Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coldwave. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coldwave. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 grudnia 2022

Recenzja: The Cure - "Seventeen Seconds"

Okładka albumu "Seventeen Seconds" zespołu The Cure

Po niepozornym aczkolwiek udanym j przyjemnym debiucie, w muzyce The Cure nastąpiła duża zmiana. Konwencjonalny nowofalowy styl zmienił się w zimną, gotycką muzykę, ponurym nastrojem momentami przebijając nawet Joy Division. Taka zmiana niezbyt spodobała się dotychczasowemu basiście Michaelowi Dempseyowi, którego zastąpił Simon Gallup, a wraz z nim do zespołu dołączył klawiszowiec Matthieu Hartley. 

W całość doskonale wprowadza instrumentalny "A Reflection", który daje do zrozumienia, że będzie to zupełnie inny materiał niż na debiucie. Smith i spółka nie rezygnują jednak z przebojowych melodii o czym świadczą kolejne "Play for Today" oraz "Secrets". Oba te kawałki pokazują także, że mimo zmiany na pozycji basisty, instrument ten wciąż będzie mocno wyeksponowany mimo, że Gallup nie wybija się na pierwszy plan, tak jak robił to wcześniej Dempsey. Mniej przekonuje mnie "In Your Arms", za to następujące po nim miniatury "Three" oraz "The Finał Sound" są istotnymi punktami całości, a ten drugi pasowałby nawet do jakiegoś filmu grozy. Po nich słyszymy największy przebój z tego albumu i pierwszy zarazem umiarkowany hit w karierze zespoł, czyli "A Forest" udanie łączący mrok z przebojowością. Ostatnie trzy pozycje czyli bardziej energiczny "M", "At Night" oraz utwór tytułowy będący jednym z najbardziej zapadających w pamięci momentów albumu to także udane utwory.

Mówi się, że właściwe The Cure zaczęło się właśnie na "Seventeen Seconds". Nie skreślałbym udanego poprzednika, ale prawdą jest, że zespół popularność zdobył właśnie dzięki ponurym, zimnym kompozycjom. Tu ten styl dopiero raczkuje, a do perfekcji którą osiągnie na "Pornography", ale już tutaj muzycy zaprezentowali charakteryatyczny styl.

8/10

Lista utworów:

  1. A Reflection
  2. Play For Today
  3. Secrets
  4. In Your House
  5. Three
  6. The Final Sound
  7. A Forest
  8. M
  9. At Night
  10. Seventeen Seconds 

sobota, 5 listopada 2022

Recenzja: The Birthday Party - "Prayers on Fire"

Okładka albumu "Prayers on Fire" zespołu The Birthday Party

Po udanym, drugim albumie grupy The Boys Next Door/The Birthday Party grupa wydała album, co do którego w końcu nie ma wątpliwości które wcielenie zespołu je nagrało. I tak jak na "The Birthday Party" zespół Nicka Cave'a rozwinął nowofalową stylistykę z "Door Door" o bardziej eksperymentalne elementy, tak "Prayers on Fire" dla fanów New Wave prezentowanego przez najbardziej znanych w tym gatunku The Police czy nasze polskie Lady Pank i Maanam, może być już bardzo trudny do słuchania.

Australijczycy postawili tu na krótkie utwory, w których jednak sporo się dzieje mimo czasu trwania w okolicach 3 minut. Dość dużo tu hałasu inspirowanego zespołami proto punkowymi, udziwniających całość partii instrumentów dętych czy w końcu specyficznego śpiewu Nicka Cave'a. Ten jednak nie ogranicza się do jednego sposobu śpiewania. Raz brzmi "dziko", raz teatralnie, jeszcze kiedy indziej nienaturalnie nisko. Za każdym jednak razem trudno nazwać wokal "normalnym".

Już "Zoo Music Girl", które otwiera album zapowiada, że dzieło to będzie niecodzienne, porąbane wręcz jak sam otwieracz - bardzo zresztą udany. Utwór się kończy i kto liczył, że kolejny "Cry" będzie bliżej new wave z "Door Door" znowu się zawiedzie, bo oto wita go ponownie obłąkany śpiew Cave'a. A co dalej? Później słyszymy "Capers" z wesołą melodyjką i przetworzonym wokalem, który niby nie pasuje do niej... A jednak wpasowuje się świetnie. "Nick the Stripper" obok "chorego" śpiewu wyróżnia się fajnym gitarowym solo, a utrzymany w wolnym tempie "Ho Ho" zrezygnowaną ale dobrą linią wokalną. "Figure of Sun" za to zdaje się zapowiadać rychłe nadejście noise rocka. "King Ink" natomiast to jedyny utwór w którym wrzaski lidera mi przeszkadzają i zdają się psuć  udany, gotycki kawałek. "Dead Song" posiada fajny basowy i gitarowy motyw, podobnie jak jeden z lepszych na płycie "Dull Day". W "Yard" za to najbardziej intryguje mroczny, duszny, depresyjny klimat, który jest jeszcze potęgowany partiami saksofonu. Dęciaki zresztą pełnią tu dużą rolę, bo w "Just You and I" dodają sporo uroku. Tu jednak uwagę najbardziej zwraca chyba początkowy klawiszowy motyw. Podoba mi się też zadziorny ale nawet chwytliwy "Blundertown" ale już finałowy "Kathy's Kisses" niezbyt mi się podoba.

"Prayers on Fire" to spory skok stylistyczny względem poprzedniego albumu. Muzycy sporo ryzykowali udziwniając swoje kompozycje w momencie, gdy na topie coraz mocniej utrzymywały się utwory proste, melodyjne i wprost cukierkowe. Mimo to uważam płytę tą za udaną, choć na ten moment wolę bardziej przystępnego poprzednika.

7/10

Lista utworów:

  1. Zoo Music Girl
  2. Cry
  3. Capers
  4. Nick the Stripper
  5. Ho Ho
  6. Figure of Sun.
  7. King Ink
  8. Dead Song
  9. Yard
  10. Dull Day
  11. Just You and I
  12. Blundertown
  13. Kathy's Kisses 

czwartek, 20 października 2022

Recenzja: Sisters of Mercy - "Some Girls Wander by Mistake"

Okładka albumu "Some Girls Wander by Mistake" zespołu Sisters of Mercy

Podstawowa dyskografia Sisters of Mercy zamyka się co prawda w trzech albumach, które już opisałem. Grupa natomiast nagrała niemało materiału jeszcze przed wydaniem debiutanckiej płyty. Nagrane w latach 1980-1983 utwory zebrane zostały na składance pod tytułem "Some Girls Wander by Mistake". Album ten więc jest niemałą gratką dla miłośników grupy. Dla pozostałych słuchaczy może być właściwie ciekawostką. Całkiem fajną w słuchaniu, ale wciąż tylko ciekawostką.

Kompozycje tu zawarte pokazują jak mocno zespół dopracował swój styl przed oficjalnym debiutem. Te, które tu usłyszymy co prawda nie brzmią identycznie, ale też pozbawione są czegoś charakterystycznego. Na albumie dominują utwory przebojowe, ale nie tak dobre jak późniejsze utwory, kawałki o zimnym, gotyckim brzmieniu. Do takich zaliczył bym "Alice", "Floorshow", "Fix" i "Heartland". Wyróżnić mogę za to "Lights", hipnotyzujący "Valentine" czy "Burn".

Jednak na kompilacji znajdziemy też bardziej wyróżniające się utwory jak instrumentalny "Phantom" czy w dużej części także pozbawiony wokalu "Kiss the Carpet" mający dużo wspólnego właśnie z "Phantom". Oba jednak są sztucznie wydłużane, a szkoda bo bardzo dobrze się zapowiadały. Z mniej typowych kawałków nieźle wypadają żywiołowy "Temple of Love", "Watch" "Anaconda", taneczny "Body Electric" czy nawiązujący do proto-punku "Adrenochrome". Słabiej natomiast wypada "The Damage Done". A zupełnie niepotrzebne są "Kiss the Carpet - Reprise" i "Home of the Hit-Men". Całości dopełniają jeszcze dwie przeróbki: niezbyt udany "1969" The Stooges i będący jednym z najlepszych momentów albumu "Gimme Shelter" the Rolling Stones.

"Some Girls Wander by Mistake" to w sumie dobry suplement do dyskografii pionierów rocka gotyckiego. Większość zawartych tu kompozycji wprawdzie nie dorównuje tym z regularnych albumów, ale mało też jest oczywistych wpadek. Gorzej, że mało która kompozycja wyróżnia się czymś szczególnie ciekawym. A przez długi czas trwania dosyć jednorodny styl tego wydawnictwa może zacząć już męczyć. Tyle dobrego, że wydawca postanowił te najbardziej wyróżniające się utwory umieścić na końcu, dzięki czemu słuchacz jeszcze ma szansę dotrwać do końca bez wcześniejszego wyłączenia płyty.

7/10

Lista utworów:

  1. Alice
  2. Floorshow
  3. Phantom
  4. 1969
  5. Kiss the Carpet
  6. Lights 
  7. Valentine
  8. Fix
  9. Burn
  10. Kiss the Carpet - Reprise
  11. Temple of Love 
  12. Heartland
  13. Gimme Shelter
  14. The Damage Done
  15. Watch
  16. Home of the Hit-Men
  17. Body Electric
  18. Adrenochrome
  19. Anaconda

sobota, 20 sierpnia 2022

Recenzja: Sisters of Mercy - "Floodland"

Okładka albumu "Floodland" zespołu Sisters of Mercy


Niedługo po zakończeniu trasy koncertowej promującej "First and Last and Always" Andrew Eldritch przeniósł się do Niemiec aby tworzyć nowy materiał. W międzyczasie dołączyli do niego inni muzycy, Hussey i Craig. Długo tam zabawili, bo ponoć pokłócili się z liderem i odeszli z zespołu zakładając własny, Sisterhood. Jednak zanim nowa grupa zdążyła coś nagrać, Eldritch przejął tę nazwę i wydał pod tym szyldem płytę. Po jedynym albumie tego projektu muzyk postanowił jednak wrócić do starego szyldu, tylko że z zupełnie innym składem i wydał drugi album w karierze The Sisters of Mercy, "Floodland".

Muzyka obecna na drugim albumie grupy zachowuje swój przebojowy charakter, nie może się jednak równać z hitami z debiutu. Tym razem kompozycje tu zawarte są jeszcze zimniejsze niż na "First and Last and Always". Zmiana słyszalna jest już od samego początku czyli od świetnego "Dominion/Mother Russia", w którym możemy usłyszeć kolejną nowość w porównaniu do poprzednika, czyli żeński wokal należący do nowej basistki zespołu, Patrici Morrison. Nie jest to głos jakoś szczególnie ciekawy, ale pasujący do brzmienia. Jeszcze ciekawszy jest kolejny "Flood I", w którym możemy usłyszeć fragmenty kojarzące się z bliskim wschodem.

Zaraz po tych dwóch utworach usłyszymy natomiast kawałek, który - wbrew temu co pisałem na początku, że kawałki z debiutu były bardziej chwytliwe - zdobył spore uznanie na klubowych parkietach, czyli "Lucretia My Reflection". Jest to kolejny bardzo dobry numer, także nie pozbawiony zimnego brzmienia. Potencjał na klubowy hit miałby też "This Corrosion". Ten jednak jest na to za długi, zbyt rozbudowany i mimo przebojowego charakteru sporej części kompozycji, to częste są też fragmenty kompletnie nie pasujące do tańca, choćby epickie chórki na samym początku. Nieco mniej na dyskoteki nadaje się ponury "Driven Like the Snow", który także jest bardzo mocnym punktem albumu.

"Flood I" to mój faworyt na płycie, jednak druga część tej kompozycji także jest udana. Jest bardziej dynamiczna i nie posiada tego orientalnego klimatu, jest jednak jeszcze bardziej chwytliwa niż poprzednia część. Ciekawym zakończeniem jest "Never Land - a Fragment", w którym ciągle muzycy dodają coś nowego. Jest to jednak krótki fragment całego utworu. Jego pełną wersję można znaleźć na reedycji z 2006 roku jako bonus. W całym albumie dostrzegam jedynie jeden minus, czyli "1959", który nie pasuje do pozostałych utworów - oparty jest jedynie na śpiewie lidera do akompaniamentu pianina i nie posiada tak chwytliwej melodii jak każdy z pozostałych numerów.

Andrew Eldritch przez czas pomiędzy wydaniem dwóch albumów Sisters of Mercy namieszał całkiem sporo. Nie robił na pewno wrażenia faceta, którego każdy chciałby poznać, zaprzyjaźnić się i coś nagrać bez obaw, że ten nas nie wykiwa. Jeśli jednak chodzi o jego twórczość, to ten specyficzny człowiek pokazał, że ma głowę do tworzenia świetnej muzyki już po raz kolejny, nie zjadając przy tym swojego ogona, lecz rozwijając lub modyfikując patenty z debiutu. Nie powiedziałbym, że "Floodland" jest lepszy od poprzednika. Cenie je raczej tak samo, czyli bardzo wysoko.

8/10

Lista utworów:
  1. Dominion/Mother Russia
  2. Flood I
  3. Lucretia My Reflection
  4. 1959
  5. This Corrosion
  6. Flood II
  7. Driven Like the Snow
  8. Never land - a fragment

wtorek, 26 lipca 2022

Recenzja: Sisters of Mercy - "First and Last and Always"

 

Okładka albumu "First and Last and Always" zespołu Sisters of Mercy

Sisters of Mercy to obok Joy Division i the Cure jeden z najważniejszych zespołów tak zwanego rocka gotyckiego. I choć lider grupy, Andrew Eldritch odcina się od tej łatki, to ciężko pominąć milczeniem wpływ jaki jego zespół wywarł na późniejszych reprezentantów tego właśnie stylu, choćby niemiecki Lacrimas Profundere w późniejszym okresie. Grupa istnieje do dziś, choć ostatnią płytę nagrała ponad 30 lat temu poddając fanów jeszcze większym próbom cierpliwości niż robił to np Rammstein albo Tool mający odpowiednio 10 i 13 lat przerwy między wydanymi płytami. W tym jednak przypadku raczej miłośnicy sióstr, nowego wydawnictwa się nie doczekają - może to i lepiej, wątpliwe jest aby Eldritch po tylu latach nagrał jeszcze tak dobrą muzykę.

Czasami w kierunku debiutanckiej płyty grupy, "First and Last and Always" skierowane są zarzuty, że brzmienie jest zbyt plastikowe, a grupa "sprzedawała się" odchodząc od muzyki znanej z EP-ek. Nie podzielam tego zdania. Eldritch i spółka na swoim oficjalnym debiucie przekazuje 10 chwytliwych, momentami prawie tanecznych utworów pokrytych mgłą mroku i depresyjności. Połączenie wydawać by się mogło niemożliwe, a jednak, z resztą już wcześniej robiło to np. wspomniane Joy Division i to po mistrzowsku.

Większość z umieszczonych na "First and Last and Always" utworów zbudowanych jest na podobnych patentach, jednak wcale nie brzmią jak kopie jednego tego samego utworu. Utwory takie jak "Walk away", "No time to Cry" czy przede wszystkim "Black Planet", "A Rock and a Hard Place" czy "Marian" błyskawicznie wpadają w ucho i nie wychodzą z głowy dłuższy czas po wyłączeniu płyty. Jednak chwytliwych utworów opartych na charakterystycznych partiach automatu perkusyjnego nazwanego Dr Avalanche jest tu więcej, bo o każdym z pozostałych utworów można powiedzieć to samo.

W utworze tytułowym słyszymy chyba najbardziej zapamiętywalny motyw na całym albumie, a głos Eldritcha jeszcze bardziej niż wcześniej przypomina sposób śpiewu Iana Curtisa. W "Possesion" i "Amphetamine Logic" słyszymy więcej gitary niż wcześniej, "Nine While Nine" mimo chwytliwości jest jednym z najzimniejszych utworów na albumie, a depresyjnością dorównuje mu chyba tylko finałowy "Some kind of stranger", który został jednak nieznacznie popsuty "plastikowymi" klawiszami.

Debiut Sisters of Mercy to faktycznie jeden z najlepszych albumów nagranych w stylistyce rocka gotyckiego czy coldwave. Utwory mimo swojej chwytliwości nie popadają w przesadny kicz, ciężko też uznać którykolwiek z nagranych utworów za jednoznacznie słaby. Całość tworzy wg mnie zwartą całość, która w rezultacie czyni ten krążek jednym z najlepszych albumów nagranych w latach 80.

8/10

Lista utworów:

  1. Black Planet
  2. Walk away
  3. No time to Cry
  4. A Rock and a Hard Place
  5. Marian
  6. First and Last and Always
  7. Possesion
  8. Nine While Nine
  9. Amphetamine Logic
  10. Some kind of stranger