Pokazywanie postów oznaczonych etykietą King Crimson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą King Crimson. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2022

Recenzja: King Crimson - "Discipline"

Okładka albumu "Discipline" zespołu King Crimson

Dość nieoczekiwany musiał być rozpad King Crimson po wydaniu "Red". Grupa cieszyła się  wtedy ogromną popularnością, na jej koncerty przychodziły tłumy, a albumy rozchodziły się w niemałych nakładach. Tymczasem gitarzysta i lider zespołu, Robert Fripp przestraszył się, że w związku z rosnącą popularnością King Crimson, jego projekt zacznie być ograniczany przez wytwórnię. Fripp po rozpadzie swojego zespołu jednak zdecydowanie się nie nudził. Gitarzysta rozpoczął karierę solową, sporo pracował wraz z Brianem Eno czy wspomagał takich artystów jak David Bowie czy zespół Talking Heads. Nadszedł jednak moment, gdy lider nieistniejącego już wówczas zespołu wznowił współpracę z Billem Brufordem i wraz z Adrianem Belew oraz Tonym Levinem założyli zespół Discipline. 

Trochę kontrowersyjnie jednak muzycy zdecydowali się na zmianę szyldu na ten już bardzo dobrze znany, czyli King Crimson. A czemu kontrowersyjnie, skoro połowa składu tworzyła już ten zespół? Czysto muzycznie to już zdecydowanie nie ten baśniowy klimat z elementami jazzu jak w pierwszym okresie działalności grupy. Fripp nigdy nie miał skrupułów, żeby z albumu na album oprócz składu zmienić też stylistykę, w jakiej jego grupa ma tworzyć, jednak do tamtej pory kolejne grupy progowej legendy miały ze sobą jakieś punkty styczne. Tymczasem nazwany od pierwotnej nazwy nowego projektu "Discipline" to już ogromną rewolucja w muzyce grupy. Trzeba też pamiętać, że Robert Fripp nie pozostawał obojętny na to co aktualnie dzieje się w muzyce, a od 1974 roku do 1981 zmieniło się sporo. Po punkowej rewolucji rock progresywny grany przez "wielką szóstkę" nie był już tak rozchytywany, za to gdy w mainstreamie królował pop i pudel metal, to gdzieś obok niemałą popularność zdobywały niektóre zespoły post punkowe, jak choćby wspomniany Talking Heads. I to właśnie do post punku można zaliczyć pierwsze dzieło odrodzonego King Crimson.

Wyobrażam sobie jaki szok musieli przeżyć fani starego wcielenia King Crimson po uruchomieniu gramofonu z nowym krążkiem grupy. "Elephant Talk" to typowo post punkowy numer z nowofalową gitarą i gęstą, momentami nieprzewidywalną grą Bruforda oraz nietypowym - dla ogółu muzyki ale już nie tak zaskakującym jeśli chodzi o post punk - wokalem Adriana Belew. Do tego kompozycja ta niesamowicie wpada ucho i "buja" swoim funkowym zacięciem. "Frame by Frame" może już tak nie buja, ale wciąż wpada w ucho, a wokal w tym utworze może kojarzyć się z ... Laynem Staleyem i Chrissem Cornellem, którzy zaczną tworzyć dopiero kilka lat później.

Uspokojenie nadchodzi wraz z "Matte Kudasai". Jest to jeden z najładniejszych momentów albumu, tak samo jak hipnotyzujący utwór instrumentalny "The Sheltering Sky". "Indiscipline", "Thela Hun Ginjeet" z podwójną linią wokalną a także nabierający z czasem coraz większej intensywności utwór tytułowy są już bliższe dwóm pierwszym kompozycjom, jednak - jak to u King Crimson - ciężko je ze sobą pomylić i każdy jest ciekawy i udany. 

"Discipline" na pewno bardzo mocno odstaje stylistycznie od każdego z poprzednich wydawnictw grupy, jednak fani zespołu powinni być przyzwyczajeni do zmian stylistyki z albumu na album, toteż z pewnością przemówi do nich, że Fripp i spółka postanowili się rozwijać zamiast powtarzać, to co nagrali już wcześniej.

10/10

Lista utworów:

  1. Elephant Talk
  2. Frame by Frame
  3. Matte Kudasai
  4. Indiscipline
  5. Thela Hun Ginjeet
  6. The Sheltering Sky
  7. Discipline

piątek, 21 października 2022

Recenzja: King Crimson - "Red"

Okładka albumu "Red" zespołu King Crimson

Gdyby wskazać najbardziej popularne albumy King Crimson, prawdopodobnie zaraz za słynnym debiutem wskazano by na siódmy w dyskografii grupy "Red". Krążek jest jakby podsumowaniem tego co zespół nagrał do tamtej pory, więc biorąc pod uwagę większą przystępność niż choćby "Lizard" i "Island" popularność tego wydawnictwa nie powinna dziwić.

Jednak jak wspomniałem, materiał zawarty na tej płycie nawiązuje nie tylko do dwóch pierwszych, najłatwiejszych w odbiorze albumów. Słuchać tu ewidentną chęć do eksperymentowania i zamiłowanie do awangardy obecne na albumach późniejszych, a także ciężar i mroczny klimat znany z poprzedniego "Starless and Bible Black". I to zwykle nawet w jednym utworze.

I tu idealnym przykładem jest genialny, instrumentalny utwór tytułowy. Zawierający zarówno niepokojące, ciężkie brzmienie, jak łatwość w odbiorze dla "zwykłych" fanów cięższych brzmień, jak i mniej typowe fragmenty wciąż wywołujące dreszcze na plecach. Jeszcze większy kontrast pomiędzy różnymi fragmentami występuje w "One More Red Nightmare". Ten utwór ponownie rozpoczyna się ciężkim, ponurym wstępem, żeby nagle we fragmentach wokalnych stać się autentycznie chwytliwym kawałkiem. Za to gdy wokal milknie, utwór znowu zmienia się w przygnębiającą , mroczną kompozycje. Finałowy "Starless" za to rozpoczyna się spokojnie, balladowo i urzeka pięknymi partiami Frippa, tłem budowanym na melotronie i udanym wokalem. Ale w drugiej części muzycy odchodzą już od konwencjonalnego grania i zaczynają improwizować. I ten fragment jest bardzo udany i porywający, szczególnie w tych cięższych momentach.

Pomiędzy tymi utworami znajdziemy jeszcze dwa inne. Pierwszy z nich to piękna, typowa dla zespołu ballada "Fallen Angel" z udanymi zaostrzeniami, szczególnie w końcówce. Natomiast drugi to już najtrudniejszy na albumie "Providence". Ten utwór to jakby odpowiednik "Moonchild" z debiutu. Jednak "Providence" zdaje mi się jednak bardziej przystępny.

Mimo że Red nie oferuje tyle nowych doznań jak każdy z sześciu poprzednich albumów, to wciąż jest to album na niesamowicie wysokim poziomie. I absolutnie nie dziwię się, że tyle osób stawia go na pierwszym miejscu swoich ulubionych albumów KC, bo sam stawiam go bardzo wysoko. Krążek świetnie radził sobie też komercyjnie... I to ponoć było właśnie rozpadu zespołu, gdyż Fripp nie chciał aby jego grupa stała się wielką gwiazdą. Ponoć bał się, że w takim wypadku on o jego współpracownicy będą ograniczani przez wydawców.

10/10

Lista utworów:

  1. Red
  2. Fallen Angel
  3. One More Red Nightmare
  4. Providence
  5. Starless

sobota, 24 września 2022

Recenzja: King Crimson - "Starless and Bible Black"

Okładka albumu "Starless and Bible Black" zespołu King Crimson

King Crimson to grupa, która jak mało która potrafiła porwać na koncertach. Była przy tym mocno nieprzewidywalna. Już niedługo po wydaniu "Larks'..." zamiast promować materiał z tamtej płyty (jak wiadomo bardzo udanej) zaczęli testować materiał jeszcze niewydany. Zwykle wzbogacony o świetne improwizacje. W efekcie czego kolejny album zespołu, "Starless and Bible Black" to krążek na który składają się utwory zarówno nagrane w studiu, jak i na koncertach. A mimo to nie słychać różnicy w brzmieniu.

Jest to album który pod względem brzmienia mocno wyprzedza swoje czasy. Spora część z zawartego tu materiału brzmi tak mrocznie że pozazdrościć takiej produkcji mogłyby zespoły black metalowe. Tu jako przykład można podać wstęp do otwierającego całość "The Great Deceiver". Jednak oprócz atmosferycznego brzmienia grupa nie zapomniała o poplątanych, gęstych partiach instrumentalnych. Później robi się nieco spokojniej ale jak na 4 minuty dzieje się tu bardzo dużo. Jeśli chodzi o ciężar to King Crimson potrafiło pobić na tym albumie współczesne mu grupy hardrockowe. Rozpoczynający się na spokojnie "Lament" w mocniejszej części moim zdaniem bije nawet Led Zeppelin jeśli chodzi o energię.

Zupełnie inne są już dwa kolejne utwory. "We'll Let You Know" to utwór spokojny, jednak przy tym jeszcze dziwniejszy niż dwa nagrania rozpoczynające album. Każdy z muzyków zdaje się tu grać niezależnie od innych, a jednak brzmi to wg mnie dosyć ciekawie. "The Night Watch" natomiast zachwyca pięknymi partiami Crossa i Frippa. Także wokal brzmi tu naprawdę dobrze. Odrobinie chaotycznie, ale fajnie jest początkowo w tle. 

Każdy kto słuchał jakiekolwiek albumu tego progrockowego giganta wie, że grupa ta nigdy nie nagrywa takich samych utworów i tak jest i w tym przypadku, bo pozostała połowa załączonych tu nagrań mocno odbiega od tego co grupa umieściła wcześniej zarówno na tym albumie, jak i poprzednich. Bardzo ciekawie wypada "Trio" - utwór instrumentalny, w którym główną rolę pełni altówka Crossa. Poza nią w utworze słuchać właściwie jedynie bas i melotron. Na minus (choć w tym przypadku to moja mocno subiektywna opinia) jest to, że utwór bardzo długo się rozwija, a przez dosyć długi czas trzeba mocno wysilić słuch, żeby usłyszeć cokolwiek.

Pisałem na początku recenzji o niezwykle mrocznym klimacie tego albumu - końcówka tego dzieła wprost miażdży pod tym względem. Przyczepić mogę się do "Mincer", w którym niepotrzebny wg mnie był fragment wokalny - ten fragment można było po prostu odpuścić i zakończyć utwór szybciej. Dzięki temu utwór nie straciłby swojego świetnego klimatu. Utwór tytułowy też ma swoje wady, bo długo się rozwija, jednak po około czterech minutach robi się z niego niemałe arcydzieło. Najlepszy jednak jest dla mnie kończący album "Fracture", który dla odmiany rozkręca się błyskawicznie i brzmi chyba najciężej z całego krążka.

"Starless and Bible Black" to album, który nie cieszy się zbyt wielką popularnością, znacznie pozostając w cieniu choćby następującemu po nim "Red". King Crimson jednak to nie jest zespół, którego wystarczy posłuchać jedynie najbardziej popularne propozycje, aby być "spełnionym". Nie, King Crimson, to grupa, która na każdym albumie stale się rozwija. Grupa, która prawdopodobnie nigdy nie nagrała takiego samego albumu, a może nawet utworu. I "Starless and Bible Black" to kolejny już przykład na to, że należy wychodzić poza ścisłe kaniony poszczególnych grup, aby poznać coś niesamowicie ciekawego. Bo kto grał w ten sposób w latach 70.? Chyba nikt. Nawet Black Sabbath poza swoim kultowym utworem tytułowym z debiutu nie wywołał gęsiej skórki na moim ciele, tak jak KC na większości zamieszczonych tu utworów. Może nie jest to moja ulubiona płyta tego że zespołu, ale (pomimo paru wymienionych przeze mnie uwag) jest to krążek bliski perfekcji.

9/10

Lista utworów

  1. The Great Deceiver
  2. Lament
  3. We'll Let You Know
  4. The Night Watch
  5. Trio
  6. The Mincer
  7. Starless and Bible Black
  8. Fracture

wtorek, 9 sierpnia 2022

Recenzja: King Crimson - "Larks' Tongues in Aspic"

 

Okładka albumu "Larks' Tongues in Aspic" zespołu King Crimson

Trochę czasu mnie tu nie było. Nieobecność była spowodowana pobytem na Polandrock Festiwal, z którego nie wykluczam krótkiego opisu 😉

Jeśli chodzi o popularność albumów King Crimson, to zdecydowanie najbardziej znanym jest debiut. Jest jednak kilka płyt, które także zdobyły duże uznanie nie tylko krytyków, ale i publiczności. Właśnie jednym z nich jest piąty album zatytułowany "Larks' Tongues in Aspic".

Jak nietrudno się domyślić znając poprzednie cztery krążki grupy, ich kolejna propozycja znaczącą się różni od wszystkich poprzedników. Wciąż jest to płyta zawierająca masę pomysłów, mocno oparta na muzyce jazzowej, ale czerpiąca także jak zwykle z innych stylów muzycznych.

Grupa mocno wyprzedziła swoje czasy. Słychać to szczególnie w pierwszej części utworu tytułowego. Co prawda początek jest bardzo spokojny, natomiast później kompozycja nabiera niesamowitego ciężaru. Momentami brzmi mocniej niż zespoły pokroju Iron Maiden, które zadebiutują prawie 10 lat później. Ogromną rolę pełnią tu skrzypce obsługiwane przez Davida Crossa. Sama kompozycja jest bardzo mocno rozbudowana, poszczególne części różnią się mocno od siebie, a i tak łączą się zgrabnie w całość. Jeszcze bardziej zwarta jest druga część, która płytę kończy. Tu także jest bardzo mocno, wręcz agresywnie, a szczytowym momentem jest bardzo fajna solówka Crossa.

Mocno różni się od tych dwóch utworów spokojniejszy "Book of Saturday" z bardzo ładnym wokalem Johna Wettona. Także ładnie wypada "Exiles" z nietypowym wstępem i kolejnym dobrym występem wokalnym Wettona. Dwa pozostałe utwory czyli "Easy Money" i instrumentalny "The Talking Drums" są już bardziej żywiołowo zagrane. W tym pierwszym także dobrze, choć nie tak spokojnie jak w dwóch wcześniej opisywanych utworach wypada wokal. Obie kompozycje także są bardzo udane, mimo że wolę obie części utworu tytułowego oraz "Exiles"

"Larks' Tongues in Aspic" to kolejne niesamowite dzieło jednego z największych zespołów rockowych w historii. Grupa znowu powraca do bardziej przystępnego grania, i choć nie równa się pod tym względem z dwoma pierwszymi dziełami zespołu, to King Crimson interesująco połączył gatunki nie zawsze łatwe do zrozumienia dla przypadkowego słuchacza z rockowym, a wręcz z metalowym i to mocno metalowym czadem.

10/10

Lista utworów:

  1. "Larks' Tongues in Aspic. Part I"
  2. Book of Saturday
  3. Exiles
  4. Easy Money
  5. The Talking Drums
  6. Larks' Tongues in Aspic. Part II

niedziela, 3 lipca 2022

Recenzja: King Crimson - "Islands"

 

Okładka albumu "Islands" zespołu King Crimson

Trzeci album King Crimson, "Lizard" spotkał się wprawdzie ze słabym przyjęciem, jednak był świetny jeśli chodzi o sam jego poziom. Skład odpowiedzialny za nagranie tego albumu jednak szybko się rozpadł, w czym mocno "pomógł" Gordon Haskell, który miał wiele do zarzucenia tekstom pisanym przez Petera Sinfielda, a także do gry Keitha Tippetta na pianinie. W rezultacie wydany rok później "Island" został nagrany poraz kolejny w mocno zmienionym składzie. Kierunek pozostał jednak niemal identyczny, czyli po raz kolejny grupa mocno eksploruje jazzowe rejony.

Album zaczyna się nietypowo (jak to u King Crimson), bo od dźwięków kontrabasu. Po chwili dołączają do niego dźwięki fletu i pianina, z czego to drugie za jakiś czas zmierza w kierunku jazzu. Bardzo podobają mi się te spokojniejsze, folkowe momenty, jednak te bardziej jazzowe także są porywające, choć trzeba się w nie "wczuć" aby docenić w pełni. Fanom rocka bardziej powinien przypaść do gustu kolejny "Sailor's tale", który po pierwsze zawiera więcej energii, ale też świetnie spisuje się tutaj lider zespołu, Robert Fripp ze swoją gitarą, choć daleko jego grze do zdobywającego coraz większe uznanie wtedy hard rocka.

Dwa powyższe utwory uważam za bardzo dobre, gorzej oceniam trzeci na liście "The letters" oraz kolejny "Ladies of the Road". Ten pierwszy posiada co prawda ładny spokojny wstęp. Ten drugi za to odrzuca mnie średnimi fragmentami z udziałem wokalu, który swoją drogą ponownie nie jest najlepszy i wciąż daleko mu do świetnych partii Lake'a w debiucie. Za to fragmenty instrumentalne uważam za udane, momentami nawet za bardzo udane.

Wrażenie wyrwanego z kontekstu może sprawiać "Prelude - song of the Gulls". Pełni on jednak bardziej rolę wprowadzenia (chociaż dosyć długiego) do utworu ostatniego i zarazem chyba najważniejszego. Jako ciekawostkę można dodać, że kompozycja ta swoje korzenie miała jeszcze przed oficjalnym powstaniem King Crimson, czyli za czasów grupy Giles, Giles & Fripp. Finałowy, tytułowy utwór to za to chyba najbardziej przystępna pozycja z całego albumu, chociaż daleka od prostego, radiowego rocka. Może to dziwić, bo trwa najdłużej z całej płyty, więc przekonania, że na tak mocno tkwiącym w jazzie krążku, kompozycja ta będzie najbardziej pokręcona, są zrozumiane. A jednak jest zupełnie odwrotnie. Jest to jedna z najpiękniejszych propozycji zespołu w całej historii grupy, urzekająca piękną aranżacją, w której prym wiedzie początkowo pianino i flet, a w dalszej części kornet. Nawet solówki instrumentalistów są tu nagrane "ze smakiem" i nie są zbyt nachalne, mimo że zmierzają mocno w kierunku jazzu.

"Island" w momencie wydania, a nawet dzisiaj, uważamy jest za najsłabszy krążek King Crimson do tamtej pory...z czym się zgadzam. Absolutnie jednak nie uważam płyty tej za słabą. Prawdą jest, że wolę poprzedni "Lizard" który stylistycznie utrzymany jest w podobnej konwencji, ale czy to oznacza, że będę olewał ten album w przyszłości? Nie. Z sześciu długich w większości utworów niezbyt przekonuje mnie tylko jeden i fragmenty innego. Nie wywołują we mnie jednak skrajnie negatywnych emocji, więc będę w stanie je "przeboleć", a w przyszłości być może nawet docenić. Stąd ocena bardzo wysoka.

8/10

Lista utworów:

  1. Formentera lady
  2. Sailor's tale
  3. The letters
  4. Ladies of the Road
  5. Prelude - song of the Gulls
  6. Island

piątek, 20 maja 2022

Recenzja: King Crimson- "Lizard"

 

Okładka albumu "Lizard" zespołu King Crimson

Trzeci album karmazynowego króla to pozycja której przez długi czas mocno się obawiałem. Wiele naczytałem się na temat małej przystępności tej płyty i zdecydowanego zwrotu w stronę jazzu. Dawniej, gdy najbardziej liczyło się dla mnie albo jak najbardziej melodyjne albo ciężkie granie, był to dla mnie argument, aby nawet nie dać "Lizardowi" szansy. W rezultacie "przeskoczyłem" w dyskografii grupy odrazu do "kolorowej trylogii", gdyż był to czas kiedy zaczynałem pasjonować się post punkiem (na marginesie tamte albumy wtedy także mnie nie porywały, bo nawet post punk ceniłem sobie ten bardziej przystępny i piosenkowy). Na szczęście w końcu dałem szansę temu albumowi i jestem zachwycony.

Wbrew powszechnej opinii utwory nie są tak bardzo "trudne". Faktycznie zespół kieruję się mocno w stronę jazzu, ale momentami kompozycje niewiele odbiegają stylem od utworów z dwóch pierwszych albumów, mimo wielkich zmian w zespole. Chociaż z drugiej strony spora część nowych muzyków obecna była już przy nagrywaniu "In the Wake of Poseidon" jak np. nowy basista i wokalista w jednym- Gordon Haskell.

Choćby sam początek albumu, czy początek pierwszego na trafiliście "Cirkus" wypada całkiem przystępnie. Nie dzieje się tak jednak długo, bo łagodna początkowo gitara Frippa zmierza nagle w bardziej eksperymentalnym, jazzowym kierunku, a sam utwór nabiera ciężaru. Na dwóch poprzednich albumach zdążyliśmy się przyzwyczaić do genialnej pracy perkusisty i całe szczęście już w otwieraczu słyszymy, że nowy bębniarz zespołu, Andy McCulloch wcale nie ustępuje Michaelowi Gilesowi. Bardzo dużą rolę na trzecim albumie grupy pełnią instrumenty dęte i je także słyszymy w "Cirkus"- trąbkę w genialnej instrumentalnej końcówce.

W kolejnym utworze "Indoor games" dęciaki z kolei pojawiają się już na samym początku i wprowadzają w ciekawy klimat utworu, który w wolniejszej części wypada najlepiej. Ale zaraz po zwolnieniu usłyszymy genialną część instrumentalną. Zresztą przez cały utwór instrumentaliści pokazują swoje niezwykle wysokie umiejętności.

Stronę A na winylach kończą dwa krótsze utwory. Pierwszy trwający cztery i pół minuty "Happy Family" zwraca uwagę przede wszystkim ciężkim początkiem i przekształconym wokalem Haskella. Natomiast drugi z nich, niespełna trzyminutowy "Lady of the dancing Water" czaruje łagodnym, prawie folkowym klimatem z piękną partią gitarową wspomaganą choćby przez flet, trąbkę i klawisze.

Całą stronę B zajmuje niesamowita tytułowa suita "Lizard" z gościnnym udziałem Jona Andersona znanego w progresywnym światku ze śpiewania w Yes. Pierwsze minuty brzmią jak na ten zespół zaskakująco "piosenkowo". Partię melodronu obecne w tej kompozycji mają prawo kojarzyć się z utworami z poprzedników, ale nie znaczy to, że zespół zaczyna zjadać swój ogon. Nie, takiego utworu King Crimson jeszcze nie nagrał. Z resztą aż do dzisiaj ta zasłużona dla muzyki grupa nie należała do tych, która lubi powtarzać dawne schematy niezależnie od tego jak bardzo były udane- a zwykle były genialne. Wszystkich pomysłów i motywów obecnych w tej jednej suicie można naliczyć więcej niż u wielu wykonawców na całym albumie...jak nie dyskografii (pozdrawiam newschoolowców, punkowców i disco-polowców)

Co ciekawe album nawet przez twórców uznawany był za niewypał. Fripp uważa, że większość z zastosowanych tu rozwiązań nie do końca się udała, a inni muzycy aż odeszli z zespołu uznając, że album jest kompletną klapą. Mi się podoba bardzo, mimo, że wciąż lubię posłuchać czegoś bardziej melodyjnego czy prostego. Dla mnie ten album to genialne rozwinięcie stylistyki z dwóch wcześniejszych płyt zespołu i śmiało wystawiam ocenę maksymalną.

10/10

Lista utworów

  1. Cirkus
  2. Indoor games
  3. Happy Family
  4. Lady of the dancing Water
  5. Lizard

piątek, 15 kwietnia 2022

King Crimson - "In the Wake of Poseidon"

Okładka albumu "In the Wake of Poseidon" zespołu King Crimson


Drugi album gigantów z King Crimson jest płytą bardzo niedocenianą w katalogu zespołu. Moim zdaniem niezbyt słusznie, gdyż zawarte tu kompozycje stoją na naprawdę wysokim poziomie. Dziwi to tym bardziej, że stylistycznie "In the Wake of Poseidon" nie odbiega mocno od cieszącego się ogromnym uznaniem debiutu, ale też nie mamy tutaj do czynienia z autoplagiatem, bo kompozycje znacząco się od siebie różnią.

Faktycznie"Pictures of a city" kojarzyć się może z "21th century..." otwierającym poprzedni krążek, ale jedynie za sprawą energii i wykorzystania saksofonu. Poza tym utwory mocno się różnią. Dla porównania Grek Lake śpiewa tu czysto, bez żadnych efektów mających zmodyfikować jego głos, a i cześć instrumentalna zbudowana jest inaczej. Tutaj mamy np bardzo interesujące zwolnienie w jej trakcie.

Podobne skojarzenia z "odpowiednikami" z debiutu może budzić kolejny "Cadence and Cascade". To, podobnie jak "I talk to the wind" utwór bardzo łagodny z subtelnym śpiewem Gordona Haskella. Nowy wokalista naprawdę nieźle tu wypada i sam Grek Lake nie zaśpiewał by tego dużo lepiej. Pięknie wypada tutaj partia pianina, a uroku dodaje także flet. Piękne nagranie.

Najbardziej na porównaniach z debiutanckim albumem traci chyba tytułowy utwór. Przez swój monumentalny charakter i podniosły śpiew wokalisty, kompozycja uznawana się za gorszą wersje słynnego "Epitaph". Rzeczywiście trudno było zespołowi nagrać kolejne tak wielkie arcydzieło, jednak "In the Wake of Poseidon" wcale nie ustępuje mocno kultowej balladzie.

Te trzy utwory faktycznie mogą się nieco kojarzyć z pierwszą płytą grupy, jednak pozostałe kawałki, to już znaczące rozszerzenie stylistyki. Jak na ten styl, dość przebojowo wypada singlowy "Cat food". Jednak zespół znacząco utwór "ubarwił" jazzowymi zagrywkami. Ciężko oderwać się od prawie finałowego "the Devils triangle" o niesamowicie mrocznym klimacie. Kompozycja opiera się na utworze "Mars" Gustava Holsta, ale zespół nadał jej własnego charakteru. Całości dopełniają trzy miniaturki: śpiewana w całości a capella rozpoczynająca album "Peace- a beggining", rozpoczynająca się także śpiewem a cappella "Peace- an end" w której jednak słychać później gitarę akustyczną oraz wypadająca między utworem tytułowym a "Cat food" urocza "Peace- a theme" z partią Frippa na gitarze akustycznej.

Już ma drugim albumie King Crimson, grupa pokazała że ma zamiar wciąż się rozwijać, mimo powszechnej opinii o wtórności wobec debiutu. Nawet jeśli podobieństwa między trzema utworami a kilkoma kawałkami z debiutu są słyszalne, to muzycy nie plagiatowali tu samych siebie, lecz rozwinęli stare pomysły, dodając do nich coś nowego i świeżego. Ostatnio nawet chętniej słucham w całości ten album niż j go legendarnego poprzednika, że względu na to, że tutaj nie mamy tak "trudnego" utworu jak "Moonchild".

10/10

Lista utworów"

  1. Peace- a beggining
  2. Pictures of a City
  3. Cadence and Cascade
  4. In the Wake of Poseidon
  5. Peace- a theme
  6. Cat food
  7. Devils triangle
  8. Peace- an end 

czwartek, 7 kwietnia 2022

Recenzja: King Crimson- "In the Court of the Crimson King"

 

Okładka albumu "in the Court of the Crimson King" zespoły King Crimson

King Crimson to jeden z najbardziej oryginalnych i ambitnych rockowych zespołów w całej historii tego gatunku. Jako przedstawiciel „Wielkiej szóstki rocka progresywnego” (obok King Crimson należą do niej Pink Floyd, Yes, ELP, Jethro Tull i Genesis) jest tym, który faktycznie gatunek najbardziej poszerzał, czyli najmocniej spełniał samą ideę prog-rocka; a także najdłużej utrzymywał wysoki poziom swoich wydawnictw, wciąż się rozwijając mieszając ówczesne trendy muzyczne ze swoimi szerokimi, ambitnymi inspiracjami, m.in. jazzem, awangardą, muzyką klasyczną. Niemal zawsze odnosiło to wyśmienity skutek. Często skrajnie różne inspiracje po połączeniu i dodaniu niezwykle wysokiego poziomu instrumentalistów w każdym wcieleniu grupy (skład zespołu zmienia się niemal z płyty na płytę, a jedynym stałym członkiem jest gitarzysta Robert Fripp), dają świetny i oryginalny efekt.

Już na legendarnym debiucie, zespół pokazuje niezwykle wysokie umiejętności techniczne i kompozytorskie. Próżno szukać do tamtej pory (a nawet do dzisiaj) tak różnorodnego a zarazem spójnego albumu na tak wysokim poziomie. „In the Court of the Crimson King” jest zresztą najpopularniejszym albumem grupy, ponieważ jest ze wszystkich najbardziej przystępny.

Na otwarcie słyszymy najbardziej energiczny, agresywny wręcz „21st century Schizoid Man” z niesamowicie ciężkim riffem gitary i…saksofonu. Brzmi to nowatorsko i wspaniale, a sam ciężar kawałka poraża. Genialna jest tutaj część instrumentalna z popisami każdego z instrumentalistów, a ciekawie brzmi także przetworzony wokal Grega Lake’a nadający utworowi jeszcze bardziej „futurystycznego” klimatu.

Dalej jest już o wiele lżej, bardzo łagodnie, ale bynajmniej nie nudno! Mocne ukojenie przynosi nam kolejny „I talk to the wind” z pięknymi partiami klawiszy, gitary akustycznej oraz (co najbardziej mnie w kompozycji urzeka) fletu. Świetnie wypada tu po raz kolejny Greg Lake ze swoją piękną partią wokalną.

Ale to był dopiero przedsmak prawdziwych umiejętności wokalisty, a właściwie całego składu, bo po „I talk to the wind” słyszymy jedną z najwspanialszych kompozycji w całej historii muzyki. Pozbawiony choćby krótkiego złego fragmentu „Epitaph”, to monumentalna ballada ze wspaniałymi partiami melotronu, piękną melodią i niezwykle emocjonalnym śpiewem Lake’a. Ciężko opisać tą kompozycję słowami, trzeba ją po prostu posłuchać.

Równie magiczny jak „Epitaph” jest finał albumu, czyli prawie tytułowy „the court of the Crimson King”, czarujący niezwykłym, wręcz baśniowym lub bajkowym klimatem. Kompozycja na pewno spodoba się fanom np. wczesnego Genesis.

Celowo pominąłem czwarty na liście, najdłuższy z albumu „Moonchild”, ponieważ chciałem poświęcić mu odrobinę więcej uwagi. Początek kompozycji to ładna, bardzo łagodna piosenka, dopiero potem zaczyna się robić… no właśnie, jak? Dziwnie? Intrygująco? Ciekawie? Asłuchalnie? Sam mam ogromny problem z tą dłuższą, intrumentalną częścią utworu. Nie można odmówić muzykom pomysłowości, oryginalności czy ambicji, ale jest to fragment niezwykle trudny do słuchania dla standardowego słuchacza muzyki. Sam sporo już w swoim (jeszcze co prawda młodym) życiu słyszałem, ale ta część jeszcze do mnie nie przemawia. Nie powiem, intryguje, ale jeszcze nie jestem na tym poziomie, żeby zrozumieć tego typu eksperymenty. Może za kilka miesięcy, może za rok, gdy po raz kolejny wrócę do tego świetnego albumu docenię ten utwór, ale na ten moment to jedyna rzecz, która mnie od albumu „odrzuca”.

Debiut „karmazynowego króla” sporo namieszał w ówczesnej muzyce, do tej pory będąc inspiracją dla niezliczonych naśladowców i jednym z głównych punktów odniesienia dla zespołów neoprogowych i nie ma się co dziwić bo to naprawdę solidny i oryginalny materiał. Jedynie jeden, dość długi co prawda, fragment albumu pozostawia u mnie niesmak, ale zawsze go można pominąć. Chociaż nie polecam tego robić. Odbiór muzyki jest kwestią subiektywną. To że mi, jeszcze nie tak wprawionemu w bardziej ambitnej muzyce, „Moonchild” nie podszedł, nie znaczy że to dość awangardowe nagranie nie zachwyci Ciebie.

9/10

Lista utworów:

  1. 21th century schizoid man
  2. I talk to the Wind
  3. Epitaph
  4. Moonchild
  5. the Court of the Crimson King