Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazz folk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazz folk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 października 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Starsailor"

Okładka albumu "Starsailor" Tima Buckleya

Tim Buckley to przykład muzyka który potrafi odnaleźć się w naprawdę wielu różnych konwencjach. Droga jaką muzyk przeszedł od nazwanego swoim imieniem i nazwiskiem debiutu, do swojego szóstego albumu studyjnego zasługuje na ogromne uznanie. Mimo, że w początkach swojej kariery Buckley zdobył popularność grając przystępny folk czy folk rock, ten pragnął osiągnąć coś więcej. Pierwsze takie próby słyszalne były już na drugim i jeszcze bardziej na trzecim albumie artysty, za to piąty krążek - "Lorca"- to był już ogromny szok dla fanów Tima. Na "Starsailor" Buckley kontynuuje jazzowo-awangardowy kierunek - z wyśmienitym skutkiem.

Płyta rozpoczyna się wręcz mrocznie. "Come Here Woman" posiada bardzo ciekawy wstęp, a wraz z wejściem wokalu robi się niepokojąco. Co prawda później robi się bardziej melodyjnie, ale i tak jest ciekawie. Świetnie brzmi tu perkusja, ale reszta instrumentalistów gra także w niekonwencjonalny sposób. Nieco mniej ciekawie wypada także "dziwny" "I Woke Up", jednak i tu słychać intrygujące momenty, choćby teatralny wokal Buckleya. Sam lider swoim głosem na tym albumie eksperymentuje bardziej niż do tej pory, czego najlepszym przykładem jest "Monterey", "Jungle Fire" czy utwór tytułowy. Ten pierwszy zagrany jest z rockową mocą, a powtarzalny motyw jest jakby tłem dla głosu lidera. Drugi z utworów mocno kojarzy mi się z debiutem grupy o nazwie Comus, "First Uterance", jednak prezentuje się odrobinę mniej dziwnie. "Starsailor" za to jest chyba najbardziej porąbanym utworem na albumie. Jest to oparty przede wszystkim na eksperymentach głosowych psychodeliczno-awangardowy numer. Eksperymentalizm wiąże się nie tylko ze sposobem śpiewu Lidera, ale też efektami jakim ten został poddany (np. zwielokrotnianie czy zniekształcanie).

Wśród takich poplątanych kompozycji bardzo zwyczajnie, a mimo to przyjemnie wypada folkowy "Moulin Rouge" z fragmentami tekstu śpiewanymi po francusku. Jednym z moich ulubionych fragmentów jest wyciszający "Song to the Siren" z ładną partią wokalną i delikatnymi partiami instrumentów w tle, ale i dwa najbardziej jazzowe utwory na płycie wypadają interesująco. "Healing Festival" posiada jakby plemienny początek tyle że wzbogacony o partie saksofonu. "Down by the Borderline" za to jest bardzo chwytliwy, ale występuje tu solo na trąbce na tle jazzowej sekcji rytmicznej.

Już "Lorca" była albumem bardzo trudnym dla przeciętnego słuchacza. Nagrywając "Starsailor" jednak Tim Buckley poszedł jakby jeszcze bardziej w mniej przystępne rejony serwując nam przy okazji bardzo eklektyczny album będący świetną mieszanką folku, rocka, jazzu, awangardy i psychodelii. Na ten moment uważam krążek ten za bliski perfekcji. Być może za jakiś czas (podobnie być może będzie w przypadku poprzednika) będzie tu widnieć ocena maksymalna.

9/10

Lista utworów:

  1. Come Here Woman
  2. I Woke Up
  3. Monterey
  4. Moulin Rouge
  5. Song to The Siren
  6. Jungle Fire
  7. Starsailor
  8. Healing Festival
  9. Down by the Borderline

sobota, 22 października 2022

Recenzja: Matt Eliott - "The Mess We Made"

Okładka albumu "The Mess We Made" Matta Eliotta

Matt Eliott to muzyk bardzo uniwersalny, którego poznałem dzięki świetnej folkowej płycie "Only Myocardial Infarction Can Break Your Heart". Na tej płycie artysta dał poznać się jako utalentowany gitarzysta i genialny wokalista o bardzo niskim głosie podobnym do Leonarda Cohena. Gdy jednak zachęcony powyższym krążkiem zabrałem się za jego debiut byłem w niemałym szoku. 

Już okładka "The Mess We Made" powinna dać mi do zrozumienia, że album ten będzie zupełnie inny niż ten dzięki którego poznałem Matta Eliotta. Solowy debiut muzyka to płyta o niesamowicie ponurym, depresyjnym wręcz charakterze, z folkowym obliczem artysty mający nie za wiele wspólnego. 7-minutowy otwieracz "Let Us Break" mija błyskawicznie wciągając swoim lekko psychodelicznym minimalistycznym początkiem, a później czarując jeszcze bardziej gdy robi się intensywniej. A uroku dodają też kobiece wokale.

Swoim uduchowionym klimatem wciąga też "Also Run", w którym dodatkowo w dalszej części pojawiają się elektroniczne wstawki. Z jednej strony nadają one ciekawego kontrastu z tym co działo się w utworze do tamtej pory, ale z drugiej nie do końca do tego pasuje. Zupełnie inaczej ma się sprawa z innym urozmaiceniem w kolejnym "The Dog Beneath The Skin", w którym przesterowana gitara dodaje dodatkowego smaczku w i tak bardzo niepokojącym utworze. Genialnie brzmią w tej kompozycji organy dodające sakralnego nastroju. Za to w utworze tytułowym dyskotekowe wstawki kompletnie psują budowany przez cały utwór delikatnymi partiami instrumentów klimat. Bardzo wciągające są jeszcze "Cotard's Syndrome" z mistycznymi wokalizami, a także najkrótszy na płycie instrumentalny "The End". "Marynarski" "The Sinking Ship Song" odstaje za to poziomem od innych utworów, choć ponurym nastrojem pasuje do reszty albumu. Najbardziej "normalnie" wypada ostatni na albumie instrumentalny, folkowy "Forty Days". Dopiero później muzycy starają się urozmaicić nagranie.

Mimo, że niełatwy to album, to wg mnie warty bliższego zapoznania. Ostatni raz słuchałem go przed kilkoma dniami w czasie spaceru po parku o zmierzchu. Wokół zero ludzi, tylko drzewa i zapadający mrok. W takich okolicznościach dzieło Eliotta jeszcze bardziej zyskało.

8/10

Lista utworów:

  1. Let Us Break
  2. Also Run
  3. The Dog Beneath The Skin
  4. The Mess We Made
  5. Cotard's Syndrome
  6. The sinking Ship Song
  7. The End
  8. Forty Days

czwartek, 13 października 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Lorca"

Okładka albumu "Lorca" Tima Buckleya

Po kilku przystępnych albumach i odrobinę bardziej eksperymentalnym "Happy Sad" na fanów Tima Buckleya spadł niemały cios. Uprzedzając fakty jeszcze nie tragiczna śmierć młodo zmarłego muzyka. Powód zszokowania był o wiele bardziej błahy. Chodziło o kierunek w jakim muzyk podążył. Pomimo, że Buckley eksperymentował już wcześniej, to mało kto spodziewał się, że na swoim kolejnym albumie pod tytułem "Lorca" podąży on w aż tak nietypowym, awangardowym niemal kierunku. W okresie wydania krążek ten nie zdobył należnej mu popularności. Dopiero po latach został należycie doceniony.

Większość z pięciu zawartych tu kompozycji utrzymanych jest w wolnym tempie, jednak każda utrzymuje słuchacza przy sobie i każda od siebie znacząco się różni. 10 minutowy utwór tytułowy od samego początku musiał zszokować fanów folkowego oblicza Buckleya. Tutaj bardziej przystępny folk słyszalny jest w ilościach bliskich zeru. Ciężko jednoznacznie przypisać tej kompozycji jakiś gatunek, jednak intryguje on przez cały czas trwania swoim niepokojącym klimatem i interesującą partią wokalną lidera. "Anonymous Proposition" w pierwszym wrażeniu może wydawać się zupełnie mniej ciekawy od poprzedniego utworu, jednak gdy wsłucha się w niego uważniej, okazuje się, że wcale tak mało ciekawych rzeczy się tam nie dzieje.

"I had a Talk With My Woman" i "Driftin'" to już utwory przystępniejsze, szczególnie ten pierwszy pierwszy, bo posiada całkiem ładną, delikatną melodię. Sporo uroku tu nadają także kongi, za to "Driftin'" potrafi "zahipnotyzować" słuchacza swoją jamową strukturą. Ostatni na albumie "Nobody Walkin'" to już nagranie o wiele żywsze od wszystkich poprzednich. Tu także pojawiają się kongi, a sam utwór nie odstaje od pozostałych jeśli chodzi o chęć eksperymentowania przez muzyków.

"Lorca" na pewno nie należy do albumów najłatwiejszych w dyskografii Tima Buckleya. Być może jest to nawet najtrudniejszy w odbiorze krążek artysty. Nie powiedziałbym jednak, że jest niesłuchalny dla fanów "zwykłego" folku czy rocka. Wystarczy się odrobinę otworzyć, a płyta ta może sprawić niemało wrażeń.

9/10

Lista utworów:

  1. Lorca
  2. Anonymous Proposition
  3. I had a Talk With My Woman
  4. Driftin'
  5. Nobody Walkin'

piątek, 7 października 2022

Recenzja: Van Morrison - "Astral Weeks"

Okładka albumu "Astral Weeks" Vana Morrisona

Van Morrison to brytyjski wokalista i użytkownik takich instrumentów jak gitara, ukulele, saksofon czy harmonijka, a także artysta, którego nie sposób przyporządkować do jednego gatunku, co pokazał już zresztą na debiucie "Blowin'Your Mind". Na tym właśnie krążku muzyk dosyć umiejętnie lawirował między rockiem charakterystycznym dla zespołów brytyjskiej inwazji (do której sam jest zaliczany) jak The Animals, The Beatles czy The Rolling Stones, folkiem, z którego jest najbardziej znany, bluesem czy R'n'b. Warto się ze wspomnianym krążkiem zapoznać jeśli jest się miłośnikiem wspomnianych wyżej grup i im podobnych. Jednak to na drugim albumie Morrisona chciałbym się skupić.

"Astral weeks" to już krążek o wiele bardziej spójny, co nie znaczy jednorodny. Muzyk i towarzyszący mu artyści prezentują tu ciekawszą, bardziej eksperymentalną odmianę muzyki folkowej. Idealnie więc nadaje się dla kogoś kto polubił twórczość opisywanych przeze mnie Roya Harpera czy (chyba nawet bardziej) Tima Buckleya. Podobnie jak niektóre z albumów tej dwójki, "Astral Weeks" prezentuje muzykę trudną do sklasyfikowania. Mówi się o folk rocku, jazz folku, a ja mógłbym zaliczyć ją do użytego już w stosunku do "Stormcock" Harpera terminu folk progresywny.

Już rozpoczynający album utwór tytułowy mimo długiego czasu trwania urzeka zamiast nudzić choć w pierwszej chwili można uznać że poza ładną melodią niewiele tu się dzieje. To i tak dopiero przedsmak. Kolejny "Beside You" ze swoim bogatym instrumentarium zachwyca mnie jeszcze bardziej, a w takim "Sweet Thing" zachwycają mnie partie fletu, ale każdy z instrumentalistów gra tu piękne partie. Podobać może się też spokojny "Madame George", który mimo wszystko mógłby być trochę krótszy. Najbardziej zaciekawiły mnie jednak dwa utwory. Żywiołowy "The Way Young Lovers Do" został wzbogacony dużym wpływem instrumentów dętych, a krótkie solo na trąbce w towarzystwie mniej typowej partii gitary akustycznej przywołuje na myśl skojarzenia z jazz rockiem. Mniej zachwycająco początkowo wypadła "Ballerina". Z czasem jednak utwór nabierał intensywności, z konwencji wymyka się gitara, a wokal staje się bardziej emocjonalny. Na takim tle nawet całkiem udany lecz bardziej konwencjonalny "Cyprus Avenue" zdaje się być jednym z gorszych utworów. "Slim Slow Slider", w którym słuchać saksofon to za to utwór przyjemny i nic więcej. W zasadzie mogłoby go nie być i w takim przypadku myślę, że "Ballerina" byłaby lepszym finałem albumu.

"Astral weeks" bardzo szybko zdobył uznanie krytyków w przeciwieństwie do podobnych mu albumów innych ciekawych folkowych artystów. Przez kolejne lata płyta ta była wymieniana wśród najlepszych albumów w historii rocka. Można się kłócić czy bardziej na takie miana nie zasługują dzieła Buckleya seniora, Harpera albo Neila Younga, ale gdy komuś spodobał się ten album to nie widzę przeszkód by sięgnąć po inne bardziej eksperymentalne folkowe krążki.

8/10

Lista utworów:

  1. Astral Weeks
  2. Beside You
  3. Sweet Thing
  4. Cyprus Avenue
  5. The Way Young Lovers Do
  6. Madame George
  7. Ballerina
  8. Slim Slow Slider

niedziela, 28 sierpnia 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Happy sad"

Okładka albumu "Happy sad" Tima Buckleya

Tim Buckley karierę zaczął od nagrywania przyjemnych folkowych i folk rockowych utworów bliskich ówczesnej modzie. Na drugim albumie swoją stylistykę wzbogacił o nowe, ciekawe inspiracje. Styl z drugiego albumu został jeszcze bardziej dopracowany na trzecim albumie, "Happy sad"

Tim Buckley znacząco odcinał się od porównań z choćby Bobem Dylanem i upierał się, że jest bardziej muzykiem jazzowym niż folkowym. Właśnie na "Happy sad" zaczyna to udowadniać. Jazzowe wpływy słychać już w pierwszych dźwiękach "Strange Feelin'". Do wcześniejszej, bardziej folkowej twórczości co prawda nawiązują partie gitary akustycznej, ale nawet te zdają się być momentami bardziej zainspirowane jazzowymi gitarzystami. Oprócz bardzo przyjemnej, choć skomplikowanej warstwy instrumentalnej, trzeba wyróżnić po raz kolejny głos lidera, który także śpiewa w interesujący, nie zawsze schematyczny sposób.

Interesująco rozwija się też "Love from Room 109 at the Islander (on Pacific  Coast Highway)". Ten jest co prawda mocno wyciszony i co by nie ukrywać, dla kogoś nie osłuchanego z tego typu muzyką, może być nudny - szczególnie że trwa aż 10 minut. Jednak dla kogoś kto choć trochę zapoznał się z folkiem czy np rockiem progresywnym utwór ten z pewnością powinien być interesujący. Łatwiejszy w odbiorze jest chyba kolejny "Dream Letter" i tu zdarzają się momenty mniej typowe, ale jako całość zdaje się prostszy i odrobinę bardziej energiczny niż utwór poprzedni. Dla mnie jednak jest to jeden ze słabszych momentów albumu, choć wciąż udany.

Bardziej typowo wypada "Buzzin'Fly". Tu wpływ muzyki jazzowej nie jest aż tak widoczny, jednak partie gitary zagrane są z naprawdę świetnym feelingiem, a przy tym z rockową mocą. Świetnie Buckley spisuje się też jako wokalista. Spodobać się rockowym słuchaczom może się także "Gypsy Woman". Początek co prawda także jest zagrany spokojnie, później jednak utwór zamienia się porywający jam zagrany z rockową mocą. Świetny numer. Na wyciszenie na końcu Buckley serwuje nam krótki, folkowy i przyjemny "Sing a Song for You".

"Happy sad" to album na niezwykle wysokim poziomie. Tim Buckley świetnie rozwinął swój styl od miłego, ale mało oryginalnego folk rocka, to stylu który ciężko nazwać. Jazz folk, folk progresywny/awangardowy czy może jazz rock lub rock progresywny - każda z tych nazw obroniła by się gdyby chcieć przypisać jej konkretną łatkę. Wciąż jednak w większości jest to muzyka, którą może słuchać ktoś kto do tej pory słucha np rocka lub alternatywy. Jest to album na tyle zróżnicowany, że któraś ze znajdujących się tu pozycji powinna przypaść do gustu.

9/10

Lista utworów:

  1. Strange Feelin'
  2. Buzzin'Fly
  3. Love from Room 109 at the Islander (on Pacific  Coast Highway)
  4. Dream Letter
  5. Gypsy Woman
  6. Sing a Song for You

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Goodbye and Hello"

 

Okładka albumu "Goodbye and Hello" Tima Buckleya

Tim Buckley spory potencjał pokazał już na debiutanckim albumie. Przez kilka miesięcy dzielące wydanie kolejnego krążka folkowego artysty poczynił on jednak ogromne postępy. O ile na "Tim Buckley" dominowały utwory łatwe i przyjemne, nie wyróżniające się za bardzo na tle innych zbliżonych wykonawców, tak na "Goodbye and Hello" muzyk poszedł w znacznie ciekawsze rejony.

Jeszcze rozpoczynający album "No Man Can Find the War" jest jakby pomostem między poprzednim krążkiem, a bardziej eksperymentalnym podejściem na krążku numer dwa i jeszcze bardziej eksperymentalnym podejściem na kolejnych albumach. Sama kompozycja wg mnie jest udana i świetnie brzmią tutaj partię każdego z instrumentalistów, no i oczywiście wokal lidera. Już bardziej od typowego folku oddala się kolejny "Carnival Song" oparty na wesołkowatej "cyrkowej" melodyjce, jednak sporo instrumentaliści robią, aby odciągnąć uwagę słuchacza od tej co by wiele nie mówić banalnej melodii. Sam utwór jednak nie podoba mi się za bardzo, ale też nie przeszkadza. Na podobnej zasadzie zbudowany jest również wesołkowaty "Knight-Errant", który także mnie nie przekonuje.

Słabszych fragmentów jest tu niestety więcej, bo przyjemny, ale nic nie wnoszący finał albumu w postaci "Morning Glory" z chórkami w tle w pewnym momencie nuży, a monumentalny utwór tytułowy, który miał być prawdopodobnie najważniejszą kompozycją na albumie jest dla mnie przerostem formy nad treścią. Lecz głównie w tych bardziej energicznych momentach, bo uczciwie trzeba przyznać muzykom, że fragmenty spokojne są niezwykle udane. Buckley po prostu nie poradził sobie ze zgrabnym połączeniem tak wielu motywów w jedną całość i podobnie jak opisywany już przeze Nick Drake dał się ponieść momentami zbyt bogatym aranżacjom.

I z istotnych wad, to by było na tyle. W pozostałych utworach nie dostrzegam wielkich minusów. "Pleasant Street" charakteryzuje się bogatą aranżacją i ponurym klimatem będąc jednym z moich ulubionych utworów na albumie. Mroczny wstęp posiada "Hallucinations", po jakimś czasie jednak utwór nabiera ciężaru, w warstwie instrumentalnej robi się gęsto, a momentami ma się wrażenie jakby muzycy grali niezależnie od siebie. Brzmi to jednak bardzo interesująco. Bardziej intensywnie jest w "I Never Asked to be Your Mountain", natomiast spokojnie, a wręcz magicznie jest w "Once I Was" i "Phantasmagoria in Two"

Album numer dwa Tima Buckleya jest o wiele ciekawszy od jego debiutu. Tu już można bardziej wierzyć muzykowi, że jest on Jazzmanem, a nie muzykiem folkowym, to jednak wciąż tylko rozgrzewka przed tym, co artysta przygotuje w przyszłości. Nie mniej warto posłuchać i tej pozycji.

7/10

Lista utworów:

  1. No Man Can Find the War
  2. Carnival Song
  3. Pleasant Street
  4. Hallucinations
  5. I Never Asked to be Your Mountain
  6. Once I Was
  7. Phantasmagoria in Two
  8. Knight-Errant
  9. Goodbye and Hallo
  10. Morning Glory