Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-punk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-punk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2022

Recenzja: Iggy Pop - "The Idiot"

Okładka albumu "The Idiot" Iggy'ego Popa

Po rozpadzie The Stooges z powodu narkotykowych nałogów członków zespołu, kariera lidera tej grupy, Iggy'ego Popa była praktycznie skończona. Z pomocą jednak przyszedł fan twórczości Amerykanina i zarazem inny wielki muzyk, David Bowie, który zabrał artystę na wycieczkę po Europie, a później pomógł mu nagrać solowy debiut. Mimo że "The Idiot" sygnowany jest przez Popa, to w głównej mierze jest to album Bowiego, który potraktował album ten jako próbę przed swoją trylogią Berlińską.

Podobnie jak na płytach Davida, tak i tu słychać bardzo wyraźne wpływy krautrocka. Utwory takie jak "Sister midnight", "Fun Time" czy "Baby" mimo że posiadają niezłe melodię, to przede wszystkim moją uwagę zwraca aranżacja momentami ewidentnie nawiązująca do niemieckiej sceny progresywnej. W "Nightclubbing" początkowo można było odczuć ponurą atmosferę jaka panowała w Berlinie, w którym muzycy spędzili dużo czasu w czasie swojej wyprawy. Jednak później pojawia się melodia, która zdecydowanie już do ponurych nie należy. Jeśli chodzi o melodię, to jednak tą najbardziej chwytliwą posiada mój ulubiony utwór z albumu, bardzo przebojowy "China Girl". Bardziej stonowanie wypadają "Dum Dum Boys" i "Tiny Girls", a finałowy "Mass Production" najbardziej zachwyca pod względem aranżacji.

Debiut Iggy'ego Popa to z pewnością jedno z jego największych dzieł, być może nawet największe wliczając w to muzykę The Stooges. Fakt, że ogromny wkład w ten album mial David Bowie i bez niego z pewnością nie byłby tak udany, jednak dzięki "The Idiot", Pop wskoczył na listę moich ulubionych solowych twórców.

8/10

Lista utworów:

  1. Sister midnight
  2. Nightclubbing
  3. Fun Time
  4. Baby
  5. China Girl
  6. Dum Dum Boys
  7. Tiny Girls
  8. Mass Production 

Komunikat
W najbliższym czasie wpisy na blogu mogą być umieszczane mocno nieregularnie ze względu na problemy z internetem jakie będą mnie czekały przez nieznany przeze mnie czas. Będę starał się w miarę możliwości umieszczać kolejne recenzję, jednak może się okazać, że przerwy między poszczególnymi postami będą wynosić nawet kilka dni.

środa, 14 grudnia 2022

Recenzja: The Cure - "Seventeen Seconds"

Okładka albumu "Seventeen Seconds" zespołu The Cure

Po niepozornym aczkolwiek udanym j przyjemnym debiucie, w muzyce The Cure nastąpiła duża zmiana. Konwencjonalny nowofalowy styl zmienił się w zimną, gotycką muzykę, ponurym nastrojem momentami przebijając nawet Joy Division. Taka zmiana niezbyt spodobała się dotychczasowemu basiście Michaelowi Dempseyowi, którego zastąpił Simon Gallup, a wraz z nim do zespołu dołączył klawiszowiec Matthieu Hartley. 

W całość doskonale wprowadza instrumentalny "A Reflection", który daje do zrozumienia, że będzie to zupełnie inny materiał niż na debiucie. Smith i spółka nie rezygnują jednak z przebojowych melodii o czym świadczą kolejne "Play for Today" oraz "Secrets". Oba te kawałki pokazują także, że mimo zmiany na pozycji basisty, instrument ten wciąż będzie mocno wyeksponowany mimo, że Gallup nie wybija się na pierwszy plan, tak jak robił to wcześniej Dempsey. Mniej przekonuje mnie "In Your Arms", za to następujące po nim miniatury "Three" oraz "The Finał Sound" są istotnymi punktami całości, a ten drugi pasowałby nawet do jakiegoś filmu grozy. Po nich słyszymy największy przebój z tego albumu i pierwszy zarazem umiarkowany hit w karierze zespoł, czyli "A Forest" udanie łączący mrok z przebojowością. Ostatnie trzy pozycje czyli bardziej energiczny "M", "At Night" oraz utwór tytułowy będący jednym z najbardziej zapadających w pamięci momentów albumu to także udane utwory.

Mówi się, że właściwe The Cure zaczęło się właśnie na "Seventeen Seconds". Nie skreślałbym udanego poprzednika, ale prawdą jest, że zespół popularność zdobył właśnie dzięki ponurym, zimnym kompozycjom. Tu ten styl dopiero raczkuje, a do perfekcji którą osiągnie na "Pornography", ale już tutaj muzycy zaprezentowali charakteryatyczny styl.

8/10

Lista utworów:

  1. A Reflection
  2. Play For Today
  3. Secrets
  4. In Your House
  5. Three
  6. The Final Sound
  7. A Forest
  8. M
  9. At Night
  10. Seventeen Seconds 

niedziela, 4 grudnia 2022

Recenzja: Squid - "Bright Green Field"

Okładka albumu "Bright Green Field" zespołu Squid

Było już u mnie o black midi, było o Black Country, New Road, przyszła więc pora na grupę, która z dwiema wspomnianymi jest powiązana stylistycznie, jak i środowiskowo. Chodzi o Squid. Podobnie jak oba wymienione na początku zespoły, tak i Squid nagrywa szeroko rozumiany post punk z wpływami innych gatunków, jak jazz, funk czy elektronika. To co łączy wszystkie trzy zespoły to także obecność charyzmatycznego wokalisty o bardziej specyficznym sposobie śpiewania, chociaż w post punku "dziwny" wokal to nic nadzwyczajnego.

Album rozpoczyna miniatura pod tytułem "Resolution Square". Nie nazwał bym jej odpowiednim wstępem do albumu, bo jest to tylko seria elektronicznych dźwięków przez niecałą minutę. I choć elektronika na debiucie Squid jest obecna i momentami daje mocno o sobie znać, to ktoś po wysłuchaniu tych kilkudziesięciu sekund otwieracza może być zdziwiony, gdy usłyszy kolejny "G.S.K.", który z intrem nie ma nic wspólnego. Drugi utwór na płycie jest równie gęsty i dynamiczny jak choćby utwory Talking Heads albo King Crimson w swoim post punkowym okresie.

Podobnie ma się sprawa z kolejnym "Narrator". Ten jednak dodatkowo świetnie buja, a także wyróżnia się udziałem kobiecego wokalu - przez większość utworu są tu tylko mówione wersy, później jednak ciarki wywołują dzikie wrzaski.

W kolejnych "Boy Racers" i "Padding" już mocniej daje o sobie znać elektronika. Ten pierwszy mimo podzielenia wyraźnie na dwie części - nowofalową i elektroniczną - jest jednym z moich ulubionych utworów na płycie. Ale i "Padding" posiada świetny klimat, choć występują w nim bardziej żywiołowe momenty.

Wraz z "2010" pojawia się chwila zastanowienia czy grupie nie zaczęły kończyć się pomysły, bo przypomina nieco inne wolniejsze momenty do tej pory. Później jednak pojawia się niezwykle ciężki, metalowy niemal fragment, jednak znacznie bardziej złożony niż mogłaby zagrać większość przedstawicieli tego bardzo obszernego gatunku. "The Flyover" to tylko niepotrzebna miniatura, ale następujący po nim "Peel St." to już bardzo fajne, energiczne i bujające nagranie z niezłym zwolnieniem w dalszej części. Ostatnie dwa utwory na albumie za to już ciężko porównać do innych. "Global Groove" to chyba najbardziej klimatyczne nagranie na albumie, które wciąga nawet w bardziej żywiołowych momentach. Finałowy "Pamphlets" za to oprócz wielu zmian motywów wyróżnia się... normalnym sposobem śpiewu Olliego Judge'a.

Naprawdę ciężko mi określić który z trzech powiązanych ze sobą zespołów polubiłem najbardziej. Każdy z nich ma w sobie to "Coś" i każdy w zeszłym roku nagrał świetne, wciągające albumy. Zresztą, z całej trójki, tylko Squid nie wydał równie ciekawego albumu we właśnie się kończącym roku. Mimo to nie wolno skreślać tej grupy z listy potencjalnych "zbawicieli rocka" jakich często na siłę szuka się w ostatnich latach. Chociaż ciężko znaleźć właśnie te zespoły w rockowych czasopismach czy innych mediach tematycznych, a zamiast nich wyróżnia się takie zespoły jak Maneskin czy Greta van Fleet.

10/10

Lista utworów:

  1. Resolution Square
  2. G.S.K.
  3. Narrator
  4. Boy Racers
  5. Padding
  6. Documentary Filmmaker 
  7. 2010
  8. The Flyover
  9. Peel St.
  10. Global Groove
  11. Pamphlets

niedziela, 27 listopada 2022

Recenzja: King Crimson - "Discipline"

Okładka albumu "Discipline" zespołu King Crimson

Dość nieoczekiwany musiał być rozpad King Crimson po wydaniu "Red". Grupa cieszyła się  wtedy ogromną popularnością, na jej koncerty przychodziły tłumy, a albumy rozchodziły się w niemałych nakładach. Tymczasem gitarzysta i lider zespołu, Robert Fripp przestraszył się, że w związku z rosnącą popularnością King Crimson, jego projekt zacznie być ograniczany przez wytwórnię. Fripp po rozpadzie swojego zespołu jednak zdecydowanie się nie nudził. Gitarzysta rozpoczął karierę solową, sporo pracował wraz z Brianem Eno czy wspomagał takich artystów jak David Bowie czy zespół Talking Heads. Nadszedł jednak moment, gdy lider nieistniejącego już wówczas zespołu wznowił współpracę z Billem Brufordem i wraz z Adrianem Belew oraz Tonym Levinem założyli zespół Discipline. 

Trochę kontrowersyjnie jednak muzycy zdecydowali się na zmianę szyldu na ten już bardzo dobrze znany, czyli King Crimson. A czemu kontrowersyjnie, skoro połowa składu tworzyła już ten zespół? Czysto muzycznie to już zdecydowanie nie ten baśniowy klimat z elementami jazzu jak w pierwszym okresie działalności grupy. Fripp nigdy nie miał skrupułów, żeby z albumu na album oprócz składu zmienić też stylistykę, w jakiej jego grupa ma tworzyć, jednak do tamtej pory kolejne grupy progowej legendy miały ze sobą jakieś punkty styczne. Tymczasem nazwany od pierwotnej nazwy nowego projektu "Discipline" to już ogromną rewolucja w muzyce grupy. Trzeba też pamiętać, że Robert Fripp nie pozostawał obojętny na to co aktualnie dzieje się w muzyce, a od 1974 roku do 1981 zmieniło się sporo. Po punkowej rewolucji rock progresywny grany przez "wielką szóstkę" nie był już tak rozchytywany, za to gdy w mainstreamie królował pop i pudel metal, to gdzieś obok niemałą popularność zdobywały niektóre zespoły post punkowe, jak choćby wspomniany Talking Heads. I to właśnie do post punku można zaliczyć pierwsze dzieło odrodzonego King Crimson.

Wyobrażam sobie jaki szok musieli przeżyć fani starego wcielenia King Crimson po uruchomieniu gramofonu z nowym krążkiem grupy. "Elephant Talk" to typowo post punkowy numer z nowofalową gitarą i gęstą, momentami nieprzewidywalną grą Bruforda oraz nietypowym - dla ogółu muzyki ale już nie tak zaskakującym jeśli chodzi o post punk - wokalem Adriana Belew. Do tego kompozycja ta niesamowicie wpada ucho i "buja" swoim funkowym zacięciem. "Frame by Frame" może już tak nie buja, ale wciąż wpada w ucho, a wokal w tym utworze może kojarzyć się z ... Laynem Staleyem i Chrissem Cornellem, którzy zaczną tworzyć dopiero kilka lat później.

Uspokojenie nadchodzi wraz z "Matte Kudasai". Jest to jeden z najładniejszych momentów albumu, tak samo jak hipnotyzujący utwór instrumentalny "The Sheltering Sky". "Indiscipline", "Thela Hun Ginjeet" z podwójną linią wokalną a także nabierający z czasem coraz większej intensywności utwór tytułowy są już bliższe dwóm pierwszym kompozycjom, jednak - jak to u King Crimson - ciężko je ze sobą pomylić i każdy jest ciekawy i udany. 

"Discipline" na pewno bardzo mocno odstaje stylistycznie od każdego z poprzednich wydawnictw grupy, jednak fani zespołu powinni być przyzwyczajeni do zmian stylistyki z albumu na album, toteż z pewnością przemówi do nich, że Fripp i spółka postanowili się rozwijać zamiast powtarzać, to co nagrali już wcześniej.

10/10

Lista utworów:

  1. Elephant Talk
  2. Frame by Frame
  3. Matte Kudasai
  4. Indiscipline
  5. Thela Hun Ginjeet
  6. The Sheltering Sky
  7. Discipline

czwartek, 24 listopada 2022

Recenzja: The Birthday Party - "Junkyard"

Okładka albumu "Junkyard" zespołu The Birthday Party

Na swoim kolejnym dziele, muzycy The Birthday Party kontynuują obrany na "Prayers on Fire" bardziej hałaśliwy kierunek. W porównaniu do poprzednika jednak jeszcze mocniej swoją obecność zdaje się zaznaczać sekcja rytmiczna, którą tworzy Tracy Pew oraz Phill Calvert. Po raz kolejny jednak najbardziej rozpoznawalnym elementem jest wokal Nicka Cave'a, który ponownie śpiewa na różne dziwne sposoby.

Wszystkie te elementy słuchać w "Blast Off", w którym Cave śpiewa w agresywny, "szczekający" sposób. Sama kompozycja jednak nie powala i jest średnia. Znacznie lepiej wypada chłodny "She's Hit" z płaczliwym wokalem, bardziej energiczny "Dead Joe" z genialnym basem czy jeden z najbardziej zapamiętywalnych na albumie "The Dim Locator". Ten ostatni ma jedną z najbardziej wpadających w ucho melodii, a jednak przez kolejną nietypową linie wokalną i hałaśliwą gitarę, daleko mu do typowego, radiowego rockowego kawałka.

Po serii tych udanych utworów słyszymy już dwa zupełnie przeciwne sobie kompozycje. "Hamlet (Pow Pow Pow)" to jedna z najbardziej porąbanych kompozycji w katalogu zespołu. Cave brzmi tu jak człowiek chory psychicznie, a mrocznie jest też w warstwie instrumentalnej. Za to następujący po nim "Several Sins" posiada chyba najnormalniejszą partię wokalną lidera. Za to po tym już jakby normalniejszym utworze słyszymy znacznie bardziej chaotyczny "Big Jezus Trash Can". Jest to jednak pozycja mało porywająca, ale dobrze wypada kakofoniczna końcówka.

Do mniej wyróżniających się kawałków należy też "Kewbie Doll" oraz "6" Gold Blade", a nieco lepiej wypada "Kiss Me Black". Nic nowego nie wnosi też druga wersja "Dead Joe" różniącą się od pierwszej przede wszystkim brzmieniem. Utwór tytułowy za to mimo powtarzalności wciąga na całą długość kawałka. Niedosyt za to pozostawia finał albumu w postaci "Relase The Beats", który jest tylko średni, a z taką genialną grą Pew i Calverta można było wydobyć z tego utworu więcej.

"Junkyard" nie serwuje nam rewolucji w muzyce, ani nawet w twórczości zespołu, bo to przede wszystkim kontynuacja drogi obranej już wcześniej. Mimo to album cieszy się sporym uznaniem. No i faktycznie nie jest to kopia poprzednika, bo nie ma tu oczywistych nawiązań, a samą muzykę słucha się całkiem dobrze. Jest to jednak ostatnio album zespołu. Później dwaj najbardziej rozpoznawalni członkowie grupy czyli wokalista Nick Cave oraz gitarzysta Mick Harvey założyli zespół Nick Cave and The Bad Seeds, który odniósł już znacznie większe sukcesy.

7/10

Lista utworów:

  1. Blast Off
  2. She's Hit
  3. Dead Joe
  4. The Dim Locator
  5. Hamlet (Pow Pow Pow)
  6. Several Sins
  7. Big Jezus Trash Can
  8. Kiss Me Black
  9. 6"Gold Blade
  10. Kewbie Doll
  11. Junkyard
  12. Dead Joe -2nd version
  13. Relase The Beats

środa, 16 listopada 2022

Recenzja: The Cure - "Three Imaginary Boys"

Okładka albumu "Three Imaginary Boys" zespołu The Cure

The Cure to zespół w pierwszej chwili kojarzący się mało wesołymi, gotyckimi utworami o raz bardziej, raz mniej depresyjnym nastroju. Jest to jeden z najbardziej wpływowych zespołów lat 80.. A jednak grupa zaczęła dosyć niepozornie, bo debiut Roberta Smitha i kolegów, to raczej mało się wyróżniający choć udany nowofalowy album będący zbiorem krótkich, melodyjnych i prostych kompozycji.

Przede wszystkim The Cure występuje tu jako trio, a na gitarze gra wokalista zespołu, Smith, który dostosowuje swoje partie do swoich dosyć przeciętnych zdolności instrumentalnych. I właśnie dzięki nie porywaniu się udawanie lepszego gitarzysty, album ten ma swój urok. Dzięki temu też w produkcji doceniona została sekcja rytmiczna, która gra już bardzo przyzwoicie.

Fanom bardziej przystępnej odmiany post punku na pewno przypadną do gustu takie chwytliwe piosenki jak mający w sobie nieco chłodu "10:15 Saturday Night", zachwycające świetnym basem "Grinding Halt", bardziej energiczny "Object" czy "Meat Hook" z momentami mniej typową linią wokalną Smitha.

Cały album prezentuje zresztą równy wysoki poziom i jedynie dwa utwory odstają od reszty na minus. Pierwszy to oparty co prawda na chwytliwym motywie, ale i tak jeden z mniej ciekawych "Subway Song". Drugi natomiast, to całkowicie zbędny, niespełna minutowy ukryty utwór "Subway Song".

Z tych wyróżniających się z kolei na plus należy wymienić spokojniejszy i jakby bardziej złożony "Another Day", bardzo fajne "Fire in Cairo", ponownie ponury utwór tytułowy i punkowe "It's not You" które może nie prezentuje niczego wybitnego ale mam słabość do tego energicznego i chwytliwego kawałka. "Accuracy" i "So What", a także przeróbka utworu Jimiego Hendrixa, "Foxy Lady" to też niezłe utwory ale nie dorównujące tym czterem wymienionym przed momentem kompozycjom.

Tak jak wspomniałem, debiut The Cure nie należy do najbardziej oryginalnych wydawnictw w tamtym okresie. Dopiero na kolejnych albumach grupa zaprezentuje swój inspirujący, ponury, gotycki styl, ale dla fanów grupy czy nowej fali albo pop rocka, krążek ten może być miłym albumem do posłuchania co jakiś czas.
Warto wspomnieć też, że poza Europą album ten ukazał się z inną okładką, nieco inną tracklistą oraz pod tytułem "Boys don't Cry". Z tą wersją także polecam się zapoznać, bo nie istnieje jeszcze wydanie zbierające utwory z obydwu edycji.

7/10

Lista utworów:
  1. 10:15 Saturday Night
  2. Accuracy
  3. Grinding Halt
  4. Another Day
  5. Object
  6. Subway Song
  7. Foxy Lady
  8. Meat Hook
  9. So What
  10. Fire in Cairo
  11. It's not You
  12. Three Imaginary Boys
  13. The Weedy Burton 

sobota, 5 listopada 2022

Recenzja: The Birthday Party - "Prayers on Fire"

Okładka albumu "Prayers on Fire" zespołu The Birthday Party

Po udanym, drugim albumie grupy The Boys Next Door/The Birthday Party grupa wydała album, co do którego w końcu nie ma wątpliwości które wcielenie zespołu je nagrało. I tak jak na "The Birthday Party" zespół Nicka Cave'a rozwinął nowofalową stylistykę z "Door Door" o bardziej eksperymentalne elementy, tak "Prayers on Fire" dla fanów New Wave prezentowanego przez najbardziej znanych w tym gatunku The Police czy nasze polskie Lady Pank i Maanam, może być już bardzo trudny do słuchania.

Australijczycy postawili tu na krótkie utwory, w których jednak sporo się dzieje mimo czasu trwania w okolicach 3 minut. Dość dużo tu hałasu inspirowanego zespołami proto punkowymi, udziwniających całość partii instrumentów dętych czy w końcu specyficznego śpiewu Nicka Cave'a. Ten jednak nie ogranicza się do jednego sposobu śpiewania. Raz brzmi "dziko", raz teatralnie, jeszcze kiedy indziej nienaturalnie nisko. Za każdym jednak razem trudno nazwać wokal "normalnym".

Już "Zoo Music Girl", które otwiera album zapowiada, że dzieło to będzie niecodzienne, porąbane wręcz jak sam otwieracz - bardzo zresztą udany. Utwór się kończy i kto liczył, że kolejny "Cry" będzie bliżej new wave z "Door Door" znowu się zawiedzie, bo oto wita go ponownie obłąkany śpiew Cave'a. A co dalej? Później słyszymy "Capers" z wesołą melodyjką i przetworzonym wokalem, który niby nie pasuje do niej... A jednak wpasowuje się świetnie. "Nick the Stripper" obok "chorego" śpiewu wyróżnia się fajnym gitarowym solo, a utrzymany w wolnym tempie "Ho Ho" zrezygnowaną ale dobrą linią wokalną. "Figure of Sun" za to zdaje się zapowiadać rychłe nadejście noise rocka. "King Ink" natomiast to jedyny utwór w którym wrzaski lidera mi przeszkadzają i zdają się psuć  udany, gotycki kawałek. "Dead Song" posiada fajny basowy i gitarowy motyw, podobnie jak jeden z lepszych na płycie "Dull Day". W "Yard" za to najbardziej intryguje mroczny, duszny, depresyjny klimat, który jest jeszcze potęgowany partiami saksofonu. Dęciaki zresztą pełnią tu dużą rolę, bo w "Just You and I" dodają sporo uroku. Tu jednak uwagę najbardziej zwraca chyba początkowy klawiszowy motyw. Podoba mi się też zadziorny ale nawet chwytliwy "Blundertown" ale już finałowy "Kathy's Kisses" niezbyt mi się podoba.

"Prayers on Fire" to spory skok stylistyczny względem poprzedniego albumu. Muzycy sporo ryzykowali udziwniając swoje kompozycje w momencie, gdy na topie coraz mocniej utrzymywały się utwory proste, melodyjne i wprost cukierkowe. Mimo to uważam płytę tą za udaną, choć na ten moment wolę bardziej przystępnego poprzednika.

7/10

Lista utworów:

  1. Zoo Music Girl
  2. Cry
  3. Capers
  4. Nick the Stripper
  5. Ho Ho
  6. Figure of Sun.
  7. King Ink
  8. Dead Song
  9. Yard
  10. Dull Day
  11. Just You and I
  12. Blundertown
  13. Kathy's Kisses 

piątek, 28 października 2022

Recenzja: Black Country, New Road - "Ants From Up There"

Okładka albumu "Ants From Up There" zespołu Black Country, New Road

Po tym jak wielkie wrażenie zrobił na mnie debiut brytyjskiego Black Country, New Road miałem ogromne oczekiwania wobec następcy tego świetnego wydawnictwa. Nie zapoznając się jednak wcześniej z wydanymi przed albumem singlami spodziewałem się, że grupa rozwinie swoją dotychczasową post-punkową stylistykę. A mimo to nie zaskoczyło mnie mocno, że Brytyjczycy odeszli od poprzedniego stylu tak mocno. Tym razem muzycy postawili na wyciszenie zamiast gęstego grania inspirowanego kilkoma, często bardzo odmiennymi stylami muzycznymi.

Różnice słychać już od samego początku. Otwierający debiutancki album "Instrumental" był rozbudowany, gęsty i bardzo wiele w nim się działo. W tym wypadku jednak otwieracz pod tytułem "Intro" trwa niecałą minutę, choć też jest dosyć ciekawy. Słuchać przede wszystkim, że jeszcze większe będą jazzowe wpływy za sprawą ogromnej roli saksofonu. To, jak ważny jest na albumie ten instrument słychać w kolejnym "Chaos Space Marine". A w spokojniejszym początkowo "Concorde" za to najciekawiej robi się w końcówce, gdy właśnie używany przez Lewisa Evansa instrument wysuwa się na pierwszy plan. Za to zbędnym wg mnie "utworem" jest 3-minutowy "Mark's Theme".

Ale "Ants From Up There" to nie tylko saksofon Evansa, bo ponownie reszta muzyków daje tu o sobie znać, ale same kompozycje są równie udane jak na debiucie. "Bread Song" np urzeka mnie swoją delikatnością, "Good Will Hunting" ma bardzo chwytliwe momenty i ciekawy wstęp, który kojarzy mi się z "Tarot Woman" Rainbow, a "Haldern" zarówno w spokojniejszej, jak i tej bardziej energicznej części jest bardzo udany. "The Place Where He Inserted the Blade", "Snow Globes" i "Basketball Shoes" to również bardzo udane kompozycje i nawet długi czas trwania dwóch ostatnich nie przeszkadza, bo czas ten mija bardzo szybko.

Drugi album Black Country, New Road mógł wywołać zaskoczenie wśród fanów debiutu tej grupy. Jednak mimo ogromnej zmiany stylistycznej muzycy pokazali, że potrafią odnaleźć się w różnych stylach z równie dobrym skutkiem. Szkoda, że pod znakiem zapytania stoją kolejne wydawnictwa zespołu. Z grupy odszedł charakterystyczny śpiewający gitarzysta zespołu, Isaac Wood i mimo, że reszta muzyków zapowiedziała dalszą działalność pod tym szyldem, to Black Country, New Road straciło niesamowicie ważnego i rozpoznawalnego członka.

9/10

Lista utworów:

  1. Intro
  2. Chaos Space Marine
  3. Concorde
  4. Bread Song
  5. Good Will Hunting
  6. Haldern
  7. Mark's Theme
  8. The Place Where He Inserted the Blade
  9. Snow Globes
  10. Basketball Shoes

czwartek, 20 października 2022

Recenzja: Sisters of Mercy - "Some Girls Wander by Mistake"

Okładka albumu "Some Girls Wander by Mistake" zespołu Sisters of Mercy

Podstawowa dyskografia Sisters of Mercy zamyka się co prawda w trzech albumach, które już opisałem. Grupa natomiast nagrała niemało materiału jeszcze przed wydaniem debiutanckiej płyty. Nagrane w latach 1980-1983 utwory zebrane zostały na składance pod tytułem "Some Girls Wander by Mistake". Album ten więc jest niemałą gratką dla miłośników grupy. Dla pozostałych słuchaczy może być właściwie ciekawostką. Całkiem fajną w słuchaniu, ale wciąż tylko ciekawostką.

Kompozycje tu zawarte pokazują jak mocno zespół dopracował swój styl przed oficjalnym debiutem. Te, które tu usłyszymy co prawda nie brzmią identycznie, ale też pozbawione są czegoś charakterystycznego. Na albumie dominują utwory przebojowe, ale nie tak dobre jak późniejsze utwory, kawałki o zimnym, gotyckim brzmieniu. Do takich zaliczył bym "Alice", "Floorshow", "Fix" i "Heartland". Wyróżnić mogę za to "Lights", hipnotyzujący "Valentine" czy "Burn".

Jednak na kompilacji znajdziemy też bardziej wyróżniające się utwory jak instrumentalny "Phantom" czy w dużej części także pozbawiony wokalu "Kiss the Carpet" mający dużo wspólnego właśnie z "Phantom". Oba jednak są sztucznie wydłużane, a szkoda bo bardzo dobrze się zapowiadały. Z mniej typowych kawałków nieźle wypadają żywiołowy "Temple of Love", "Watch" "Anaconda", taneczny "Body Electric" czy nawiązujący do proto-punku "Adrenochrome". Słabiej natomiast wypada "The Damage Done". A zupełnie niepotrzebne są "Kiss the Carpet - Reprise" i "Home of the Hit-Men". Całości dopełniają jeszcze dwie przeróbki: niezbyt udany "1969" The Stooges i będący jednym z najlepszych momentów albumu "Gimme Shelter" the Rolling Stones.

"Some Girls Wander by Mistake" to w sumie dobry suplement do dyskografii pionierów rocka gotyckiego. Większość zawartych tu kompozycji wprawdzie nie dorównuje tym z regularnych albumów, ale mało też jest oczywistych wpadek. Gorzej, że mało która kompozycja wyróżnia się czymś szczególnie ciekawym. A przez długi czas trwania dosyć jednorodny styl tego wydawnictwa może zacząć już męczyć. Tyle dobrego, że wydawca postanowił te najbardziej wyróżniające się utwory umieścić na końcu, dzięki czemu słuchacz jeszcze ma szansę dotrwać do końca bez wcześniejszego wyłączenia płyty.

7/10

Lista utworów:

  1. Alice
  2. Floorshow
  3. Phantom
  4. 1969
  5. Kiss the Carpet
  6. Lights 
  7. Valentine
  8. Fix
  9. Burn
  10. Kiss the Carpet - Reprise
  11. Temple of Love 
  12. Heartland
  13. Gimme Shelter
  14. The Damage Done
  15. Watch
  16. Home of the Hit-Men
  17. Body Electric
  18. Adrenochrome
  19. Anaconda

wtorek, 11 października 2022

Recenzja: The Birthday Party - "The Birthday Party"

Okładka albumu "the Birthday Party" zespołu The Birthday Party

Po sporym sukcesie studyjnego debiutu grupy The Boys Next Door, Nick Cave i spółka postanowili wyjechać z rodzimej Australii by podbić świat. Panowie zdecydowali się wtedy na ryzykowny krok zmiany nazwy, pomimo że stara miała już sporą rozpoznawalność. Zanim jednak do tego doszło, grupa zdążyła jeszcze wydać album pod tytułem "The Birthday Party". I początkowo płyta ta była zaliczana do twórczości The Boys Next Door, jednak po wznowieniu krążka w 1982 roku z modyfikowaną okładką, na której widoczna była tylko nazwa krążka, zaczęto przyjmować, że jest to pierwszy album już The Birthday Party.

I w sumie tak wg mnie lepiej, bo oprócz nazwy i miejsca, w którym zespół tworzył, zmieniła się też muzyka. To już nie jest takie proste, przebojowe, nowofalowe granie jak na "Door, Door". Na tym albumie oczywiście przebojowości nie brakuje, bliżej mu jednak do bardziej eksperymentalnego z definicji post punku niż do radiowego new wave. Trudno nie wyczuć tu bardzo silnego wpływu zespołów proto punkowych typu the Velvet Underground czy the Stooges.

Początek albumu jeszcze tego tak mocno nie pokazuje. Singlowy "Mr Clarinet" posiada chwytliwą melodię, z których grupa słynęła jeszcze pod starą nazwą. Surowsze i jakby bardziej zimne, gotyckie jest brzmienie. Dzięki charakterystycznemu wokalowi Nicka Cave'a oraz pełniącemu na albumie istotną rolę saksofonowi trudno wybić sobie ten numer z głowy. Coraz ciekawiej robi się wraz z utworem numer dwa, czyli "Hats on Wrong". Tu już ciężko wychwycić jakąś melodię. Jednak mogące sprawiać wrażenie chaotycznych i hałaśliwych partii każdego z instrumentów, a także równie porąbany śpiew wynagradza to z nawiązką, a utwór naprawdę intryguje.

A zespół dopiero się rozkręca. Kolejny, bardzo energiczny "The Hair Shirt" posiada już wyraźną melodie, ale wciąż jest bardziej zakręcony, a do co wyrabiają tu gitarzyści i perkusista jest niesamowite, szczególnie mam na myśli gitarowe solo. W "Guilt Parade" za to świetny moment mają dęciaki, a w "Riddle House" zarówno gitara jak i saksofon mają bardzo mocne fragmenty.

Muzycy hałasem operują tu wielkim kunsztem czego kolejnym dowodami mogą być "The Friend Catcher", który zarówno początek, jak i spinający utwór klamrą koniec ma mocno hałaśliwy i tylko między nimi można usłyszeć melodię, w dwóch skrajnych fragmentach kompozycji jest to niemożliwe. Sporo z noise rockiem wspólnego mają również "Waving my Arms" i "The Red Clock". Pierwszy z nich ma całkiem chwytliwą melodię, drugi natomiast posiada z lekka orientalny klimat za sprawą dęciaków. Do bardzo udanych numerów należy też kojarzący się z wczesnym The Velvet Underground "Cat Man", natomiast moim ulubionym numerem z całej gry jest finałowy "Happy Birthday". Utwór ten od początku do końca jest bliski ideałowi. Jedyny minus to chórki w refrenie, za to reszta utworu podoba mi się bez żadnego "ale".

Już na "Door, Door" grupa Cave'a pokazała swój niemały potencjał. Tam co prawda panowie skupili się bardziej na przystępności. Na "The Birthday Party" za to zespół świetnie połączył przystępne, chwytliwe melodie z noise'owymi eksperymentami. Dla fanów wymienionych już grup proto punkowych album ten może być niemałą przyjemnością, chociaż ciężko mówić tu o wielkiej oryginalności. Warto wspomnieć, że praktycznie cały materiał z tej płyty pojawił się na składance "Hee Haw", na której można usłyszeć też utwory z tak samo nazwanej EPki.

8/10

Lista utworów:

  1. Mr Clarinet
  2. Hats on Wrong
  3. The Hair Shirt
  4. Guilt Parade
  5. Riddle House
  6. The Friend Catcher
  7. Waving my Arms
  8. The Red Clock
  9. Cat Man
  10. Happy Birthday

wtorek, 4 października 2022

Recenzja: Black Country, New Road - "For The First Time"

Okładka albumu "For The First Time" zespołu Black Country, New Road

Po opisaniu twórczości brytyjskiego black midi przyszła pora, żeby skupić się na dyskografii grupy silnie z nią powiązaną. Black Country, New Road to zespół z black midi zaprzyjaźniony, wywodzący się z tej samej, zrodzonej przed kilkoma laty, lecz chyba jeszcze niemającej nazwy sceny, a także prezentująca podobny styl będący pochodną post punku połączonego z innymi, zupełnie odmiennymi stylami, jak funk, jazz czy krautrock. W 2021 roku, tak ważnym dla nowego stylu, gdy black midi wydało swój drugi, gorąco przyjęty album oraz debiutowała inna ważna dla tej sceny grupa Squid, swoją pierwszą płytę wydało właśnie Black Country, New Road.

Album rozpoczyna utwór o jakże wiele mówiącym tytule "Instrumental". Już tutaj słychać, że mamy do czynienia z grupą, która nie stawia tu na najprostsze, byle melodyjne środki. Melodii tu oczywiście nie brakuje, lecz muzycy pokazują tu swój niemały kunszt inatrumentalny oraz talent kompozytorski. Kolejny "Athens, France" poprzedniemu kawałkowi pod względem intensywności nie ustępuje, a dodatkowo słyszymy tu charakterystyczny wokal Isaaca Wooda.

Już tutaj było słychać, że członkowie zespołu mają bardzo bogate inspiracje, jednak kolejna, a konkretnie noise, dochodzi w kolejnym "Science Fair", w którym hałas pełni ogromną rolę, choć są tu też długie, spokojniejsze momenty. Kolejne trzy utwory są już utwory "normalniejsze", choć także udane, a przynajmniej w dwóch przypadkach. Długi, prawie 10-cio minutowy "Sunglasses" posiada masę udanych, tworzących zgrabną całość pomysłów, podobnie jak zaczynający się spokojnie, by później nabrać intensywności "Opus" kończący album. Nie przekonuje mnie natomiast "Track X", który zdaje mi się zbyt nużący.

Debiut Black Country, New Road to jedna z ciekawszych nowych płyt jakie słyszałem w ostatnich latach. Mało jest obecnie nowych zespołów, które potrafią na mnie wywrzeć większe wrażenie, ale BCNR na pewno jest jedną z nich.

9/10

Lista utworów:

  1. Instrumental
  2. Athens, France
  3. Science Fair
  4. Sunglasses
  5. Track X
  6. Opus

piątek, 2 września 2022

Recenzja: "Maanam - "Derwisz i anioł"

Okładka albumu "Derwisz i anioł" zespołu Maanam

Rozpad Maanamu po wymuszonym nieco "Się ściemnia" (a i tak bardzo udanym) nie trwał zbyt długo. Już w 1990 roku polski zespół wyruszył w trasę po USA gdzie grała dla polskiej poloni. Trasa spotkała się z ciepłym przyjęciem, dzięki czemu już rok później polska legenda wróciła z nowym albumem o nazwie "Derwisz i anioł". I wróciła w dobrym stylu trzeba przyznać.

Od samego początku działalności zespołu fani pokochali go za kilka rzeczy: chwytliwe, szybko wpadające w ucho melodię, ciekawe popisy gitarzystów, dobrą grę sekcji rytmicznej, zróżnicowanie poszczególnych utworów (zazwyczaj) i oczywiście charakterystyczny sposób śpiewu wokalistki zespołu, Kory. I po reaktywacji grupy niemal każdy z tych elementów wciąż na tym albumie jest słyszalny. Niemal, bo Jackowska znacznie mniej szachuje tu swoim głosem, znacznie częściej śpiewając bardziej subtelnie, melorecytując swoje partię czy zwyczajnie odśpiewując je w sposób "zwyczajny". Czy to źle? Raczej nie. Wokalistka wciąż dysponuje tu świetną barwą, a słuchacze, których specyficzna maniera Kory zniechęcała do twórczości zespołu mogą śmiało posłuchać tego albumu bez większego wstrętu.

Album rozpoczyna się od świetnego "Nie bój się nie bój się". To bardzo przyjemny nowofalowy kawałek, w którym najciekawiej brzmi motyw gitarowy, który przypomina "Enter Sandman" Metalliki. Ciężko jednak stwierdzić, czy utwór ten był inspiracją dla polskiej grupy czy zupełnym przypadkiem, bo album nagrywany był w lipcu 1991 roku, a przebój amerykańskiego zespołu został wydany na singlu pod koniec tego właśnie miesiąca. Wpływ innej amerykańskiej kapeli słychać za to w kolejnym "Co znaczą te słowa". Tutaj w pewnym momencie przed gitarowym solo słuchać fragment zgielkliwej gitary mogącej się kojarzyć np z Sonic Youth, którym mocno inspirowały się zespoły grunge'owe- np Nirvana, która także w tym roku wydała swój najbardziej znany album, "Nevermind".

Czymś nietypowym na albumie mimo i tak dużej eklektyczności jest "Złote tango, złoty deszcz" z bardzo dużym udziałem akordeonu i nieco mniejszym instrumentów dętych. Czymś nowym jest też zakończenie na organach w "Samotność mieszka w pustych oknach" z melorecytowanym tekstem. "Street cowboys" za to posiada nietypową jak na Maanam zagrywkę gitarową, a także anglojęzyczny tekst.

Na pierwszym po reaktywacji albumie grupa Jackowskich umieściła też dwie spokojniesze kompozycje: prawie tytułowy "Anioł" z ładnymi nowofalowymi partiami gitary elektrycznej, a także cieszący się sporym zainteresowaniem wśród fanów "Wyjątkowo zimny maj" z poetyckim tekstem. Mniej ciekawie ale nieźle prezentują się jeszcze szybszy "Derwisz" i "W ciszy nawet kamień rośnie". Całości dopełnia nowsza wersja przeboju z płyty debiutanckiej, "Karuzela marzeń". Obecna tu wersja od pierwowzoru różni się jedynie brzmieniem- mniej czystą gitarą- oraz wokalem - Kora śpiewa w bardziej stonowany sposób niż tam.

Maanam przed rozpadem kilka lat wcześniej przyzwyczaił swoich fanów, że poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Na ostatnim przed zawieszeniem działalności "Się ściemnia" słychać było pewne oznaki zmęczenia, te jednak całkowicie zniknęły po wznowieniu działalności. Może i brakuje tu takiej energii jak na dwóch pierwszych albumach i takiego klimatu jak w niektórych momentach "Nocnego patrolu" i "Mental Cut", ale co z tego, skoro grupa zaprezentowała równy i pozbawiony monotonii materiał? Jest to już kolejna udana pozycja w katalogu tego kultowego zespołu.

6/10

Lista utworów:

  1. Nie bój się nie bój się
  2. Co znaczą te słowa
  3. Karuzela marzeń
  4. Złote tango złoty deszcz
  5. Samotność mieszka w pustych oknach 
  6. Street cowboys
  7. Anioł (Miłość to wieczna tęsknota)
  8. Derwisz
  9. W ciszy nawet kamień rośnie
  10. Wyjątkowo zimny maj

sobota, 27 sierpnia 2022

Recenzja: Kult - "Muj wydafca"

Okładka albumu "Muj wydafca" zespołu Kult

Za sprawą "Taty Kazika" Kult powrócił do łask polskiej publiki. Na tamtym albumie zespół po raz kolejny zmienił kierunek w którym podążał. Kolejny "Muj wydafca", który podobnie jak poprzednik przyniósł kilka koncertowych klasyków zespołu, to jakby podsumowanie dotychczasowej działalności. Choć śladów tego pierwszego, najlepszego okresu w historii zespołu sprzed zawieszenia działalności niestety tu mało.

Do pierwszego okresu grupa nawiązuje właściwie jedynie największym od kilku albumów udziałem dęciaków, przede wszystkim waltorni. Jak ważną rolę pełni ten instrument słuchać od pierwszych chwil tego albumu czyli od dwóch sporych hitów grupy: "Ręce do góry", który swoją siłę pokazuje przede wszystkim na koncertach, gdzie publika może dać się ponieść skocznej melodii i perkusyjnym partiom idealnym skłaniającym do klaskania w rytm, a także w kolejnym, znacznie bardziej już stonowanym "Lewe lewe loff" o wyrazistym basie i świetnym tekście. Jest to także jedna z moich kilkunastu-dwudziestu ulubionych utworów w karierze zespołu, a konkurencja przecież jest bardzo duża. W zasadzie tylko jeden z umieszczonych tu utworów cieszy się lepszym przyjęciem na występach. Jest to przeróbka największego klasyka "Ojca punk rocka", czyli "Pasażer" (w orginale "Passenger") Iggy'ego Popa. W wersji albumowej może przeszkadzać śpiew Kazika, który średnio radzi sobie z angielskim, nie jest jednak jakoś tragicznie. Spore uznanie zdobył też inny cover, tym razem "gyöngyhajú lány" węgierskiej Omegi, tutaj nazwany "Dziewczyna o perłowych włosach". Tutaj także instrumentalnie jest całkiem w porządku, natomiast wokal... cóż, jeśli ktoś odczuwa niesmak słuchając wokalisty śpiewającego po angielsku, to jego węgierski może boleć jeszcze bardziej.

Lubię także najbardziej agresywny na całym albumie utwór tytułowy, który równocześnie zdaje się najbardziej podążać za trendami (skrecze, agresywne brzmienie, rapowana partia wokalna). Swoje mocne chwilę miały też "Onyx" i "Psalm 151". W tym pierwszy całe napięcie psuje niezbyt udane refren. Zwrotki natomiast wciągają swoim ponurym klimatem. W drugim przypadku urzeka nas nieco orientalny styl kompozycji. Czar jednak pryska, gdy muzycy przyspieszają. Wtedy utwór staje się zwyczajnie nijaki. Gdyby skrócić "Historię pewnej miłości" także byłby to bardzo fajny numer. Rozumiem jednak długość tej kompozycji ze względu na tekst - historię bardzo smutną i niestety nie tak rzadką w prawdziwym życiu odpowiadającą o przemocy domowej. Ciekawie prezentują się "Oczy niebieskie", w którym fajne są partie na instrumentach perkusyjnych i wokal świetnie pasujący do plemiennego klimatu. 

To by było na tyle z fajnych kawałków na płycie. Reszta utworów to już kompozycje słabe i bardzo słabe. Knajpiany "Keszitsen kepet onmagarol" nie dorównuje nagranym w powiedzmy, że podobnym klimacie utworom z "Taty Kazika" Podobnie jak "Setka wódki". Kompletnie zbędny jest "Gaz na ulicach" w kółko powtarzający to samo. "Kulcikriu" ciekawie się zapowiadało, ale potem robi się zbyt banalnie. Banalne jest także "Krutkie kazanie na temat jazdy na maxa". "Bliskie spotkanie trzeciego stopnia" natomiast aż razi archaizmem. Na tym tle niemal błyszczy "Na zachód", który sam w sobie jest średni. Niepotrzebnie zespół umieścił tu też nową wersję "Piosenki młodych wioślarzy". O ile stara wersja w stylu disco świetnie wpadała w ucho, tak tutejsza, w wersji reggae wypada blado.

"Muj wydafca" to album, który wśród entuzjastów grupy zyskał miano jednego z najlepszych w jego dyskografii. Fakt, znajdziemy tu kilka numerów fajnych, ale nijak mających się do najlepszych momentów trzech pierwszych albumów, czy nawet z poprzedniego krążka. Gdyby cały album zawierał jedynie utwory z drugiego i trzeciego akapitu, to krążek ten stawialbym mniej więcej na wysokości "Your Eyes". Grupa jednak poszła w ilość i dodała masę zupełnie zbędnych i nijakich fragmentów. W rezultacie album w pewnym momencie męczy. Po pierwsze przez długi czas trwania przekraczający 70 minut, co nawet w przypadku płyt z udanymi kompozycjami jest za dużo. A po drugie duża część materiału jest zwyczajnie słaba. Dawałem temu albumowi szansę jako całość już kilkukrotnie, wciąż jednak uważam, że poza kilkoma utworami niezbyt jest do czego wracać. W rezultacie wolę więc posłuchać mieszaniny utworów grupy z czasów całej twórczości, wśród której zawsze znajdzie się kilka kompozycji z tego albumu, niż słuchać "Wydafcy" w całości.

5/10

Lista utworów:

  1. Ręce do góry
  2. Lewe lewe loff
  3. Keszitsen kepet onmagarol
  4. Onyx
  5. Gaz na ulicach
  6. Oczy niebieskie
  7. Pasażer
  8. Historia pewnej miłości
  9. Muj wydafca
  10. Kulcikriu
  11. Bliskie spotkanie 3 stopnia
  12. Krutkie kazanie na temat jazdy na maxa
  13. Na zachód
  14. Dziewczyna o perłowych włosach
  15. Psalm 151
  16. Piosenka młodych wioślarzy
  17. Setka wódki

sobota, 20 sierpnia 2022

Recenzja: Sisters of Mercy - "Floodland"

Okładka albumu "Floodland" zespołu Sisters of Mercy


Niedługo po zakończeniu trasy koncertowej promującej "First and Last and Always" Andrew Eldritch przeniósł się do Niemiec aby tworzyć nowy materiał. W międzyczasie dołączyli do niego inni muzycy, Hussey i Craig. Długo tam zabawili, bo ponoć pokłócili się z liderem i odeszli z zespołu zakładając własny, Sisterhood. Jednak zanim nowa grupa zdążyła coś nagrać, Eldritch przejął tę nazwę i wydał pod tym szyldem płytę. Po jedynym albumie tego projektu muzyk postanowił jednak wrócić do starego szyldu, tylko że z zupełnie innym składem i wydał drugi album w karierze The Sisters of Mercy, "Floodland".

Muzyka obecna na drugim albumie grupy zachowuje swój przebojowy charakter, nie może się jednak równać z hitami z debiutu. Tym razem kompozycje tu zawarte są jeszcze zimniejsze niż na "First and Last and Always". Zmiana słyszalna jest już od samego początku czyli od świetnego "Dominion/Mother Russia", w którym możemy usłyszeć kolejną nowość w porównaniu do poprzednika, czyli żeński wokal należący do nowej basistki zespołu, Patrici Morrison. Nie jest to głos jakoś szczególnie ciekawy, ale pasujący do brzmienia. Jeszcze ciekawszy jest kolejny "Flood I", w którym możemy usłyszeć fragmenty kojarzące się z bliskim wschodem.

Zaraz po tych dwóch utworach usłyszymy natomiast kawałek, który - wbrew temu co pisałem na początku, że kawałki z debiutu były bardziej chwytliwe - zdobył spore uznanie na klubowych parkietach, czyli "Lucretia My Reflection". Jest to kolejny bardzo dobry numer, także nie pozbawiony zimnego brzmienia. Potencjał na klubowy hit miałby też "This Corrosion". Ten jednak jest na to za długi, zbyt rozbudowany i mimo przebojowego charakteru sporej części kompozycji, to częste są też fragmenty kompletnie nie pasujące do tańca, choćby epickie chórki na samym początku. Nieco mniej na dyskoteki nadaje się ponury "Driven Like the Snow", który także jest bardzo mocnym punktem albumu.

"Flood I" to mój faworyt na płycie, jednak druga część tej kompozycji także jest udana. Jest bardziej dynamiczna i nie posiada tego orientalnego klimatu, jest jednak jeszcze bardziej chwytliwa niż poprzednia część. Ciekawym zakończeniem jest "Never Land - a Fragment", w którym ciągle muzycy dodają coś nowego. Jest to jednak krótki fragment całego utworu. Jego pełną wersję można znaleźć na reedycji z 2006 roku jako bonus. W całym albumie dostrzegam jedynie jeden minus, czyli "1959", który nie pasuje do pozostałych utworów - oparty jest jedynie na śpiewie lidera do akompaniamentu pianina i nie posiada tak chwytliwej melodii jak każdy z pozostałych numerów.

Andrew Eldritch przez czas pomiędzy wydaniem dwóch albumów Sisters of Mercy namieszał całkiem sporo. Nie robił na pewno wrażenia faceta, którego każdy chciałby poznać, zaprzyjaźnić się i coś nagrać bez obaw, że ten nas nie wykiwa. Jeśli jednak chodzi o jego twórczość, to ten specyficzny człowiek pokazał, że ma głowę do tworzenia świetnej muzyki już po raz kolejny, nie zjadając przy tym swojego ogona, lecz rozwijając lub modyfikując patenty z debiutu. Nie powiedziałbym, że "Floodland" jest lepszy od poprzednika. Cenie je raczej tak samo, czyli bardzo wysoko.

8/10

Lista utworów:
  1. Dominion/Mother Russia
  2. Flood I
  3. Lucretia My Reflection
  4. 1959
  5. This Corrosion
  6. Flood II
  7. Driven Like the Snow
  8. Never land - a fragment

piątek, 19 sierpnia 2022

Recenzja: The Boys Next Door - "Door, Door"

Okładka albumu "Door, Door" zespoły The Boys Next Door

Zaledwie w poprzedniej recenzji - "Garage Inc." zespołu Metallica - wspomniałem, że szkoda, że metalowa legenda nie poradziła sobie z utworem "Loverman" Nick Cave and the Bad Seeds, bo australijski muzyk (i oczywiście towarzyszący mu artyści) jest warty uwagi. Postanowiłem więc sam poświęcić trochę uwagi tym muzykom. Tym razem co prawda nie jest to projekt Nick Cave and the Bad Seeds, który nagrał "Loverman" lecz pierwszy poważny projekt Nicka Cave'a zanim jeszcze opuścił wraz z towarzyszącymi mu muzykami rodzimą Australię kiedy to zmienili nazwę i stali się bardziej znani.

Muzyka zawarta na debiucie grupy The Boys Next Door, "Door Door" różni się od tej, którą niektórzy mogą kojarzyć z czasów Birthday Party, nie mówiąc już o tej z czasów Bad Seeds. Tutaj dominuje całkiem przebojowa i raczej mało odkrywcza muzyka nowofalowa wyróżniającą się właściwie jedynie warstwą wokalną charyzmatycznego Nicka Cave'a. Utwory rodzaju "The Nightwatchman" albo "Brave Exhibitions" to po prostu melodyjne i przyjemne new wave'owe  numery nie wyróżniające się czymś nadzwyczajnym. W tym pierwszym dodatkowo występuje największa wada całego albumu czyli nie zawsze potrzebne chórki. Te są zbędne wg mnie także w niezłym "The Voice", w którym możemy usłyszeć saksofon i w "Somebody's Watching", który wg mnie szybko się nudzi.

Moimi ulubionymi kompozycjami z tego albumu są "Friends of My World" z bardzo fajnym gitarowym motywem oraz "After a Fashion" z kolejną świetną gitarową partią. Nieźle wypada ponury "I Mistake Myself", za to lekko mroczny "Dive Position" traci swój klimat w refrenach, szkoda. Niewypałami za to są tandetny "Roman Roman" oraz niepasująca do reszty ballada "Shivers".

Muzyka zawarta na "Door, Door" nie jest odkrywcza i nie różni się wiele od innych nowofalowych albumów z tego okresu. Jest to propozycja przede wszystkim dla fanów tej stylistyki i fanów twórczości Nicka Cave'a. Dla innych słuchaczy jest to raczej ciekawostka. Przyjemna w odsłuchu, ale ciekawostka.

6/10

Lista utworów:

  1. The Nightwatchman
  2. Brave Exhibitions
  3. Friends of My World
  4. The Voice
  5. Roman Roman
  6. Somebody's Watching
  7. After a Fashion
  8. Dive Position
  9. I Mistake Myself
  10. Shivers

sobota, 13 sierpnia 2022

Recenzja: Maanam - "Się ściemnia"

 

Okładka albumu "Się ściemnia" zespołu Maanam

Tytuł piątego albumu studyjnego Maanam wiele mówi o samej zawartości płyty. Mimo, że na "Ulicznym patrolu" i "Mental Cut" sporo było utworów o pesymistycznym charakterze, to tutaj brzmią one w większości jeszcze chłodniej, mocniej nawiązując do stylistyki cold wave, a nie new wave jak było dotychczas.

Nie stało się tak bez przyczyny. Zespół właściwie nie istniał w czasie nagrań, więc trudno było o chwytliwe, przebojowe numery pokroju "Szarych miraży" czy słynnych "Cykad". Najlepszym przykładem na to jest to, że największy przebój z tej płyty, czyli utwór tytułowy, to kompozycja chłodna, momentami mroczna okraszona pesymistycznym tekstem. A mimo to grupa potrafiła z tego uczynić utwór długo zapadający w pamięci. Jest to też jeden z niewielu momentów, gdy Kora szarżuje ze swoim specyficznym stylem śpiewu. Przez większość albumu śpiewa w sposób jak na nią całkowicie zwyczajny, np w fajnych "For Your Love" i "Caliope". Bardzo interesującym utworem jest "Kadyks" w części śpiewany po francusku, natomiast średnio wypada "Życie za życie (kiedy skrzywdzisz mnie)" z udziałem trąbki.

Pozostałe utwory już zawierają mniej chłodu, choć "Lata dziecinne (Płynny żar)" jest jeszcze nieco zimne. "Bądź taka nie bądź taka" to już natomiast jeden z najsłabszych utworów, podobnie jak najbardziej pozytywny pod względem charakteru, instrumentalny "Wszystko w porządku, więc od początku ". Broni się natomiast żywiołowy "Jedyne prawdziwe tango" z wyrazistym basem.

"Się ściemnia" był trudnym dla grupy albumem. Zespół był już praktycznie rozwiązany, niektórzy muzycy byli zbierani na szybko, a spójność albumu znowu została zaburzona kilkoma nie pasującymi do klimatu kompozycjami. Maanam jednak to grupa, która poniżej pewnego poziomu nie schodziła i nawet w takim kryzysie poradziła sobie naprawdę dobrze, szczególnie w tych chłodnych numerach, w których grupa świetnie się sprawdza, co pisałem już przy okazji "Nocnego patrolu". 

7/10

Lista utworów:

  1. For Your Love
  2. Caliope
  3. Bądź taka nie bądź taka
  4. Kaliope
  5. Życie za życie (kiedy krzywdzisz mnie)
  6. Lata dziecinne (płynny żar)
  7. Się ściemnia
  8. Jedyne prawdziwe tango
  9. Wszystko w porządku, więc od początku 

wtorek, 26 lipca 2022

Recenzja: Sisters of Mercy - "First and Last and Always"

 

Okładka albumu "First and Last and Always" zespołu Sisters of Mercy

Sisters of Mercy to obok Joy Division i the Cure jeden z najważniejszych zespołów tak zwanego rocka gotyckiego. I choć lider grupy, Andrew Eldritch odcina się od tej łatki, to ciężko pominąć milczeniem wpływ jaki jego zespół wywarł na późniejszych reprezentantów tego właśnie stylu, choćby niemiecki Lacrimas Profundere w późniejszym okresie. Grupa istnieje do dziś, choć ostatnią płytę nagrała ponad 30 lat temu poddając fanów jeszcze większym próbom cierpliwości niż robił to np Rammstein albo Tool mający odpowiednio 10 i 13 lat przerwy między wydanymi płytami. W tym jednak przypadku raczej miłośnicy sióstr, nowego wydawnictwa się nie doczekają - może to i lepiej, wątpliwe jest aby Eldritch po tylu latach nagrał jeszcze tak dobrą muzykę.

Czasami w kierunku debiutanckiej płyty grupy, "First and Last and Always" skierowane są zarzuty, że brzmienie jest zbyt plastikowe, a grupa "sprzedawała się" odchodząc od muzyki znanej z EP-ek. Nie podzielam tego zdania. Eldritch i spółka na swoim oficjalnym debiucie przekazuje 10 chwytliwych, momentami prawie tanecznych utworów pokrytych mgłą mroku i depresyjności. Połączenie wydawać by się mogło niemożliwe, a jednak, z resztą już wcześniej robiło to np. wspomniane Joy Division i to po mistrzowsku.

Większość z umieszczonych na "First and Last and Always" utworów zbudowanych jest na podobnych patentach, jednak wcale nie brzmią jak kopie jednego tego samego utworu. Utwory takie jak "Walk away", "No time to Cry" czy przede wszystkim "Black Planet", "A Rock and a Hard Place" czy "Marian" błyskawicznie wpadają w ucho i nie wychodzą z głowy dłuższy czas po wyłączeniu płyty. Jednak chwytliwych utworów opartych na charakterystycznych partiach automatu perkusyjnego nazwanego Dr Avalanche jest tu więcej, bo o każdym z pozostałych utworów można powiedzieć to samo.

W utworze tytułowym słyszymy chyba najbardziej zapamiętywalny motyw na całym albumie, a głos Eldritcha jeszcze bardziej niż wcześniej przypomina sposób śpiewu Iana Curtisa. W "Possesion" i "Amphetamine Logic" słyszymy więcej gitary niż wcześniej, "Nine While Nine" mimo chwytliwości jest jednym z najzimniejszych utworów na albumie, a depresyjnością dorównuje mu chyba tylko finałowy "Some kind of stranger", który został jednak nieznacznie popsuty "plastikowymi" klawiszami.

Debiut Sisters of Mercy to faktycznie jeden z najlepszych albumów nagranych w stylistyce rocka gotyckiego czy coldwave. Utwory mimo swojej chwytliwości nie popadają w przesadny kicz, ciężko też uznać którykolwiek z nagranych utworów za jednoznacznie słaby. Całość tworzy wg mnie zwartą całość, która w rezultacie czyni ten krążek jednym z najlepszych albumów nagranych w latach 80.

8/10

Lista utworów:

  1. Black Planet
  2. Walk away
  3. No time to Cry
  4. A Rock and a Hard Place
  5. Marian
  6. First and Last and Always
  7. Possesion
  8. Nine While Nine
  9. Amphetamine Logic
  10. Some kind of stranger 

piątek, 15 lipca 2022

Recenzja: black midi - "Hellfire"

 

Okładka albumu "Hellfire" zespołu black midi

W zeszłym roku black midi nagrało jeden z najlepszych albumów 2021 roku. A dziś w serwisach streamingowych oraz na półkach sklepowych ukazał się trzeci, długo wyczekiwany przeze mnie krążek młodej brytyjskiej grupy. I już po jednym przesłuchaniu mogę powiedzieć, że album spełnił moje wysokie oczekiwania.

Praktycznie każdy z zawartych tu utworów zawiera tyle motywów, że pomysły z tej płyty można by rozdzielić na kilka płyt. Na szczęście tak grupa nie zrobiła i dzięki temu kompozycje black midi są tak "gęste", intensywne i słuchając utwór po raz pierwszy nigdy nie wiadomo co się wydarzy za moment. Taki jest choćby "Sugar/Tzu", który zaczyna się powoli, ale potem robi się bardzo energicznie. Poza aranżacją interesujące są melodię. Jeszcze bardziej lubię kolejny "Eat Men Eat" - który w przeciwieństwie do poprzednika zaczyna się żywiołowo, aby później zwolnić. Jednak i w tych spokojnych momentach instrumentaliści, a szczególnie perkusista dają o sobie mocno znać. "Welcome To Hell" ma chwytliwe partie instrumentalne właściwie cały utwór.

Grupa bardzo dobrze się spisała w tych spokojniejszych kompozycjach, jak chyba najbardziej przystępny, ale genialnie zaaranżowany "Still" albo "the Defence" rozpoczęty bardzo subtelnie, jednak i tu utwór napiera energii - jednak brzmi balladowo właściwie do końca. Słabiej wypada "Dangerous Liaisions" - także spokojniejszy kawałek, jednak nie dorównujący dwóm wymienionym przed momentem, mimo że jest udany. Najwięcej pomysłowości muzycy wnieśli chyba jednak do "The race is About To Begin", w którym możemy usłyszeć świetny, bardzo szybki śpiew wokalisty, a także w finałowym "27 questions" z mrocznym początkiem. Dwa pozostałe utwory, czyli pełniący funkcję wstępu do albumu utwór tytułowy oraz "radiowy" przerywnik "Half time" to zwyczajne nie przeszkadzające miniaturki.

"Schlangenheim" było ciekawe, "Cavalcade" wbiło się na poziom osiągalny tylko dla nielicznych, a "Hellfire" za pierwszym razem spodobał mi się jeszcze bardziej niż drugi album zespołu. Nie wiem czy takie odczucia zostaną, bo "Hellfire" mimo wszystko stylistycznie do poprzednika jest bardzo podobny. Na ten moment jednak black midi nagrało wg mnie swój najlepszy album w karierze.

10/10

Lista utworów:

  1. Hellfire
  2. Sugar/Tzu
  3. Eat Men Eat
  4. Welcome To Hell
  5. Still
  6. Half time
  7. The Race Is About To Begin
  8. Dangerous Liaisions
  9. The Defence
  10. 27 questions

niedziela, 10 lipca 2022

Recenzja: Maanam - "Mental Cut"


Odkąd Maanam zadebiutował swoim nienazwanym albumem, zespół konsekwentnie wydawał kolejne krążki rok po roku. I tym sposobem po wydanym rok później "O!" i kolejnym "Nocnym Patrolu" w 1983 roku przeszedł rok 1984 i pora na wydanie czwartego albumu. I ostatniego, który wydany został z taką coroczną konsekwencją.

Muzycy z każdym kolejnym krążkiem starali się rozwijać, eksperymentować z różnymi konwencjami, co najbardziej było widoczne na "Nocnym Patrolu". Trend ten jest kontynuowany na "Mental Cut". Próżno doszukiwać się rażącej zmiany stylu polskiej grupy - to wciąż muzyka oparta przede wszystkim na nowej fali, z tym, że artyści starają się ją w jakiś sposób urozmaicić, raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem, ale efekt jest podobny do płyty z 1983 roku. Czyli taki, że po raz kolejny krążek Maanamu jest nierówny, lecz tym razem nie dotyczy to tylko stylistyki, bo i poziom poszczególnych kompozycji jest różny.

Zwykle im dłużej trwa album, tym bardziej nuży. W tym przypadku jest zupełnie odwrotnie. Pierwsze "Simple story" ma swój urok, ale zostaje zmarnowany refrenem przywodzącym na myśl niektórych wykonawców popowych z tamtego okresu - nie zawsze oczywiście jest to złe, bo sam mam kilku lubianych wykonawców w tej stylistyce, których co jakiś czas posłucham dwa - trzy utwory, ale w tym przypadku mi to nie "siedzi". Kolejny "Mentalny kot" jest już bardziej żywiołowy, ale i tak nie porywa. Po tych dwóch utworach poziom nieco podnosi jeden z dwóch największych przebojów z tego albumu. Nowofalowa "Lucciola" z mówionymi zwrotkami i słyszalnym męskim śpiewem w tle refrenu należy obecnie do tej bardziej znanej części twórczości grupy Jackowskich. Może nagranie to wybitne nie jest, ale całkiem fajnie wypadają partie gitarzystów.

Z tej najsłynniejszej dwójki z tego albumu wolę "Lipstick on the Glass" o bardzo chwytliwej melodii i świetnie słyszanej linii basu, który ma swój moment po pierwszym refrenie. Całkiem ciekawie wypada także "Dobranoc Albert" z plemienno-perkusyjnym wstępem i wokalizami w tle, które nadają "dziwności". Szkoda, że muzycy zmarnowali ten klimat wprowadzając banalną linię melodyczną gitary. Najciekawszymi momentami całej płyty moim zdaniem są te najbardziej mroczne, zmierzające w kierunku cold wave. Jest to powolny "Kreon", w którym zespół jakby nieśmiało próbuje wprowadzić odrobinę elektroniki, a także zaśpiewany po angielsku "You or Me"- chyba najlepszy utwór z płyty.

Wyjątkowo nietaktownie muzycy zachowali się, że po dwóch najchłodniejszych utworach, umieścili chyba ten najbardziej pozytywny - instrumentalny "Kowboje O.K.". Słuchamy osobno, utwór także wypada średnio. O wiele lepiej słucha mi się innego instrumentalu - "Przerwy na papierosa", w którym co prawda też niewiele się dzieje, ale nie jest zły. Na plus można wyróżnić drobne urozmaicenie, czyli krótki występ na trąbce. Całości dopełnia "Nowy przewodnik", który kompozycyjnie nie powala, ale aranżacyjnie mógł być uznawany za świeży czy nowatorski na naszej ówczesnej scenie - trzeba pamiętać o utrudnionym dostępie do zagranicznych wydawnictw.

Eksperymentów zespołu ciąg dalszy. Nie są to jakieś ambitne poszukiwania, ale przynajmniej zespół stara się aby ich utwory nie bazowały na jednym schemacie. Szkoda, że grupa nie przyłożyła się bardziej do spójności poszczególnych utworów, choćby kosztem roku bez wydania albumu. Gdyby tak zebrać te zimne utwory z "Nocnego patrolu" i te z "Mental Cut" , to wyszedł by nam album o niesamowicie wysokim poziomie. Gdyby to samo zrobić z tymi pozostałymi nagraniami, album taki na pewno nie był by tak świetny, ale w kategorii przebojowego rocka byłby jednym z lepszych w naszym kraju. 

6/10

Lista utworów:

  1. Simple story
  2. Mentalny kot
  3. Lucciola
  4. Dobranoc Albert 
  5. Przerwa na papierosa
  6. Nowy przewodnik
  7. Kreon
  8. You or Me
  9. Kowboje O.K.
  10. Lipstick on the Glass

czwartek, 7 lipca 2022

Recenzja: black midi - "Cavalcade"

Okładka albumu "Cavalcade" zespołu black midi

Dwa lata minęły od udanego debiutu black midi do ukazania się ich drugiego krążka. Zespół przez ten czas poczynił niemałe postępy. Do swoich i tak już interesujących inspiracji, muzycy dołączyli jazz-rock. W tym przypadku nowa inspiracja objawia się udziałem instrumentów dętych, za które w większości przypadków odpowiadają muzycy gościnni. Postęp widoczny jest także w samych kompozycjach, aranżacjach, a nawet umiejętnościach warsztatowych i zgraniu.

Oczywiście wciąż dominuje tu post-punkowe, tyle że bardziej eksperymentalne granie. Słychać to doskonale w singlowym "John L". Jest to jedna z najbardziej energicznych kompozycji na całej płycie oraz jedna z najbardziej "gęstych". Wciąż dużo się tu dzieje, nie wiadomo co muzycy zaprezentują za chwilę. Podobnie jest w "Chondromalacia Patella", tu jednak przez większość utworu powtarza się to samo, jedynie perkusista stara się coś urozmaicić. Ciekawiej robi się w ostatnie półtora minuty.

W przeciwieństwie do poprzednio opisywanego utworu, powtarzalność w "Slow" bardziej wprowadza mnie w trans niż irytuje. Najbardziej urzekają mnie jednak utwory prawie w pełni balladowe. Taka jest "Merlene Dietrich", w której  orkiestracje w tle i specyficzny sposób śpiewu Greepa przywodzi na myśl skojarzenia z bardzo starymi utworami balladowymi. Nie brzmi to jednak archaicznie, lecz artyści stworzyli bardzo ładny utwór. "Diamomd stuff" za to jest najbardziej klimatycznym utworem na płycie i pomimo trudności z rozróżnieniem wyśpiewywanych słów przez użycie pogłosu i nietypowy sposób śpiewu, to elementy te są bardziej plusem niż minusem utworu, dzięki czemu jeszcze bardziej pogłębiają klimat kompozycji. "Diamomd stuff" bardzo płynnie przechodzi w kolejny "Dethroned", który energii nabiera wraz z wejściem wokalu. Od tej pory aż do samego końca kawałka, utwór ten nabiera nieprzerwanie stopniowo ciężaru i napięcia.

O tym, , w muzycy black midi na brak pomysłów nie narzekają mogliśmy usłyszeć już na debiucie. W przypadku drugiego albumu idealnym na to przykładem jest zaledwie dwu i półminutowy "Hogwash and Balderdash". Utwór ten mimo bardzo krótkiego czasu trwania powala ilością pomysłów czy zmian motywów. Jeśli w takim krótkim utworze muzycy potrafili przemycić tyle rozwiązań, to musieli zrobić to samo na najdłuższym "Ascending forth" - i to właśnie uczynili. Początkowo ponownie brzmi to jak stosunkowo stary utwór. Nowoczesności nadaje na pewno brzmienie oraz stopniowo dodawane partie w tle. Z czasem utwór staje się coraz mniej spokojny, wokal nabiera napięcia, słychać partie saksofonu, a sekcja rytmiczna gra z większym polotem.

black midi na swoim drugim studyjnym albumie pokazał swoje odświeżone oblicze, rozwinął się na wielu polach, zawarł korzystne kontakty z innymi młodymi o obiecującymi muzykami, a stworzone kompozycje dopracowywał na występach. W efekcie czego "Cavalcade" stał się jednym z najlepszych albumów poprzedniego roku. A już za kilka dni premiera albumu nr 3, do którego mam niemałe oczekiwania.

9/10

Lista utworów:

  1. John L
  2. Merlene Dietrich
  3. Chondromalacia Patella
  4. Slow
  5. Diamomd stuff
  6. Dethroned
  7. Hogwash and Balderdash
  8. Ascending forth