Junior's Eyes", reszta kawałków to po prostu przyzwoite chwytliwe rockowe granie.

7/10

Lista utworów:

  1. Never Say Die
  2. Johnny Blade
  3. Junior's Eyes
  4. A Hard Road
  5. Shock Wave
  6. Air Dance
  7. Over to You
  8. Breakout
  9. Swinging the Chain

środa, 13 lipca 2022

Recenzja: Black Sabbath - "Technical Ecstasy"

 

Okładka albumu "Technical Ecstasy" zespołu Black Sabbath

Black Sabbath od samego początku był zespołem, który nie bał się eksperymentować z różnymi gatunkami muzycznymi. Jednak mniej więcej od swojego piątego krążka, "Sabbath Bloody Sabbath", grupa ta stawiała na coraz większy eklektyzm. Opisywany siódmy już album, "Technical Ecstasy" to krążek ze wszystkich dotychczasowych najbardziej różnorodny i niestety ale niekoniecznie spójny.

Chyba najbliżej "klasycznego" Black Sabbath jest początek drugiego na trackliście "You won't Change Me". Co prawda słychać tu syntezatorowe tło, a takich zabiegów próżno szukać na pierwszych albumach zespołu, ale chwilę później słyszymy ciężki riff, który swoim ciężarem niewiele ustępuje temu z utworu tytułowego na debiucie. Potem niestety cały ten klimatyczny początek zostaje zmarnowany i pomimo, że całość nie jest zła, to banalny refren aż kłuje w uszy po tak obiecującym początku. Nie był to jedyny raz gdy muzycy trochę przesadzili z próbą nagrania przebojowych melodii, bo w zajeżdżającym Beatlesami  "It's Alright" także lekko odlecieli, nie brzmiąc w ogóle jak ten zespół, tym bardziej, że jako wokalista wystąpił tu Bill Ward. Sam utwór może jest całkiem znośny, ale nie pasuje do towarzystwa nawet tak zróżnicowanego jak na tym krążku, a też nie jest na tyle dobry, bym miał ochotę go słuchać dużo częściej nawet osobno.

Jeśli chodzi o melodię mające szansę zrobić zamieszanie w radiu to największe szanse miał "All Moving Parts (Stand Still)", w którym nie tylko instrumentaliści grają bujającą melodię, ale także dzieje się tu bardzo dużo, a i Ozzy śpiewa świetną, zróżnicowaną partię wokalną. Dużo dzieję się też w finałowym "Dirty Woman". Tu jednak melodia nie jest tak przebojowa, a sam utwór mógłby być odrobinę skrócony w końcówce, ale i tak jest to jeden z najlepszych utworów na albumie. Bardzo chwytliwy jest energiczny "Rock 'n' Roll Doctor". Jest on jednak zarazem trochę banalny i słychać w nim staroświeckie partie klawiszowe.

Co innego "Back Street Kids", który także różni się od wczesnych dokonań grupy z Birmingham, także słychać klawisze (lecz tym razem syntezatory) i bliżej mu do twórczości zespołów heavy-metalowych, niż hard rocka, ale sama kompozycja mi się podoba. Trochę heavy metalem (choć tu skojarzenia nie są tak oczywiste) zalatuje "Gypsy" z szybkim perkusyjnym wstępem i energiczną grą każdego z instrumentalistów. Mocno kojarzy mi się ten kawałek z późniejszą karierą solową wokalisty Black Sabbath, Ozzym Osbornem. Kiedyś lubiłem balladę "She's Gone", dziś jednak zdaje mi się ona zbyt ckliwie zaaranżowana, a wokal Osbourne'a zanadto płaczliwy, przez co obok "It's Alright" jest najsłabszym elementem całości.

"Technical Ecstasy" nie cieszy się zbyt dobrą opinią wśród fanów. Wielu słuchaczy nawet nie zawraca sobie płytą głowy przez niepochlebne opinię innych. Obok "Sabotage" faktycznie jest to najgorsza płyta zespołu do tej pory, ale mimo to znajdziemy tu kilka ciekawych utworów, dla których warto poświęcić te 40 minut na przesłuchanie albumu.

7/10

Lista utworów:

  1. Back Street Kids
  2. You won't Change Me
  3. It's Alright
  4. Gypsy
  5. All Moving Parts (Stand Still)
  6. Rock 'n'Roll Doctor
  7. She's Gone
  8. Dirty Woman

niedziela, 19 czerwca 2022

Recenzja: Black Sabbath - "Sabotage"

 

Okładka albumu "Sabotage" zespołu Black Sabbath

"Sabotage" to album o skrajnie różnych opiniach. Jedni uważają szósty album Black Sabbath za dzieło dorównujące poprzednim krążkom (a przynajmniej dwóm ostatnim), inni za to twierdzą, że jest to krążek słaby i niewarty uwagi. Z żadną z tych opinii nie zgadzam się w 100%, bo znajdziemy tu utwory zarówno na całkiem wysokim poziomie, jak i kawałki nijakie.

Do pierwszej grupy zaliczył bym na pewno "Hole in the sky", który daje nadzieję, że faktycznie "Sabotage" będzie na poziomie przynajmniej poprzedniego "Sabbath Bloody Sabbath". Słychać tu znaczne pogorszenie brzmienia, które i tak na ostatnich dwóch albumach nie było najlepsze, jednak sama kompozycja nadrabia braki dzięki agresywnemu riffowi i zadziornemu wokalowi Ozziego Osbourne'a. Zaraz po otwieraczu słyszymy całkiem udaną niespełna minutową miniaturę "Don't start (too late)", a po niej bardzo dobry "Symptom of the Universe", który brzmi już zdecydowanie bardziej metalowo niż hard rockowo. Jest to zarazem jedno z najlepszych nagrań na całym albumie, które być może wpłynęło na narodziny thrash metalu za sprawą swojej agresji i mocy. 

Sam początek albumu dał mi zatem ogromne nadzieje, na bardzo udany krążek. Potem niestety poziom zaczął spadać. Prawie 10-cio minutowa "Megalomania" posiada świetny, mroczny klimat, tyle że jak na tak długi czas nie dzieje się tu zbyt wiele ciekawego. Przez pierwsze ponad trzy pierwsze minuty utwór w końcu zaczyna się robić monotonny i dopiero potem kawałek przyśpiesza i robi się ciekawiej...przez jakiś przynajmniej czas, bo potem znowu zaczyna być monotonnie i znowu ciekawie robi się dopiero na sam koniec, więc odczucia co do tego utworu mam mieszane. Podobne zarzuty mam do finałowego "The Writ", który także jak na tak mało ciekawych do zaoferowania rzeczy jest za długi.

Niemały potencjał, który uważam że został zmarnowany mają szczególne dwa utwory. Pierwszy z nich to "The Thrill of It All" z ciekawym początkiem, w którym "odpala się" Iommi. Potem jednak kawałek tej utrzymany jest w średnim tempie i na średnim poziomie. Jeszcze ciekawiej zapowiadał się kolejny, prawie instrumentalny "Supertzar" z ciekawym otwierającym riffem i mrocznymi odgłosami chóru w tle. To właśnie te chóralne wokalizy są jedynym elementem utworu który można uznać za wokal. Zapowiadało się naprawdę interesująco, wyszło nie do końca udanie. Gdyby skrócić całość, mogła by być to niezła miniatura, czas trwania jednak wpłynął negatywnie na odbiór tego utworu. Nie przemawia do mnie również "Am I going Insane" mający w sumie singlowy potencjał i mocno wyróżniający się na tle wszystkiego co zespół nagrał do tej pory. Mnie to jednak nie przekonuje i uważam tę kompozycję za słabą.

Mam mocny problem z wystawieniem ostatecznej oceny tej płycie. Z jednej strony jest to płyta wyraźnie słabsza od poprzednich, z drugiej jednak nawet te słabsze utwory nie są jednoznacznie tragiczne, a w większości z nich krył się ogromny potencjał na klimatyczne, może nawet progresywne utwory.

6/10

Lista utworów:

  1. Hole in the sky
  2. Don't start (Too late)
  3. Symptom of the Universe
  4. Megalomania
  5. The Thrill of It All
  6. Supertzar
  7. Am I going Insane
  8. The Writ 

czwartek, 26 maja 2022

Recenzja: Black Sabbath - "Sabbath bloody Sabbath"

 

Okładka albumu "Sabbath bloody Sabbath" zespołu Black Sabbath

Przez wielu uznawany za ostatni z wielkich albumów Black Sabbath piąty krążek grupy powstał po długim okresie twórczej niemocy Brytyjczyków. Ponoć zespół znajdował się na krawędzi rozpadu przez brak pomysłów na nowe utwory. Aż ciężko w to uwierzyć biorąc pod uwagę, że od wydania poprzedniego "Vol.4" minął zaledwie rok, a ciekawych pomysłów na jego następcy z pewnością nie brakuje. Ponoć  muzycy musieli zamknąć się w wiejskiej chacie i dopiero tam Iommi wymyślił legendarny riff utworu tytułowego, a potem nagle chłopakom wpadło do głowy tyle ciekawych rozwiązań, że można by je podzielić na dwa krążki.

Skoro już wspomniałem o utworze tytułowym, to od niego zacznę opisywanie zawartości płyty. "Sabbath bloody Sabbath" rozpoczyna się niesamowitym gitarowym riffem, a sam utwór mocno dąży w kierunku rocka progresywnego za sprawą licznych zmian tempa od energicznego riffowania, po łagodne zwolnienia. Docenić należy również bardzo dobrą partię wokalną Ozziego Osbourne'a, który spisał się tu bezbłędnie. Utwór szybko zdobył uwielbienie, ale mimo to nie był zbyt często wykonywany na koncertach. Zapewne grupa miała problem aby zagrać tak złożony kawałek na żywo.

Powszechnym uwielbieniem cieszy się tu z resztą więcej kawałków. Choćby takie niezwykle energiczne "Sabbra Cadabra", które także zmierza w bardziej progresywnym kierunku choćby przez partię syntezatora nagrane przez samego Ricka Wakemana z Yes. I tutaj Ozzy daje radę, chociaż należy tak powiedzieć o każdym z muzyków, bo partie każdego z nich są co najmniej bardzo dobre. Nie bez powodu utwór ten przerobiła Metallica na swoim coverowym albumie "Garage inc.". Ci jednak zrezygnowali z syntezatorowej części umieszczając w tym miejscu fragment innego kawałka z "Sabbath bloody Sabbath"- "A National Acrobat". Wspomniany utwór również jest jednym z moich ulubionych kompozycji w zestawie, a sam główny riff był swego czasu moim ulubionym w wykonaniu gitarzysty zespołu. Przez jakiś czas pełnił nawet rolę mojego dzwonka na telefonie. Ale nie tylko główny gitarowy motyw jest tu udany, bo przede wszystkim powala nas końcówka utworu, w której ponownie muzycy pokazują pełnie swoich umiejętności i zgrania. Wśród tych lepszych utworów na płycie zwykle umieszcza się również "Killing yourself to live" mający nieco singlowego potencjału, ale mnie zachwyca przede wszystkim genialną solówką gitarową. Brzmi to zresztą jakby grupa miała dwóch gitarzystów a nie jednego Iommiego.

Reszta albumu to już mniej typowe dla zespołu kompozycje, chociaż z drugiej strony Black Sabbath od samego początku lubiło nieco urozmaicać swoje płyty, ale chyba jeszcze nie aż na taką skalę. Pierwszym z nietypowych utworów jest instrumentalny, balladowy "Fluff". Miłe nagranie ale jednak czegoś mi brak. Największy niesmak jednak pozostawia syntezatorowy "Who are you". To nie jest tylko urozmaicenie kawałka krótkim fragmentem czy partią w tle jak w utworze tytułowym, lecz ten numer się opiera właśnie na tym syntezatorowym motywie. No i brzmi w najlepszym wypadku średnio. 

O wiele bardziej lubię dwa ostatnie utwory chociaż i one nie są doskonałe. Przebojowe "Looking for today" jest dobre ale nic ponadto. Natomiast finałowy "Spiral architect" został zepsuty kiczowatymi orkiestracjami i odgłosami publiki na samym końcu. A mógł być to bardzo udany utwór.

Piąty album grupy zasłużenie wymieniany jest w czołówce najlepszych płyt z katalogu zespołu, nie jest on jednak pozbawiony wad. Nie licząc nieudanych kilku pomysłów, największą wadą jest przede wszystkim brzmienie. Wiele mu brakuje to świetnej produkcji Rodgera Baina z trzech pierwszych albumów grupy. Nie mniej te udane fragmenty albumu zasługują na wielkie brawa dla zespołu.

8/10

Lista utworów

  1. Sabbath bloody Sabbath
  2. A National Acrobat
  3. Fluff
  4. Sabbra cadabra
  5. Killing yourself to live
  6. Who are you
  7. Looking for today
  8. Spiral architect


piątek, 13 maja 2022

Black Sabbath- "Vol. 4"

Okładka albumu "Vol. 4" zespołu Black Sabbath


Na czwartym albumie Black Sabbath coś wyraźnie zaczynało się psuć. Zespół coraz bardziej pogłębiał się w narkotykowym szaleństwie, zaczęły pojawiać się utwory nijakie, ale największą skazą w porównaniu z poprzednimi krążkami jest brzmienie. Na trzech pierwszych albumach było doskonałe. Tym razem jednak zespół zrezygnował z usług Rodgera Baina i przy pomocy Patricka Meehana sami wzięli się za produkcję. Efekt słychać odrazu po włączeniu płyty. 
I pomimo tych wszystkich okoliczności, grupa i tak nagrała album, jakiego większość wykonawców może jedynie pozazdrościć.

Weźmy choćby rozpoczynający się piękną partią gitarową "Wheels of Confusion", które otwiera ten krążek. Słuchając głównego riffu wspieranego przez wyśmienitą jak zwykle sekcje rytmiczną, wcale nie słychać, że w zespole zaczyna się źle dziać. To co panowie serwują w środkowej części instrumentalnej jest świetne, a jeszcze bardziej zachwycają w kolejnym instrumentalnym fragmencie na końcu utworu.

Nieosiągalny dla większości zespołów rockowych poziom, panowie z Birmingham utrzymują w kilku innych dziełach. Jak np w opartym na kolejnym wyśmienitym riffie "Supernaut" czy jeszcze lepszym "Snowblind" z bardzo dobrą solówką Tonego. W takim zestawie trudno jest wybrać ulubiony utwór, ale w moim przypadku absolutnym faworytem z tej płyty jest finałowy "Under the sun" z powalającym riffem, świetną melodią i genialnym zakończeniem. Jest to zarazem jedna z moich ulubionych kompozycji grupy ze wszystkich jakie zostały wydane.

Cztery opisywane wyżej utwory to najlepsze momenty longplaya i pozostałe kawałki już tak nie zachwycają. Warto wyróżnić jednak krótki, bo zaledwie 3minutowy "Tommorows dream", w którym jak na tak krótki czas trwania dzieje się bardzo dużo. Bardzo dobrze wypada też krótki i łagodny utwór instrumentalny "Laguna sunrise", który daje odetchnąć po takiej dawce ciężkiego riffowania. Całości dopełniają jeszcze dwa średniaki i dwa koszmarki. Do tej pierwszej grupy zaliczył bym rozpoczynający się ciężko "Cornucopia", który jednak szybko traci swój mrok na rzecz bardziej przebojowego grania. "Pozytywny" nastrój posiada także "St. Vitus Dance", który wypada jeszcze bardziej blado. Uśmiech politowania budzą we mnie jednak dwa następujące po sobie numery. Ballada "Changes" jest po prostu banalna, a okropny śpiew Ozzy'ego i tandetne orkiestracje budzą we mnie jeszcze bardziej negatywne emocje. Kompletnie nie wiem też, co muzycy mieli w głowach decydując się na umieszczenie na płycie "FX"- powstałego, wg legendy, gdy naćpany Tony Iommi całkowicie nagi, z zawieszonym jedynie na szyi krzyżem zaczął uderzać nim o gitarę. W rezultacie powstało to coś. Może gdyby zespół dograł na ścieżkę coś jeszcze, to może by to zaintrygowało słuchacza, może nawet powstało by coś bardzo interesującego, no ale nie powstało i musimy tego słuchać.

"Vol. 4" to- mimo swoich wad- album bardzo dobry. Ustępujący co prawda wielkim poprzednikom, ale gdyby zespół zdecydował się na rezygnacje z "FX" i "Changes" oraz dopracował utwory, które w recenzji nazwałem średnimi, to może mielibyśmy kolejny niemal perfekcyjny krążek nagrany przez ten świetny band? Już się tego nie dowiemy, więc pozostaje nam się zachwycać tym co na albumie wyszło genialnie, czyli przede wszystkim czterema utworami.

8/10

Lista utworów
  1. Wheels of Confusion
  2. Tommorows dream
  3. Changes
  4. FX
  5. Supernaut
  6. Snowblind
  7. Cornucopia
  8. Laguna sunrise
  9. St. Vitus Dance
  10. Under the sun

sobota, 30 kwietnia 2022

Black Sabbath- "Master of Reality"

Okładka albumu "Master of Reality" zespołu Black Sabbath


Trzeci album Black Sabbath znacząco odstaje popularnością od swoich poprzedników, jednak wśród fanów zespołu, cieszy się prawdziwym kultem, niejednokrotnie uznawany za najlepszy album grupy...a ja jestem jednym z tych fanów stawiających "Master of Reality" na szczycie podium wszystkich osiągnięć zespołu.

Pisząc o tym albumie, tak naprawdę nie wiem które utwory wyróżnić. Po prostu krążek jest na tak równym, wysokim poziomie, że ciężko mi znaleźć faworyta.

...No dobra jest jeden utwór, który u mnie cieszy się wyjątkowymi względami. Jest to "Children of the Grave"- genialna kompozycja oparta na wyśmienitym riffie Iommiego. Na prawdę dziwię się, że to "Paranoid" stał się największym hitem grupy, kiedy w całej dyskografii pojawiają się takie perełki jak ten utwór. Zdecydowanie jeden z moich ulubionych kawałków z całego katalogu Black Sabbath. Mimo braku popularności wśród osób, które rocka znają głównie z radia czy stacji muzycznych w telewizji, wiem że wśród fanów grupy ten kawałek także cieszy się wielkim kultem- całkowicie zasłużenie.

Pisząc o "Children of the Grave" nie sposób nie wspomnieć o poprzedzającej go miniaturze "Embryo". Nie jest to fragment wybitny, mało tego, brzmi to jak utwór, który bez problemu zagra większość gitarzystów mających za sobą parę tygodni gry na instrumencie, jednak bez niej "to nie to samo"- bardzo dobrze pasuje do następującego po niej klasyka.

Pozostała część albumu to przede wszystkim kawałki bazujące na genialnych riffach, do których zdążył nas już przyzwyczaić gitarzysta grupy- Tony Iommi- uzupełniane perfekcyjną jak zwykle sekcją rytmiczną za którą odpowiadają Geezer Butler i Bill Ward. Jednak żadna z kompozycji nie jest autoplagiatem innej. Mimo, że niemal każda to typowy riffowiec, każda znacząco się od siebie różni.

Najbardziej chwytliwe wydają się dwa pierwsze utwory- rozpoczynający się kaszlem zakstuszonego skrętem Iomiego "Sweat leaf", który jest prawdziwym hymnem na cześć narkotyków oraz nieco bujający- szczególnie na początku- "After forever".

Dwa inne utwory to także świetne riffowce, jednak już nie tak przebojowe; mimo to świetne. Oba kawałki- "Lord of this world" oraz "into the void" charakteryzują się ciężkim klimatem, a przy tym niezłą melodią, chociaż nie tak chwytliwą jak dwa otwierające album numery. Nieco mniej melodyjny jest finałowy "Into..." , Ale mimo to utwór na długo zostaje w pamięci.

Album uzupełniają jeszcze dwa fragmenty. Akustyczna miniaturka "Orchid" ukazuje gitarzystę grupy od innej, bardziej subtelnej, nieco folkowej strony. Ciekaw jestem jakby zespół wypadł w nieco dłuższej formie w tym stylu.

Jeśli tutaj Tony pokazuje się z łagodniejszej strony, to co dopiero w "Solitude" w przepięknej balladzie, w której nawet Ozzy śpiewa ładnie! Mimo tego, że w utworze dzieje się mało, to naprawdę ciężko oderwać się od tego cudownego nagrania.

"Master of reality" to kolejny przykład na to, że album nie musi być popularny aby być wybitny i w pewnych kręgach kultowy. Nie mamy tu hitów na miarę "Paranoid" czy "Iron Man" a mimo to ogromna część fanów grupy uznaje album za numer jeden. To też idealny przykład na to, aby nie sugerować się listami przebojów czy rankingami tworzonymi przez różne magazyny i portale, bo może nas ominąć wiele, wiele dobrego.

10/10

Lista utworów:

  1. Sweat leaf
  2. After forever
  3. Embryo
  4. Children of the Grave
  5. Orchid
  6. Lords of this world
  7. Solitude
  8. Into the void

niedziela, 10 kwietnia 2022

Black Sabbath- "Paranoid"

 

Okładka albumu "Paranoid" zespołu Black Sabbath

Kilka miesięcy po nagraniu słynnego debiutu, zespół Black Sabbath zabrał się za nagrywanie kolejnego krążka. Efektem sesji jest najbardziej znany album kwartetu i jeden z najbardziej znanych w historii hard-rocka, „Paranoid”. Czym właściwie ta sława jest spowodowana? Po pierwsze drugi album grupy poziomem niewiele ustępuje wielkiemu poprzednikowi. Po drugie, to właśnie na tej płycie znalazły się dwa najbardziej rozpoznawalne utwory zespołu.

Tytułowy „Paraoid” będąc tym nr jeden jeśli chodzi o sławę, to proste, krótkie i przebojowe nagranie, skomponowane ponoć w kilkanaście minut na żądanie wytwórni, która oczekiwała materiału na singiel. Sukces został osiągnięty z nawiązką, ale nie jest to wybitny kawałek.

Co innego drugi z najbardziej znanych fragmentów albumu. Monumentalny „Iron man” to świetna kompozycja oparta na genialnym, „kroczącym” riffie, którego zna każdy wielbiciel rocka czy metalu. Nie można zapomnieć o świetnej grze sekcji rytmicznej złożonej z Geezera Butlera i Billa Warda oraz solówce, będącą jedną z moich ulubionych w dorobku gitarzysty Tony’ego Iommi.

Wśród fanów grupy szczególnym statusem cieszą się jeszcze dwie kompozycje. Świetny otwieracz „War pigs” to kolejna kompozycja którą zwykle kojarzą rockowi słuchacze. Ciężko zapomnieć o słynnym „dialogu” wokalu Ozzy’ego z gitarą, czyli najbardziej rozpoznawalne fragmenty utworu. Po raz kolejny od samego początku albumu możemy też zachwycać się świetną sekcją rytmiczną oraz genialną produkcją, za którą po raz kolejny zabrał się Rodger Bain.

Mniej znany, ale dla fanów równie kultowy jest finał zespołu „Faires wear boots”. Mniejsza popularność jest zdecydowanie niezasłużona. Pozostałym, sławniejszym fragmentom utwór nie ustępuje, a w przypadku tytułowego singla-nawet przewyższa.

Stylistycznie do reszty albumu nawiązują posiadający posępny riff „Electric Funeral” oraz następujący po nim „Hand of doom”. Utwory dobre, ale nie tak genialne jak słynniejsze kompozycje.

Najbardziej od stylistyki reszty albumu odstaje klimatyczna ballada „Planet caravan”. Bardzo ładna, przyjemnie się jej słucha, miło też słyszeć gitarzystę w takiej delikatnej, subtelnej wręcz stylistyce. Tym co najbardziej zwraca tu jednak uwagę, to przetworzony przez różne efekty śpiew Ozzborne’a…nie wiem czy do końca udany. Mi osobiście podoba się to średnio, ale przynajmniej panowie z Birmingham mieli odwagę nieco poeksperymentować, czego w późniejszej, w tym dzisiejszej muzyce, bardzo często brakuje.

Za eksperyment można też uznać „Rat salat” będący  w głównej mierze perkusyjną solówką tylko na początku i końcu zawierający partie pozostałych instrumentalistów, czyli coś co w tamtym czasie było dosyć modne u rockowych wykonawców, żeby wspomnieć chociażby „toad” tria Cream czy „Moby dick” Led Zeppelin, czyli najsłynniejsze tego typu nagrania. Mnie osobiście nie zachwyca. Z całej trójki, jedynie solówka Bakera jako tako mi się podoba, ale „Rat salat” przynajmniej nie jest zbyt długie.

„Paranoid” to na pewno ścisła czołówka hard-rocka, z całą pewnością zasługująca na wielką popularność. Nie nazywał bym jednak tego albumu najwybitniejszym krążkiem zespołu. O wiele lepiej moim zdaniem wypada ich poprzedni oraz kolejny krążek, nie mniej często wracam do drugiej płyty zespołu, ponieważ nawet słabsze fragmenty albumu stoją na całkiem wysokim poziomie o jakim wielu wykonawców może tylko pomarzyć. Zastanawiałem się całkiem długo nad oceną maksymalną, jednak ze względu na kilka słabszych fragmentów muszę wystawić ocenę o oczko niższej.

9/10

Lista utworów:

  1. War pigs
  2. Paranoid
  3. Planet Caravan
  4. Iron Man
  5. Electric funeral
  6. Hand of doom
  7. Rat sałat
  8. Faires wear boots

piątek, 8 kwietnia 2022

Black Sabbath- "Black Sabbath"

Okładka albumu "Black Sabbath" zespołu Black Sabbath

Wydany 13 lutego 1970 roku debiut Black Sabbath to jedna z najbardziej kultowych i wpływowych płyt w historii fonografii.  Uważane za wyjątkowo ciężkie do tego czasu Cream, Jimi Hendrix Experience i przede wszystkim Led Zeppelin, nie grali z aż takim ciężarem jak brytyjski kwartet na swoim debiutanckim krążku, uważanym (mocno na wyrost) za pierwszy album metalowy w historii. Takie brzmienie zespołu jest też dziełem bardzo nieszczęśliwego wypadku. Wypadek w pracy gitarzysty Tony’ego Iommi, który stracił w nim opuszki palców, zmusił go do skontruowania specjalnych nakładek na palce oraz do obniżenia stroju gitary aby nie odczuwać bólu w czasie gry. Ale i bez tego jego styl polegający na genialnych riffach z pewnością byłby rozpoznawalny; a i reszta muzyków mu nie ustępuje. Zarówno utalentowany basista jak i perkusista Bill Ward posiadający bluesowo-jazzowe korzenie, nadają muzyce wyrazistości. Ciężko pominąć także jeden z najbardziej charakterystycznych wokali w historii, należącego do Ozzy’ego Osborne’a, pozbawionego wybitnych umiejętności ale idealnie pasującego do tej muzyki.

Faktycznie otwierający całość niezwykle mroczny utwór tytułowy zaczynający się od odgłosów burzy i bijących dzwonów i oparty na powolnym ale niezwykle ciężko brzmiącym riffie oraz emocjonalnym śpiewie Osborne’a, robi ogromne wrażenie nawet dzisiaj. Ponad 50 lat po wydaniu nagrania! Genialną robotę, zarówno w tym nagraniu jak i na całym albumie zrobił producent Rodger Bain, który świetnie wyważył proporcje między instrumentami i dzięki temu na całym albumie świetnie słyszalne są bardzo dobre partie basisty Geezera Butlera, który nie ogranicza się do prostych podkładów ale niejednokrotnie gra na albumie „pierwsze skrzypce”. Sam utwór zresztą powodował największe kontrowersje wśród ówczesnej ludności, ze względu, zarówno na niezwykle ponury, ciężki klimat, jak i, przede wszystkim, tekst uważany za satanistyczny. Co jest kompletną bzdurą, bo przecież w pewnym momencie podmiot liryczny prosi Boga aby ocalił go przed tajemniczą postacią w czerni.

Na pozostałej części albumu może nie jest już tak mrocznie i ciężko, ale dalej poziom jest niezwykle wysoki. Jak np. na kolejnym na płycie bluesowym „the Wizard” urozmaiconym partiami na harmonijce na której zagrał Ozzy oraz zawierającym genialne zagrywki perkusisty.

Także blues-rockowo brzmi „Behind the wall sleep”, może nie tak charakterystyczny jak dwa poprzednie utwory ale trzymający ten niezwykle wysoki poziom narzucony płycie już na pierwszych nagraniach.

Nic dziwnego, że poprzedni numer zostaje nieco w cieniu, bo nie tylko występuje po dwóch tak rozpoznawalnych i doskonałych kompozycjach, ale także zaraz po nim słyszymy jeden z najsłynniejszych klasyków zespołu i hard rocka w ogóle. „N.I.B” rozpoczyna się słynnym basowym intro Butlera, a zaraz po nim wchodzi riff równie kultowy jak z rozpoczynającego całość „Black Sabbath”. Po raz kolejny Iommi pokazuje także, że nie jest tylko mistrzem riffów ale i solówkami potrafi zachwycić. Jest to zarazem jedno z najbardziej chwytliwych i przebojowych nagrań w całej dyskografii zespołu.

Jeszcze bardziej przebojowy, chociaż nie tak genialny jest cover grupy Crow, „Evil Woman”. Przeróbka bardzo dobra i mająca największe szansę na stanie się radiowym przebojem, ale mimo to nie odniosła zbyt wielkiego sukcesu.

Jako kolejne słyszymy „Sleeping Village” początkowo mający potencjał na nagranie klimatem dorównujący otwieraczowi, szybko niestety zespół niejako marnuje szanse na kolejny kultowy numer w ostrzejszej części instrumentalnej. Nie ma tragedii, dalej przyjemnie się tego słucha, ale mam niedosyt.

Na oryginalnym wydaniu, jako finał słyszymy najbardziej rozbudowany, zawierający świetne popisy instrumentalistów, 10-ciominutowy „Warning”. Utwór niestety nie jest zbyt znany wśród przeciętnych fanów rocka zasłuchanych zwykle w kilku(nastu) utworach parunastu, najbardziej popularnych wykonawców, ale niechcącymi zapoznać się z twórczością mniej znanych, ale ciekawych artystów. A szkoda, bo to tutaj Iommi szczególnie pokazuje na co go stać. Genialny finał genialnego albumu.

Warto wspomnieć też o obecnym na niektórych wydaniach „Wicked world”, raz zastępującego „evil woman”, a raz występujący jako ostatnia, ósma kompozycja. Podobnie jak „zła kobieta”, którą kawałek zastępuje na niektórych wydaniach, jest chwytliwym numerem ale nie tak dobrym. Całkiem fajny jest jednak otwierający riff.

Kiedy słuchamy tego doskonałego debiutu, ciężko sobie wyobrazić, że został on nagrany w zaledwie jedną dobę przez chłopaków, którzy niewiele wcześniej kończyli 20 lat. Ciężko też sobie wyobrazić dalszy rozwój rocka oraz powstanie metalu gdyby nie ten niesamowity album.

10/10

Lista utworów:

  1. Black Sabbath
  2. the Wizard
  3. Behinf the Wall Sleep
  4. N.I.B.
  5. Evil Woman
  6. Sleeping Village
  7. Warning
  • Wicked world