Pokazywanie postów oznaczonych etykietą new wave. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą new wave. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 listopada 2022

Recenzja: The Cure - "Three Imaginary Boys"

Okładka albumu "Three Imaginary Boys" zespołu The Cure

The Cure to zespół w pierwszej chwili kojarzący się mało wesołymi, gotyckimi utworami o raz bardziej, raz mniej depresyjnym nastroju. Jest to jeden z najbardziej wpływowych zespołów lat 80.. A jednak grupa zaczęła dosyć niepozornie, bo debiut Roberta Smitha i kolegów, to raczej mało się wyróżniający choć udany nowofalowy album będący zbiorem krótkich, melodyjnych i prostych kompozycji.

Przede wszystkim The Cure występuje tu jako trio, a na gitarze gra wokalista zespołu, Smith, który dostosowuje swoje partie do swoich dosyć przeciętnych zdolności instrumentalnych. I właśnie dzięki nie porywaniu się udawanie lepszego gitarzysty, album ten ma swój urok. Dzięki temu też w produkcji doceniona została sekcja rytmiczna, która gra już bardzo przyzwoicie.

Fanom bardziej przystępnej odmiany post punku na pewno przypadną do gustu takie chwytliwe piosenki jak mający w sobie nieco chłodu "10:15 Saturday Night", zachwycające świetnym basem "Grinding Halt", bardziej energiczny "Object" czy "Meat Hook" z momentami mniej typową linią wokalną Smitha.

Cały album prezentuje zresztą równy wysoki poziom i jedynie dwa utwory odstają od reszty na minus. Pierwszy to oparty co prawda na chwytliwym motywie, ale i tak jeden z mniej ciekawych "Subway Song". Drugi natomiast, to całkowicie zbędny, niespełna minutowy ukryty utwór "Subway Song".

Z tych wyróżniających się z kolei na plus należy wymienić spokojniejszy i jakby bardziej złożony "Another Day", bardzo fajne "Fire in Cairo", ponownie ponury utwór tytułowy i punkowe "It's not You" które może nie prezentuje niczego wybitnego ale mam słabość do tego energicznego i chwytliwego kawałka. "Accuracy" i "So What", a także przeróbka utworu Jimiego Hendrixa, "Foxy Lady" to też niezłe utwory ale nie dorównujące tym czterem wymienionym przed momentem kompozycjom.

Tak jak wspomniałem, debiut The Cure nie należy do najbardziej oryginalnych wydawnictw w tamtym okresie. Dopiero na kolejnych albumach grupa zaprezentuje swój inspirujący, ponury, gotycki styl, ale dla fanów grupy czy nowej fali albo pop rocka, krążek ten może być miłym albumem do posłuchania co jakiś czas.
Warto wspomnieć też, że poza Europą album ten ukazał się z inną okładką, nieco inną tracklistą oraz pod tytułem "Boys don't Cry". Z tą wersją także polecam się zapoznać, bo nie istnieje jeszcze wydanie zbierające utwory z obydwu edycji.

7/10

Lista utworów:
  1. 10:15 Saturday Night
  2. Accuracy
  3. Grinding Halt
  4. Another Day
  5. Object
  6. Subway Song
  7. Foxy Lady
  8. Meat Hook
  9. So What
  10. Fire in Cairo
  11. It's not You
  12. Three Imaginary Boys
  13. The Weedy Burton 

wtorek, 11 października 2022

Recenzja: The Birthday Party - "The Birthday Party"

Okładka albumu "the Birthday Party" zespołu The Birthday Party

Po sporym sukcesie studyjnego debiutu grupy The Boys Next Door, Nick Cave i spółka postanowili wyjechać z rodzimej Australii by podbić świat. Panowie zdecydowali się wtedy na ryzykowny krok zmiany nazwy, pomimo że stara miała już sporą rozpoznawalność. Zanim jednak do tego doszło, grupa zdążyła jeszcze wydać album pod tytułem "The Birthday Party". I początkowo płyta ta była zaliczana do twórczości The Boys Next Door, jednak po wznowieniu krążka w 1982 roku z modyfikowaną okładką, na której widoczna była tylko nazwa krążka, zaczęto przyjmować, że jest to pierwszy album już The Birthday Party.

I w sumie tak wg mnie lepiej, bo oprócz nazwy i miejsca, w którym zespół tworzył, zmieniła się też muzyka. To już nie jest takie proste, przebojowe, nowofalowe granie jak na "Door, Door". Na tym albumie oczywiście przebojowości nie brakuje, bliżej mu jednak do bardziej eksperymentalnego z definicji post punku niż do radiowego new wave. Trudno nie wyczuć tu bardzo silnego wpływu zespołów proto punkowych typu the Velvet Underground czy the Stooges.

Początek albumu jeszcze tego tak mocno nie pokazuje. Singlowy "Mr Clarinet" posiada chwytliwą melodię, z których grupa słynęła jeszcze pod starą nazwą. Surowsze i jakby bardziej zimne, gotyckie jest brzmienie. Dzięki charakterystycznemu wokalowi Nicka Cave'a oraz pełniącemu na albumie istotną rolę saksofonowi trudno wybić sobie ten numer z głowy. Coraz ciekawiej robi się wraz z utworem numer dwa, czyli "Hats on Wrong". Tu już ciężko wychwycić jakąś melodię. Jednak mogące sprawiać wrażenie chaotycznych i hałaśliwych partii każdego z instrumentów, a także równie porąbany śpiew wynagradza to z nawiązką, a utwór naprawdę intryguje.

A zespół dopiero się rozkręca. Kolejny, bardzo energiczny "The Hair Shirt" posiada już wyraźną melodie, ale wciąż jest bardziej zakręcony, a do co wyrabiają tu gitarzyści i perkusista jest niesamowite, szczególnie mam na myśli gitarowe solo. W "Guilt Parade" za to świetny moment mają dęciaki, a w "Riddle House" zarówno gitara jak i saksofon mają bardzo mocne fragmenty.

Muzycy hałasem operują tu wielkim kunsztem czego kolejnym dowodami mogą być "The Friend Catcher", który zarówno początek, jak i spinający utwór klamrą koniec ma mocno hałaśliwy i tylko między nimi można usłyszeć melodię, w dwóch skrajnych fragmentach kompozycji jest to niemożliwe. Sporo z noise rockiem wspólnego mają również "Waving my Arms" i "The Red Clock". Pierwszy z nich ma całkiem chwytliwą melodię, drugi natomiast posiada z lekka orientalny klimat za sprawą dęciaków. Do bardzo udanych numerów należy też kojarzący się z wczesnym The Velvet Underground "Cat Man", natomiast moim ulubionym numerem z całej gry jest finałowy "Happy Birthday". Utwór ten od początku do końca jest bliski ideałowi. Jedyny minus to chórki w refrenie, za to reszta utworu podoba mi się bez żadnego "ale".

Już na "Door, Door" grupa Cave'a pokazała swój niemały potencjał. Tam co prawda panowie skupili się bardziej na przystępności. Na "The Birthday Party" za to zespół świetnie połączył przystępne, chwytliwe melodie z noise'owymi eksperymentami. Dla fanów wymienionych już grup proto punkowych album ten może być niemałą przyjemnością, chociaż ciężko mówić tu o wielkiej oryginalności. Warto wspomnieć, że praktycznie cały materiał z tej płyty pojawił się na składance "Hee Haw", na której można usłyszeć też utwory z tak samo nazwanej EPki.

8/10

Lista utworów:

  1. Mr Clarinet
  2. Hats on Wrong
  3. The Hair Shirt
  4. Guilt Parade
  5. Riddle House
  6. The Friend Catcher
  7. Waving my Arms
  8. The Red Clock
  9. Cat Man
  10. Happy Birthday

środa, 5 października 2022

Recenzja: Maanam - "Róża"

Okładka albumu "Róża" zespołu Maanam


Maanam po reaktywacji raczej nie musiał narzekać na brak zainteresowania. Grupa nawet w czasach kryzysu potrafiła tworzyć zgrabne przeboje, które natychmiast zapadały w pamięć, dzięki czemu pierwszy po wznowieniu działalności "Derwisz i anioł" osiągnął sukces komercyjny, chociaż znacznie mniejszy niż albumy z pierwszego okresu działalności. Natomiast jego następca, "Róża" stał się sukcesem ogromnym.
Bynajmniej nie jest to album należący do czołówki płyt polskiej grupy. Muzycy na tym krążku znacznie złagodzili brzmienie już prawie całkowicie odchodząc od swoich nowofalowych korzeni na rzecz pop rocka. Pójście w stronę bardziej radiowych brzmień samo w sobie nie jest powodem do krytyki, ale samo wykonanie w wielu przypadkach pozostawiało wiele do życzenia. Prawie tytułowa "Róża (zdrada i wniebowstąpienie)" to tylko przyjemny, lecz szybko wypadający z głowy numer. Podobnie sprawa się ma ze "Słońce jest okiem Boga", "Kocham i nienawidzę" oraz "Owady podniosły skrzydła do lotu".

Z ciekawszych rzeczy na albumie można wymienić bardziej chwytliwy "List (To nie hołd)", najbardziej energiczny "Wieje piaskiem od strony wojny" i "Mówię do Ciebie coś", szczególnie we fragmentach z bardziej agresywnym wokalem. Może też się spodobać odmienny "Nic dwa razy" - ten jednak nie należy do najbardziej oryginalnych - i przede wszystkim mający jeszcze coś z new wave "Bez Ciebie umieram". Kompletnie nie przekonują mnie jednak czerpiący z reggae "Zapatrzenie" i banalny "Cafe maur".

"Róża" to album skierowany przede wszystkim do miłośników bardzo komercyjnego pop rocka. I po raz kolejny Kora bastuje ze swoją manierą, sam styl można przyrównać choćby do Lady Pank z czasów późniejszych niż debiut, wilki od albumu "4" czy Bajm, czyli zespołów, które mają w naszym kraju licznych miłośników. Sukces komercyjny może wydawać się zrozumiały właśnie z tych względów, jednak poprzednie albumy także były bardzo przystępne, a przy tym zwyczajnie lepsze. Była to najgorsza płyta zespołu do tamtej pory. Jednak mimo to okazała się lepsza niż kolejne.

4/10

Lista utworów:
  1. Róża (zdrada i wniebowstąpienie)
  2. Zapatrzenie
  3. List (to nie hołd)
  4. Cafe maur
  5. Bez ciebie umieram
  6. Wieje piaskiem od strony wojny
  7. Słońce jest okiem Boga
  8. Kocham i nienawidzę
  9. Owady podniosły skrzydła do lotu
  10. Nic dwa razy
  11. Mówię do Ciebie

piątek, 2 września 2022

Recenzja: "Maanam - "Derwisz i anioł"

Okładka albumu "Derwisz i anioł" zespołu Maanam

Rozpad Maanamu po wymuszonym nieco "Się ściemnia" (a i tak bardzo udanym) nie trwał zbyt długo. Już w 1990 roku polski zespół wyruszył w trasę po USA gdzie grała dla polskiej poloni. Trasa spotkała się z ciepłym przyjęciem, dzięki czemu już rok później polska legenda wróciła z nowym albumem o nazwie "Derwisz i anioł". I wróciła w dobrym stylu trzeba przyznać.

Od samego początku działalności zespołu fani pokochali go za kilka rzeczy: chwytliwe, szybko wpadające w ucho melodię, ciekawe popisy gitarzystów, dobrą grę sekcji rytmicznej, zróżnicowanie poszczególnych utworów (zazwyczaj) i oczywiście charakterystyczny sposób śpiewu wokalistki zespołu, Kory. I po reaktywacji grupy niemal każdy z tych elementów wciąż na tym albumie jest słyszalny. Niemal, bo Jackowska znacznie mniej szachuje tu swoim głosem, znacznie częściej śpiewając bardziej subtelnie, melorecytując swoje partię czy zwyczajnie odśpiewując je w sposób "zwyczajny". Czy to źle? Raczej nie. Wokalistka wciąż dysponuje tu świetną barwą, a słuchacze, których specyficzna maniera Kory zniechęcała do twórczości zespołu mogą śmiało posłuchać tego albumu bez większego wstrętu.

Album rozpoczyna się od świetnego "Nie bój się nie bój się". To bardzo przyjemny nowofalowy kawałek, w którym najciekawiej brzmi motyw gitarowy, który przypomina "Enter Sandman" Metalliki. Ciężko jednak stwierdzić, czy utwór ten był inspiracją dla polskiej grupy czy zupełnym przypadkiem, bo album nagrywany był w lipcu 1991 roku, a przebój amerykańskiego zespołu został wydany na singlu pod koniec tego właśnie miesiąca. Wpływ innej amerykańskiej kapeli słychać za to w kolejnym "Co znaczą te słowa". Tutaj w pewnym momencie przed gitarowym solo słuchać fragment zgielkliwej gitary mogącej się kojarzyć np z Sonic Youth, którym mocno inspirowały się zespoły grunge'owe- np Nirvana, która także w tym roku wydała swój najbardziej znany album, "Nevermind".

Czymś nietypowym na albumie mimo i tak dużej eklektyczności jest "Złote tango, złoty deszcz" z bardzo dużym udziałem akordeonu i nieco mniejszym instrumentów dętych. Czymś nowym jest też zakończenie na organach w "Samotność mieszka w pustych oknach" z melorecytowanym tekstem. "Street cowboys" za to posiada nietypową jak na Maanam zagrywkę gitarową, a także anglojęzyczny tekst.

Na pierwszym po reaktywacji albumie grupa Jackowskich umieściła też dwie spokojniesze kompozycje: prawie tytułowy "Anioł" z ładnymi nowofalowymi partiami gitary elektrycznej, a także cieszący się sporym zainteresowaniem wśród fanów "Wyjątkowo zimny maj" z poetyckim tekstem. Mniej ciekawie ale nieźle prezentują się jeszcze szybszy "Derwisz" i "W ciszy nawet kamień rośnie". Całości dopełnia nowsza wersja przeboju z płyty debiutanckiej, "Karuzela marzeń". Obecna tu wersja od pierwowzoru różni się jedynie brzmieniem- mniej czystą gitarą- oraz wokalem - Kora śpiewa w bardziej stonowany sposób niż tam.

Maanam przed rozpadem kilka lat wcześniej przyzwyczaił swoich fanów, że poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Na ostatnim przed zawieszeniem działalności "Się ściemnia" słychać było pewne oznaki zmęczenia, te jednak całkowicie zniknęły po wznowieniu działalności. Może i brakuje tu takiej energii jak na dwóch pierwszych albumach i takiego klimatu jak w niektórych momentach "Nocnego patrolu" i "Mental Cut", ale co z tego, skoro grupa zaprezentowała równy i pozbawiony monotonii materiał? Jest to już kolejna udana pozycja w katalogu tego kultowego zespołu.

6/10

Lista utworów:

  1. Nie bój się nie bój się
  2. Co znaczą te słowa
  3. Karuzela marzeń
  4. Złote tango złoty deszcz
  5. Samotność mieszka w pustych oknach 
  6. Street cowboys
  7. Anioł (Miłość to wieczna tęsknota)
  8. Derwisz
  9. W ciszy nawet kamień rośnie
  10. Wyjątkowo zimny maj

piątek, 19 sierpnia 2022

Recenzja: The Boys Next Door - "Door, Door"

Okładka albumu "Door, Door" zespoły The Boys Next Door

Zaledwie w poprzedniej recenzji - "Garage Inc." zespołu Metallica - wspomniałem, że szkoda, że metalowa legenda nie poradziła sobie z utworem "Loverman" Nick Cave and the Bad Seeds, bo australijski muzyk (i oczywiście towarzyszący mu artyści) jest warty uwagi. Postanowiłem więc sam poświęcić trochę uwagi tym muzykom. Tym razem co prawda nie jest to projekt Nick Cave and the Bad Seeds, który nagrał "Loverman" lecz pierwszy poważny projekt Nicka Cave'a zanim jeszcze opuścił wraz z towarzyszącymi mu muzykami rodzimą Australię kiedy to zmienili nazwę i stali się bardziej znani.

Muzyka zawarta na debiucie grupy The Boys Next Door, "Door Door" różni się od tej, którą niektórzy mogą kojarzyć z czasów Birthday Party, nie mówiąc już o tej z czasów Bad Seeds. Tutaj dominuje całkiem przebojowa i raczej mało odkrywcza muzyka nowofalowa wyróżniającą się właściwie jedynie warstwą wokalną charyzmatycznego Nicka Cave'a. Utwory rodzaju "The Nightwatchman" albo "Brave Exhibitions" to po prostu melodyjne i przyjemne new wave'owe  numery nie wyróżniające się czymś nadzwyczajnym. W tym pierwszym dodatkowo występuje największa wada całego albumu czyli nie zawsze potrzebne chórki. Te są zbędne wg mnie także w niezłym "The Voice", w którym możemy usłyszeć saksofon i w "Somebody's Watching", który wg mnie szybko się nudzi.

Moimi ulubionymi kompozycjami z tego albumu są "Friends of My World" z bardzo fajnym gitarowym motywem oraz "After a Fashion" z kolejną świetną gitarową partią. Nieźle wypada ponury "I Mistake Myself", za to lekko mroczny "Dive Position" traci swój klimat w refrenach, szkoda. Niewypałami za to są tandetny "Roman Roman" oraz niepasująca do reszty ballada "Shivers".

Muzyka zawarta na "Door, Door" nie jest odkrywcza i nie różni się wiele od innych nowofalowych albumów z tego okresu. Jest to propozycja przede wszystkim dla fanów tej stylistyki i fanów twórczości Nicka Cave'a. Dla innych słuchaczy jest to raczej ciekawostka. Przyjemna w odsłuchu, ale ciekawostka.

6/10

Lista utworów:

  1. The Nightwatchman
  2. Brave Exhibitions
  3. Friends of My World
  4. The Voice
  5. Roman Roman
  6. Somebody's Watching
  7. After a Fashion
  8. Dive Position
  9. I Mistake Myself
  10. Shivers

sobota, 13 sierpnia 2022

Recenzja: Maanam - "Się ściemnia"

 

Okładka albumu "Się ściemnia" zespołu Maanam

Tytuł piątego albumu studyjnego Maanam wiele mówi o samej zawartości płyty. Mimo, że na "Ulicznym patrolu" i "Mental Cut" sporo było utworów o pesymistycznym charakterze, to tutaj brzmią one w większości jeszcze chłodniej, mocniej nawiązując do stylistyki cold wave, a nie new wave jak było dotychczas.

Nie stało się tak bez przyczyny. Zespół właściwie nie istniał w czasie nagrań, więc trudno było o chwytliwe, przebojowe numery pokroju "Szarych miraży" czy słynnych "Cykad". Najlepszym przykładem na to jest to, że największy przebój z tej płyty, czyli utwór tytułowy, to kompozycja chłodna, momentami mroczna okraszona pesymistycznym tekstem. A mimo to grupa potrafiła z tego uczynić utwór długo zapadający w pamięci. Jest to też jeden z niewielu momentów, gdy Kora szarżuje ze swoim specyficznym stylem śpiewu. Przez większość albumu śpiewa w sposób jak na nią całkowicie zwyczajny, np w fajnych "For Your Love" i "Caliope". Bardzo interesującym utworem jest "Kadyks" w części śpiewany po francusku, natomiast średnio wypada "Życie za życie (kiedy skrzywdzisz mnie)" z udziałem trąbki.

Pozostałe utwory już zawierają mniej chłodu, choć "Lata dziecinne (Płynny żar)" jest jeszcze nieco zimne. "Bądź taka nie bądź taka" to już natomiast jeden z najsłabszych utworów, podobnie jak najbardziej pozytywny pod względem charakteru, instrumentalny "Wszystko w porządku, więc od początku ". Broni się natomiast żywiołowy "Jedyne prawdziwe tango" z wyrazistym basem.

"Się ściemnia" był trudnym dla grupy albumem. Zespół był już praktycznie rozwiązany, niektórzy muzycy byli zbierani na szybko, a spójność albumu znowu została zaburzona kilkoma nie pasującymi do klimatu kompozycjami. Maanam jednak to grupa, która poniżej pewnego poziomu nie schodziła i nawet w takim kryzysie poradziła sobie naprawdę dobrze, szczególnie w tych chłodnych numerach, w których grupa świetnie się sprawdza, co pisałem już przy okazji "Nocnego patrolu". 

7/10

Lista utworów:

  1. For Your Love
  2. Caliope
  3. Bądź taka nie bądź taka
  4. Kaliope
  5. Życie za życie (kiedy krzywdzisz mnie)
  6. Lata dziecinne (płynny żar)
  7. Się ściemnia
  8. Jedyne prawdziwe tango
  9. Wszystko w porządku, więc od początku 

piątek, 24 czerwca 2022

Recenzja: Maanam - "Nocny patrol"

 

Okładka albumu "Nocny patrol" zespołu Maanam

"Nocny patrol" to płyta mająca szczególny status. Zarówno dla fanów grupy, jak i bardziej postronnych słuchaczy jest to opus magnum zespołu i równocześnie jedna z najwybitniejszych płyt w historii polskiego rocka. Jedno trzeba muzykom przyznać, a mianowicie, że na swoim trzecim krążku sporo poszukiwali, kombinowali z innymi stylami muzycznymi, a także poczynili progres jeśli chodzi o aranżacje.

Całość jest jednak mocno nierówna, przede wszystkim stylistycznie. Mamy tu utwór tytułowy, mocno zakorzeniony w rytmach reggae, co było bardzo popularne na polskiej scenie rockowej tamtych lat (żeby wymienić tylko legendę polskiego bluesa i rocka - zespół Dżem - albo najpopularniejszego przedstawiciela nowej fali w naszym kraju, czyli Lady Pank. Zaraz po nim z kolei słyszymy balladę "Jestem kobietą" z pięknym wokalem Kory śpiewającej pacyfistyczny tekst oraz ciekawą, choć mało porywającą solówką gitarową. W stylu tego pierwszego utworu w zasadzie nie znajdziemy już nic więcej, za to obok "Jestem kobietą" znajdziemy tu jeszcze jedną balladę - kultowy "Krakowski spleen"z kolejnym poetyckim tekstem i świetną partią Jackowskiej. 

Na trzecim krążku grupy nie brakuje jednak nowofalowych kompozycji, z których Maanam zasłynął.  Do tych należy bardzo ciekawy "To tylko tango" z legendarną zagrywką perkusyjną, która stała się dżinglem w Polskim Radiu. Mocno teatralnie, ale udanie brzmi tu wokalistka, a ciekawostką jest użycie akordeonu. Nowofalowo, ale spokojniej jest w najdłuższej na płycie "Eksplozji" czy przede wszystkim w szybkim, krótkim i ogromnie chwytliwym "raz-dwa-raz-dwa". Mimo krótkiego czasu trwania, dzieje się tu sporo, jest to jednak utwór najmniej do reszty pasujący.

Ale nie samym New Wave post punk żyje i tu narzuca się przede wszystkim "Zdrada" z niesamowitym śpiewem i poetyckim tekstem pełnym gniewu i smutku, dość mocno kojarzący się z mistrzami posępnego post punku - Joy Division. Także chłodno, choć już mniej depresyjne jest w "French is Strange" z bezsensownym tekstem.

Mamy tu jeszcze niemal hardrockowy finał albumu w postaci "Miłość jest jak opium"z ostrymi zagrywkami gitarzystów wzbogaconymi o brzmienie instrumentów klawiszowych. Bardzo ciekawy jest także instrumental "Polskie ulice" do którego wpleciono prawdziwe odgłosy polskiego miasta w czasach PRL-u. Nagranie może wydawać się monotonne, ale prawda jest taka, że co chwilę w tle coś się dzieje, a Maanam zyskał coś wzór protest songu...tyle że bez słów.

"Nocny patrol" to kolejny z kultowych albumów, którym do ideału wiele brakuje. Chodzi przede wszystkim o brak spójności, bo same kompozycje w większości się bronią, ale takie są skutki, gdy artysta stara się stworzyć coś eklektycznego. Plus za próbę i za mimo wszystko niezły efekt końcowy, ale ocena byłaby jeszcze wyższa, gdyby rozstrzał stylistyczny nie był tak duży.

8/10

Lista utworów:

  1. Nocny patrol
  2. Jestem kobietą
  3. To tylko tango
  4. French is Strange
  5. Polskie ulice
  6. Eksplozja
  7. Zdrada
  8. Raz-dwa-raz-dwa
  9. Krakowski spleen
  10. Miłość jest jak opium 

czwartek, 2 czerwca 2022

Recenzja: Maanam - "O!"

Okładka "O!" Zespołu Maanamu


Fani Jackowskich i spółki nie musieli długo czekać na następcę uwielbianego debiutu. Rok po wydanym w 1981 roku nienazwanym debiucie zespołu, na półki sklepowe trafiła druga pozycja od grupy - "O!". Czy grupa przez ten czas uznała, że lepiej dać fanom coś czego oczekują czy może zaserwować coś nowego? Chyba były chęci na to drugie, ale delikatnie mówiąc nie wyszło i płyta stylistycznie jest bardzo podobna do debiutu. Tyle, że dzisiaj nie jest tak znana jak "Maanam". W przeciwieństwie do poprzednika nie znajdziemy tu aż tyle nieśmiertelnych przebojów zespołu, ale i te się tu znajdą.

Konkretnie dwa takie się znajdą. Największą popularność zdobyło z pewnością "Nie poganiaj mnie bo tracę oddech"- bardzo chwytliwe nowofalowe nagranie, lecz mocno naiwne. Na pewno nie jest to utwór wybitny, ale nie można odmówić mu chwytliwości i długiego "siedzenia" w głowie. Gorzej, że zwykle w głowie siedzi to co chcemy z niej jak najszybciej wyrzucić. W tym przypadku niespieszno mi do zapomnienia o kawałku, ale zespół miewał lepsze nagrania. Drugi z tych większych hitów to "O! Nie rób tyle hałasu". Także dosyć sztampowy, nowofalowy numer, ale i tu ciężko odmówić wpadającej w ucho melodii. Podoba mi się także szybka partia wokalna Kory.

Na pewno wyróżniłbym również następne "Paranoja jest goła" ze specyficznym sposobem śpiewania wokalistki oraz bardzo dobrą solówką gitarową Olesińskiego. Jednym z moich ulubionych kawałków na tej płycie jest "Die Grenze" zaczynający się balladowo, lecz po chwili nieznacznie nabierający mocy. Bardzo podoba mi się gra instrumentalistów, a także linia wokalna w zwrotkach, za to śpiew w refrenie pozbawiony jest tego "czegoś", lecz przynajmniej nie popadający w banał. Miłym akcentem są partie trąbki zagrane przez samego Tomasza Stańko. Całkiem nieźle prezentuje się też żywiołowy "Pałac na piasku" z niezłymi partiami gitarzystów linią wokalną. Wolę to nagranie nawet od dwóch największych hitów z krążka. Podobnie jest z następującym po nim utrzymanym w średnim tempie "Jest już późno, piszę bzdury". Mimo że muzycy nie prezentują tu czegoś nadzwyczajnego, to ich partie łączą się w w jedną, zgrabną i melodyjną całość.

Reszta utworów to głównie miniatury nie wprowadzające w całość nic ciekawego. Jedynym wyjątkiem może być "Zwierzę", czyli samotna gra Stańko na trąbce zaraz po zakończeniu "Die Grenze". Nie jestem jednak jakoś mocno pozytywnie nastawiony do tego fragmentu krążka. Ale zdecydowanie ciekawsze jest to niż odgłosy otwierania butelki i opróżniania jej zawartości w "Bodek", nagranie kojarzące się z utworem z lat 50. albo i wcześniejszych w "Ninon" albo "An 24 "Antonow"" - krótkie i mało ciekawe nagranie, w którym jednak wyróżnia się intensywny bas i szybka gra gitarzystów. Całości dopełnia już "normalny" utwór "Parada słoni i róża". Nietypowy dla grupy numer, jednak zbyt monotonny. Całość oparta jest na ciągłym powtarzaniu tego samego. Nawet Kora wciąż powtarza te same patenty wokalne. A szkoda, bo utwór miał potencjał na intrygujący post punkowy kawałek.

"O!" miało nieszczęście znalezienia się między dwoma cieszącymi się ogromną popularnością albumami Maanamu. Jednak nie jest to jedyna przyczyna mniejszego zainteresowania tym akurat albumem. Przyczyna leży w tym, że to co grupa zagrała na tej płycie to tak naprawdę powtórka z rozrywki i to chyba mimo wszystko gorsza wersja debiutu. Jest tu kilka ciekawych dla szukających melodyjnego rocka kawałków, ale kompozycje nie są tak wyraziste jak na poprzedników. A wszelkie "eksperymenty" i próby urozmaicenia, najlepiej pominąć milczeniem.

6/10

Lista utworów:

  1. Bodek
  2. O! Nie rób tyle hałasu
  3. Paranoja jest goła
  4. Parada słoni i róża
  5. Nie poganiaj mnie bo tracę oddech
  6. Die Grenze
  7. Zwierzę
  8. Pałac na piasku
  9. Jest już późno, piszę bzdury
  10. Ninon
  11. An 24 "Antonow"

środa, 18 maja 2022

Recenzja: Maanam- "Maanam"

 

Okładka albumu "Maanam" zespołu Maanam

Maanam jest grupą w Polsce już kultową. Przeboje takie jak "Boskie Buenos", "Kocham cię kochanie moje" czy "Cykady na Cykladach" zna chyba każdy, kto choćby co jakiś czas włącza radio. Co prawda popularnością Maanam nie dorównuje najbardziej znanym polskim grupom jak Lady Pank, Perfect, Dżem i Budka Suflera, jednak mimo to, był to zespół który na swoje uwielbienie zasłużył być może bardziej niż wyżej wymienione. 

Grupa dosyć długo zabierała się za nagranie swojego debiutanckiego albumu, bo trafił do sprzedaży dopiero w 1981 roku, a grupa istniała od 1975 roku. Chociaż był to zupełnie inny zespół. Na początku działalności funkcjonowała nazwa M-a-M wzięta od pierwszych liter imion założycieli- Marka Jackowskiego oraz Milo Kurtisa, a sam zespół tworzył inspirując się muzyką orientalną. W międzyczasie Milo odszedł aby stworzyć grupę Osjan, a przez skład przewinął się sam John Porter mający spore grono fanów w naszym państwie.

Na swoim pierwszym albumie Maanam prezentuje muzykę zupełnie inną, niż Jackowski tworzył w duecie z Kurtisem. Tutaj dominuje czysty post punk i tzw. nowa fala, a zespół mimo przebojowości i chwytliwości nie popada w kicz czy banał. 

Niemal każdy z zamieszczonych na płycie utworów zdobył status przeboju, jednak jest tu jedna kompozycja, która swoją popularnością przebiła każdy inny z obecnych tu utworów i chyba jedynie słynne "Cykady" są bardziej katowane w mediach. Chodzi o chwytliwe "Boskie Buenos" ze świetną partią gitarową Olesińskiego oraz wokalną Kory Jackowskiej- żony Marka. Nawet refren, który aż się prosił o zepsucie go ze względu na swoją prostotę, w wykonaniu wokalistki brzmi całkiem dobrze.

Ciężko wskazać, która z umieszczonych na krążku kompozycji jest tą "drugą", bo hitów tu naprawdę nie brakuje. Mamy tu bardzo szybką i chwytliwą "Żądze pieniądza" z kolejną wspaniałą linią wokalną Kory. Mamy nieco "połamane" "Stoję, stoję", w którym Jackowska popisuje się specyficzną manierą wokalną. No i mamy prawie taneczne "Szare miraże" oparte na chwytliwej linii basu i post-punkowej gitarze.

Sporą popularność zdobyła także "Karuzela marzeń", jednak ta nie zachwyca mnie zbytnio. Bardziej cenie sobie "Oddech szczura" oparty na nietypowym na tym albumie riffie, w którym Kora wypluwa wersy z prędkością karabinu, zawstydzając niejednego rapera. Ciekawym urozmaiceniem są też dźwięki przypominające zgromadzenie tytułowych gryzoni. 

Jeśli mowa o próbach urozmaicenia, to trzeba wspomnieć przede wszystkim trzy utwory. Pierwszy z nich to "Biegnij razem ze mną", które brzmi raczej prosto, ale pojawia się tu partia saksofonu nagrana przez Zbigniewa Namysłowskiego. Zaraz po nim usłyszymy piękny instrumental "Miłość jest cudowna" z magicznymi partiami gitarowymi Jackowskiego i Ryszarda Olesińskiego. Aż szkoda, że tego utworu, wokalistka nie ozdobiła jakimś poetyckim miłosnym tekstem, ale i bez wokalu, utwór się broni. Potencjał miała również jedyna na albumie ballada "Szał niebieskich ciał", jednak została zanadto rozwleczona i jak na ponad 7 minut, dzieje się tu zdecydowanie za mało.

Niezatytułowany debiut Maanamu to kopalnia przebojów, które otworzyły zespołowi drzwi do sławy, a muzykom pozwoliły stać się inspiracją dla młodych. Tutaj jeszcze zespół nie sili się na wielką oryginalność, jednak ciężko uznać kompozycje za plagiat zachodnich wykonawców. Nieco bardziej różnorodnie będzie później.

7.5/10

Lista utworów

  1. Stoję, stoję
  2. Boskie Buenos
  3. Biegnij razem ze mną
  4. Miłość jest cudowna
  5. Żądza pieniądza
  6. Karuzela marzeń
  7. Oddech szczura
  8. Szał niebieskich ciał
  9. Szare miraże