Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock psychodeliczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock psychodeliczny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Paper Mache Dream Ballon"

Okładka albumu "Paper Mache Dream Ballon" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Po serii albumów najłatwiej określanych jako rock psychodeliczny, albo przynajmniej takimi, w których psychodelia pełni największą rolę, King Gizzard and the Lizard Wizard wydali album dość mocno od poprzednich się różniący. Psychodeliczne wpływy wciąż są tu słyszalne, jednak sama muzyka mogłaby śmiało zostać nagrana np. przez The Beatles albo The Byrds kilkadziesiąt lat temu. Nie mam nic przeciwko zespołom retro rockowym, bo czasami fajnie mieszają wpływy różnych wykonawców tworząc coś ciekawego (jak Blood Ceremony, które już się u mnie pojawiło), jednak tutaj tak oryginalnie nie jest. Co nie znaczy że źle. Australijczycy całkiem zgrabnie połączyli beatlesowskie melodie, folkowy urok z towarzyszącą od początków zespołu psychodelią. W rezultacie wyszedł album nie przynoszący nic wielkiego muzyce, ale bardzo miły w słuchaniu, zakładając, że ktoś jest fanem wspomnianych Beatlesów czy The Byrds.

Wadą krążka na pewno jest też to, że poszczególne utwory zwykle nie różnią się od siebie za bardzo, a do tego biorąc pod uwagę dzisiejsze czasy, to brzmią dosyć naiwnie, jednak jak już pisałem - przyjemnie. Zaletą jednak jest krótki czas trwania płyty, dzięki czemu materiał ten nie zdąży się za bardzo znudzić, a także być może również miał być odniesieniem do tamtych czasów, gdy albumy niewiele przekraczały pół godziny. Utwory w rodzaju tytułowego, "Bone", "Dirt", "N.G.R.I (Bloodstain)", "Time=Fate" i "Most Of What I Like" to głównie melodyjne, folk-rockowe piosenki z lekkim psychodelicznym posmakiem. Większe wpływy zespołów psych-rockowych słychać w "Cold Cadaver" i "Time=$$$", jednak oba pasują do całości podobnie jak "Sense" z bardziej jazzowymi dęciakami. Niezbyt za to do pozostałych utworów pasuje bujający "The Bitter Boogie", a szczególnie eksperymentalny "Trapdoor". Oba utwory są jednak całkiem niezłe jako wyrwane z całości. Cały album idealnie spina folkowy instrumental "Paper Mache".

"Paper Mache Dream Ballon" był według mnie najmniej oryginalnym albumem jaki Australijski zespół wydał do tamtej pory. Choć na poprzednich dziełach grupa także nie wyznaczała nowych trendów, a raczej przekładała muzykę sprzed pół wieku na bardziej współczesne czasy, to ten album momentami naprawdę brzmi jakby został nagrany w latach 60. co dodatkowo podkreślają charakterystyczne dla King Gizzard and the Lizard Wizard linie wokalne. Podobnie jak już kilka recenzowanych przeze mnie albumów w ostatnim czasie, tak i "Paper Mache Dream Ballon" może spisać się dobrze jako muzyka towarzysząca codziennym czynnościom, jednak równie dobrze, a nawet lepiej w tej roli spiszą się utrzymane w podobnych klimatach dzieła z tamtej epoki.

6/10

Lista utworów:

  1. Sense
  2. Bone
  3. Dirt
  4. Paper Mache Dream Ballon
  5. Trapdoor
  6. Cold Cadaver
  7. The Bitter Boogie
  8. N.G.R.I (Bloodstain)
  9. Time=Fate
  10. Time=$$$
  11. Most Of What I Like
  12. Paper Mache

sobota, 10 grudnia 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Quarters"

Okładka albumu "Quarters" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Tak jak rok podzielony jest na cztery pory roku, tak szósty album album King Gizzard and the Lizard Wizard podzielony jest na cztery -trwające dokładnie 10 minut i 10 sekund każdy - utwory. Kto jednak po tym mylącym wstępie myśli, że australijski zespół jest kolejnym, który wziął sobie na cel muzyczną ilustrację każdej z pór roku, źle odczytał zamiar Australijczyków.

Nawet jeśli taki pomysł pojawił się w głowach muzyków, to naprawdę ciężko określić, który utwór miałby symbolizować którą porę roku. Każda z czterech zawartych tu kompozycji to mocno inspirowane psychodelią, ale w gruncie rzeczy bardzo przystępne mimo czasu trwania, melodyjne utwory. Pierwszy na albumie "The River" hipnotyzuje zarówno melancholijnym głosem wokalisty, jak i warstwą instrumentalną, a w części instrumentalnej jest czymś jakby psychodelicznym jamem. Końcówka tego utworu dodatkowo, po krótkim wyciszeniu, jest dosyć bujająca. Sporo słabiej wypada jednak najsłabszy na albumie "Infinite Rise". Mimo ponownie niezłej melodii, to kompozycja ta zdecydowanie nie powinna być taka długa. Znacznie lepiej wypada także bardzo melodyjny i przyjemny "God is in the Rhythm" ze słyszalną delikatną inspiracją muzyką reggae a także wokalem, jeszcze bardziej niż do tej pory, przypominającym Roberta Planta. W utworze tym warto też skupić się na tym co nie jest słyszalne jako pierwsze, bo na drugim planie dzieje się sporo, a nawet ma się wrażenie, że w tle pojawia się dodatkowa melodia. Najlepiej jednak z całego albumu prezentuje się najbardziej psychodeliczny finał krążka w postaci "Lonely Steel Sheet Flyer" z klimatycznym, lekko eksperymentalnym wstępem. Coś w stylu tego wstępu pojawia się też w środku utworu oraz w końcówce. A sama kompozycja miewa momenty inspirowane muzyką wschodu a także najciekawsze partie gitarowe na całym krążku. Szczególnie ten utwór jest warty uwagi.

"Quarters" to wciąż jeszcze nie do końca dopracowane dzieło, jednak pomysł - choć banalny- aby podzielić płytę na cztery równe części wyszedł całkiem nieźle. Fakt, że pułapka w postaci nagrania utworu trwającego tyle samo co pozostałe kompozycje zaszkodziła szczególnie pozycji nr dwa, a w innych także słuchać krótkie fragmenty wciśnięte jakby na siłę, to i tak jest to chyba najlepszy do tamtej pory album King Gizzard and the Lizard Wizard. A najlepsze i tak dopiero nadejdzie. I to kilkukrotnie.

7/10

Lista utworów:

  1. The River
  2. Infinite Rise
  3. God Is in the Rhythm
  4. Lonely Steel Sheet Flyer 

środa, 30 listopada 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "I'm Your Mind Fuzz"

Okładka albumu "I'm Your Mind Fuzz" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Przy okazji ostatniej recenzji King Gizzard and the Lizard Wizard pisałem, że Australijczycy za mocno skupiają się na ilości wydawanych albumów, zamiast lepiej selekcjonować materiał i na przykład zamiast dwóch albumów, wydać jeden. W przypadku piątego albumu grupy także nie udało się nagrać równego przez całą długość materiału na wysokim poziomie.

Muzycy nie do końca poradzili sobie z początkiem albumu gdy postawili na serię czterech nawiązujących do siebie muzycznie (a w przypadku trzech - także tytułowo) psychodelicznych numerów, które osobno wypadają całkiem nieźle, a w przypadku dwóch pierwszych utworów na płycie - nawet bardzo dobrze dzięki połączeniu orientalizmów z jakby bardziej kosmicznymi dźwiękami. Tyle, że to za dużo bardzo podobnej muzyki narazz przez co trzeci już nie porywa, a czwarty zaczyna denerwować.

Jakaś odmiana przychodzi wraz ze spokojniejszym "Empty", a znowu mocno ciekawie robi się za sprawą "Hot Water". Potem jednak poziom spada za sprawą niezbyt pasującego siedmiominutowego "Am I in Heaven" z początkiem jakby w stylu ... country. Jednak poza tym utworem, tylko w "Satan speeds up" ponownie jest słabiej. "Slow Jam" i przede wszystkim "Her & I (Slow Jam II)" to już udane kompozycje. Ten drugi posiada hipnotyzujące partie instrumentalne oraz wprowadzający w trans wokal. Wbrew tytułowi jednak nie jest zbyt wolny i nie do końca ma jamową strukturę.

Mimo, że to już piąty album grupy, ta wciąż nie pokazała pełni swoich możliwości. Czuć, że muzycy mają pomysły, ale jeszcze nie do końca udanie wprowadzają je w życie, bądź też nie zawsze są one trafne. To już kolejna solidna pozycja w katalogu zespołu, którą można sprawdzić, ale w zasadzie poza słuchaczami ciekawymi całej twórczości Australijczyków, bądź naprawdę wielkimi fanami rocka psychodelicznego, wątpię żeby album ten zrobił na kimś większe wrażenie. Najbardziej polecam zapoznać się z dwoma pierwszymi, szóstym i ostatnim utworem na płycie. Te cztery kawałki już mogą się spodobać niejednemu słuchaczowi.

6/10

Lista utworów:

  1. I'm in Your Mind
  2. I'm not in Your Mind
  3. Cellophane
  4. I'm in Your Mind Fuzz
  5. Empty
  6. Hot Water
  7. Am I in Heaven
  8. Slow Jam
  9. Satan speeds up
  10. Her & I (Slow Jam II)

poniedziałek, 21 listopada 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Oddments"

Okładka albumu "Oddments" King Gizzard and the Lizard Wizard

King Gizzard and the Lizard Wizard już na początku swojej kariery dali się poznać jako bardzo pracowity zespół. Pierwszy album długogrający grupa wydała w 2012 roku, a swój czwarty krążek wypuścili do sprzedaży już w 2014. Dodam, wyprzedzając fakty, że nie był to ostatni wydany przez zespół album w tamtym roku. A co nowego młodzi muzycy mogli zaprezentować na czwartym krążku wydanym w tak krótkim czasie? W sumie to całkiem sporo, choć dużo tutaj też cech znanych z trzech poprzednich dzieł Australijczyków. Niestety ale nie wszystkie pomysły były trafione.

W album udanie wprowadza hard rockowo- psychodeliczny "Alluda majaka" z hałaśliwym wstępem i właśnie w tym kawałku występuje oczywiste nawiązanie do albumu numer dwa w karierze zespołu, a mianowicie odgłosy jakby kowbojskiej strzelaniny i rżenie koni. Swoją drogą nie wiem czy te elementy były potrzebne i mam pewne wątpliwości czy w ogóle tu pasują. Do debiutu natomiast najbardziej nawiązuje bardziej garażowy, wesołkowaty "Vegemite", który jednak jest średni.

Reszta utworów to już bardziej rozwijanie stylistyki trzeciego albumu, jednak bez oczywistych nawiązań czy autoplagiatów. W "Stressin'" muzycy ciekawie urozmaicili kompozycje fajnym solo na gitarze basowej, a sam utwór to niezły, spokojniejszy psychodeliczny numer. Zakorzeniony w bluesie "It's got Old" wyróżnia się natomiast udziałem fletu, który mimo, że kojarzyć się może bardziej z folkiem niż psychodelią, to właśnie świetnie ten psychodeliczny nastrój potęguje. Także mocno na plus wyróżnia się subtelniejszy "Work This Time" z perkusyjnym początkiem, a nieźle wypada również bardziej beatlesowski "Sleepwalker", który mógłby być lepszy gdyby nie nieprzekonujące mnie harmonię wokalne kojarzące się właśnie z czwórką z Liverpoolu. Troszkę gorzej wypada utrzymany w podobnym klimacie "Crying" oraz "Hot Wax". W tym ostatnim jednak występuje bardzo fajny basowy motyw. Do lepszych momentów albumu należy też prawie finałowy folkowy "Homeless Man in Adidas" z urzekającą melodią. Nie widzę jednak sensu w umieszczeniu żadnej z trzech miniatur występujących na krążku.

Warte uznania jest w jakim tempie muzycy King Gizzard and the Lizard Wizard tworzą i wydają mowy materiał, jednak "Oddments" to koleiny album w miarę udany, ale ciężko doszukać się w nim czegoś więcej. Gdyby Australijczycy dłużej popracowali nad materiałem z poprzedniego albumu, mogliby wyselekcjonować co lepsze momenty z tamtych sesji, z tymi powstałymi kilka miesięcy później i wydanymi na "Oddments", szczególnie że stylistycznie te dwie płyty nie odbiegają na tyle, żeby po zgrabnej selekcji powstało dzieło niezbyt spójne. Gdyby artyści nie szło w ilość ale w jakość to taki album mógłby być już naprawdę bardzo interesującym dziełem, a tak, niestety ale na prawdziwą bombę w wykonaniu tej grupy trzeba było jeszcze trochę poczekać.

6/10

Lista utworów:

  1. Alluda majaka
  2. Stressin'
  3. Vegemite
  4. It's got Old
  5. Work This Time
  6. ABABCD
  7. Sleepwalker
  8. Hot Wax
  9. Crying
  10. Pipe-dream
  11. Homeless Man in Adidas
  12. Oddments

czwartek, 17 listopada 2022

Recenzja: The Stooges - "The Stooges"

Okładka albumu "The Stooges" zespołu The Stooges

The Stooges to, podobnie jak The Velvet Underground, zespół nie do końca doceniany w czasie aktywności grupy, ale okazujący się niezwykle wpływowy po latach. Obie grupy zresztą sporo łączy. Obie są kwalifikowane jako zespoły proto-punkowe, obie posiadały natychmiast rozpoznawalnych wokalistów i obydwa wpłynęły na twórczość choćby Davida Bowie, który inspirowany twórczością tych grup stworzył swoje najlepsze albumy, a także wydostał liderów obydwu grup z artystycznej stagnacji po rozpadzie macierzystego zespołu. Warto nadmienić, że z The Stooges współpracował były muzyk the Velvet Underground, John Cale.

Mimo wszystko twórczość zespołu charyzmatycznego Iggy'ego Popa, a przynajmniej jego debiut, wydaje się bardziej przystępny. A jednak podobnie jak w utworach The Velvet Underground, tak i tutaj, gitarzysta Ron Ascheton często gra mocno eksperymentalne, zgiełkliwe partie. Te można usłyszeć na większości materiału, np surowym "1969", wpadającym w ucho, ale mało wybitnym "No Fun" czy zadziornym "Not Right". Ascheton świetną robotę wykonuje również w "Real Cool Time" i "Little Doll". Każdy w wyżej wymienionych utworów jest co najmniej solidny, ale muzycy umieścili tu kilka lepszych nagrań. Takim jest choćby bardzo udany "I wanna be Your Dog" i łagodny "Ann" z ładną partią wokalną Popa. Jednak najlepsze co grupa tu umieściła, to 10 minutowy, psychodeliczny "We Will Fall". Muzycy stworzyli tu niesamowity, mistyczny klimat, a sam utwór niezwykle wciąga słuchacza.

"The Stooges" to album, który bezpośrednio zainspirował setki wykonawców, jednak pośrednio wpłynął na twórczość tysięcy grup na całym świecie. Być może gdyby nie ten album, dzisiejsza muzyka rockowa i metalowa wyglądała by tak jak wygląda. Niby byli inni proto punkowi wykonawcy, ale ciężko przejść obok słów wielu uznanych muzyków o wpływie jaki wywarł na nich Iggy Pop i spółka.

7/10

Lista utworów:

  1. 1969
  2. I wanna be Your Dog
  3. We Will Fall
  4. No Fun
  5. Real Cool Time
  6. Ann
  7. Not Right
  8. Little Doll 

piątek, 11 listopada 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Float Along - Fill Your Lungs"

Okładka albumu "Float Along - Fill Your Lungs" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Trzecie dzieło studyjne Australijczyków z King Gizzard and the Lizard Wizard to zarazem kolejna już zmiana kierunku w muzyce prezentowanej przez zespół. Po bardziej garażowo punkowym ale czerpiącym z psychodelii debiucie oraz westernowym "Eyes Like the Sky" przyszła pora na jeszcze bardziej psychodeliczny krążek numer trzy.

Szczególnie otwieracz i finał albumu opierają się na psychodelicznych patentach. O ile finałowy utwór tytułowy wypada fajnie, ale mało wybitnie, tak rozpoczynający całość "Head On/Pill" to już wciągający od początku do końca świetny utwór oparty momentami na bardziej jamowej strukturze. Naprawdę przez te 16 minut dzieje się bardzo dużo, a brzmiące orientalnie fragmenty nadają jeszcze bardziej psychodelicznego charakteru.

Jednak to co pomiędzy tymi kawałkami to już formy bardziej piosenkowe i nie zawsze udane. "I Am Not a Man Unless I Have a Woman" wyróżnia się jedynie tym, że wokal kojarzy się z Robertem Plantem, poza tym jest to kawałek słaby i nijaki. Odrobinę lepiej w żywszej części wypada "God is Calling Me Back Home", ale i on nie porywa. Podobnie sprawa ma się z "30 past 7". I on wypada lepiej niż dwa poprzednie ale także nic wybitnego nie prezentuje. "Pop in my step" posiada jakąś chwytliwą melodię ale także jest raczej średni. Znacznie lepiej wypadają dwa inne kawałki. W "Mystery Jack" podoba mi się brudne brzmienie, za to "Let Me Mend the Past" ma niezłą popową melodię.

Trzeci album studyjny King Gizzard and Lizard Wizard to krążek niezbyt równy. Są tu momenty naprawdę świetne (przede wszystkim pierwszy utwór), ale są też utwory zwyczajnie słabe (większość z tych krótszych form). Biorąc więc uwagę całokształt wychodzi nam album mniej więcej na poziomie debiutu lub może minimalnie lepszy. Słychać jednak, że muzycy mają jakiś dryg do interesującej muzyki. Tyle, że jeszcze nie do końca ten potencjał wykorzystali.

6/10

Lista utworów:

  1. Head On/Pill
  2. I Am Not a Man Unless I Have a Woman
  3. God is Calling Me Back Home
  4. 30 past 7
  5. Let Me Mend the Past
  6. Mystery Jack
  7. Pop in my step
  8. Float Along - Fill Your Lungs

sobota, 29 października 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Starsailor"

Okładka albumu "Starsailor" Tima Buckleya

Tim Buckley to przykład muzyka który potrafi odnaleźć się w naprawdę wielu różnych konwencjach. Droga jaką muzyk przeszedł od nazwanego swoim imieniem i nazwiskiem debiutu, do swojego szóstego albumu studyjnego zasługuje na ogromne uznanie. Mimo, że w początkach swojej kariery Buckley zdobył popularność grając przystępny folk czy folk rock, ten pragnął osiągnąć coś więcej. Pierwsze takie próby słyszalne były już na drugim i jeszcze bardziej na trzecim albumie artysty, za to piąty krążek - "Lorca"- to był już ogromny szok dla fanów Tima. Na "Starsailor" Buckley kontynuuje jazzowo-awangardowy kierunek - z wyśmienitym skutkiem.

Płyta rozpoczyna się wręcz mrocznie. "Come Here Woman" posiada bardzo ciekawy wstęp, a wraz z wejściem wokalu robi się niepokojąco. Co prawda później robi się bardziej melodyjnie, ale i tak jest ciekawie. Świetnie brzmi tu perkusja, ale reszta instrumentalistów gra także w niekonwencjonalny sposób. Nieco mniej ciekawie wypada także "dziwny" "I Woke Up", jednak i tu słychać intrygujące momenty, choćby teatralny wokal Buckleya. Sam lider swoim głosem na tym albumie eksperymentuje bardziej niż do tej pory, czego najlepszym przykładem jest "Monterey", "Jungle Fire" czy utwór tytułowy. Ten pierwszy zagrany jest z rockową mocą, a powtarzalny motyw jest jakby tłem dla głosu lidera. Drugi z utworów mocno kojarzy mi się z debiutem grupy o nazwie Comus, "First Uterance", jednak prezentuje się odrobinę mniej dziwnie. "Starsailor" za to jest chyba najbardziej porąbanym utworem na albumie. Jest to oparty przede wszystkim na eksperymentach głosowych psychodeliczno-awangardowy numer. Eksperymentalizm wiąże się nie tylko ze sposobem śpiewu Lidera, ale też efektami jakim ten został poddany (np. zwielokrotnianie czy zniekształcanie).

Wśród takich poplątanych kompozycji bardzo zwyczajnie, a mimo to przyjemnie wypada folkowy "Moulin Rouge" z fragmentami tekstu śpiewanymi po francusku. Jednym z moich ulubionych fragmentów jest wyciszający "Song to the Siren" z ładną partią wokalną i delikatnymi partiami instrumentów w tle, ale i dwa najbardziej jazzowe utwory na płycie wypadają interesująco. "Healing Festival" posiada jakby plemienny początek tyle że wzbogacony o partie saksofonu. "Down by the Borderline" za to jest bardzo chwytliwy, ale występuje tu solo na trąbce na tle jazzowej sekcji rytmicznej.

Już "Lorca" była albumem bardzo trudnym dla przeciętnego słuchacza. Nagrywając "Starsailor" jednak Tim Buckley poszedł jakby jeszcze bardziej w mniej przystępne rejony serwując nam przy okazji bardzo eklektyczny album będący świetną mieszanką folku, rocka, jazzu, awangardy i psychodelii. Na ten moment uważam krążek ten za bliski perfekcji. Być może za jakiś czas (podobnie być może będzie w przypadku poprzednika) będzie tu widnieć ocena maksymalna.

9/10

Lista utworów:

  1. Come Here Woman
  2. I Woke Up
  3. Monterey
  4. Moulin Rouge
  5. Song to The Siren
  6. Jungle Fire
  7. Starsailor
  8. Healing Festival
  9. Down by the Borderline

niedziela, 23 października 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Eyes Like the Sky"

Okładka albumu "Eyes Like the Sky" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Przy okazji recenzowania debiutanckiego longplaya Australijczyków z King Gizzard and the Lizard Wizard wspomniałem, że grupa ta słynie z częstych zmian stylu. Takie zabiegi muzycy stosowali już na początku swojej muzycznej przygody, bo po mającym psychodeliczne i noise'owe naleciałości  garażowo-punkowym "12 Bar Bruise", artyści ze swojego drugiego albumu postanowili zrobić coś jakby niespełna półgodzinne westernowe słuchowisko.

Jednak niestety o ile sam pomysł zdaje się być w teorii oryginalny i ciekawy, tak z wykonaniem gorzej. Album ten w sporej części jest monotonny, co szczególnie słychać w warstwie wokalnej. O ile można ją nazwać wokalną, bo to po tylko i wyłącznie mówiony tekst przez jednego z członków zespołu. Rozumiem, że taki miał być zamysł projektu, ale przez kompozycje opierające się na zbliżonych patentach robi się po prostu nudno. Pojedynczo kawałki te się zwykle bronią, ale słuchanie albumu w całości może męczyć. Mogę jednak wyróżnić kilka momentów, jak "The Raid", bluesowy "Evil Man", w którym harmonijka urozmaica zarówno kompozycje jak i cały album, "The God Man's Goat Lust" z pokręconymi dźwiękami i mroczny "Dust in the Wind" z ciekawymi partiami perkusyjnymi. Reszta utworów, mimo że przyjemnych, to zlewa się w jedno, lecz tu główną winę ponosi właśnie mówiony wokal.

Drugi krążek australijskich muzyków po klimatycznym utworze tytułowym zapowiadał się na ciekawy album. Niestety jak okazało się później powstało dzieło za mało zróżnicowane, które jednak może się podobać wielbicielom filmów o dzikim zachodzie albo chociaż muzyki z takiej własnej kinematografii. Ja osobiście tego nie kupuje.

5/10

Lista utworów:

  1. Eyes Like the Sky
  2. Year of Our Lord
  3. The Raid
  4. Drum Run
  5. Evil Man
  6. Fort Whipple
  7. The God Man's Goat Lust
  8. The Killing Ground
  9. Dust in the Wind

sobota, 15 października 2022

Recenzja:King Gizzard and the Lizard Wizard - "12 Bar Bruise"

Okładka albumu "12 Bar Bruise" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Pod pokręconą nazwą King Gizzard and the Lizard Wizard kryje się szóstka muzyków tworzących jeden z najciekawszych zespołów współczesnej sceny rockowej. Grupa słynie już z tego, że wydaje albumy z tempem w jakim w latach 60. wydawano single. Na ten moment krążków muzycy wydali aż 26, a działalność wydawniczą rozpoczęli zaledwie w 2012 roku. Oprócz tego, że zespół ten wydaje po kilka albumów rocznie, słynie też z tego, że uwielbia zmieniać styl prawie z albumu na album. Zwykle jednak jego albumy zawierają w sobie jakiś ułamek rocka psychodelicznego. Tak jest choćby w debiutanckim "12 Bar Bruise".

Dosyć dziwaczny to album, chociaż w porównaniu z niektórymi kolejnymi, jest całkiem normalny. Z jednej strony kompozycje to przede wszystkim proste, chwytliwe melodie nagrane z punkową energią. Ale z drugiej artyści urozmaicają je psychodelicznymi i noise'owymi eksperymentami. W ten sposób można opisać właściwie większość zawartych tu utworów. Na takim patencie zbudowane są "Elbow", "Muckracker", "Nein", "Cut Throat Boogie" i "Sea of Trees". Mimo podobnych pomysłów nagrania te jednak nie zlewają się w całość, a w "Garage Liddiard" czy "High Hopes Low" możemy usłyszeć też harmonijkę ustną. Za jeden z ciekawszych a przy tym wyróżniających się utworów uważam oparty na bardzo chwytliwym motywie utwór tytułowy. Największym zaś urozmaiceniem jest "Sam Cherry's Last Shot" będący recytacją na tle najpierw jakby westernowego, a później bardziej rockowego podkładu. Nie przekonują mnie jednak "Uh Oh I Called Mum", "Footy Footy" i właściwie najnormalniejszy ale niczym szczególnym się nie wyróżniający "Bloody Ripper".

"12 Bar Bruise" to udany debiut zdradzający, że muzycy pomimo prostych melodii mieli ambicje, żeby choć trochę urozmaicić materiał. Same kompozycje mimo swojej prostoty także nie popadały w banał. A jednak mimo krótkiego czasu trwania, to w końcówce albumu, gdzie najwięcej jest tych mniej udanych utworów radość ze słuchania zaczyna opadać. Ciężko też określić jednoznacznie na plus czy minus brzmienie albumu. Z jednej strony brzmi on surowo i szczególnie wokal nie wypada najlepiej, ale z drugiej takie brzmienie dobrze pasuje do takiej stylistyki. To wciąż jednak tylko przedsmak tego co zespół zaprezentuje w przyszłości.

6/10

Lista utworów:

  1. Elbow
  2. Muckracker
  3. Nein
  4. 12 Bar Bruise
  5. Garage Liddiard
  6. Sam Cherry's Last Shot
  7. High Hopes Low
  8. Cut Throat Boogie
  9. Bloody Ripper
  10. Uh Oh I Called Mum
  11. Sea of Trees
  12. Footy Footy 

czwartek, 6 października 2022

Recenzja: 13th Floor Elevators - "Bull of the Woods"

Okładka albumu "Bull of the Woods" zespołu 13th Floor Elevators

Dwa pierwsze albumy amerykańskiego 13th Floor Elevators stały się klasyką rocka psychodelicznego i płytami, które każdy miłośnik rocka z przełomu lat 60. i 70. znać powinien. Trzeci - i ostatni - album zespołu pod tytułem "Bull of the Woods" jest zwrotem zespołu w inną stronę. Próżno tu szukać zakręconych, wciągających swoim dziwnym klimatem utworów. Praktycznie nie słychać tu kultowego elektrycznego dzbanka Tommy'ego Halla, a i udział gitarzysty Roky'ego Ericksona jest mniejszy niż na dwóch wcześniejszych dziełach zespołu. W efekcie tego wszystkiego wyszedł krążek zwykle olewamy przez wszelkich słuchaczy i pozbawiony tego wszystkiego dzięki czemu zespół stał się kultowy. Album mało różniący się od płyt innych znanych wtedy przedstawicieli muzyki rockowej, jak the Beatles, Animals czy Rolling Stones.

Nie można jednak odmówić tym kompozycjom dobrego poziomu. Kojarzący się właśnie z Jaggerem i spółką "Livin' On" jest bardzo fajny, a "Till Then" z Beatlesowskimi wokalami także byłby udany, gdyby nie właśnie te wokalne harmonie. Ale ten album to coś więcej, bo jest niezwykle eklektyczny, a przy tym spójny. "Barnyard Blues" na przykład jak sama nazwa wskazuje zawiera silny wpływ bluesa, a w "Never Another" słychać trąbkę, która świetnie urozmaica zarówno kompozycje jak i cały album. Podobnie zresztą jak "Dr Doom". Do udanych nagrań zaliczył bym też energiczny "Rose and the Thorn" ze spokojnieszym początkiem czy pięciominutowy "Scarlett and Gold" z fajną inatrumentalną częścią. W krótkim, ale udanym "Down by the River" nawet chórki wypadają nie najgorzej, za to nijaką melodię ma "With You". Tu można jednak skupić się na tym co dzieje się w warstwie instrumentalnej. Za dwa najlepsze utwory na płycie uważam energiczny "Street song", w którym pojawiają się już jakieś psychodeliczne cechy w drugiej części oraz mój faworyt "May the Circle Remain Unbroken" ze świetnym klimatem, który buduje perkusje, klawisze oraz stonowane partie gitary.

"Bull of the Woods" może być rozczarowaniem dla kogoś kto oczekiwał, że 13th Floor Elevators całą karierę będę nagrywać porywające grane ma kwasie kawałki. Gdy się jednak spojrzy na ten album w szerszym kontekście, to wypada on wcale nie gorzej niż albumy czołowych grup np brytyjskiej inwazji. Trudno nazwać ten krążek wizjonerskim czy oryginalnym, ale z czysto rozgrywkowego punktu widzenia trzeci album amerykańskiej grupy moim zdaniem się broni.

7/10

Lista utworów:

  1. Livin'On
  2. Barnyard Blues
  3. Till Then
  4. Never Another
  5. Rose and the Thorn
  6. Down by the River
  7. Scarlet and Gold
  8. Street Song
  9. Dr Doom
  10. With You
  11. May the Circle Remain Unbroken 

piątek, 30 września 2022

Recenzja: Silver Apples - "Silver Apples"

Okładka albumu "Silver Apples" zespołu Silver Apples

Druga połowa lat 60. to okres kiedy artyści faktycznie chcieli się wyróżniać na tle współczesnej sceny. To właśnie okres kiedy rodziły się takie gatunki jak blues rock z którego wyewoluował hard rock, a także powstały dwa inne inspirujące odłamy muzyki rockowej: rock psychodeliczny i proto-punk. Za przedstawiciela właśnie tych dwóch podgatunków można uznać amerykański duet Silver Apples. Projekt perkusisty Dana Taylora i Simeona Coxe odpowiadającego za operowanie zbudowanym przez siebie stołem składającym się z kilku generatorów dźwięków wywarł ogromny wpływ zarówno na rodzącą się niebawem scenę krautrockową, jak i na późniejszy post punk i muzykę elektroniczną.

Mimo tego, początkowo kultowy debiut zespołu w tamtym czasie przeszedł bez echa podobnie jak krążki innych proto-punkowych legend jak The Velvet Underground czy the Stooges. Muzyka tu zawarta nie należy do najbardziej melodyjnych, słucha się jednak tego albumu z niemałą przyjemnością. Każdy z zawartych tu utworów wciąga swoim klimatem stworzonym przez motoryczną przez większość czasu grę Taylora oraz elektroniczny puls i inne ozdobniki generowane przez Coxe. Dodatkowo wokale świetnie pasują do takiej muzyki, dzięki czemu cały album od "Oscillations", przez świetne "Lovefingers" po już bardziej melodyjny "Misty Mountain" hipnotyzuje przez całą swoją długość. 
Nie jest to jednak granie monotonne w swojej transowości, bo duet zadbał o to aby poszczególne nagrania czymś się wyróżniały. W "Seagreen Serenades" np słychać flet, w "Whirly-Bird" i przede wszystkim w "Program" wykorzystano sample, a "Velvet Cave" i "Dancing Gods" posiadają bardziej plemienny klimat. "Dust" natomiast chyba wprowadza w największy trans dzięki recytowanej linii wokalnej na tle jak zwykle hipnotycznej gry instrumentów.
Nazwa Silver Apples była mi znana już jakiś czas, jednak dopiero niedawno uznałem, że już pora sprawdzić co to za kolektyw. I muszę przyznać, że nie żałuję ani sekundy z tych trzydziestu kilku minut, które trwa opisywany album. Nawet znając już późniejszych wykonawców, którzy styl Silver Apples udoskonalili, debiut Amerykanów zrobił na mnie spore wrażenie.

8/10

Lista utworów:

  1. Oscillations
  2. Seagreen Serenades
  3. Lovefingers
  4. Program
  5. Velvet Cave
  6. Whirly-Bird
  7. Dust
  8. Dancing Gods
  9. Misty Mountain

poniedziałek, 29 sierpnia 2022

Recenzja: Pink Floyd - "Ummagumma"

Okładka albumu "Ummagumma" zespołu Pink Floyd

Pink Floyd w Polsce swój kultowy status zawdzięcza przede wszystkim "Dark Side of the Moon", "Wish You Were Here" i "The Wall". Można dodać do tego jeszcze cieszący się sporym uznaniem w naszym kraju "Division Bell", lecz ten album swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim jednemu utworowi, "High Hopes". Właśnie od tych trzech albumów wymienionych jako pierwsze zaczęła się moja przygoda z Floydami i podobną drogą przeżyło mnóstwo osób z mojego pokolenia interesujących się rockiem. Wiele z nich, w tym przez długi czas ja, uznawała potem, że skoro poznali najpopularniejsze krążki tego giganta, to nie trzeba znać nic więcej. Od jakiegoś czasu jestem coraz bardziej przekonany, że warto wychodzić poza najbardziej znane dzieła danego wykonawcy, bo na innych albumach można znaleźć dzieła bardzo dobre czy przynajmniej zawierające kilka utworów ocierających się o doskonałość. Takim albumem jest "Ummagumma"

Album nie tylko zawiera nietypową, momentami awangardową muzykę, ale i jego budowa jest niecodzienna. Po pierwsze wydawnictwo jest dwupłytowe- jeden krążek to materiał koncertowy, a drugi studyjny. To co prawda nie było pierwsze tego typu wydawnictwo, bo wcześniej zrobiło tak choćby Cream. Drugi krążek natomiast muzycy podzielili mniej więcej po równo, aby każdy z nich zamieścił na co miał ochotę. Na pierwszy ogień idzie klawiszowiec zespołu, Rick Wright, który umieścił tu czteroczęściowy cykl "Sysyphus". Pierwsza część posiada bardzo dobry, mroczny klimat, druga jest jakby lżejsza pod względem nastroju, za to bardziej "poplątana", trzecia jest jeszcze bardziej pokręcona i zawiera dźwięki, które mi kojarzą się z... małpami. Mnie osobiście ta część nie zachwyca. Sporo różni się od nich część czwarta, która przez długi czas jest spokojna, dopiero po połowie utworu, Wright nadaje jej ponurego, niepokojącego klimatu. Problem w tym, że muzyk niepotrzebnie ozdabia tę kompozycję awangardowymi partiami. Nie mam nic do nich, tylko że odwracają uwagę od właściwego motywu.

Po bardzo udanej propozycji Wrighta przychodzi pora na Watersa. Jego część znacznie się różni od "Sysyphusa". "Grantchester Meadows" zaczyna się ptasimi krzykami spod których w pewnym momencie wychodzi delikatna i całkiem ładna melodia, na której tle basista śpiewa subtelną partię. "Several Species Of Small Furry Animals Together in a Cave and Geooving with a Pict" to pokręcony zlepek różnych zwierzęcych (i momentami ludzkich) poddanych obróbce. Nie do końca uznaje takie eksperymenty. Następnie przychodzi kolej na "Gilmoura" i jego trzyczęściowe "The Narrow Way" brzmiące jak łagodniejsze oblicze Led Zeppelin, tyle że wzbogacone dodatkowymi dźwiękami. A przynajmniej w pierwszej części, bo druga nie nasuwa już takich skojarzeń i jest już bardziej rockowa, dalej jednak udziwniona innymi dźwiękami.  Trzecia natomiast to już zupełnie inny utwór - łagodna i ładna ballada z delikatnym śpiewem. Na koniec przychodzi pora na Nicka Masona (i jego ówczesną żonę). "The Grand Vizier's Garden Party" to po prostu trzyczęściowe solo perkusyjne, tyle że wzbogacone na początku i końcu o partie na flecie żony perkusisty. Nic szczególnego.

Najlepsze jednak co "Ummagumma" ma do zaoferowania to płyta pierwsza zawierająca materiał koncertowy. To tylko cztery utwory, ale muzycy wydobyli z nich wszystko co najlepsze. "Astronomy Domine", które już w wersji studyjnej było jednym z najlepszych momentów wczesnego Pink Floyd tutaj zagrane jest jeszcze ciekawiej zachowując swój klimat. "Careful with That Exe Eugene" w początkowej fazie czaruje spokojnymi partiami muzyków, później natomiast kawałek dostaje "kopa", a dzikie wrzaski Watersa powodują ciarki. "Set The Control For The Heart of the Sun" podobnie jak "Astronomy Domine" zachowuje klimat oryginału, ale zagrany jest z większą intensywnością. Natomiast i tak pokręcony "A Saucerful of Secrets" w tej wersji wciąga jeszcze bardziej swoim chaosem.

Pink Floyd to ten zespół z wielkiej szóstki, który uważany jest za ten najprostszy. "Ummagumma" natomiast to dowód na to, że ta czwórka potrafiła nagrać coś nie tylko łączącego przystępne melodie z lekkimi eksperymentami, ale i stworzyć coś prawdziwie awangardowego. Tutaj świadczą o tym obie płyty, tak koncertowa jak i studyjna.

9/10

Lista utworów:

Dysk 1

  1. Astronomy Domine
  2. Careful With That Exe Eugene
  3. Set The Control For The Heart of The Sun
  4. A Saucerful of Secrets
Dysk 2

  1. Sysyphus part I-IV
  2. Grantchester Meadows
  3. Several Species Of Small Furry Animals Gatheret Together in a Cave and Grooving with a Pict"
  4. The Narrow Way part I-III
  5. The Grand Vizier's Garden Party

niedziela, 21 sierpnia 2022

Recenzja: Grateful Dead - "Live/Dead"

Okładka albumu "Live/Dead" zespołu Grateful Dead

Grateful Dead to zespół, który uznawany jest za jeden z najlepszych zespołów koncertowych swoich czasów. A nawet wszechczasów. Rzeczywiście grupa ta potrafiła mocno zmienić swoje własne utwory w porywające improwizację, co można na własne uszy usłyszeć w niezliczonych albumach koncertowych. Tym najpopularniejszym jednak jest prawdopodobnie pierwszy album zespołu tego typu, czyli "Live/Dead".

Na album składa się zaledwie siedem pozycji, całość jednak trwa nieco ponad godzinę. To wiele powinno powiedzieć o długości poszczególnych utworów, a także (bardziej na zasadzie domysłów) ich budowy, czyli swobodnego jamowania członków grupy. O ile najdłuższy na płycie "Dark Star" mimo bycia momentami niezwykle porywającym, to nie miałbym nic przeciwko skrócenia go nieco o niektóre fragmenty, tak inne utwory bazujące przede wszystkim na interakcji między muzykami, czyli płynnie przechodzące w siebie "The Eleven" i "Turn on Your Love Light" wciąż trzymają mnie w napięciu co będzie działo się dalej. Przede wszystkim zachwycają mnie gitary, jednak w drugim z utworów sporo czasu na pokazanie swoich umiejętności mają perkusiści zespołu. Pisząc o tych dwóch utworach nie można jednak nie wspomnieć o poprzedzającym je "St. Stephen". Jest to co prawda utwór najbardziej zachowawczy, można go jednak uznać za wstęp do kolejnych dwóch improwizacji, gdyż płynnie przechodzi w "The Eleven", a przy tym zagrany jest z podobnie dużą dawką energii.

Zupełnie inne są trzy kolejne utwory. "Death don't Have No Mercy"  posiada klimatyczny początek i mimo 10 minut trwania hipnotyzuje przez cały ten czas, dzięki czemu kawałek zlatuje błyskawicznie. Kolejny "Feedback" z kolei to najbardziej eksperymentalny utwór na całym albumie bazujący na teoretycznie bez sensownych zgrzytach i przypadkowych dźwiękach, a mimo to słucha się tego ze względną przyjemnością. Na samym końcu słyszymy króciutki "And We Bid you Goodnight" czyli podwójną warstwą wokalną na minimalistycznym instrumentalnym tle.

"Live/Dead" to faktycznie album ciekawy, pokazujący, że muzycy mieli pomysł jak rozwijać swoje własne utwory w coś zupełnie innego, dzięki czemu publika nigdy nie wiedziała co ją czeka. Obcując z tą muzyką faktycznie na żywo, na pewno długo bym wspominał te chwilę, jednak słuchając tego albumu w domu całkowicie na trzeźwo nie odczuwam potrzeby słuchania go znacznie częściej. Przynajmniej na razie. Mimo to warty jest uwagi, gdyż można dostrzec w nim coś interesującego dla siebie.

8/10

Lista utworów:

  1. Dark Star
  2. St. Stephen
  3. The Eleven
  4. Turn on Your Love Light
  5. Death don't Have No Mercy
  6. Feedback
  7. And We Bid you Goodnight

niedziela, 14 sierpnia 2022

Recenzja: 13th Floor Elevators - "Easter Everywhere"

 

Okładka albumu "Easter Everywhere" zespołu 13th Floor Elevators

Debiut 13th Floor Elevators był niezwykle ważnym dla powstania rocka psychodelicznego albumem. Grupa nie tylko pokazała, że rock nie musi mówić o błahych tematach i opierać się na prostych, często tandetnych melodyjkach. Debiut zespołu faktycznie mocno poszerzył granice rocka i zabierając się za odsłuch kolejnego albumu grupy, miałem bardzo wysokie oczekiwania.

Czy te oczekiwania zostały spełnione? I tak, i nie. 13th Floor Elevators nie poszedł jeszcze bardziej w kierunku zwariowanego grania, na co nieco liczyłem, jednak poczynił postępy na innych polach, a przy tym każda z kompozycji stoi na co najmniej dobrym poziomie. Moim ulubionym utworem jest kompozycja, która album zaczyna, czyli rozbudowany "Slip Inside This House" opierający się na trzech elementach, które były najmocniejszymi punktami już na płycie wcześniejszej, czyli świetnym zadziornym wokalu, bardzo fajnym partiach gitarowych i oryginalnym instrumencie - elektrycznym dzbanku. Właściwie te same zalety można napisać przy każdym kolejnym utworze; czy to przy kolejnych "Slide Machine" i "She Lives (In a Time of Her Own)", czy przy "Earthquake" z "podwójnym" wokalem, czy "Dust" - początkowo spokojnym, później już bardziej rockowym.

Bardzo fajne na "Easter Everywhere" jest to że płyta zachowuje spójność, mimo sporego rozrzutu stylistycznego. Usłyszeć tu możemy np. spokojny "(It's All Over Now) Baby Blue", bardziej folkowy "I had to Tell You" z udziałem harmonijki albo mający w sobie coś egzotycznego "Postures". Całości dopełniają już mniej się wyróżniające "Nobody to Love" i "(I've got) Levitation, które również są udanymi utworami.

13th Floor Elevators po raz drugi pokazali, że pomysł na siebie mieli. I mimo, że płyta ta nie była takim powalającym przeżyciem jak płyta debiutancka, to trzyma niesamowicie wysoki poziom przez całą długość, a kilka jej fragmentów to naprawdę niesamowicie ciekawe kompozycje, do których chce się wracać.

8/10

Lista utworów:

  1. Slip Inside This House
  2. Slide Machine
  3. She Lives (In a Time of Her Own)
  4. Nobody to Love
  5. (It's All Over Now) Baby Blue
  6. Earthquake
  7. Dust
  8. (I've got) Levitation
  9. I had to Tell You
  10. Postures

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Recenzja: Grateful Dead - "Aoxomoxoa"

 

Okładka albumu "Aoxomoxoa" zespołu Grateful Dead

Po drugim albumie studyjnym Grateful Dead mogliśmy się spodziewać, że ich kolejne dzieło będzie jeszcze bardziej szalone. Tak się nie stało, chociaż okładka i dziwny tytuł zdawały się mówić, że przypuszczenia faktycznie się sprawdzą. Tymczasem trzeci album zespołu bliższy jest debiutowi, choć próżno szukać w nim też tak silnych wpływów bluesa, chodzi raczej o przystępność kompozycji.

Jedynym naprawdę porąbanym utworem jest tu "What's Become of the Baby" który składa się jedynie z wokalu przetworzonego przez efekty i użyciem pogłosu. I mimo, że inne utwory na płycie także są fajne, to właśnie od tego najbardziej nietypowego ciężko się oderwać.

Pozostałe siedem kawałków to już stosunkowo normalne utwory. Raz bardzo energetyczne jak genialny otwieracz "St Stephen", a raz spokojniesze, jak prawie folkowy, z lekka orientalny "Mountain of the Moon", który także jest jednym z najlepszych utworów na albumie. Do mocnych punktów płyty zaliczył bym także "Dupree's Diamond Blues" wpadający w ucho i "Rosemary", w którym kilkukrotnie ciekawie z melodii wyłamuje się gitara.

Już nieco gorzej wypadają "Doin'That Rag", w którym najciekawiej brzmi rockowa gitara i "China Cat Sunflower", w którym także najlepiej wypadają partie gitarowe. Najsłabszym punktem jest wg mnie finałowy "Cosmic Charlie", który prawie w ogóle do mnie nie przemawia.

Grateful Dead na "Aoxomoxoa" mimo niezłego poziomu całej płyty, zrobili spory krok wstecz. Nie tylko nie jest to tak zwariowane i wciągające granie jak "Anthem of the Sun", ale nawet nie robi takiego wrażenia jak debiutancki album. Zapoznać się z tą pozycją warto, ale nie jest to punkt obowiązkowy.

7/10

Lista utworów:

  1. St Stephen
  2. Dupree's Diamond Blues
  3. Rosemary
  4. Doin'That Rag
  5. Mountains of the Moon
  6. China Cat Sunflower
  7. What's Become of the Baby
  8. Cosmic Charlie 

niedziela, 17 lipca 2022

Recenzja: 13th Floor Elevators - "The Psychodelic sounds of 13th Floor Elevators"

 

Okładka albumu "the psychodelic sounds of 13th Floor Elevators" zespołu 13th Floor Elevators

W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych muzyka rockowa dopiero raczkowała i co by tu nie mówić wykonawcy tworzący w tym stylu nagrywali utwory proste, piosenkowe i zwykle po prostu banalne. Sytuacja dynamicznie zaczęła się zmieniać w drugiej połowie tejże dekady przede wszystkim dzięki dwóm nurtom. Jedni wykonawcy zaczęli łączyć muzykę rockową z uwielbianym w tamtym czasie bluesem. Inni natomiast... sięgnęli po narkotyki, jak opisywany już przeze mnie Grateful Dead albo bohaterowie dzisiejszej recenzji - zespół o dosyć niecodziennej nazwie 13th Floor Elevators nawiązującej wg legendy do narkotykowego odlotu.

O ile pierwsze nagrania wspomnianego Grateful Dead były mocno konwencjonalne, tak 13th Floor Elevators już na swoim debiucie zaprezentowało kawał pokręconej, "zaćpanej" muzyki, której niezwykle istotnym elementem jest obsługiwany przez Tommy'ego Halla... elektryczny dzbanek! A czy przypadkiem ta cała otoczka nie przyćmiewa muzyki? Ano nie. Muzyka zawarta na tym albumie broni się i bardzo mocno, zarówno w tych żywszych, energicznych momentach, które tu dominują, jak i tych bardziej klimatycznych. Szczególnie ta druga grupa, do której zalicza się "Roller Coaster" oraz "Kingdom of Heaven (is Within You)" zachwyca mnie najbardziej. Nie sposób jednak przejść obojętnie obok takich tryskających energią utworów jak największy hit z tego albumu "You Are Gonna Miss Me" z udziałem harmonijki, "Tried to Hide" z udziałem tego samego instrumentu, a którego końcówka delikatnie przywodzi na myśl the Velvet Underground, który debiutuje kilka miesięcy później, albo chwytliwy "Monkey Island".

Oczywiście elektryczny dzbanek nie jest jedynym wyróżniającym się elementem. Wręcz trzeba wyróżnić świetny, zadziorny wokal oraz świetną grę gitarzysty Roky'ego Ericksona. Partie tego muzyka zachwycają praktycznie w każdym z utworów, jednak szczególnie chcę wyróżnić jego gitarowy feeling w nieco spokojniejszym "You don't Know", czadowym "Fire Engine"i "Reverberation". Pozostałe trzy utwory także są niezłe, choć w "Don't Fall Down" nie przekonuje mnie refren. Za to chyba najbardziej piosenkowy  "Splash 1" oraz wolniejsze "Through the Rhythm" pozbawione są istotnych wad.

Rock psychodeliczny swego czasu budził we mnie politowanie że względu na swoją otoczkę. Im więcej jednak poznaje muzyki kwalifikowanej do tego gatunku, tym bardziej uświadamiam sobie ile świetnej muzyki nagrano pod wpływem kwasu i która nawet na trzeźwo potrafi porwać. Debiut 13th Floor Elevators porwał mnie już przy pierwszym odsłuchu, a przy kolejnych podobał mi się jeszcze bardziej. Słuchając takich wykonawców można tylko żałować, że nie urodziło się w innych czasach i innym miejscu aby móc choć raz doświadczyć tej niezwykłej muzyki na żywo.

9/10

Lista utworów:

  1. You're Gonna Miss Me
  2. Roller Coaster
  3. Splash 1
  4. Reverberation
  5. Don't Fall Down
  6. Fire Engine
  7. Through the Rhythm
  8. You don't Know
  9. Kingdom of Heaven (Is Within You)
  10. Monkey Island
  11. Tried to Hide

sobota, 9 lipca 2022

Recenzja: Grateful Dead - "Anthem of the Sun"

 

Okładka albumu "Anthem of the Sun" zespołu Grateful Dead

Pomiędzy dwoma pierwszymi albumami Grateful Dead minął zaledwie rok, ale różnice między tymi krążkami są ogromne. Na "Anthem of the Sun" nie znajdziemy już krótkich, przyjemnych, bazujących na bluesie utworów. Tym razem prawie 40 minut muzyki rozłożyło się zaledwie na 5 utworów. Te poza czasem trwania znacznie bardziej uciekają w kierunku psychodelicznej improwizacji.


"That's It for the Other One (Parts I-IV)" wypada na początku stosunkowo konwencjonalnie i nic nie wskazuje na to, że po półtorej minuty utwór zmieni się w czadową improwizację. Przeszkadzać może jednak różnica w jakości poszczególnych momentów w tym utworze, ale i na całej płycie. Powód takiego niedopatrzenia jest prosty. Po prostu muzycy w czasie nagrywania tego albumu odbyli w studiu zaledwie kilka sesji. Reszta materiału pochodzi z kilkunastu koncertów zespołu. Nagrany materiał poddano cięciom i co by wiele nie mówić, wyszło to wyśmienicie. Jakość dźwięku zmieniająca się z sekundy na sekundę oczywiście odbiera trochę radości ze słuchania, ale absolutnie niemożliwe jest aby na całym albumie znaleźć jakiś fragment z wyraźnie słyszalnym cięciem. Wszystko zdaje się idealnie do siebie pasować. Ostatnie dwie minuty utworu szczególnie mocno wyrywają się z ram konwencjonalnego grania, gdy muzycy eksperymentują z instrumentami i prawie na pewno nie tylko instrumentami. Pełno tu pisków, zgrzytów, dźwięków czegoś przypominającego budziki, dźwięki instrumentu w Polsce popularnie zwanego cymbałkami i sporo innych smaczków.

Pierwszy utwór płynnie przechodzi w kolejny "New Potato Caboose", który podobnie jak poprzedni utwór zaczyna się niepozornie. Stopniowo jednak kawałek nabiera coraz więcej energii, aż ostatecznie ponownie dostajemy ciekawą improwizację. W tym przypadku różnice w dźwięku nie są tak odczuwalne. Po takiej jamowej jeździe muzycy pozwalają nam na trochę oddechu. "Trochę", bo najkrótszy "Born Cross-eyed" także jest mocno pokręcony pomimo faktu, że wypada "najnormalniej" z całej płyty.

Dwa ostatnie i zarazem najdłuższe utwory na całej płycie to dwa najmocniejsze, choć zupełnie różne punkty płyty. O tym, że "Alligator" będzie ciekawy słychać od samego początku. Słyszymy tu nawet dźwięki kazoo czy wyjątkowo udane chóralne wokale. Mocnym punktem są tu długie, ale ciekawe sola perkusistów. Perkusistów, bo po nagraniu debiutu skład zespołu poszerzył się i nowego bębniarza, Mickeya Harta, dzięki czemu muzyka jest "bardziej gęsta".  Ciekawym urozmaiceniem w popisach perkusistów są wokalizy pojawiające się co jakiś czas w wykonaniu klawiszowca Rona McKernana. Potem stopniowo pojawiają się partie gitary i utwór ten także staje się porywającą improwizacją. Czadowy kawałek.

Nieco inaczej jest z finałowym "Caution (Do Not Stop on Tracks)", który pewnie najlepiej słucha się pod wpływem przynajmniej alkoholu, ale i bez tego może zaintrygować licznymi tematami oraz porywającą końcówką.

Grateful Dead miało interesujący ale i ryzykowny pomysł na swój drugi długograj. Do końca prac nad albumem nie dotrwał nawet producent David Hassinger, który zirytowany przedłużającymi się pracami nad cięciem taśm zostawił muzyków samym sobie. I wyszło im to rewelacyjnie, stworzyli jeden z najbardziej interesujących albumów jakie znam.

8/10

Lista utworów:

  1. That's It for the Other One (Parts I-IV)
  2. New Potato Caboose
  3. Born Cross-eyed
  4. Alligator
  5. Caution (Do Not Stop on Tracks)

czwartek, 30 czerwca 2022

Recenzja: Grateful dead - "The Grateful dead"

 

Okładka albumu "The Grateful Dead" zespołu Grateful Dead

Grateful Dead to grupa jak mało która zasługująca na nazywanie jej zespołem tworzącym rock psychodeliczny. Muzyka tworzona przez ten amerykański zespół rzeczywiście bywała tworzona pod wpływem różnych psychodelików, co idealnie słychać było szczególnie na koncertach.

Jednak studyjny debiut Grateful Dead jest mocno odmienny od późniejszych krążków zespołu. Nie usłyszymy tu zbyt wiele psychodelii. Cały album kwalifikuje się bardziej do popularnego w tamtym czasie blues rocka i tak jak wiele tego typu krążków składa się w większości z przeróbek cudzych kompozycji. Jeśli chodzi o utwory stworzone przez grupę, to jest to przyjemny, niepozbawiony pozytywnej energii otwieracz "The Golden Road", a także bardzo udany "Cream Puff War" z dużą rolą organów. Reszta to już tylko i wyłącznie przerobione wersje utwór innych wykonawców.

Debiut Grateful Dead to album na którym ciężko wskazać jednoznacznie zły utwór. Co prawda nie są one doskonałe, ale każdy świetnie się słucha. Nawet prosty, rockandrollowy "Beat It on Down the Line" i "Sitting on top of the World" z naleciałościami country pasują do reszty krążka i dają sporo pozytywnej energii. Takich pozytywnych utworów tu nie brakuje, bo można do takich zaliczyć jeszcze wesoły blues "Good morning Little School Girl" wzbogacony harmonijką, "Cold Rain and Snow" z dużą rolą klawiszy i ładną melodią czy "New new Minglewood blues".

Za najlepsze uważam jednak w szczególności dwie kompozycje które oddalają się jednak od piosenkowej formy. "Morning Dew" posiada świetny wstęp i zachwyca genialnymi partiami gitarzystów oraz fajnym wokalem. To jednak nic w porównaniu z najdłuższym na płycie "Viola Lee Blues", w którym zespół z bluesowego standardu przechodzi w porywającą improwizację, w której ponownie główną rolę pełnią gitarzyści grupy - Bob Weir i Jerry Garcia.

Debiutancki album psychodelicznej legendy to jeszcze jeszcze nie czyste wariactwo znane z późniejszych albumów. Nie jest to nawet najlepsze blues rockowe wydawnictwo tamtego okresu, jednak album jest na tyle udany, że warto go poznać, w szczególności dla kompozycji opisanych w poprzednim akapicie, jednak i z pozostałymi utworami warto się zapoznać, ponieważ są to przyjemne, nie angażujące zanadto utwory.

8/10

Lista utworów:

  1. The Golden Road
  2. Beat It on Down the Line
  3. Good Morning Little School Girl
  4. Cold Rain and Snow
  5. Sitting on top of the World
  6. Cream Puff War
  7. Morning Dew
  8. New new Minglewood blues
  9. Viola Lee Blues

sobota, 25 czerwca 2022

Recenzja: Pink Floyd - "A Saucerful of Secrets"

 Okładka albumu " A Saucerful of Secrets" zespołu Pink Floyd

W czasie prac nad swoim drugim studyjnym krążkiem, muzycy z Pink Floyd mieli niemałe problemy ze swoim dotychczasowym liderem, gitarzystą Sydem Barrettem, który coraz bardziej pogrążał się w swojej chorobie psychicznej. Stopniowe usuwanie lidera z zespołu reszta członków rozpoczęła już na koncertach, zapraszając na nie Davida Gilmoura. Początkowo miał on zastępować Syda gdy ten straci kontakt z rzeczywistością na występie. Z czasem jednak Barrett został całkowicie odsunięty od koncertów. O wiele mniejszą rolę niż na debiucie, gitarzysta miał również w studiu. Z siedmiu utworów zamieszczonych na albumie, jedynie całkiem przystępny "Jugband blues" został podpisany nazwiskiem dawnego lidera grupy. Sam utwór mocno odstaje od całości, ale broni się przede wszystkim zmianą w drugiej części utworu z radiowego numeru w ciekawą improwizację. 

Spośród pozostałych numerów partie Barretta słyszymy w zaledwie dwóch: także piosenkowym "Remember a Day", w którym jednak sporo się dzieje, a także "Set the controls for the Heart of the sun". W tym drugim utworze można usłyszeć także partie Gilmoura, a sam kawałek to genialny psychodeliczny numer z transową sekcją rytmiczną i hipnotyzującymi klawiszami, które dopełnia śpiewany ściszonym głosem wokal.

Przy pozostałych nagraniach chory muzyk już udziału nie brał. Poza "See-saw" kompozycje te są bliskie perfekcji. Natomiast wspomniany utwór także nie jest zły; czaruje bardziej bajkowym niż psychodelicznym klimatem, lecz wydaje się najmniej ciekawy z całego zestawu. "Let there be More light" rozpoczyna się ciekawym basowym motywem, zza którego powoli wyłaniają się pozostałe instrumenty. Od początku towarzyszy nam psychodeliczny, jakby orientalny klimat, który co prawda tryska gdy muzycy zaostrzają, jednak wciąż jest to bardzo dobry numer. Bardzo ciekawy jest "Corporal clegg"- bardzo melodyjny, lecz zarazem okropnie pokręcony, a to przede wszystkim za sprawą prostego instrumentu kazoo.

Najlepszym jednak utworem, który się tu znalazł jest utwór tytułowy. Jest to prawie 12 minut nieposkromionej improwizacji, w której nie wiadomo co się wydarzy za moment, a do tego trzymająca w napięciu za sprawą niepokojącego, mrocznego klimatu. Wspaniały utwór, jedna z najlepszych rzeczy jakie Pink Floyd nagrało, a przecież wybitnych rzeczy nagrało wiele.

Drugi album zespołu wciąż sporo ma wspólnego z poprzednikiem, słychać jednak w większości utworów, że grupa odcinająca się od walczącego z chorobą psychiczną kolegi powoli zmierza w odmiennym kierunku i przyznać muszę, że utwory bez Barretta (poza jednym wyjątkiem) są lepsze niż te na których wystąpił (tu wyjątkiem jest za to kompozycja na której zagrali obaj gitarzyści). Szkoda, że album ten w porównaniu z "Wish you were here", "The Wall" i "the Darkside of the Moon" ale również mniej uwielbianymi krążkami typu "Animals" i "Unmagumna" jest tak mało znany i ceniony, bo jest bardzo bliski perfekcji.

9/10

Lista utworów:

  1. Let there be More light
  2. Remember a Day
  3. Set the controls for the Heart of the sun
  4. Corporal clegg
  5. A Saucerful of Secrets
  6. See-Saw
  7. Jugband blues

piątek, 17 czerwca 2022

Recenzja: The Doors - "L.A. Woman"


Okładka albumu "L.A. Woman" zespołu The Doors

"L.A. Woman" to ostatni album the Doors nagrany z udziałem najbardziej charakterystycznego muzyka, czyli wokalisty Jima Morrisona, który zmarł kilka miesięcy po wydaniu albumu. Jeśli chodzi o kierunek w jakim zespół podążył na ostatnim "właściwym" albumie niewiele odbiega on od tego obranego na poprzednim "Morrison Hotel", czyli wciąż muzyka mocno opiera się na bluesie.

Najbardziej bluesowo brzmi przyjemny, lecz pozbawiony czegoś, co mogłoby uatrakcyjnić ten kawałek "Cars hiss by my Window". Bluesowe zacięcie mają też "Crawling King Snake" z ciekawym wstępem i niezłym solo gitarowym Kriegera oraz "The WASP (Texas Radio and the Big Beat) z recytowanym tekstem.

Standardowo jak to na płytach the Doors nie brakuje tu chwytliwych i świetnych melodii. Na tym polu wyróżnia się przede wszystkim "the Changeling" z funkowym charakterem. Średnio brzmi tu wokal Jima, ale sam utwór jest niezwykle ciekawy i oryginalny w twórczości grupy. Kolejny "Love her mandly" także jest bardzo melodyjny, ale wypada już "zwyczajnie" i w stylu poprzednich płyt. Chwytliwy jest również rozpoczęty agresywnym śpiewem "Been down so long" czy "Hyacinth House" od początku sprawiający wrażenie "pozytywnego", w którym słyszymy miłe partie każdego z instrumentalistów.

Najbardziej wyróżniają się tutaj trzy utwory. W najdłuższym utworze - tytułowym - najlepiej wypada gitarzysta grupy, jednak i pozostali muzycy - z naciskiem na sekcje rytmiczną - dają radę. Niepokojąco, wręcz mrocznie zaczyna się "L'America" i taki ponury nastrój utrzymuje się prawie cały utwór. Po raz kolejny wielką klasę pokazuje Krieger do spółki z sekcją rytmiczną. Najważniejszy jest jednak utwór, który zamyka album i powinien zamknąć całą dyskografię. Mowa o genialnym "Riders on the Storm" o ponurym psychodelicznym klimacie i świetnych solowych popisach Manzarka. To właśnie ten kawałek był pierwszym the Doors jaki usłyszałem w życiu, chociaż w innej wersji. Jak wiele dzieciaków utwór ten usłyszałem jako przeróbkę z udziałem amerykańskiego rapera Snoop Doga w grze wyścigowej Need for Speed Underground 2. W moim przypadku natychmiast stał się to mój numer jeden z soundtracku tej gry.

Naprawdę szkoda, że pozostali muzycy po śmierci swojego lidera nie zdecydowali się rozwiązać zespołu i tworzyć pod innym szyldem. "L.A. Woman" z odgłosami burzy na końcu (które w sumie słychać cały utwór) w "Riders on the Storm" byłoby doskonałym zwieńczeniem całej twórczości. Niestety tak się nie stało, chociaż i tak większość fanów za ostatni album grupy uważa właśnie ten opisywany tutaj. Sam często przyłapuje się na tym, że uważam go za ostatni, choć wiem doskonale o istnieniu albumów nagranych już bez Morrisona.

8/10

Lista utworów:

  1. The Changeling
  2. Love her mandly
  3. Been down so long
  4. Cars hiss by my Window
  5. L.A. Woman
  6. L'America
  7. Hyacinth House
  8. Crawling King Snake
  9. The WASP (Texas Radio and the Big Beat)
  10. Riders on the Storm