Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hard rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hard rock. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 grudnia 2022

Recenzja: Black River - "Black River"

Okładka albumu "Black River" zespołu Black River


Gdy grupa zaprzyjaźnionych muzyków znanych z różnych projektów postanawia wspólnie coś nagrać efekty bywają różne. Jedna z takich suoergrup powstała pod koniec pierwszej dekady XXI wieku w naszym kraju, kiedy siły połączyli (właściwie ponownie, bo wcześniej artyści ci tworzyli wspólnie grupę Neolithic) wokalista Maciej Taff, gitarzyści Kay i Art, perkusista Daray i basista Orion. Taki skład wywołał niemałe emocje, bo siły ponownie połączyli muzycy znani przede wszystkim z takich grup jak Behemoth, Hunter czy kultowy choć już zapomniany Rootwater.

Biorąc pod uwagę jacy muzycy stworzyli Black River, można było się spodziewać, że zespół ten będzie tworzył muzykę Death lub Black metalową. Nic bardziej mylnego. Członkowie zespołu graną przez siebie muzyke nazywają Black 'N' Rollem, choć tego "blacku" tu nie słychać, a jeśli porównać ją do jakiegoś znanego na świecie zespołu, to można nazwać ją nieco mocniejszym Motorhead. Tak jak w grupie Lemmiego, tak i tutaj muzycy tworzą melodyjną, surową i ciężką zarazem muzykę, nie siląc się przy tym na próby stworzenia czegoś bardziej skomplikowanego. Utwory w rodzaju "Negative", "Night Lover" i "Crime Scene" to wpadające w ucho rockery nie ograniczające się jednak do grania w kółko jednego motywu. Słabiej wypadają przede wszystkim dwa kawałki: "Street Games" i "Punky Blonde", które także nie są złe, ale najszybciej wypadają z głowy.

Cały album trzyma dosyć równy poziom i mimo opierania się w większości na tym samym pomyśle, to utwory nie brzmią tak samo. Szczególnie jednak wyróżnić trzeba największy hit zespołu, czyli oparty na świetnej linii basowej, chwytliwy "Free Man", zawierający sporo fajnych motywów mimo krótkiego czasu trwania "Fight" oraz "Fanatic" z bardzo przebojowym refrenem. Najbardziej na tle całości wyróżnia się jednak ponury i utrzymany w średnim tempie "Silence", który wywołuje u mnie ciarki cały czas, mimo wielokrotnego słuchania. Wcale nie gorzej wypada też akustyczna wersja tego utworu zamieszczona na samym końcu płyty.

Debiut Black River to na pewno nie jest szczyt ambicji muzyków. Ci chcieli się tylko oderwać od grania trudniejszej muzyki w swoich głównych projektach na rzecz prostego i trzeba przyznać, że przystępnego grania. Muzykę tu zawartą można stosować śmiało jako tło do codziennych czynności, bo nie wymaga większego skupienia, a mimo to może przynieść sporo radości fanom mocniejszego rocka.

7/10

Lista utworów:
  1. Negative
  2. Free Man
  3. Night Lover
  4. Street Games
  5. Punky Blonde
  6. Crime Scene
  7. Fight
  8. Silence
  9. Fanatic
  10. Silence (wersja akustyczna)

środa, 7 grudnia 2022

Recenzja: Alice in Chains - "Dirt"

Okładka albumu "Dirt" Alice in Chains

W 1992 roku grunge był już zjawiskiem popularnym na całym świecie. Do czasu wydania drugiego długograja Alice in Chains, muzyczny świat zachwycał się już "Ten" Pearl jam, "Batmorfinger" Soundgarden, "Apple" Mother Love Bone czy przede wszystkim "Nevermind" Nirvany. A nie bez echa przeszły także wcześniejsze wydawnictwa właśnie opisywanego zespołu, wspomnianych Soundgarden i Nirvany czy debiut The Smashing Pupkins. Biorąc pod uwagę popularność nowego podgatunku, "Dirt" był skazany na sukces. I faktycznie go osiągnął, i to całkowicie zasłużenie, bo muzyka tu zawarta to jedna z najlepszych rzeczy jakie powstały w latach 90.

Album zaczyna się od dwóch mocnych, przebojowych uderzeń. Zarówno "Them Bones" jak i bardziej rozpędzony "Dam That River" to świetne, łączące ciężar ze świetnymi melodiami utwory, w których błyszczą zarówno instrumentaliści, jak i wokalista grupy. A potem jest już (prawie) tylko lepiej. Najpierw otrzymujemy jeden z najciekawszych utworów w twórczości grupy, mroczny "Rain When I Die", który jeszcze bardziej niż utwory z debiutu przywodzą ma myśl Black Sabbath, a później słyszymy jeden z największych hitów "Alicji", spokojniejszy ale zawierający zaostrzenia w refrenie "Down in a Hole".

Potem słyszymy dość porąbany "Sickman" z partią Staleya kojarzącą się z człowiekiem chorym psychicznie, wręcz obłąkanym, jednak potem poziom nieco na moment spada, bo "Rooster" mimo niezłego klimatu, szybko się nudzi, a trwa dosyć długo. Wciąż jednak jest to jeden a najbardziej znanych utworów zespołu. Później znowu wskakujemy na wysoki poziom za sprawą sabbathowego "Junkhead" oraz utrzymanego w średnim tempie utworu tytułowego z ciężkim ale melodyjnym riffem.

Nawet najprostszy na całym krążku "God Smack" nie odstaje zanadto poziomem od reszty. Sam utwór posiada zresztą fajną linię basową, a tuż po nim, często na tej samej ścieżce możemy usłyszeć niezatytułowaną miniaturę z udziałem Toma Arayi ze Slayera. Końcówka albumu to także udany materiał z jedną prawdziwą bombą. "Hate to Feel" to wolno kroczacy utwór z jakby zrezygnowanym wokalem Staleya, a  "Angry Chain" aż kipi mrokiem w zwrotkach, żeby w refrenie zmienić się w przebojowy numer. Pod względem przebojowości nic jednak nie przebija genialnego finału albumu w postaci "Would?". Kawałek ten słusznie cieszy się największą popularnością w katalogu grupy, a także jest jednym z najbardziej znanych utworów w całym gatunku. Dzięki świetnej basowej linii, bardzo udanej partii wokalnej oraz przebojowemu refrenowi, numer ten jest bliski ideału.

"Would?" bliskie jest doskonałości, ale cały album to dzieło niesamowicie spójne, stojące prawie przez całą długość na bardzo wysokim poziomie. Jest to absolutny klasyk w całym podgatunku, ale tak naprawdę można nazwać go klasykiem całej, jakże szerokiej muzyki rockowej. 

10/10

Lista utworów:

  1. Them Bones
  2. Dam That River
  3. Rain When I Die
  4. Down In a Hole
  5. Sickman
  6. Rooster
  7. Junkhead
  8. Dirt
  9. God Smack
  10. Hate To Feel
  11. Angry Chain
  12. Would?

czwartek, 1 grudnia 2022

Recenzja: Rainbow - "Ritchie Blackmore's Rainbow


Okładka albumu "Ritchie Blackmore's Rainbow" zespołu Rainbow

Gdy w czasie nagrywania "Stormbringer" odrzucone zostały pomysły gitarzysty Deep Purple, Ritchiego Blackmore'a, ten ograniczył swój udział w tworzeniu tamtego albumu. Jeszcze bardziej zdenerwował go kierunek w jakim jego zespół podążył za sprawą Glenna Hughesa. W rezultacie gitarzysta podjął decyzję o założeniu własnej grupy mającej docelowo wrócić do hard rocka i namówić do dołączenia do siebie Davida Coverdale'a.

 Jak okazało się później ani jedno ani drugie nie wypaliło. Ówczesny wokalista Deep Purple nie miał zamiaru przyłączyć się do projektu, a zamiast jego do Blackmore'a dołączył wokalista grającej wówczas z Deep Purple grupy Elf, Ronnie James Dio. A właściwie to bardziej Blackmore dołączył do Elf, bo pierwszy skład Rainbow od ówczesnego Elf różnił się jedynie właśnie gitarzystą.

Jeśli już chodzi o samą muzykę, to może i byłaby bliższa "In Rock", "Fireball" czy "Machine Head" gdyby nie mocno wygładzone brzmienie. Na tym najbardziej ucierpiały chyba dwa kawałki: "Man on the Silver Mountain", który mimo to jest udany i stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów zespołu dzięki natychmiast zapadającemu w pamięci riffowi, a także "Sixteenth Century Greensleeves", który może nie jest tak udany, ale także jest mocnym punktem albumu.

Jeszcze lepiej niż te dwa utwory prezentują się dwie ballady zamieszczone na debiucie Rainbow. Pierwsza to bardzo delikatne i piękne "Catch the Rainbow, w którym świetnie spisuje się Dio, który obok założyciela grupy jest najważniejszą postacią w zespole. Amerykański wokalista jeszcze lepiej, a właściwie najlepiej na całej płycie wypada w drugiej z ballad, już mającym więcej zadziorności "Temple of the King" z fajnymi mającymi więcej pazura fragmentami w wykonaniu śpiewaka. 

Z pozostałych pięciu kawałków nieźle wypada pop rockowy "Self Portrait", chwytliwy "Snake Charmer" i przeróbka utworu the Yardbirds, "Still I'm Sad". Ten ostatni jednak znacząco się różni od pierwowzoru i co by nie kłamać, wypada o wiele gorzej nie posiadając nawet ułamka klimatu oryginału. Ale Blackmore z kolegami zrobili z tego miły dla ucha instrumental. Kiedyś lubiłem też inną przeróbkę - "Black Sheep Of The Family" Quatermass. Dziś jednak razi mnie banał jakim ocieka ten kawałek, szczególnie w chórkach. Podobnie kiepsko wypada "If You Don't Like Rock N Roll". 

Jak na plan powrotu do brzmienia znanego z dwóch kluczowych dla ukształtowania się hard rocka albumów, "Ritchie Blackmore's  Rainbow" brzmi zaskakująco popowo. Zdecydowanie daleko debiutowi nowej grupy gitarzysty do "In Rock" i "Machine Head", choć są tu mocne momenty. Przede wszystkim dwie ballady i riffowy otwieracz. Może wielkiej rewolucji ta płyta nie przyniosła, ale przynajmniej dzięki niej na szerokie wody wypłynął jeden z najbardziej cenionych na świecie rockowo-metalowych wokalistów, Ronnie James Dio.

6/10

Lista utworów:

  1. Man on the Silver Mountain
  2. Self Portrait
  3. Black Sheep Of The Family
  4. Catch the Rainbow
  5. Snake Charmer
  6. Temple of the King
  7. If You Don't Like Rock N Roll
  8. Sixteenth Century Greensleeves
  9. Still I'm Sad 

wtorek, 22 listopada 2022

Recenzja: Deep Purple - "Stormbringer"

Okładka albumu "Stormbringer" zespołu Deep Purple

Po bardzo udanym "Burn" w obozie Deep Purple znowu coś zaczęło się psuć. Gitarzysta zespołu zaproponował reszcie muzyków nagranie przeróbek cudzych kompozycji, co tamci odrzucili. Obrażony Blackmore odsunął się więc od wspólnego tworzenia materiału, a sytuację tę wykorzystał Glenn Hughes wprowadzając ponownie w muzykę zespołu wpływy funkowe. To z kolei jeszcze bardziej zirytowało Blackmore'a.

W takiej atmosferze istniało duże ryzyko stworzenia słabego, nijakiego albumu. Aż tak źle nie jest, ale czuć regres w porównaniu do pierwszego albumu MK3. Do jednoznacznie słabych utworów należy właściwie jedynie "Hold On". "Love don't Mean a Thing" i "Holy Man" także nie stoją na najwyższym poziomie, ale słucha się ich bez większych negatywnych emocji. Lepiej wypada bardziej energiczny "Lady Double Dealer".

Do tej lepszej części albumu należy już także obdarzony dużą energią utwór tytułowy, najbardziej funkowy na albumie "You can't do It Right" czy ballada "Soldiers Of Fortune" z genialną partią wokalną Davida Coverdale'a. Słabiej, ale wciąż bardzo bardzo dobrze wypadają bujający "High Ball Shooter" i "The Gypsy" z bardzo fajnym riffem i współpracą wokalną Coverdale'a i Hughesa.

"Stormbringer" to może i nie jest czołówka najlepszych płyt w obszernej dyskografii Deep Purple, ale i tak wyróżniająca się na tle całości twórczości. 1/3 umieszczonych tu kompozycji to świetne utwory, a kolejna jedną trzecia to także solidny materiał. Niestety pozostałe trzy utwory, a szczególnie jeden z nich niestety już mocno odstaje i obniża poziom całości. Mimo to, warto poznać ten album jeśli jest się fanem hard, lub funk rocka.

7/10

Lista utworów:

  1. Stormbringer
  2. Love don't Mean a Thing
  3. Holy Man
  4. Hold On
  5. Lady Double Dealer
  6. You Can't Do It Right 
  7. High Ball Shooter
  8. The Gypsy
  9. Soldiers Of Fortune

niedziela, 13 listopada 2022

Recenzja: Blood Ceremony - "The Eldritch Dark"


Na trzecim albumie studyjnym Blood Ceremony, Kanadyjczycy starali się nieco wyjść ze swojej strefy komfortu. Oczywiście wciąż bardzo wyraźnie słychać w muzyce zespołu wpływy Black Sabbath i Jethro Tull z dodatkiem innych rockowych legend, jednak stopniowo muzyka zaczyna nabierać także innych wpływów. Brzmi to oczywiście zachęcająco, ale jednak kompozycje zawarte na "The Eldritch Dark" nie są aż tak zapadające w pamięci jak te z dwóch pierwszych krążków. Co nie znaczy bynajmniej, że to album słaby. Przeciwnie, to kolejna udana propozycja grupy.

Od pierwszych dźwięków znając wcześniejszą twórczość zespołu można się zastanawiać czy to na pewno Blood Ceremony. A to dlatego, że wstęp do "Witchwood" nie ma w sobie ani grama Black Sabbath, a nawet niezbyt kojarzy się z muzyką lat 70. do której muzycy wyraźnie nawiązują. Później jednak następuje najpierw organowy fragment, a następnie już bardziej sabbathowa część właściwa. Jednak utwór ten zdaje się bardziej radiowy niż kompozycje z poprzednich albumów. Ale przez dużą ilość motywów, raczej nie zaistniałby w stacjach radiowych.

Praktycznie cały album trzyma ten wysoki poziom, bo także rockowe "Ballad of the Weird Sisters" czy rozpoczęty purplowskimi organami utwór tytułowy to także świetne utwory. Trudno mi też przejść obojętnie obok rozpoczętego grą na flecie "Goodbye Gemini" i skocznego "The Magician". Na wstępie pisałem o próbach urozmaicenia albumu i za takie należy uznać przede wszystkim trzy utwory. Pierwszy to folkowy "Lord Summerisle", w którym co prawda słychać głos Allii O'Brien, jednak głównym wokalistą w tym utworze jest basista Lucas Gadke. Kolejny taki kawałek to "Drawing Down the Moon", w którym organy pełnią nawet większą rolę niż gitara, a ostatni to instrumentalny "Faunus", w którym wbrew zwyczajom podkład instrumentalny nie jest łagodny, lecz typowo rockowy.

"The Eldritch Dark" to może nie tak udane dzieło jak drugi album grupy, ale za to bardziej zróżnicowany niż debiut. Wspomniałem, że kompozycje może nie są aż tak wyraziste jak na poprzednikach, ale dzięki większemu eklektyzmowi niż na debiucie stawiam te dwa albumy mniej więcej na równi.

7/10

Lista utworów:

  1. Witchwood
  2. Goodbye Gemini
  3. Lord Summerisle
  4. Ballad of the Weird Sisters
  5. The Eldritch Dark 
  6. Drawing Down the Moon
  7. Faunus
  8. The Magician 

czwartek, 10 listopada 2022

Recenzja: Alice in Chains - "Facelift"

Okładka albumu "Facelift" zespołu Alice in Chains

Alice in Chains to jeden z przedstawicieli tak zwanej Wielkiej Czwórki Seattle. I zarazem prawdopodobnie ten najmniej znany, a mimo to niezwykle interesujący. Muzycy znacząco odcinali się od nadanej im łatki "grunge", ale prawda jest taka, że muzyka, którą tworzyli idealnie pasuje do definicji tego gatunku. A jednak grupa wypracowała swój rozpoznawalny styl oparty na ponurych, ciężkich riffach Jerrego Cantrella, charakterystycznym wokalu Layne'a Staleya oraz współpracy wokalnej tych dwóch panów.

Mimo ciężaru i ponurego charakteru kompozycji, Staley i spółka nie zapominali aby nadać swoim utworom bardziej przebojowego charakteru. Pierwsze dwa kawałki ma albumie czyli "We Die Young" i "Man in the Box" posiadają świetne zapadające w pamięci melodię, szczególnie w refrenach. Oba oparte są na świetnych, ciężkich ale melodyjnych riffach i zawierają genialne partie wokalne Staleya.  Także bardzo chwytliwe, choć nie tak udane są "It Ain't Like That" oraz "Put You Down".

Sporo przebojowego charakteru, choć połączonego z bardziej depresyjnym, dusznym klimatem posiadają "Sea of Sorrow", "Bleed it Freak" i "Can't Remember". Pod względem klimatu nic jednak nie przebija genialnego"Love Hate Love" z jedną z najlepszych partii wokalnych Layne'a w karierze. Niezły klimat początkowo miało też "Real Thing", ale gdy utwór przyspiesza, traci to "coś". Fajna jest też ballada "Confusion" oraz czerpiący z funku "I Know Somethin (Bout You)". Najgorzej natomiast z całego albumu wypada wg mnie "Sunshine".

"Facelift" to dowód na to, że muzycy Alice in Chains od samego początku mieli głowę do świetnych melodii, a także, że potrafią swoje inspiracje przebić na swój własny charakterystyczny styl. Debiut grupy wypadł bardzo dobrze, ale to dopiero przedsmak przed tym co muzycy zaprezentują w przyszłości.

8/10

Lista utworów:

  1. We die Young
  2. Man in the Box
  3. Sea of Sorrow
  4. Bleed the Freak
  5. I can't Remember
  6. Love Hate Love
  7. It Ain't Like That
  8. Sunshine
  9. Put You Down
  10. Confusion 
  11. I Know Somethin (Bout You)
  12. Real Thing

wtorek, 8 listopada 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Minstrel in the Gallery"

Okładka albumu "Minstrel in the Gallery" zespołu Jethro Tull

Po serii udanych albumów, w muzyce Jethro Tull nastąpił kryzys. Już i tak udany, lecz kontrowersyjny "A Passion Play" był sporym zjazdem w dół w porównaniu do poprzednich albumów. Potem jednak nastąpiła duża wpadka. Mający ambicje nagrać album i stworzyć do niego film Anderson mocno przeliczył się z ambicjami. Film ostatecznie nie powstał, ale została muzyka wydana na albumie "War Child". O tym w zasadzie tylko wspomnę, że sklada się z krótkszych, melodyjnych ale szybko wypadających z głowy numerów. O wiele lepiej jest na kolejnym albumie zespołu. 

"Minstrel in the Gallery" to jakby powrót do stylu z "Aqualung" i wcześniejszych albumów grupy. Anderson i spółka już nie silą sie na nagrywanie suit na cały krążek, lecz proponują kilka krótszych utworów i jednego kilkunasto minutowego kolosa. Pierwsza strona winylowego nagrania to naprawdę solidny materiał. Podzielony na spokojniejszą, akustyczną część i bardziej hard rockową utwór tytułowy to mój ulubiony utwór z albumu. Łączy się tu sporo udanych melodii i motywów zarówno w tej bardziej folkowej, jak i tej bardziej zadziornej. Bardzo ładnie zaczyna się kolejny "Cold Wind to Valhalla", który także potem nabiera ciężaru, ale nie tak mocnego jak poprzednik. Za to balladowy początek czaruje pięknymi partiami gitary akustycznej oraz fletu. Niewiele odstaje od tych dwóch kawałków "Black Satin Dancer", w tym jednak nieco patosu nadają smyczki. Już słabiej robi się w dwóch balladach, "Requiem" i "One White Duck". Nie są może złe, ale mogą znudzić. 

Druga strona winyla natomiast budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony zajmujący praktycznie całą stronę "Baker St. Muse (Medley)" to zlepek udanych, spokojnieszych fragmentów, ale z drugiej... No właśnie - "zlepek". Bo mimo zbliżonego folkowego klimatu poszczególnych części, te niekoniecznie są sprawnie ze sobą połączone. Może też męczyć długi czas trwania. Co prawda pod sam koniec występuje całkiem fajny zaostrzony fragment, ale także nie do końca pasujący. O zamykającym całość "Grace" w zasadzie dłużej piszę niż całość trwa. To tylko niespełna 40sekundowa miniaturka składająca się z wokalu Andersona na tle gitary akustycznej i smyczków. Całkowicie zbędny "utwór".

"Minstrel in the Gallery" to udany powrót do formy po ewidentnej wpadce w postaci "War Child", ale nie jest to powrót do formy najwyższej z czasów "Thick as a Brick" i wcześniejszej kariery. Nie jest to też album nazbyt ceniony. Ma swoich zwolenników wśród miłośników Jethro Tull, ale poza trzema pierwszymi utworami na albumie jest to album po prostu niezły. Ocenę podnoszą własnej te trzy kompozycje.

7/10

Lista utworów:

  1. Minstrel in the Gallery
  2. Cold Wind to Valhalla
  3. Black Satin Dancer
  4. Requiem
  5. One White Duck
  6. Baker St. Muse
  7. Grace

środa, 2 listopada 2022

Recenzja: UFO - "UFO"

Okładka albumu "UFO" zespołu UFO

UFO to zespół dziś nieco zapomniany, ale dawniej cieszący się ogromnym kultem. Jest to też obok wielkiej trójki hard rocka oraz zespołów takich jak Budgie, największa inspiracja dla pierwszych zespołów metalowych. Dość powiedzieć, że Iron Maiden zawsze otwiera koncerty puszczeniem z taśmy największego hitu UFO - "Doctor Doctor". Jednak najbardziej inspirujący był okres kiedy na gitarze grał Michael Schenker, ale i dwie wcześniejsze płyty miały w sobie coś ciekawego.

Debiut zespołu na pewno różni się od tego co wyżej wymienione grupy reprezentowały. Wczesne UFO uważa się za przedstawiciela tzw. space rocka. Wiele brakuje do takich zespołów jak Gong czy nawet Hawkwind, ale faktycznie słychać tu pewne "kosmiczne" elementy. Te słyszalne są już w pierwszym na albumie utworze instrumentalnym pt. "Unidentified Flying Object". Charakterystycznym elementem wczesnej twórczości zespołu jest też wysunięta na pierwszy plan sekcja rytmiczna i świetne basowe partie Pete'a Waya. Kolejny z natychmiast rozpoznawanych elementów zespołu, czyli charakterystyczny wokal Phila Mogga pojawia się w bardzo fajnym, energicznym "Boogie". Mogg nie jest wprawdzie wokalistą wybitnym, ale jego głos ciężko pomylić z kimkolwiek innym. W ucho z pewnością wpada też standard "C'mon Everybody", "Follow You Home" i finałowy "Evil".

Do mocniejszych punktów należy znana również w wersji Uriah Heep "(Come away) Melinda" z genialną częścią instrumentalną, interesujący "Treacle People" i nieco za długi "Who Do You Love". "Shake It About" z udanym basowym motywem i bluesową gitarą oraz napędzany basem "Timothy" także są niezłe ale nie dorównują najlepszym kompozycjom na płycie.

Debiut brytyjskiego UFO wprawdzie nie wypada powalająco. Jest to album solidny, dobry, prezentujący coś pomysłowego, ale nie jest to też album wybitny czy nowatorski. Tworzenie kosmicznego klimatu było obecne w muzyce rockowej już nieco wcześniej, a sama grupa i tak o wiele lepiej wypadnie na swoim drugim albumie. Nie mniej dla fanów hard czy space rocka pozycja ta może wydać się interesująca. Mi mimo wszystko sprawiła sporo przyjemności, ale ja jestem fanem właśnie tych stylistyk, więc ocena być może lekko zawyżona.

7/10

Lista utworów:

  1. Unidentified Flying Object
  2. Boogie
  3. C'mon Everybody
  4. Shake It About
  5. (Come away) Melinda
  6. Timothy
  7. Follow You Home 
  8. Treacle People
  9. Who Do You Love
  10. Evil

czwartek, 27 października 2022

Recenzja: Mother Love Bone - "Apple"

Okładka albumu "Apple" zespołu Mother Love Bone

Kiedy słyszy się pojęcie grunge, to pierwsze co przychodzi do głowy, to tzw. "wielka czwórka Seattle", czyli Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden i Alice in Chains. Jednak twórczość tych grup zapewnie brzmiała by inaczej gdyby nie choćby Green River albo obecny na scenie zaledwie dwa lata Mother Love Bone. Grupa, na której pierwszej i jedynej płycie zespołu płycie słychać jaki wpływ wywarła na te bandy, mocno przyczyniła się do tego jak reprezentujący grunge wykonawcy powinni brzmieć.

Mimo jednak, że Mother Love Bone zostaje w cieniu najsłynniejszej czwórki w gatunku, to cieszy się ogromnym kultem wśród jego wielbicieli, a zmarłemu przedwcześnie w wyniku przedawkowania Andrew Woodowi hołd po śmierci oddali choćby Jerry Cantrell komponując największy hit w dyskografii Alice in Chains, "Would?", czy Chris Cornell z Eddiem Vaderem nagrywając pod szyldem Temple of the Dog album poświęcony zmarłemu muzykowi.

Zdecydowanie moim ulubionym utworem na całym albumie jest niesamowicie przebojowy a przy tym zachowujący "brud" "This is Shangrila". Grupa w tym energicznym otwieraczu serwuje nam świetne gitarowe partie i charakterystyczny wokal Wooda. Energii i chwytliwości nie brakuje też w "Stardog Champion" i "Holy Roller". Nieco gorzej wypadają "Come Bite the Apple" z nieco zbyt cukierkowym początkiem, bujający "Captain Hi Top", "Heartshine" czy będący bardziej w stylu Guns'n'roses i Skid Row "Capricorn Sister". Do mocnych punktów należy też "Bone China". Średnio wypada za to "Mr. Danny Boy". Ballady zespołu to też niestety niezbyt udane momenty tego albumu. Pośród czterech spokojniejszych utworów jedynie "Gentle Groove" nie razi aż tak banałem, a "Crown Of Thorns" ma udaną końcówkę. "Stargazer" mimo że niezły to brzmi podobnie jak wiele nagrywanych w tamtych czasach pół akustycznych ballad, a "Man of Golden Words" posiada banalne refreny.

"Apple" to mimo niedociągnięć album i tak bardzo udany i mimo pozostawania w cieniu "Nevermind", "Ten", "Superuknown" czy "Dirt" to i tak należący do czołówki najlepszych płyt w swoim gatunku. Jeśli już ustępuje któremuś z najbardziej znanych dzieł wielkiej czwórki, to raczej niewiele. Krążek ten jednak dzieli identyczną wadę, co albumy nagrywane przez grupy nim zainspirowane, czyli długość - tak całości, jak i poszczególnych utworów. Wstyd jednak uważać się za fana Grunge i nie znać jedynego albumu jednego z najważniejszych jego przedstawicieli. Co smutne, wydania albumu nie doczekał lider grupy, który zmarł przed samym jego ukazaniem się.

7/10

Lista utworów:

  1. This is Shangrila
  2. Stardog Champion
  3. Holy Roller
  4. Bone China
  5. Come Bite the Apple
  6. Stargazer
  7. Heartshine
  8. Captain Hi Top
  9. Man of Golden Words
  10. Capricorn Sister
  11. Gentle Groove
  12. Mr. Danny Boy
  13. Crown Of Thorns 

poniedziałek, 24 października 2022

Recenzja: Deep Purple - "Burn"

Okładka albumu "Burn" zespołu Deep Purple


Już w czasie nagrywania "Who Do We Think We Are" napięcie między Ianem Gillanem, a Ritchiem Blackmorem było bardzo duże, a w czasie trasy go promującej narosło do jeszcze większych rozmiarów. W efekcie czego wokalista odszedł z zespołu, a wraz z nim zmuszony do odejścia został basista Roger Glover. Pozostała trójka stanęła więc przed trudnym wyzwaniem znalezienia zastępstwa dla tej dwójki. Wybór padł na śpiewającego basistę, grającego w mniej znanym zespole Trapeze, Glenna Hughesa oraz świetnego, jeszcze nie znanego wokalistę Davida Coverdale'a, którego numer telefonu Jon Lord posiadał ponoć od kilku lat i był alternatywą dla Iana Gillana, gdyby nie udało go ściągnąć przed nagraniem "In Rock".

Nowy skład doszedł do słusznego wniosku, że należy coś zmienić w granej przez Deep Purple muzyce. I tu nieoceniony okazał się nowy basista, który był oczarowany muzyką funk i postanowił wpleść ten gatunek muzyki do nowego zespołu. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo muzyka zawarta na "Burn" brzmi świeżo nawet dziś. Do tego ponownie w muzyce Deep Purple słychać radość ze wspólnego grania. 
Tę słuchać już w pierwszym na albumie utworze tytułowym z natychmiast zapamiętywalnym riffem, świetną współpracą wokalną nowych członków czy solówkami Lorda i Blackmore'a. Zdecydowanie jeden z najlepszych otwieraczy wśród krążków Deep Purple, a może i w całym hard rocku.

Jeszcze lepiej wypada bluesowa ballada "Mistreated" z genialną partią wokalną Coverdale'a. Jest to też jedyny utwór na płycie, w którym słychać tylko jednego z wokalistów. A sama kompozycja mimo dziesiątek odsłuchów nie nudzi się do tej pory. Już słabiej, ale wciąż dobrze prezentują się bujający "Sail Away" czy "You Fool no One", a także bardziej nawiązujące do wcześniejszych dokonań, ale mimo to posiadające nutę świeżości radiowy "Might Just Take Your Life" i bardziej hard rockowy "Lay Down Stay Down". "What's goin'On Here" to także funkrockowy numer, ale nie tak porywający jak "Sail Away". Mimo to miło się go słucha. Finałowy "'A'200" za to jest najbardziej nietypowym utworem na albumie. Na pewno ten instrumental się wyróżnia, ale nie sądzę żeby był potrzebny. Lepiej było zakończyć całość takim arcydziełem jakim jest "Mistreated".

"Burn" to powrót zespołu do wysokiej formy bo średnio udanym "Who Do We Think We Are". Zmiana składu zdecydowanie wyszła zespołowi na dobre. W poprzednim składzie zaczęło brakować chemii, a może nawet pomysłów. Dwójka nowych artystów wniosła do grupy nową energię dzięki czemu dostaliśmy jeden z najlepszych albumów w bogatej dyskografii Deep Purple.

8/10

Lista utworów:
  1. Burn
  2. Might Just Take Your Life
  3. Lay Down Stay Down
  4. Sail Away
  5. You Fool no One
  6. What's goin'On Here
  7. Mistreated
  8. 'A' 200

piątek, 21 października 2022

Recenzja: King Crimson - "Red"

Okładka albumu "Red" zespołu King Crimson

Gdyby wskazać najbardziej popularne albumy King Crimson, prawdopodobnie zaraz za słynnym debiutem wskazano by na siódmy w dyskografii grupy "Red". Krążek jest jakby podsumowaniem tego co zespół nagrał do tamtej pory, więc biorąc pod uwagę większą przystępność niż choćby "Lizard" i "Island" popularność tego wydawnictwa nie powinna dziwić.

Jednak jak wspomniałem, materiał zawarty na tej płycie nawiązuje nie tylko do dwóch pierwszych, najłatwiejszych w odbiorze albumów. Słuchać tu ewidentną chęć do eksperymentowania i zamiłowanie do awangardy obecne na albumach późniejszych, a także ciężar i mroczny klimat znany z poprzedniego "Starless and Bible Black". I to zwykle nawet w jednym utworze.

I tu idealnym przykładem jest genialny, instrumentalny utwór tytułowy. Zawierający zarówno niepokojące, ciężkie brzmienie, jak łatwość w odbiorze dla "zwykłych" fanów cięższych brzmień, jak i mniej typowe fragmenty wciąż wywołujące dreszcze na plecach. Jeszcze większy kontrast pomiędzy różnymi fragmentami występuje w "One More Red Nightmare". Ten utwór ponownie rozpoczyna się ciężkim, ponurym wstępem, żeby nagle we fragmentach wokalnych stać się autentycznie chwytliwym kawałkiem. Za to gdy wokal milknie, utwór znowu zmienia się w przygnębiającą , mroczną kompozycje. Finałowy "Starless" za to rozpoczyna się spokojnie, balladowo i urzeka pięknymi partiami Frippa, tłem budowanym na melotronie i udanym wokalem. Ale w drugiej części muzycy odchodzą już od konwencjonalnego grania i zaczynają improwizować. I ten fragment jest bardzo udany i porywający, szczególnie w tych cięższych momentach.

Pomiędzy tymi utworami znajdziemy jeszcze dwa inne. Pierwszy z nich to piękna, typowa dla zespołu ballada "Fallen Angel" z udanymi zaostrzeniami, szczególnie w końcówce. Natomiast drugi to już najtrudniejszy na albumie "Providence". Ten utwór to jakby odpowiednik "Moonchild" z debiutu. Jednak "Providence" zdaje mi się jednak bardziej przystępny.

Mimo że Red nie oferuje tyle nowych doznań jak każdy z sześciu poprzednich albumów, to wciąż jest to album na niesamowicie wysokim poziomie. I absolutnie nie dziwię się, że tyle osób stawia go na pierwszym miejscu swoich ulubionych albumów KC, bo sam stawiam go bardzo wysoko. Krążek świetnie radził sobie też komercyjnie... I to ponoć było właśnie rozpadu zespołu, gdyż Fripp nie chciał aby jego grupa stała się wielką gwiazdą. Ponoć bał się, że w takim wypadku on o jego współpracownicy będą ograniczani przez wydawców.

10/10

Lista utworów:

  1. Red
  2. Fallen Angel
  3. One More Red Nightmare
  4. Providence
  5. Starless

niedziela, 16 października 2022

Recenzja: Ashbury - "Endless skies"

Okładka albumu "Endless Skies" zespołu Ashbury

O istnieniu amerykańskiej grupy Ashbury dowiedziałem kilka lat temu. Po usłyszeniu ich debiutanckiego albumu pod tytułem "Endless Skies" jednak zapomniałem o grupie. Gdy kilka dni temu odświeżyłem sobie ten krążek nie do końca rozumiałem dlaczego album ten wypadł mi z pamięci. Choć zauważam istotne wady w części utworów, to w tamtym czasie te uchybienia należały do rozwiązań jakie wtedy lubiłem. Nawet dziś, gdy znam wiele więcej różnej muzyki widzę w tej płycie sporo dobrego.

Przede wszystkim album bardzo dobrze brzmi po 50 latach. Grupa wprawdzie nie odkrywa hard rocka na nowo, bo słychać tu wyraźne wpływy przede wszystkim Black Sabbath, ale w zaledwie części materiału, a i "Sabbathowe" numery nie brzmią jak plagiat grupy z Birmingham. Najmocniejszymi punktami zespołu zdecydowanie są dwaj panowie pełniący dwie najbardziej wśród słuchaczy cenione funkcje, czyli gitarzysta Randy Davis i wokalista Rob Davis. Obaj muzycy dysponują świetnym warsztatem w swoim fachu. Pierwszy potrafi wymyślić świetne, raz ciężkie, raz bardziej chwytliwe riffy (a nieraz łączące te dwie cechy), drugi natomiast dysponuje bardzo miłą dla ucha barwą głosu.

Najlepiej wg mnie wypadają utwory z pierwszej połowy albumu. Kompozycje w rodzaju mroczno zaczynającego się "The Warning", "Take Your Love Away" czy mój faworyt z krążka - "Vengeance" łączą ciężar ze świetnymi melodiami i pokazują kunszt techniczny każdego z muzyków. Randy Davis w każdym z trzech utworów zachwyca na każdym kroku, a reszta muzyków nie odstaje poziomem. Za udane urozmaicenie uważam też niespełna dwuminutową, urokliwą  miniaturę "Twilight". Później zespół już zbyt często popada w banał czy patos. Balladowe "Madman" czy "Hard Fight" momentami brzmią jak pierwowzór "rycerskich" ballad power metalowych - szczególnie ten pierwszy, chociaż są bardziej od nich znośne. Lepiej wypada "Mystery Man", który także ma balladowy wstęp, ale później jest bardziej energiczny. Także można usłyszeć tu kiczowate fragmenty, ale muszę pochwalić sola gitarowe Davisa. Instrumentaliści pokazują swój warsztat też w instrumentalnym "No Mourning". Sam utwór jednak jest średni. Powrót do wysokiej formy muzycy osiągają w finałowym utworze tytułowym. Już na wstępie zapowiada się bardzo ciekawie, bo słyszymy tam gitarowy motyw inspirowany muzyką latynoską, a dalsza, spokojniejsza część także jest udana. Genialnie wypadają też zaostrzenia, a jedyne zastrzeżenie mam do fragmentu "klawiszowego".

Po wydaniu debiutu grupa na długi czas zniknęła z rynku muzycznego. Bardzo trudno mi było znaleźć jakiekolwiek informacje o zespole - nie mam nawet pojęcia czy zbieżność nazwisk Randiego i Roba jest przypadkowa czy są rodziną. Szkoda, że grupa nawet teraz jest tak mało popularna, bo ponad połowa zawartego tu materiału zasługuje na uznanie, a nawet te słabsze utwory nie są złe.

7/10

Lista utworów:

  1. The Warning
  2. Take Your Love Away
  3. Twilight
  4. Vengeance
  5. Madman
  6. Hard Fight
  7. No Mourning
  8. Mystery Man
  9. Endless Skies

niedziela, 9 października 2022

Recenzja: Blood Ceremony - "Living With the Ancients"

Okładka albumu "Living With the Ancients" zespołu Blood Ceremony

Trzy lata po wydaniu w 2008 roku bardzo udanego debiutu, Kanadyjczycy z Blood Ceremony w końcu wypuścili w świat swoje drugie dzieło. "Living With the Ancients" nie odbiega stylistycznie daleko od "Blood Ceremony". Wciąż jest to muzyka silnie przywodząca na myśl połączenie Black Sabbath z Jethro Tull, tyle że wzbogacone o organy, które pełnią po raz kolejny niemałą rolę, a także o charakterystyczny wokal Alii O'Brien. Przez te trzy lata jednak mam wrażenie, że muzycy poczynili progres, a kompozycje zdają się bardziej różnić między sobą niż miało to miejsce na debiutanckim krążku.

Oczywiście większość utworów kręci się wokół sabbathowych ciężkich riffów. Jednak ewidentnie artyści tym razem mieli więcej do zaoferowania. Weźmy takie "The Great God Pan". Rozpoczyna się on oczywiście od ciężkiego, mrocznego wręcz riffu, by w pewnym momencie zmienić się na chwilę  w utwór o lekko przebojowym charakterze, a później słyszymy tu udany spokojniejszy przerywnik. Cała zresztą ta część instrumentalna wypada udanie. Więcej z Jethro Tull słychać natomiast w następnym "Coven Tree" gdzie możemy zasłuchiwać ale w cudnych partiach fletu wzorowanych oczywiście na stylu Iana Andersona. Po raz kolejny świetnie wypada O'brien.

Jednym z najlepszych utworów na albumie na pewno jest niesamowity mroczny i początkowo też ciężki "My Demon Brother". "Oliver Haddo" mimo długiego czasu trwania także wypada bardzo dobrze, dzięki świetnemu połączeniu sabbathowych riffów i mrocznych organów. Bardzo fajnie wypadają też dwa krótkie utwory instrumentalne, "The Hermit" i jeszcze krótszy "The Witchs Dance". Motywy w "Morning of the Magicians" są udane, tylko że nie łączą się ze sobą zbyt zgrabnie, ale dzieje się tu całkiem sporo. Świetnymi odmianami są dwa pozostałe utwory. "Night of Augury" zaczyna się organowym wstępem, później natomiast słyszymy jedną z najbardziej chwytliwych linii wokalnych. Posiada też udaną część środkową. Najlepszym jednak co zespół nagrał na ten album, a być może nawet na obu pierwszych albumach jest finałowy "Daughter of the Sun". Gdyby nie długi czas trwania, utwór ten mógłby być ogromnym przebojem w rockowych stacjach radiowych. Już od samego początku brzmi bardzo chwytliwie, a także posiada świetny, prosty, lecz nie banalny, radiowy refren. Ciągle coś tu się dzieje. Można tu np usłyszeć fragment przywodzący na myśl "Bouree" Jethro Tull, jednak krótki i nie zanadto nachalnie go przypominający.

Bo wysluchaniu świetnego debiutu grupy, Blood Ceremony wpadł do czołówki moich ulubionych współczesnych wykonawców prezentujących ciężkiego rocka. Po posłuchaniu "Living With the Ancients" notowania tej grupy w mojej świadomości jeszcze bardziej się polepszyły. Blood Ceremony jak mało który zespół pośród licznych naśladowców klasycznych zespołów faktycznie wywołuje u mnie większe i dłuższe zainteresowanie.

8/10

Lista utworów:

  1. The Great God Pan
  2. Coven Tree
  3. The Hermit
  4. My Demon Brother
  5. Morning of the Magicians
  6. Oliver Haddo
  7. Night of Augury
  8. The Witchs Dance
  9. Daughter of the Sun

sobota, 8 października 2022

Recenzja: Genesis - "Selling England by the Pound"

Okładka albumu "Selling England by the Pound" zespołu Genesis

Po niezłych wynikach sprzedażowych czwartego w dyskografii "Foxtrot", zespół Genesis stanął przed wyzwaniem pobicia tego sukcesu. Grupa jednak nie zdecydowała się na drogę, którą szły inni członkowie wielkiej szóstki, lecz uznali, że skoro to co znalazło się na "Foxtrot" wypaliło, to być może warto spróbować podobnych środków podobnie.

I tak jak do tej pory, Gabriel i spółka postawili na połączenie muzyki rockowej z folkiem czy muzyką dawną tworząc baśniowy klimat. Nie brakuje tu jednak momentów zadziornych, wręcz hardrockowych. W takim "Dancing With the Moonlit Knight" taka mocniejsza część jest bardzo udana, a sam utwór posiada świetne, ładne melodie. Podobnie rozbudowany "Firth Of Fifth" także opiera się na wielu typowych dla grupy rozwiązań. Brzmi jednak przy tym wciąż oryginalnie i jest to na ten moment moja ulubiona kompozycja z albumu. A to co Hackett wyprawia w pewnym momencie na gitarze, to już coś niesamowitego.

Inny z bardziej rozbudowanych utworów, "The Battle Of Epping Forest" także posiada dobre momenty, ale sam utwór jest niezbyt spójny. Choćby na początku, gdy po spokojnym wstępie następuje niespodziewanie bardziej energiczna część. Ostatni z długich utworów, "The cinema show" prezentuje się bardziej zwarcie, posiada wiele uroku dzięki partiom na flecie, a część instrumentalna wypada znakomicie. 

Między tymi kolosami znajdują się jeszcze inne, mniej rozbudowane ale także udane nagrania. "I Know what I Like" posiada mroczny wstęp, który jednak został zesputy w dalszej części utworu. Wciąż jednak jest to kompozycja całkiem dobra. "More Fool Me" to w zasadzie utwór średni, ale mogący się podobać fanom akustycznego grania i fanom śpiewu Phila Collinsa, bo to właśnie perkusista ponownie stanął za mikrofonem zamiast Petera Gabriela. "After the Ordeal" to bardzo mi się podobający utwór instrumentalny najpierw opierający się na ładnych partiach gitary akustycznej, a potem posiadający genialne partie na elektryku.  Całości dopełnia natomiast spinający całość klamrą "Aisle of Plenty".

"Selling England by the Pound" wprawdzie nie wprowadza w twórczość Genesis wielkich zmian, bo wciąż jest to bazowanie na tych samych patentach co choćby na poprzednim "Foxtrot"; a jednak jest to album różny od poprzednich, posiadający wiele zalet - od udanych motywów (choć nie zawsze sprawnie się łączących), przez świetny jak zwykle baśniowy klimat, po wykonanie. Ciężko tu wyróżnić szczególnie któregokolwiek z muzyków, jednak fanów hard rocka mogę zachęcić bardzo udanymi partiami gitarzysty Genesis, Steve'a Hacketta. Myślę że opisywany krążek to jedno ze szczytowych osiągnięć zespołu, a nawet jedno z lepszych w całym gatunku.

8/10

Lista utworów:

  1. Dancing With the Moonlit Knight
  2. I Know what I Like 
  3. Firth Of Fifth
  4. More Fool Me
  5. The Battle Of Epping Forest
  6. After the Ordeal
  7. The Cinema show
  8. Aisle of Plenty

niedziela, 2 października 2022

Recenzja: Deep Purple - "Who Do We Think We Are"

Okładka albumu "Who Do We Think We Are" zespołu Deep Purple

Deep Purple po dołączeniu do składu Rogera Glovera i Iana Gillana miało świetny czas. Grupa dzięki wydanym po zmianie składu trzem albumów studyjnych i jednego koncertowego została uznana za czołówkę ówczesnej sceny nie tylko rockowej. W pewnym momencie jednak coś w zespole zaczęło się psuć. Konflikt między wokalistą a Ritchiem Blackmorem narósł do tego stopnia, że muzycy nie byli w stanie ze sobą przebywać. Efekt tego był taki, że niestety, ale kolejny album zespołu nie powala już tak jak poprzednie.

Znajdą się tu jednak ciekawe propozycje. Np "Woman from Tokyo" może nie równa się z bardzo udanymi otwieraczami z poprzednich krążków, ale i tak jest to fajny, melodyjny, z lekka pop-rockowy numer. Także bardzo udany jest kolejny "Mary Long". To również bardzo melodyjny utwór z fajną partią Gillana, ale i instrumentaliści grają tu fajne partie. Pozostałe utwory nie są złe, jednak czegoś w nich brakuje, a niejednokrotnie ma się wrażenie że coś podobnego już słyszeliśmy. Próby stworzenia kosmicznego klimatu były w twórczości grupy obecne już wcześniej, więc "Super Trouper", który sam w sobie nie jest zbyt porywający nie broni się nawet tym.

Trochę lepiej wypada np. "Smoth Dancer"- bardziej żywiołowy numer, choć i tak odstający od tych nagranych w podobnym stylu już wcześniej. "Rat Bat Blue" za to chyba zbyt nachalnie kojarzy się z "Moby Dick" Zepellinów. Fajnym urozmaiceniem za to jest bluesowy "Place in Line". Spokojnieszy "Our Lady" za to wprawdzie jest dosyć miły do słuchania, ale odpychają mnie chórki w refrenie.

"Who Do We Think We Are" cieszy się niezbyt pochlebnym mianem najgorszego albumu pierwszej inkarnacji składu MKII. Z tym w sumie się zgadzam. Nie posuwał bym się jednak do wniosków, że krążek ten jest jednoznacznie zły. Wiele mu brakuje do tych wcześniejszych, a spora część materiału zdaje się być powtórką z rozgrywki, ale słucha się tego z nawet sporą przyjemnością.

6/10

Lista utworów:

  1. Woman from Tokyo
  2. Mary Long
  3. Super Trouper
  4. Smooth Dancer
  5. Rat Bat Blue
  6. Place in Line
  7. Our Lady

sobota, 1 października 2022

Recenzja: Jethro Tull - "A Passion Play"

Okładka albumu "A Passion Play" zespołu Jethro Tull

Kultowy "Thick as a Brick" mimo zamiaru sparodiowania całego nurtu rocka progresywnego stał się klasyką tego właśnie gatunku. Dzięki wielkiemu uznaniu dla tego właśnie dzieła zespół Iana Andersona zdecydował się na nagranie kolejnego albumu w tym stylu, tym razem już na poważnie. Jak wyszło? Gorzej niż poprzednio, ale nie najgorzej.

Przede wszystkim Brytyjczycy na tym albumie jakby skupili się na naśladowaniu pewnych elementów charakterystycznych dla innych grup progresywnych odchodząc od swojego stylu opartego mocno na muzyce folkowej. Grupa wpadła też w inną pułapkę nagrywając kilkanaście osobnych utworów i na siłę łącząc je w jeden długi twór podzielony na dwie części. Gorzej, że te utwory nie łączą się w tak zgrabną całość jak to miało miejsce w (szczególnie pierwszej części) "Thick as a Brick". Część pierwsza zaczyna się od fragmentu silnie przywodzącego na myśl King Crimson czy Van der Graaf Generator za sprawą dużego udziału lekko jazzowego saksofonu, który na albumie tym zastąpił charakterystyczną grę fletu. Kolejne "akty", jak nazwane są poszczególne fragmenty całego albumu, jak spokojniejsza, balladowa część, czy ta bardziej hard rockowa także są udane, tylko, że o wiele lepiej funkcjonowały by jaki oddzielne utwory.

Najgorszym momentem całego albumu jest fragment gdy Anderson opowiada historię na tle wesołkowatej, bajkowej melodii. Już reszta drugiej części trzyma o wiele wyższy poziom i słucha się jej ze sporą przyjemnością.

Pomysł na nagranie tego albumu trąci lekką hipokryzją ze strony lidera zespołu, ponieważ jeszcze przed nagraniem "Thick as a Brick" Anderson bronił się przed nadaniem muzyce jego grupy łatki rocka progresywnego. A tymczasem, gdy zobaczył jaki sukces odniósł album, który miał być tegoż stylu parodią, nagrał nagrał płytę w tym stylu już całkowicie na poważnie. Odchodząc jednak od pobudek muzyków, trzeba powiedzieć, że stworzyli płytę dobrą lecz mało nowego dodającą do muzyki i zbyt nachalnie inspirowanej współczesnymi im grupami. Szkoda tylko, że zespół porzucił tu swój świetny, natychmiast rozpoznawalny styl.

7/10

Lista utworów:

  1. A Passion Play

niedziela, 25 września 2022

Recenzja: Led Zeppelin - "Coda"

Okładka albumu "Coda" zespołu Led Zeppelin

Jakiś czas po stworzeniu "In Through the out Door" - jak się wkrótce okazało ostatniego albumu studyjnego Led Zeppelin - doszło do tragedii. W wieku zaledwie 32 lat, 25 września 1980 roku zmarł na skutek zakrztuszenia się własnymi wymiocinami perkusista zespołu - John "Bonzo" Bonham". Pozostali muzycy grupy postanowili więc ostatecznie zakończyć działalność zespołu i dzięki postawie przede wszystkim Roberta Planta grupa już nigdy nie powróciła (poza kilkoma koncertowymi wyjątkami z różnych okazji). Artyści postanowili jednak jeszcze jakoś na dobre pożegnać fanów i w ten sposób dwa lata po rozpadzie zespołu do sklepów trafiła "Coda", czyli ostatnie dzieło zespołu nagrane w studiu, choć nie powinno się nazywać tego tworu pełnoprawnym albumem studyjnym, ponieważ jest to zbiór odrzutów z poprzednich sesji. Czy jednak jest to zlepek kompletnie niemających nic do zaoferowania nagrań? Wybitnie nie jest, ale nie jest też źle.

Do lepszych utworów należy tu lekko funkowy "We're Gonna Groove", w którym szczególnie fajnie wypada fragment z "gęstą" grą Page'a. Ciężko przejść też obojętnie obok bluesowego "I Can't quit You Baby", który co prawda nie równa się z nagranymi w tym stylu utworami z pierwszych albumów, ale i tak jest to jedno z lepszych nagrań z ostatnich krążków. Lubię też spokojny, folkowy "Poor Tom" oraz hardrockowy "Wearing and Tearing", który jednak jest nieco za długi przez co w pewnym momencie wypada monotonnie. 

Niestety reszta utworów już tak do mnie nie przemawia. "Bonzo's Montreux" to perkusyjne solo Bonhama wzbogacone dodatkowymi ozdobnikami, które są zbędne. Samo solo też nie należy do wybitnych. Pozostałe kawałki z kolei to już mniej lub bardziej sztampowe kawałki, w których jednak można znaleźć ciekawe elementy. W "Walter's Walk" nieźle wypada sekcja rytmiczna, "Ozone Baby" ma spory radiowy potencjał skierowany przede wszystkim na amerykański rynek, a sam utwór może się kojarzyć z wczesnym Aerosmith, a w "Darlene" podobają mi się partie Page'a, ale klawisze są denne.

"Coda" to na pewno nie jest dzieło wybitne, ale znalazły się tu udane utwory. Czy jednak było to potrzebne? Fanów grupy w tamtym czasie na pewno zadowoliło, że ich ukochany zespół wydał coś jeszcze po niespodziewanym rozpadzie. Słuchaczom, którzy jednak nie należą do sentymentalnych powinny jednak wystarczyć poprzednie albumy Led Zeppelin.

6/10

Lista utworów:

  1. We're Gonna Groove
  2. Poor Tom
  3. I Can't quit You Baby
  4. Walter's Walk
  5. Ozone Baby
  6. Darlene
  7. Bonzo's Montreux
  8. Wearing and Tearing

sobota, 24 września 2022

Recenzja: King Crimson - "Starless and Bible Black"

Okładka albumu "Starless and Bible Black" zespołu King Crimson

King Crimson to grupa, która jak mało która potrafiła porwać na koncertach. Była przy tym mocno nieprzewidywalna. Już niedługo po wydaniu "Larks'..." zamiast promować materiał z tamtej płyty (jak wiadomo bardzo udanej) zaczęli testować materiał jeszcze niewydany. Zwykle wzbogacony o świetne improwizacje. W efekcie czego kolejny album zespołu, "Starless and Bible Black" to krążek na który składają się utwory zarówno nagrane w studiu, jak i na koncertach. A mimo to nie słychać różnicy w brzmieniu.

Jest to album który pod względem brzmienia mocno wyprzedza swoje czasy. Spora część z zawartego tu materiału brzmi tak mrocznie że pozazdrościć takiej produkcji mogłyby zespoły black metalowe. Tu jako przykład można podać wstęp do otwierającego całość "The Great Deceiver". Jednak oprócz atmosferycznego brzmienia grupa nie zapomniała o poplątanych, gęstych partiach instrumentalnych. Później robi się nieco spokojniej ale jak na 4 minuty dzieje się tu bardzo dużo. Jeśli chodzi o ciężar to King Crimson potrafiło pobić na tym albumie współczesne mu grupy hardrockowe. Rozpoczynający się na spokojnie "Lament" w mocniejszej części moim zdaniem bije nawet Led Zeppelin jeśli chodzi o energię.

Zupełnie inne są już dwa kolejne utwory. "We'll Let You Know" to utwór spokojny, jednak przy tym jeszcze dziwniejszy niż dwa nagrania rozpoczynające album. Każdy z muzyków zdaje się tu grać niezależnie od innych, a jednak brzmi to wg mnie dosyć ciekawie. "The Night Watch" natomiast zachwyca pięknymi partiami Crossa i Frippa. Także wokal brzmi tu naprawdę dobrze. Odrobinie chaotycznie, ale fajnie jest początkowo w tle. 

Każdy kto słuchał jakiekolwiek albumu tego progrockowego giganta wie, że grupa ta nigdy nie nagrywa takich samych utworów i tak jest i w tym przypadku, bo pozostała połowa załączonych tu nagrań mocno odbiega od tego co grupa umieściła wcześniej zarówno na tym albumie, jak i poprzednich. Bardzo ciekawie wypada "Trio" - utwór instrumentalny, w którym główną rolę pełni altówka Crossa. Poza nią w utworze słuchać właściwie jedynie bas i melotron. Na minus (choć w tym przypadku to moja mocno subiektywna opinia) jest to, że utwór bardzo długo się rozwija, a przez dosyć długi czas trzeba mocno wysilić słuch, żeby usłyszeć cokolwiek.

Pisałem na początku recenzji o niezwykle mrocznym klimacie tego albumu - końcówka tego dzieła wprost miażdży pod tym względem. Przyczepić mogę się do "Mincer", w którym niepotrzebny wg mnie był fragment wokalny - ten fragment można było po prostu odpuścić i zakończyć utwór szybciej. Dzięki temu utwór nie straciłby swojego świetnego klimatu. Utwór tytułowy też ma swoje wady, bo długo się rozwija, jednak po około czterech minutach robi się z niego niemałe arcydzieło. Najlepszy jednak jest dla mnie kończący album "Fracture", który dla odmiany rozkręca się błyskawicznie i brzmi chyba najciężej z całego krążka.

"Starless and Bible Black" to album, który nie cieszy się zbyt wielką popularnością, znacznie pozostając w cieniu choćby następującemu po nim "Red". King Crimson jednak to nie jest zespół, którego wystarczy posłuchać jedynie najbardziej popularne propozycje, aby być "spełnionym". Nie, King Crimson, to grupa, która na każdym albumie stale się rozwija. Grupa, która prawdopodobnie nigdy nie nagrała takiego samego albumu, a może nawet utworu. I "Starless and Bible Black" to kolejny już przykład na to, że należy wychodzić poza ścisłe kaniony poszczególnych grup, aby poznać coś niesamowicie ciekawego. Bo kto grał w ten sposób w latach 70.? Chyba nikt. Nawet Black Sabbath poza swoim kultowym utworem tytułowym z debiutu nie wywołał gęsiej skórki na moim ciele, tak jak KC na większości zamieszczonych tu utworów. Może nie jest to moja ulubiona płyta tego że zespołu, ale (pomimo paru wymienionych przeze mnie uwag) jest to krążek bliski perfekcji.

9/10

Lista utworów

  1. The Great Deceiver
  2. Lament
  3. We'll Let You Know
  4. The Night Watch
  5. Trio
  6. The Mincer
  7. Starless and Bible Black
  8. Fracture

czwartek, 1 września 2022

Recenzja: Sisters of Mercy - "Vision Thing"

Okładka albumu "Vision Thing" zespołu Sisters of Mercy

Andrew Eldritch nie należał do osób, które przywiązują się do swoich pracowników i najpierw po całkowitej zmianie składu między debiutem, a drugim dziełem zespołu, podobnie postąpił przed nagraniem trzeciego albumu. I tak po wydaniu "Floodland" ze składu wyleciała Patricia Morrison, o której lider nie miał najbardziej pochlebnego zdania, dosyć bezczelnie mówiąc publicznie, że śpiewająca basistka w grupie znalazła się jedynie ze względu na wygląd, a nie umiejętności muzyczne. Byłą członkinie Sisters of Mercy Eldritch zastąpił trzema innymi muzykami, do niektórych utworów zapraszając znaną ze współpracy z Mike'em Oldfieldem, wokalistkę Maggie Reilly.

Oprócz ciągłych zmian składów personalnych grupa szczyci się też tym, że mimo małej dyskografii, nigdy nie nagrała identycznego albumu. O ile między "The First and Last and Always" i "Floodland" różnice nie były aż tak ogromne, tak "Vision Thing" to już zupełnie inna stylistyka. Andrew Eldritch chyba faktycznie miał dosyć łatki pod nazwą "rock gotycki", którą na okrągło mu przyczepiano, bo trzeci album zespołu jest całkowicie pozbawiony tego mroku i chłodu, który obecny był na dwóch pierwszych krążkach. Tym razem główny kompozytor sióstr poszedł w kierunku przebojowego, choć raczej nie banalnego hard rocka, momentami ocierającego się nawet o muzykę metalową.

"The First and Last and Always" i "Floodland" posiadały masę materiału o bardzo komercyjnym potencjale, jednak na "Vision Thing" Eldritch pod tym względem przebił samego siebie serwując nam właściwie całą płytę potencjalnych radiowych przebojów. Już pierwszy na płycie utwór tytułowy daje nam do myślenia, że nie ma co liczyć na powtórkę z zimnych poprzedników. Brzmienie jest pozbawione mroku, jest znacznie czystsze i na szczęście, mimo przebojowości nie tak plastikowe jak radiowe hity z dopiero co zakończonych lat 80. Już tutaj słyszymy też jak dobrze pasują do siebie głosy gwiazdy zespołu i goszczącej tu Maggie Reilly. Wokalistka jest ważną postacią kilku innych utworów, spośród których największą rolę pełni chyba w niezwykle chwytliwym "Detonation Boulevard".

Bardziej klimatycznie, przynajmniej trochę nawiązując do wcześniejszej twórczości brzmi "Ribbons", jednak można było skrócić tu odrobinę końcówkę utworu. Bardzo hard rockowo wypada "Doctor Jeep", który jest fajny, ale w pewnym momencie robi się zbyt monotonnie. Wydłużanie kawałka to wada zresztą nie tylko tego utworu ale też najdłuższego na albumie "More" oraz "I Was Wrong". Mimo to, obie kompozycje uważam za udane. Za nieco słabszy uważam nieco sztampowy "When you don't See Me", który jednak ma nośny refren oraz bazującą na gitarze akustycznej balladę "Something fast". W 2006 roku ukazała się reedycja albumu z dołączonymi do niego kilkoma utworami. Tutaj fanom zespołów w stylu Guns'n'roses lub Skidrow może przypaść do gustu "You Could Be the One" z riffem bardzo w stylu tej drugiej grupy.

Sporym szokiem dla fanów grupy był jej trzeci album. Do tej pory można wyczytać, że to najbardziej kontrowersyjne dzieło zespołu. "Vision Thing" zarzuca się komercjalizację i chęć przypodobania się amerykańskiej publiczności, która już od dawna gustowała w bardziej melodyjnych i prostszych utworach niż publika europejska. Mimo jednak o wiele mniej wyróżniających się kompozycji niż na dwóch wcześniejszych albumach, nie można odmówić Eldritchowi, że stworzył album różnorodny i naprawdę udany. Nie stawiam go wprawdzie na równi z okresem "gotyckim", ale wciąż uważam, że "Vision Thing" to dzieło udane, które pokazuje, że można grać komercyjnego rocka nie popadając przy tym w wielki banał.

7/10

Lista utworów:

  1. Vision Thing
  2. Ribbons
  3. Detonation Boulevard
  4. Something fast
  5. When you don't See Me
  6. Doctor Jeep
  7. More
  8. I was Wrong

wtorek, 30 sierpnia 2022

Recenzja: Blood Ceremony - "Blood Ceremony"

Okładka albumu "Blood Ceremony" zespołu Blood Ceremony

Black Sabbath to grupa mająca niezliczonych naśladowców. Większość z nich wykorzystuje patenty chłopaków z Birmingham nie dodając nic więcej. Co jednak, gdyby do wpływów Black Sabbath dodać wpływy psychodeliczne lub na przykład partie fletu silnie kojarzące się z innym kultowym zespołem, Jethro Tull, a do tego dodać jeszcze głęboki, kobiecy wokal? Na szczęście nie musimy sobie tego wyobrażać i wystarczy posłuchać zespołu o nazwie Blood Ceremony.

Już na debiucie kanadyjska grupa wyróżnia się na tle innych naśladowców Black Sabbath. Słychać, że to właśnie oni są główną inspiracją dla zespołu za sprawą typowo sabbathowych riffów i mrocznego klimatu, jednak w przeciwieństwie do innych grup stających się naśladować swoich idoli, potrafią raz, że mimo bazowania głównie na tym samym stworzyć zróżnicowane melodię, a dwa, inne inspiracje grupy także są tu wyraźne, jak np wspomniany już "andersonowski" flet. O tym, że mamy do czynienia z interesującym wykonawcą wiemy już od "Master of Confusion" rozpoczęty klimatycznym organowym wstępem, by potem przerodzić się w ciężki riffowany numer jednoznacznie kojarzący się z wiadomym zespołem. Oczywiście riffy Seana Kennedy'ego nie dorównują tym, które wymyślił Tony Iommi, budują jednak specyficzny, niepokojący klimat. I tak jak do stylistyki Black Sabbath świetnie pasował wokal Osbourne'a, tak do zbliżonej stylistyki pasuje czysty, głęboki śpiew Alli O'brien, śpiewającej przy okazji w raczej jednorodny, ale miły dla ucha sposób.

O reszcie utworów na debiucie można by właściwie pisać podobne rzeczy. Każdy z nich posiada w swojej stylistyce dosyć chwytliwą melodię, bazuje na ciężkich riffach, ładnym śpiewie wokalistki i wzbogaconymi jest gdzieniegdzie raz lepszymi, raz przeciętnymi partiami fletu czy organów. Obok otwieracza moimi faworytami są rozpoczęty fletowym wstępem "Rare Lord", "Return to Forever" z udanym zwolnieniem w środku i finałowy "Hymn to Pain" z bardzo fajną częścią instrumentalną. Na tle całości wyróżnia się jeszcze krótki, instrumentalny, bardziej folkowy "A Wine Of Wizandry" oraz nieco lżejszy "Hop Toad" ze świetnym wstępem, za to niepasującą ani do otworu, ani do reszty albumu końcówką.

Debiut Blood Ceremony to album, który gdy go poznałem zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wciąż uważam go za pozycję bardzo ciekawą, szczególnie dla fanów Black Sabbath, ale też np Jethro Tull, lub ogólnie miłośników hard rocka, albo mrocznej, klimatycznej muzyki. Tym co teraz nieco mi przeszkadza w tym albumie, to to, że niewiele jest tu rzeczy, których bym nie usłyszał u wspomnianych dwóch grup, a sama różnorodność między utworami także mogłaby być nieco większa, choć i tak nie jest pod tym względem źle.

7/10

Lista utworów:

  1. Master of Confusion
  2. I'm Comming With You
  3. Into the Caven
  4. A Wine Of Wizandry
  5. Rare Lord
  6. Return to Forever
  7. Hop Toad
  8. Children of the Future
  9. Hymn to Pain