Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elektronika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elektronika. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 grudnia 2022

Recenzja: Squid - "Bright Green Field"

Okładka albumu "Bright Green Field" zespołu Squid

Było już u mnie o black midi, było o Black Country, New Road, przyszła więc pora na grupę, która z dwiema wspomnianymi jest powiązana stylistycznie, jak i środowiskowo. Chodzi o Squid. Podobnie jak oba wymienione na początku zespoły, tak i Squid nagrywa szeroko rozumiany post punk z wpływami innych gatunków, jak jazz, funk czy elektronika. To co łączy wszystkie trzy zespoły to także obecność charyzmatycznego wokalisty o bardziej specyficznym sposobie śpiewania, chociaż w post punku "dziwny" wokal to nic nadzwyczajnego.

Album rozpoczyna miniatura pod tytułem "Resolution Square". Nie nazwał bym jej odpowiednim wstępem do albumu, bo jest to tylko seria elektronicznych dźwięków przez niecałą minutę. I choć elektronika na debiucie Squid jest obecna i momentami daje mocno o sobie znać, to ktoś po wysłuchaniu tych kilkudziesięciu sekund otwieracza może być zdziwiony, gdy usłyszy kolejny "G.S.K.", który z intrem nie ma nic wspólnego. Drugi utwór na płycie jest równie gęsty i dynamiczny jak choćby utwory Talking Heads albo King Crimson w swoim post punkowym okresie.

Podobnie ma się sprawa z kolejnym "Narrator". Ten jednak dodatkowo świetnie buja, a także wyróżnia się udziałem kobiecego wokalu - przez większość utworu są tu tylko mówione wersy, później jednak ciarki wywołują dzikie wrzaski.

W kolejnych "Boy Racers" i "Padding" już mocniej daje o sobie znać elektronika. Ten pierwszy mimo podzielenia wyraźnie na dwie części - nowofalową i elektroniczną - jest jednym z moich ulubionych utworów na płycie. Ale i "Padding" posiada świetny klimat, choć występują w nim bardziej żywiołowe momenty.

Wraz z "2010" pojawia się chwila zastanowienia czy grupie nie zaczęły kończyć się pomysły, bo przypomina nieco inne wolniejsze momenty do tej pory. Później jednak pojawia się niezwykle ciężki, metalowy niemal fragment, jednak znacznie bardziej złożony niż mogłaby zagrać większość przedstawicieli tego bardzo obszernego gatunku. "The Flyover" to tylko niepotrzebna miniatura, ale następujący po nim "Peel St." to już bardzo fajne, energiczne i bujające nagranie z niezłym zwolnieniem w dalszej części. Ostatnie dwa utwory na albumie za to już ciężko porównać do innych. "Global Groove" to chyba najbardziej klimatyczne nagranie na albumie, które wciąga nawet w bardziej żywiołowych momentach. Finałowy "Pamphlets" za to oprócz wielu zmian motywów wyróżnia się... normalnym sposobem śpiewu Olliego Judge'a.

Naprawdę ciężko mi określić który z trzech powiązanych ze sobą zespołów polubiłem najbardziej. Każdy z nich ma w sobie to "Coś" i każdy w zeszłym roku nagrał świetne, wciągające albumy. Zresztą, z całej trójki, tylko Squid nie wydał równie ciekawego albumu we właśnie się kończącym roku. Mimo to nie wolno skreślać tej grupy z listy potencjalnych "zbawicieli rocka" jakich często na siłę szuka się w ostatnich latach. Chociaż ciężko znaleźć właśnie te zespoły w rockowych czasopismach czy innych mediach tematycznych, a zamiast nich wyróżnia się takie zespoły jak Maneskin czy Greta van Fleet.

10/10

Lista utworów:

  1. Resolution Square
  2. G.S.K.
  3. Narrator
  4. Boy Racers
  5. Padding
  6. Documentary Filmmaker 
  7. 2010
  8. The Flyover
  9. Peel St.
  10. Global Groove
  11. Pamphlets

sobota, 26 listopada 2022

Recenzja: Björk - "Fossora"

Okładka albumu "Fossora" Björk

Bardzo dużo wskazuje na to, że bieżący rok nie będzie wiele odstawał od poprzedniego pod względem ciekawych muzycznych premier. Sam jeszcze nie zapoznałem się ze sporą częścią tego co z góry wydało mi się ciekawą pozycją, jednak wiele płyt, które zdążyłem przesłuchać, stoi na wysokim poziomie. Jednym z takich albumów jest najnowsza propozycja Björk.

Islandka już od dłuższego czasu konsekwentnie skupia się na swoich artystycznych ambicjach kosztem popularności jaką przyniosły jej pierwsze albumy. Dla wielu słuchaczy może wydawać się, że Björk od kilkunastu lat "zamula". A jednak ona po prostu świetnie buduje czarujący, melancholijny klimat, praktycznie z albumu na album zmieniając środki za których pomocą śpiewaczka go osiąga.

Oczywiście na prawie każdym albumie znalazła się kompozycja, która faktycznie mnie nudziła, ale na albumie nazwanym "Fossora" takiego nie  słyszę. Do fanów dwóch pierwszych płyt Björk najbardziej prawdopodobnie przemówi "Atopos". Utwór ten posiada całkiem zgrabną, przebojową melodię, jednak sama kompozycja jest dość eksperymentalna i opiera się na lekko jazzowym podkładzie instrumentów dętych na tle elektroniki. 

Reszta utworów to już kawałki znacznie bardziej klimatyczne. Raz posiadają dużo czarującego klimatu jak baśniowe "Allow", ciekawsze "Fungal Time" czy "Her Mother's House". Raz są wręcz mroczne i wywołujące ciarki - "Victimhood" i "Trölla-Gabba". A innym razem wyraźnie czuć bardziej zimowy klimat w "Ancestress", w którym połączenie smyczków i dzwonków na pewno będzie pasować do tego co już powoli zaczyna się dziać za naszymi oknami.

Świetnej atmosfery nie można odmówić też stonowanemu "Ovule", "Sorrowful Soil" z udziałem chóru i "Freefall". Praktycznie każdy z wymienionych kawałków jest od siebie różny, a mimo to album zachowuje spójność. I spójności tej nie zaburza także będąca bardziej miniaturą niż "zwykłym" utworem, hipnotyzująca "Mycelia" czy genialny utwór tytułowy, w którym po pierwszej, bardziej jazzowej części słychać bardziej agresywną elektronikę.

"Fossora" jest kolejną udaną propozycją Björk i myślę, że nie ostatnią. Zwykle trzeba czekać kilka lat na kolejne wydawnictwa Islandki i zapewne na kolejny album jeszcze poczekamy, ale biorąc pod uwagę solidny poziom kolejnych krążków, jestem spokojny o wartość kolejnej propozycji.

8/10

Lista utworów:

  1. Atopos
  2. Ovule
  3. Mycelia
  4. Sorrowful Soil
  5. Ancestress
  6. Victimhood
  7. Allow
  8. Fungal Time
  9. Trölla-Gabba
  10. Freefall
  11. Fossora
  12. Her Mother's House 

środa, 9 listopada 2022

Recenzja: Matt Eliott - "Drinking songs"

Okładka albumu "Drinkng Songs" Matta Eliotta

Nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać po drugim albumie Matta Eliotta. Gdy poznawałem tego artystę przypiąłem mu łatkę folkowego śpiewaka. Tymczasem gdy zachęcony pierwszym bardzo dobrym wrażeniem po "Only Myocardial Infarction Can Break Your Heart" sięgnąłem po debiutancki album muzyka byłem w niemałym szoku stylistyką jaką obrał i ogromnym użyciem elektroniki. Gdy sięgnąłem po "Drinking Songs" nie wiedziałem któremu z tych albumów drugi krążek w karierze solowej Elliota będzie mu bliżej, a może będzie zupełnie od nich odmienny. Okazało się, że to coś pomiędzy. 

Jeśli chodzi o stylistykę to zdecydowanie przeważa tutaj to co poznałem na "Only Myocardial...", natomiast niemal każdy z obecnych tu utworów jest równie ponury, mroczny i depresyjny jak kompozycje z "The Mess We Made". Jednak o ile ma debiucie nastrój ten budowany był w dużej mierze elektroniką, tak na drugim dziele artysta buduje go tradycyjnymi instrumentami. Tak jak ponuro zaczyna się 10-cio minutowy "C.F. Bundy" tak jest przez cały czas trwania krążka. To dobrze, że album zachowuje spójność, jednak muzyk wpadł w pułapkę chcąc zapełnić jak najbardziej płytę CD. i tak o ile otwieracz mimo długiego czasu trwania jest naprawdę bardzo udany, tak następujący po nim "Trying to Explain" jest do niego tak podobny, że można nie zauważyć, że kończy się jeden utwór a zaczął kolejny.

Na dobre tory muzycy wracają w "The Guilty Party", w którym po raz pierwszy na albumie wokal odgrywa naprawdę istotną rolę. I właśnie tu można zauważyć jak głos Matta Eliotta przypomina głos legendarnego Leonarda Cohena. Mimo bardzo melancholijnego, ponurego nastroju, utwór jest bardzo ładny i wciągający. Nieznacznie poziom spada ponownie w "What's Wrong". Wciąż jest to jednak niezły utwór. 

Zadatki na naprawdę świetną kompozycje miało prawie 12 minutowe "The Kursk". Po początkowych odgłosach kojarzących się jakby z atakiem militarnym następuje prosta ale chwytająca za serce partią gitary akustycznej. Jednak w przeciwieństwie do "C.F. Bundy", tutaj Elliot niepotrzebnie powtarza za długo te same motywy. Jednak dalej jest to ciekawa kompozycja. Niezłe mogłoby być "What the Fuck Am I doing on this Battlefield" gdyby nie to, że za bardzo przypomina wcześniejsze utwory. Najbardziej na tle całości wyróżniają się dwie kompozycje. Pierwsza z nich, "A Waste of Blood" jest jakby mniej depresyjny, lecz jednocześnie znacznie bardziej nijaki. Natomiast finałowy, trwający ponad 20 minut "The Maid We Messed" jako jedyny na całym krążku zawiera elektronikę. Ta co prawda pojawia się dopiero po paru minutach, jednak znacznie wzbogaca tego kolosa, który i tak był interesujący jeszcze przed pojawieniem się elektronicznych partii. Te w pewnym momencie stają się agresywne i stopniowo coraz bardziej zagłuszają tradycyjne instrumenty. Dobrze, że Elliot zdecydował się na taki krok, bo w album coraz bardziej wkradała się monotonia. Ale mimo tych wszystkich zalet tej kompozycji, powinna być ona krótsza - tak jak cały album.

Na drugim swoim albumie Matt Eliott utrzymał swój wysoki poziom, mimo obrania innej stylistyki. Największą wadą tego krążka jest jego długość, bo same kompozycję bronią się osobno (poza jednym wyjątkiem), i gdyby ograniczyć powtarzanie za długo tych samych patentów, a także zrezygnować z "A Waste of Blood", to "Drinkng Songs" dostało by ode mnie z pewnością wyższą ocenę.

7/10

Lista utworów:

  1. C.F. Bundy
  2. Trying to Explain
  3. The Guilty Party
  4. What's Wrong
  5. The Kursk
  6. A Waste of Blood
  7. What the Fuck Am I doing on this Battlefield
  8. The Maid We Messed 

poniedziałek, 7 listopada 2022

Recenzja: Björk - "Utopia"

Okładka albumu "Utopia" Björk

Bardzo wysoką poprzeczkę ustawiła sobie Björk nagrywając świetne "Vulnicura". Co prawda każdy wcześniejszy album Islandki także stał na co najmniej dobrym, a zwykle bardzo wysokim poziomie, jednak nagrywając "Utopię" artystka stanęła przed nie lada wyzwaniem. Jednak ta nie byłaby sobą gdyby znowu z albumu na album nie zmieniła podejścia. Ponownie co prawda mieszają się partie tradycyjnych instrumentów z wyraźną elektroniką. Ta ostatnia jednak służy do podkreślenia często bajkowego albo bardziej ponurego klimatu.

Jednak niestety ale Björk nie dała rady zbliżyć się do poziomu poprzednika. Album trwa ponad godzinę, a biorąc pod uwagę, że Islandka zwykle proponuje nam spokojniejsze, powolne kawałki już z góry miałem obawy czy pod koniec nie będę się męczył. Moje obawy się sprawdziły, bo o ile do pewnego momentu słuchało mi się "Utopii" z bardzo dużą przyjemnością, tak później już czekałem aż nadejdzie koniec. 

Początkowy "Arisen My Senses" jednak zdaje się być bliższy radiowej muzyce niż spora część materiału z wcześniejszych albumów. A jednak w kompozycji tej nie brakuje kombinowania i ambicji. Szybko jednak Björk wycisza słuchacza bo "Blissing Me" to właśnie taka kojąca, uspokajająca propozycja. Tu jest jeszcze dobrze, ale w kolejnym, także spokojnym "The Gate" jest już nudno i nie pomagają nawet nietypowe jakby zwierzęce dźwięki. Jednak gdy pomysł z takimi dźwiękami powtórzono w najdłuższym na albumie, niepokojącym "Body Memory" dało to już znakomity efekt. A gdy później pojawiają się jakby sakralne chóry, to robi się jeszcze ciekawiej. Także niepokojący "Features Creatures" to również niezwykle mocny punkt albumu, podobnie jak spokojny utwór tytułowy. Za udane uznaje też bajkowy "Courtship" i płynnie z niego przechodzący "Losss". Ten pierwszy posiada sporo elektroniki, która zdaje się średnio do tego klimatu pasować, ale ostatecznie utwór się broni. Za to jego kontynuator zdaje się bardziej ponury i wg mnie jeszcze ciekawszy. Na plus jeszcze można wyróżnić bardzo intensywny "Sue Me", za to ostatnie cztery utwory, "Tabula Rasa", "Claimstaker", "Saint" i "Future Forever" już mnie nudzą.

"Utopia" to z pewnością album udany. Większość materiału to naprawdę dobre kompozycje, tyle że album ma wadę jaką posiada cała masa płyt odkąd wyprowadzono płyty kompaktowe, czyli długość. Gdyby "Utopia" skończyła się na "Sue Me" byłby to solidny konkurent "Vulnicury" o miano mojego ulubionego albumu Björk  ale i tak warto się z nią zapoznać.

8/10

Lista utworów:

  1. Arisen My Senses
  2. Blissing Me
  3. The Gate
  4. Utopia
  5. Body Memory
  6. Features Creatures
  7. Courtship
  8. Losss
  9. Sue Me
  10. Tabula Rasa
  11. Claimstaker
  12. Saint
  13. Future Forever 

środa, 26 października 2022

Recenzja: Björk - "Vulnicura"

Okładka albumu "Vulnicura" Björk

Który to już album Björk, na którym artystka serwuje nam świetnie wyważone proporcję między subtelnymi, delikatnymi dźwiękami, a dosyć mocno wybijającą się na pierwszy plan elektroniką. I mimo zastosowania podobnych środków w którymś już w dyskografii Islandki albumie, "Vulnicura" i tak różni się od swoich poprzedników. Może nie jakoś drastycznie, ale brzmi inaczej.

Tym razem obok elektroniki, która z albumu na album pełni coraz to bardziej istotną rolę, na pierwszy plan wybijają się partie instrumentów smyczkowych. Smyczki w większości materiału nadają utworom tu obecnym melancholijnego, odprężającego nastroju. Tak jest w "Stonemilker" albo w "Blacklake". W tym drugim jednak po około pięciu minutach robi się jeszcze ciekawiej i znacznie intensywniej. Określenia "intensywny" zresztą można użyć także opisując "History of Touches", w którym dźwięki atakują nas z każdej strony, jeden z ciekawszych "Mouth Mantra" czy krótki "Quicksand". Interesujące są też mroczny "Family" czy "Notget" z często nie pasującymi w teorii do siebie dźwiękami. W ciekawy sposób  użyte zostały instrumenty smyczkowe w "Atom Dance". W tym nagraniu zdaje się jakby muzycy grający na tych instrumentach grali na nich bez użycia smyczka. Łączący fragmenty melancholijne z mocniejszymi "Lionsong" to także udany moment albumu.

Kilkukrotnie pisałem, że Björk na każdym albumie musi umieścić jakiś niewypał. Coś co mnie zanudzało nawet jeśli reszta albumu także była utrzymana w spokojnieszych klimatach. "Vulnicura" jednak to album, w którym nie znalazłem takiego utworu. Może to kwestia osłuchania i już mnie nie nudzi taka muzyka, ale myślę, że islandzka artystka w 2015 roku wydała swój najlepszy, najbardziej równy album w dotychczasowej karierze. Wiele dobrego to mówi o wykonawcy, że po tylu latach na scenie wciąż nagrywa coraz to lepsze dzieła.

9/10

Lista utworów:

  1. Stonemilker
  2. Lionsong
  3. History of Touches
  4. Black Lake
  5. Family
  6. Notget
  7. Atom Dance
  8. Mouth Mantra
  9. Quicksand

sobota, 22 października 2022

Recenzja: Matt Eliott - "The Mess We Made"

Okładka albumu "The Mess We Made" Matta Eliotta

Matt Eliott to muzyk bardzo uniwersalny, którego poznałem dzięki świetnej folkowej płycie "Only Myocardial Infarction Can Break Your Heart". Na tej płycie artysta dał poznać się jako utalentowany gitarzysta i genialny wokalista o bardzo niskim głosie podobnym do Leonarda Cohena. Gdy jednak zachęcony powyższym krążkiem zabrałem się za jego debiut byłem w niemałym szoku. 

Już okładka "The Mess We Made" powinna dać mi do zrozumienia, że album ten będzie zupełnie inny niż ten dzięki którego poznałem Matta Eliotta. Solowy debiut muzyka to płyta o niesamowicie ponurym, depresyjnym wręcz charakterze, z folkowym obliczem artysty mający nie za wiele wspólnego. 7-minutowy otwieracz "Let Us Break" mija błyskawicznie wciągając swoim lekko psychodelicznym minimalistycznym początkiem, a później czarując jeszcze bardziej gdy robi się intensywniej. A uroku dodają też kobiece wokale.

Swoim uduchowionym klimatem wciąga też "Also Run", w którym dodatkowo w dalszej części pojawiają się elektroniczne wstawki. Z jednej strony nadają one ciekawego kontrastu z tym co działo się w utworze do tamtej pory, ale z drugiej nie do końca do tego pasuje. Zupełnie inaczej ma się sprawa z innym urozmaiceniem w kolejnym "The Dog Beneath The Skin", w którym przesterowana gitara dodaje dodatkowego smaczku w i tak bardzo niepokojącym utworze. Genialnie brzmią w tej kompozycji organy dodające sakralnego nastroju. Za to w utworze tytułowym dyskotekowe wstawki kompletnie psują budowany przez cały utwór delikatnymi partiami instrumentów klimat. Bardzo wciągające są jeszcze "Cotard's Syndrome" z mistycznymi wokalizami, a także najkrótszy na płycie instrumentalny "The End". "Marynarski" "The Sinking Ship Song" odstaje za to poziomem od innych utworów, choć ponurym nastrojem pasuje do reszty albumu. Najbardziej "normalnie" wypada ostatni na albumie instrumentalny, folkowy "Forty Days". Dopiero później muzycy starają się urozmaicić nagranie.

Mimo, że niełatwy to album, to wg mnie warty bliższego zapoznania. Ostatni raz słuchałem go przed kilkoma dniami w czasie spaceru po parku o zmierzchu. Wokół zero ludzi, tylko drzewa i zapadający mrok. W takich okolicznościach dzieło Eliotta jeszcze bardziej zyskało.

8/10

Lista utworów:

  1. Let Us Break
  2. Also Run
  3. The Dog Beneath The Skin
  4. The Mess We Made
  5. Cotard's Syndrome
  6. The sinking Ship Song
  7. The End
  8. Forty Days

środa, 12 października 2022

Recenzja: Björk - "Biophilia"

Okładka albumu "Biophilia" Björk

Björk to artystka, której ruchy ciężko przewidzieć. Po sukcesie komercyjnym przystępnych, a nawet momentami przebojowych "Debut" i "Post" Islandka zdecydowała się na łagodniejsze, klimatyczne utwory na "Homogenic" i "Vespertine" i gdy fani przyzwyczajali się do takiego właśnie oblicza Björk, ta poszła już w bardziej awangardowym kierunku na albumie "Medúlla", by na kolejnym - "Volta" wrócić do przystępności i chwytliwości z dwóch pierwszych dorosłych albumów. A co zaserwowała nam niepokorna śpiewaczka na następnej płycie pt. "Biophilia"?. Tym razem Björk poszła w budowanie klimatu niczym na "Homogenic" dorzucając jednak mniej oczywiste rozwiązania niczym na "Medúlli", a do tego umieszcza tu najbardziej agresywną elektronikę w swojej dotychczasowej twórczości. Brzmi ciekawie? Bo jest.

Nie wiem czy jakikolwiek popowy artysta przed Björk zdecydował się na rozpoczęcie albumu motywem tak silnie kojarzącym się z zabawkami, które kupuje się maluchom, żeby grały im usypiające melodyjki. A na tym właśnie motywie opiera się cały utwór pod tytułem "Moon". Swoją drogą pasujący do tego właśnie elementu kompozycji. Cały utwór zresztą jest spokojny i odprężający - i zdecydowanie nie usypia - a Björk jak zwykle pokazuje klasę swoim wokalem. Melancholijny nastrój to zresztą domena większości obecnych tu nagrań. Spora część z nich jednak z czasem nabiera intensywności i energii. Tak jest w przypadku chociażby "Thunderbolt" - w którym później świetnie brzmi w tle elektroniczny motyw - albo "Crystalline", w którym umieszczone w kontraście do melancholijnego nastroju wstawki o wręcz dyskotekowym charakterze brzmią podwójnie ciekawie. Największe wrażenie robi jednak niezwykle intensywna końcówka.

Kilka utworów artystka i towarzyszący jej muzycy świetnie urozmaicili budując klimat nie tylko w oparciu na melancholijny nastrój ale także nadając im mroczny charakter w "Hollow" czy umieszczając motywy kojarzące się z kulturą azjatycką w "Sacrifice". W tym ostatnim dodatkowo świetnie brzmi elektronika. W "Mutual Core" natomiast elektroniczne smaczki zepchnięte są na drugi plan. Mimo to znacząco wzbogacają oparte na organach i wokalu brzmieniu. Świetnie natomiast wypadają dyskotekowe fragmenty, gdy ta wybija się już na pierwszy plan - szczególnie udana jest końcówka. "Dark matter" i "Virus" wypadają już gorzej, ale wciąż mogą się podobać dzięki aranżacjom. Nudzi mnie natomiast "Cosmogony". "Solstice" za to spina swoistą klamrą cały krążek poprzez podobieństwo do otwierającego go "Moon".

Niewielu jest artystów, którzy co by nagrali, potrafią czymś zachwycić. Nawet niezbyt lubiany przez mnie "Vespertine" miał swoje momenty, a także do tej pory posiada licznych fanów. "Biophilia" nie jest tu wyjątkiem i islandzka artystka po raz kolejny nagrywa album może nie idealny, ale bardzo udany i w pewnych momentach oryginalny.

8/10

Lista utworów:

  1. Moon
  2. Thunderbolt
  3. Crystalline
  4. Cosmogony
  5. Dark matter
  6. Hollow
  7. Virus
  8. Sacrifice
  9. Mutual Core
  10. Solstice

wtorek, 27 września 2022

Recenzja: Björk - "Volta"

Okładka albumu "Volta" Björk

Po kilku bardziej eksperymentalnych albumach, Björk stała się już właściwie postacią kultową. Oczywiście dwa pierwsze albumy zrobiły z niej światową gwiazdę, jednak krążki od "Homogenic" do "Medúlla" udowodniły, że artystka ma swój pomysł na twórczość i ceni sobie walory artystyczne bardziej niż komercyjność, czego dowodem jest właśnie "Medúlla" na której momentami było niedaleko od awangardy. A jednak na kolejnej płycie pt. "Volta" Islandzka artystka zdecydowała się na kierunek bliższy drugiemu w dorosłej karierze "Post", choć podobieństwa do wspomnianego wydawnictwa to właściwie jedynie przystępność i większa komercyjność materiału tu zawartego.

Oczywiście nie brakuje tu nietypowych rozwiązań. "Earth Intruders" chociażby rozpoczynają odgłosy marszu, a kończą odgłosy morza; przy czym syreny statków to prawdopodobnie odgłosy instrumentów dętych stylizowane na wspomniane dźwięki. Dziwne, ale ciekawe i zabawne rozwiązanie. Jeśli chodzi o sam utwór, to nieźle buja i zawiera sporo udziwnień, co jest zaletą. Dzięki temu kawałek zdaje się bardziej gęsty. Wspomniane przed momentem dęciaki na tym krążku grają ogromną rolę, chociażby w kolejnym "Wanderlust" że świetnym basem i partią wokalną przez długi czas zakładającą się z więcej niż jednej ścieżki. W "The Dull Flame Of Desire" słyszymy nieco uroczysty wstęp oraz duet wokalny Björk z Antonym Hegarty. Utwór całkiem niezły, ale daleko mu do wybitności. Natomiast drugi kawałek z wokalistą, czyli melancholijny "My Juvenile" jest już zwyczajnie nudny.

Niestety ale Björk oprócz tego że ma rękę do świetnych aranżacji i wspaniałych melodii, to równie wysoki "talent" posiada jeśli chodzi o nudne, melancholijne kawałki. Takim jest też "Pneumonia". A zaczynające się obiecująco "I See who you are" z partiami kojarzącymi się z muzyką azjatycką czy "Hope" też w końcu nużą. Na uwagę zasługują jednak "Declare Independence" będący jednym z najbardziej intensywnych i przy tym najlepszych utworów na płycie, "Vertebrae by Vertebrae" z mrocznymi deciakami pasującymi idealnie do roztrzęsionego wokalu oraz "Innocence", w którym najbardziej słuchać rękę Timbalanda pełniącego na albumie rolę producenta. Kto wie czy jęki słyszalne w podkładzie muzycznym nie należą właśnie do niego - wiadomo, że lubi dodawać swoje stęki i jęki do utworów, które produkuje.

Björk to artystka, którą bardzo lubię, nie mogę jednak powiedzieć, że jej albumy są idealne. Islandka ma tendencję aby na każdym albumie dorzucić coś okropnego, zazwyczaj są to właśnie kompletne nudy. A szkoda, bo gdyby zamiast nich wstawić choćby jeden bardziej żywy utwór, to byłby to być może mój ulubiony album artystki. A tak "Volta" ma sporą konkurencję nawet na najniższym stopniu podium moich ulubionych albumów w dyskografii Björk.

7/10

Lista utworów:

  1. Earth Intruders
  2. Wanderlust
  3. The Dull Flame Of Desire
  4. Innocence
  5. I see who you are
  6. Vertebrae by Vertebrae
  7. Pneumonia
  8. Hope
  9. Declare Independence
  10. My Juvenile

piątek, 26 sierpnia 2022

Recenzja: Björk - "Medúlla"

Okładka albumu "Medúlla" Björk


Odkąd Björk na "Homogenic" postawiła na muzykę spokojniejszą, bardziej wyciszoną i klimatyczną w porównaniu do wcześniejszych "Debut" i "Post" jest w tej stylistyce dosyć konsekwentna. Co prawda na późniejszym "Vespertine" nie powtarza dokładnie tego co na trzecim albumie, ale także był to krążek bardziej spokojny. I podobnie jest na kolejnym "Medúlla". Tym razem jednak Islandzka artystka pozostawiła po sobie moim zdaniem ciekawszy materiał.
Co prawda na początku albumu, czyli we wstępie do "Is is All Mine", który jest wręcz minimalistyczny, złożony głównie z wokaliz, obawiałem się, że czeka mnie powtórka z nie najlepszego "Vespertine". Później jednak utwór stał się bogatszy i ciekawszy. Na tym albumie zresztą to wokal jest głównym instrumentem. Wiem jak to dziwnie brzmi, ale obok mało skomplikowanych partii klawiszowych czy rytmicznych, słyszymy właśnie głosy. I nie mówię tu tylko o "właściwym", mistrzowskim jak zwykle śpiewie Björk. Głos artystki, a także partie towarzyszących jej muzyków praktycznie w każdym utworze są nakładane na siebie i samplowane, niejednokrotnie wywołując bardzo ciekawy efekt.

Tak jest choćby w "Where Is The Line", w którym słyszymy damsko męski duet, a także "mistyczne" chory, które w połączeniu z mocniejszą elektroniką tworzą coś bardzo ciekawego. Dobrymi momentami na albumie są także zaśpiewany w ojczystym języku artystki "Vökuro", zimny, a mimo to momentami przebojowy "Who Is It (Carry My Joy on the Left, Carry My Pain on the Right)", "Mouths Cradle" także wzbogacony chórami i najbardziej energiczny, a wg mnie najlepszy na płycie "Triumph Of A Heart", w którym szczególnie na początku może wydawać się, że samplowane ludzkie (i być może kocie) dźwięki nagrane zostały dla żartu, a jednak szybko przyzwyczaja się do nich.

Nie najgorzej wypadają też "Desired Constellation" oraz "Oceania", a także dziwny, bo bazujący przede wszystkim na... jękach Björk i jej towarzysza "Ancestors". Nie przemawia za to do mnie nietypowy, bo oparty przede wszystkim na męskich głosach "Submarine". Sporą rolę na tym albumie pełnią miniatury, w których przede wszystkim główną rolę gra śpiew liderki i ewentualnych pomocników. Nie wszystkie jednak uważam za potrzebne.

"Medúlla" to album na pewno ciekawszy od poprzedniego, wciąż jednak nie dorównuje wg mnie bardzo udanemu "Homogenic", który rozpoczął pewien cykl w karierze artystki. I który postawił wysoką poprzeczkę swoim następcą. "Medúlla" jej nie przeskoczyła, ale przynajmniej się o nią otarła.

7/10

Lista utworów:
  1. Pleasure Is All Mine
  2. Show Me Forgiveness
  3. Where Is The Line
  4. Vöguro
  5. Oil Britan
  6. Who Is It (Carry My Joy on the Left, Carry My Pain on the Right)
  7. Submarine
  8. Desired Constellation
  9. Oceania
  10. Sonnets/ Unrealities XI
  11. Ancestors
  12. Mouths Cradle
  13. Midvikudags
  14. Triumph Of A Heart 

piątek, 12 sierpnia 2022

Recenzja: Björk - "Vespertine"

 

Okładka albumu "Vespertine" Björk

Björk od samego początku była artystką, której nie zależało na płynięciu z prądem, jednak mimo takiego podejścia jej trzy pierwsze albumy zdobyły ogromną popularność, mimo, że zwykle różniły się od siebie- szczególnie drugi "Post" i kolejny "Homogenic". Czwarty album Islandzkiej artystki (nie liczę wydanego wcześniej "Selmasongs" będącego bardziej projektem pobocznym) to jakby rozwinięcie stylistyki poprzednika. Piszę "jakby" bo niekoniecznie rozwija się to w odpowiednim kierunku.

O ile na "Homogenic", który był albumem bardzo spokojnym i pięknym, kompozycje zwykle były całkiem wyraziste, tak na "Vespertine" zwykle są one zbyt anemiczne, a większości brakuje polotu. Fakt, że osobno większość tych utworów całkiem nieźle się broni, jednak połączone w całość po prostu mnie nużą. Na plus muszę wyróżnić na pewno "Hidden Place", który jest jedną z najlepszych i najbardziej wyrazistych kompozycji na płycie, choć momentami brzmi jak autoplagiat wcześniejszych dokonań. Magiczny "Undo" i oparty na mocniejszym basie "Pagan Poetry" to także bardzo mocne punkty. Są to moje trzy ulubione utwory z tego krążka, ale nie najgorzej wypada też "It's Not Up to You", "Heirloom" czy finałowy "Unison" mający najbardziej pozytywny charakter ze wszystkich utworów. Całość urozmaica nadający się na kołysankę, instrumentalny "Frosti".

Reszta utworów, czyli "Cocoon", "Aurora ", "An Echo A Stain", "Sun in my Mouth" i "Harm of Will" są wg mnie już zbyt nijakie, szczególnie słuchane w całości jako album. Nie można im jednak odmówić bogatej aranżacji, bo właśnie to obok jak zwykle genialnego wokalu Islandzkiej śpiewaczki jest mocną stroną nawet tych mniej mnie przekonujących utworów. Myślę jednak, że Björk za bardzo skupiła się aby umieścić ciekawe elementy elektroniczne czy instrumentalne w tle kosztem ciekawszych kompozycji, w efekcie czego "Vespertine" jest najmniej lubianym przeze mnie albumem artystki do tej pory.

6/10

Lista utworów:

  1. Hidden Place
  2. Cocoon
  3. It's Not Up to You
  4. Undo
  5. Pagan Poetry
  6. Frosti
  7. Aurora
  8. An Echo A Stain
  9. Sun in my Mouth
  10. Heirloom
  11. Harm of Will
  12. Unison

sobota, 23 lipca 2022

Recenzja: Björk - "Selmasongs"

 

Okładka albumu "Selmasongs" Björk

"Selmasongs" to nie kolejny, "zwyczajny" album studyjny Björk. Tym razem artystka nagrała ścieżkę dźwiękową do filmu pod tytułem "Tańcząc w ciemnościach", w którym zagrała główną rolę - Selmę, od której imienia wziął się tytuł płyty. Krążek ten broni się jednak nawet bez znajomości obrazu, do którego został nagrany. Jeśli chodzi o podobieństwa do poprzednich albumów, to soundtrack ten najbardziej kojarzy się z "Homogenic" nagranym trzy lata wcześniej, jednak i od tej płyty "Selmasongs" mocno odbiega - podobieństwa ograniczają się przede wszystkim do bardzo dużej roli elektroniki i przywiązywaniu ogromnej uwagi do budowy klimatu każdej z kompozycji.

Pierwsza kompozycja, instrumentalny "Overture" świetnie wprowadza w album podniosłym początkowo wolnym, później bardziej intensywnym nastrojem. Zupełnie inaczej prezentuje się "Cvalda" w pierwszych momentach brzmiący dosyć mrocznie, później jest już "normalniej", choć "dziki" śpiew Björk wypada nietypowo, ale interesująco. Wokalistka jednak jak zwykle pokazuje pełnię swoich możliwości płynnie przechodząc z tej nietypowej linii wokalnej w piękny, typowy dla siebie sposób śpiewu. Trzeba też przy tym utworze wspomnieć o aranżacji, która ponownie brzmi bardzo bogato, do czego właściwie słuchacze zapewne już przywykli.

Delikatny "I've Seen It All" wyróżnia się za to baśniowym klimatem i duetem wokalnym Islandzkiej artystki z samym Thomem Yorkiem z Radiohead. Utwór wypada nieźle, choć momentami zdaje się dla mnie zbyt przesłodzony. Na plus na pewno wokal Yorke'a, który nie brzmi tak wysoko jak na większości albumów jego grupy. "Scatterheart" także zaczyna się spokojnie, ale w ciekawy sposób rozwija się wraz z pojawieniem się elektronicznych motywów. Na minus jednak zbyt często powtarzany refren.

Dużo się dzieje w "gęstym" "In the Musicals", jednak niektóre fragmenty brzmią zbyt podniośle i zwyczajnie kiczowato. Jest to jednak i tak jedną z najlepszych kompozycji na płycie. Nietypowym utworem jest "107 steps" w którym początkowo do ascetycznego podkładu muzycznego, Sophian Fallon zaczyna liczenie. Później dołączają kolejne instrumenty a także sama Björk wyśpiewująca kolejne liczby, a im dalej panie odliczają, tym intensywniej robi się w warstwie muzycznej. Przyzwoitym zamknięciem całego albumu jest "New World", kolejny ze spokojnych utworów, jakie dominują na tym krótkim albumie jednak przyzwoicie zaangażowany, mimo że melodia nie jest jakoś mocno wpadająca w ucho.

Po nagraniu trzech gorąco przyjętych przez słuchaczy i krytyków albumów studyjnych Islandka stanęła przed niełatwym zadaniem nagrania ścieżki dźwiękowej do filmu. Nie wiem jak utwory te prezentują się w filmie (w którym swoją drogą użyte są nieraz inne teksty. Björk napisała na płytę zmienione liryki aby nie zdradzać przedwcześnie fabuły filmu), ale poza nim wypadają całkiem przyzwoicie. Czy jest to lepszy album niż któryś z trzech wcześniejszych? Niekoniecznie, jest po prostu inny, czasami zbyt podniosły, sporo patosu wniosła tu momentami nieumiejętnie zaaranżowana orkiestra symfoniczna, a mimo to nie żałuję poświęcenia czasu tej pozycji, prawdopodobnie nawet będę co jakiś czas do niej wracał.

7/10

Lista utworów:

  1. Overture
  2. Cvalda
  3. I've Seen It All
  4. Scatterheart
  5. In the Musicals
  6. 107 Steps
  7. New World

piątek, 8 lipca 2022

Recenzja: Björk - "Homogenic"

Okładka albumu "Homogenic" Björk

Islandzka wokalistka Björk na swoich dwóch pierwszych albumach udanie łączyła popowe, lecz zwykle niebanalne melodie z elektronicznymi wstawkami i zazwyczaj udanymi aranżacjami instrumentów dętych, smyczkowych, harfy i innych instrumentów. Wspomniane dwa albumy przyniosły sporą popularność artystce. Popularność ta miała przykre konsekwencje dla Islandzkiej wokalistki. Björk miała sporo przykrych incydentów z dziennikarzami, lecz najbardziej przykry był zaplanowany przez psychofana zamach bombowy na życie artystki - na szczęście nieudany. Wspomniane wydarzenia tak wstrząsnęły Björk, że ta zdecydowała się przenieść z zatłoczonego, głośnego Londynu do Hiszpanii. Co ciekawe klimat trzeciej płyty, "Homogenic" bardziej nawiązuje do ojczyzny artystki niż do słonecznego państwa w jakim się osiedliła.

Sama Islandka nazwała swoją trzecią płytę jako "eksperymentalną próbę opisania krajobrazu Islandii”. Wyszło całkiem nieźle, bo słuchając choćby pierwszego na płycie "Hunter" z jakby oddalonym śpiewem wokalistki i udaną aranżacją instrumentów smyczkowych albo kolejnego "Joga" z klimatycznymi smyczkami i elektroniką, możemy przenieść się w krainę gejzerów i magicznych islandzkich krajobrazów. Chyba jeszcze lepiej pod względem "malowania krajobrazu" wypada "Unravel" z subtelnymi malowniczymi partiami instrumentów dętych i nienachalnymi elektronicznymi wstawkami. Najbardziej urokliwie wypada tu jednak zdublowanie wokalu.

Na odmiennym biegunie stoi "Bachelorette". To także utwór niezwykle klimatyczny tyle, że bardziej intensywny i daleko mu do pięknych pejzaży z poprzednich trzech kompozycji. Tym razem słyszymy tu mroczną basową linię, która jest dodatkowo podkreślana przez smyczkowe partie i towarzystwo zimnej elektroniki. Dodatkowo bardzo emocjonalnie śpiewa Björk, choć to akurat nic nowego, ani w twórczości artystki ani nawet na tej płycie.

Te cztery utwory to prawdopodobnie moje ulubione pozycje z opisywanego albumu. Mniej przekonuje mnie następujący po nich "All neon like", który jest dla mnie nudny, nawet pomimo dodawania stopniowo nowych dźwięków i prób budowania napięcia wokalnie. Artystka i towarzyszący jej muzycy stanowczo nie poradzili sobie z zakończeniem poszczególnych połówek tego krążka, bo zarówno "All neon like", jak i kończący cały album "All is Full Of Love" to najsłabsze wg mnie kompozycje na całym bardzo dobrym jeśli chodzi o całokształt albumie.

Lepiej muzycy poradzili sobie na początku drugiej połowy albumu. "5 Years" jest o wiele żywsze niż poprzedzający go kawałek i więcej się dzieje tu czysto instrumentalnie. Kolejny "Immature" za tu udanie manewruje między spokojnymi, a ostrzejszymi fragmentami. Bardzo dobrze radzi sobie także sama liderka gdy zaostrza swój głos. Najwięcej polotu zdają się mieć dwa pozostałe utwory. Gdyby w "Alarm call" dodać odrobinę więcej energii i nadać któremuś instrumentowi jakąś wyraźną linię melodyczną, to kompozycja ta mogłaby stać się sporym radiowym przebojem. Nieco inaczej wygląda sprawa z "Pluto". Z jednej strony to tutaj muzycy najbardziej zbliżyli się do dyskotekowego klimatu, ale z drugiej atmosfera utworu jest bardzo "dusząca". Nie mniej uważam nagranie to za bardzo udane.

Styl muzyki zaprezentowanej na "Homogenic" dość mocno różni się od tej którą słyszeliśmy na "Debut" i "Post". Brakuje tu bardziej radosnych melodii, za to całość jest o wiele bardziej zwarta, tworzy świetny klimat i faktycznie momentami możemy przenieść się tysiące kilometrów na północny zachód w malownicze krajobrazy ojczyzny Björk. Warto choćby wysłuchać dla samej atmosfery stworzonej tu przez wokalistkę wraz z jej towarzyszami.

8/10

Lista utworów:

  1. Hunter
  2. Joga
  3. Unravel
  4. Bachelorette
  5. All neon like
  6. 5 Years
  7. Immature
  8. Alarm call
  9. Pluto
  10. All is Full Of Love

wtorek, 21 czerwca 2022

Recenzja: Björk - "Post"

 

Okładka albumu "Post" Byörk

Po dobrym przyjęciu "dorosłego" debiutu Islandzkiej wokalistki, Björk zabrała się za komponowanie materiału na swój drugi album. W międzyczasie artystka przeprowadziła się ze swojej pięknej ojczyzny do głośnego multi-kulturowego Londynu. Zmiana otoczenia jednak nie sprawiła, że ta charyzmatyczna postać znacząco zmieniła styl nagrywanej przez siebie muzyki. Na "Post", tak jak i na "Debut" słyszymy przede wszystkim chwytliwe, wzbogacone elektroniką utwory przeplatane spokojnymi kawałkami.

Tym razem jednak artystka jeszcze bardziej postawiła na elektroniczne elementy, co słychać od samego początku, czyli bardzo udanego "Army of me", który zdobył niemałą popularność nawet wśród osób słuchających zupełnie innych brzmień. Nic dziwnego, bo ten utwór posiada świetną melodie, a Björk zachwyca nas genialną partią wokalną. Tym co słychać od początku albumu jest także polepszenie brzmienia. Mimo, że na "debiucie" było już całkiem niezłe, tak na drugim albumie Islandzkiej wokalistki jest ono niemal perfekcyjne. 

Tak udanych kompozycji jak otwieracz nie brakuje na pozostałej części albumu. Już kolejny na płycie "Hyper-ballad" udanie łączy balladowy śpiew z teoretycznie nie pasującym do wokalu podkładem rytmicznym, a dalszej części także elektronicznym tłem oraz niemal dyskotekową końcówkę. Bardzo interesujące nagranie i zarazem jedno z moich ulubionych na płycie. Jeśli miałbym wymieniać inne najciekawsze i oryginalne utwory na albumie, to pierwszy na myśl przychodzi mi "It's Oh So Quiet" nagrany mocno w stylu retro, za to z niesamowitym pazurem w tych żywszych momentach, szczególnie jeśli chodzi o wokal. Wysoko cenię również posiadający dobre zaostrzenia i rozpoczęty ciekawym basowym motywem "The modern things", "Isobel" z "filmowym" początkiem, potem za to zachwycający udaną melodią i wzbogacony o "plemienne" perkusjonalia "I miss you" ze sporą rolą instrumentów dętych.

Reszta utworów niestety nie dorównuje tym o których napisałem w poprzednich akapitach, ale dwa z nich także są bardzo udane. "Enjoy" posiada prostą ale chwytliwą melodię. Finałowy "Headphones" choć zdający się być monotonny, po wysłuchaniu na sprzęcie, który sugeruje tytuł zdaję się znacznie zyskiwać, dzięki ozdobnikom w tle. Reszta utworów jednak mnie nie zachwyca. W "Cover me" intrygująco co prawda wypadają klawisze, za to "Possibly maybe" mimo niezłego śpiewu szybko się nudzi, a "You've been Flirting again" jest powolne i nudne.

Na swoim drugim albumie Björk poczyniła niemały postęp, szczególnie jeśli chodzi o aranżacje i produkcję, jednak i tutaj nie udało się uniknąć kompozycji słabszych. Jednak mimo, że "Debut" lubię, to "Post" cenie jeszcze bardziej.

8/10

Lista utworów:

  1. Army of me
  2. Hyper-ballad
  3. The modern things
  4. It's Oh So Quiet
  5. Enjoy
  6. You've been Flirting again
  7. Isobel
  8. Possibly maybe
  9. I miss you
  10. Cover me
  11. Headphones