Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noise rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noise rock. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 grudnia 2022

Recenzja: Matt Eliott - "Howling Songs"

Okładka albumu "Howling Songs" Matta Eliotta

Po dwóch bardzo podobnych albumach o zbliżonych tytułach, Matt Eliott wydał kolejny krążek ze słowem "Songs" w nazwie. Obawy, że muzyk po raz trzeci zamieścił niemal identyczny materiał są jak najbardziej zasadne i niestety po części się sprawdzają. Ale tym razem wyszło to Elliotowi znacznie lepiej niż na "Falling Songs"

Po pierwsze, mimo że klimat utrzymany na dwóch poprzednich albumach jest identyczny - ponury i melancholijny - to same kompozycje nie zlewają się aż tak w jedną całość, a do tego ciekawiej są zaaranżowane. Niestety nie usłyszymy tu elektroniki, dzięki której wiele zyskał debiut solowy artysty, a także finał kolejnego w jego dorobku "Drinking Songs", ale przynajmniej w niektórych kompozycjach sporą rolę odgrywa gitara elektryczna, która znacząco urozmaica materiał, a czasami "ratuje" kompozycje, gdy melancholia w nich zawarta zaczyna nudzić. Takie sytuacje mają miejsce szczególne w pierwszych utworach na płycie, czyli "The Kübler-Ross Model", "Something About Ghosts" i "Broken Flamenco". Nie wyróżniają się niestety spokojniesze "How Much In Blood" i "Berlin & Bisenthal". Ostatnie cztery utwory na albumie są już znacznie bardziej wyróżniające się na tle tego, a także dwóch poprzednich albumów. "I Name This Ship The Tragedy, Blees Her & All Who Sail With Her" to co prawda kolejny w karierze muzyka melancholijny utwór, jednak wyróżnia się ładną partią na gitarze akustycznej. "The Howling Song" za to jest najbardziej hałaśliwym utworem na albumie dzięki zgiełkliwym, atonalnym partiom gitary elektrycznej. "Songs For A Failed Relationship" natomiast wbrew tytułowi zdaje się być znacznie mniej ponury i pełni rolę wstępu do finałowego "Bomb the Stock Exchange" z noise'ową końcówką.

"Howling Songs" nie przynosi znaczącej zmiany w muzyce Matta Eliotta, jednak wypada lepiej niż poprzednik, a może nawet nieznacznie lepiej niż "Drinking songs". Wciąż jednak żałuję, że muzyk z tej "trylogii" nie zrobił co najwyżej dwóch albumów.

7/10

Lista utworów

  1. The Kübler-Ross Model
  2. Something About Ghosts
  3. How Much In Blood?
  4. A Broken Flamenco
  5. Berlin & Bisenthal
  6. I Name This Ship The Tragedy, Blees Her & All Who Sail With Her
  7. The Howling Song
  8. Song For A Failed Relationship
  9. Bomb the Stock Exchange 

czwartek, 24 listopada 2022

Recenzja: The Birthday Party - "Junkyard"

Okładka albumu "Junkyard" zespołu The Birthday Party

Na swoim kolejnym dziele, muzycy The Birthday Party kontynuują obrany na "Prayers on Fire" bardziej hałaśliwy kierunek. W porównaniu do poprzednika jednak jeszcze mocniej swoją obecność zdaje się zaznaczać sekcja rytmiczna, którą tworzy Tracy Pew oraz Phill Calvert. Po raz kolejny jednak najbardziej rozpoznawalnym elementem jest wokal Nicka Cave'a, który ponownie śpiewa na różne dziwne sposoby.

Wszystkie te elementy słuchać w "Blast Off", w którym Cave śpiewa w agresywny, "szczekający" sposób. Sama kompozycja jednak nie powala i jest średnia. Znacznie lepiej wypada chłodny "She's Hit" z płaczliwym wokalem, bardziej energiczny "Dead Joe" z genialnym basem czy jeden z najbardziej zapamiętywalnych na albumie "The Dim Locator". Ten ostatni ma jedną z najbardziej wpadających w ucho melodii, a jednak przez kolejną nietypową linie wokalną i hałaśliwą gitarę, daleko mu do typowego, radiowego rockowego kawałka.

Po serii tych udanych utworów słyszymy już dwa zupełnie przeciwne sobie kompozycje. "Hamlet (Pow Pow Pow)" to jedna z najbardziej porąbanych kompozycji w katalogu zespołu. Cave brzmi tu jak człowiek chory psychicznie, a mrocznie jest też w warstwie instrumentalnej. Za to następujący po nim "Several Sins" posiada chyba najnormalniejszą partię wokalną lidera. Za to po tym już jakby normalniejszym utworze słyszymy znacznie bardziej chaotyczny "Big Jezus Trash Can". Jest to jednak pozycja mało porywająca, ale dobrze wypada kakofoniczna końcówka.

Do mniej wyróżniających się kawałków należy też "Kewbie Doll" oraz "6" Gold Blade", a nieco lepiej wypada "Kiss Me Black". Nic nowego nie wnosi też druga wersja "Dead Joe" różniącą się od pierwszej przede wszystkim brzmieniem. Utwór tytułowy za to mimo powtarzalności wciąga na całą długość kawałka. Niedosyt za to pozostawia finał albumu w postaci "Relase The Beats", który jest tylko średni, a z taką genialną grą Pew i Calverta można było wydobyć z tego utworu więcej.

"Junkyard" nie serwuje nam rewolucji w muzyce, ani nawet w twórczości zespołu, bo to przede wszystkim kontynuacja drogi obranej już wcześniej. Mimo to album cieszy się sporym uznaniem. No i faktycznie nie jest to kopia poprzednika, bo nie ma tu oczywistych nawiązań, a samą muzykę słucha się całkiem dobrze. Jest to jednak ostatnio album zespołu. Później dwaj najbardziej rozpoznawalni członkowie grupy czyli wokalista Nick Cave oraz gitarzysta Mick Harvey założyli zespół Nick Cave and The Bad Seeds, który odniósł już znacznie większe sukcesy.

7/10

Lista utworów:

  1. Blast Off
  2. She's Hit
  3. Dead Joe
  4. The Dim Locator
  5. Hamlet (Pow Pow Pow)
  6. Several Sins
  7. Big Jezus Trash Can
  8. Kiss Me Black
  9. 6"Gold Blade
  10. Kewbie Doll
  11. Junkyard
  12. Dead Joe -2nd version
  13. Relase The Beats

sobota, 5 listopada 2022

Recenzja: The Birthday Party - "Prayers on Fire"

Okładka albumu "Prayers on Fire" zespołu The Birthday Party

Po udanym, drugim albumie grupy The Boys Next Door/The Birthday Party grupa wydała album, co do którego w końcu nie ma wątpliwości które wcielenie zespołu je nagrało. I tak jak na "The Birthday Party" zespół Nicka Cave'a rozwinął nowofalową stylistykę z "Door Door" o bardziej eksperymentalne elementy, tak "Prayers on Fire" dla fanów New Wave prezentowanego przez najbardziej znanych w tym gatunku The Police czy nasze polskie Lady Pank i Maanam, może być już bardzo trudny do słuchania.

Australijczycy postawili tu na krótkie utwory, w których jednak sporo się dzieje mimo czasu trwania w okolicach 3 minut. Dość dużo tu hałasu inspirowanego zespołami proto punkowymi, udziwniających całość partii instrumentów dętych czy w końcu specyficznego śpiewu Nicka Cave'a. Ten jednak nie ogranicza się do jednego sposobu śpiewania. Raz brzmi "dziko", raz teatralnie, jeszcze kiedy indziej nienaturalnie nisko. Za każdym jednak razem trudno nazwać wokal "normalnym".

Już "Zoo Music Girl", które otwiera album zapowiada, że dzieło to będzie niecodzienne, porąbane wręcz jak sam otwieracz - bardzo zresztą udany. Utwór się kończy i kto liczył, że kolejny "Cry" będzie bliżej new wave z "Door Door" znowu się zawiedzie, bo oto wita go ponownie obłąkany śpiew Cave'a. A co dalej? Później słyszymy "Capers" z wesołą melodyjką i przetworzonym wokalem, który niby nie pasuje do niej... A jednak wpasowuje się świetnie. "Nick the Stripper" obok "chorego" śpiewu wyróżnia się fajnym gitarowym solo, a utrzymany w wolnym tempie "Ho Ho" zrezygnowaną ale dobrą linią wokalną. "Figure of Sun" za to zdaje się zapowiadać rychłe nadejście noise rocka. "King Ink" natomiast to jedyny utwór w którym wrzaski lidera mi przeszkadzają i zdają się psuć  udany, gotycki kawałek. "Dead Song" posiada fajny basowy i gitarowy motyw, podobnie jak jeden z lepszych na płycie "Dull Day". W "Yard" za to najbardziej intryguje mroczny, duszny, depresyjny klimat, który jest jeszcze potęgowany partiami saksofonu. Dęciaki zresztą pełnią tu dużą rolę, bo w "Just You and I" dodają sporo uroku. Tu jednak uwagę najbardziej zwraca chyba początkowy klawiszowy motyw. Podoba mi się też zadziorny ale nawet chwytliwy "Blundertown" ale już finałowy "Kathy's Kisses" niezbyt mi się podoba.

"Prayers on Fire" to spory skok stylistyczny względem poprzedniego albumu. Muzycy sporo ryzykowali udziwniając swoje kompozycje w momencie, gdy na topie coraz mocniej utrzymywały się utwory proste, melodyjne i wprost cukierkowe. Mimo to uważam płytę tą za udaną, choć na ten moment wolę bardziej przystępnego poprzednika.

7/10

Lista utworów:

  1. Zoo Music Girl
  2. Cry
  3. Capers
  4. Nick the Stripper
  5. Ho Ho
  6. Figure of Sun.
  7. King Ink
  8. Dead Song
  9. Yard
  10. Dull Day
  11. Just You and I
  12. Blundertown
  13. Kathy's Kisses 

sobota, 15 października 2022

Recenzja:King Gizzard and the Lizard Wizard - "12 Bar Bruise"

Okładka albumu "12 Bar Bruise" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Pod pokręconą nazwą King Gizzard and the Lizard Wizard kryje się szóstka muzyków tworzących jeden z najciekawszych zespołów współczesnej sceny rockowej. Grupa słynie już z tego, że wydaje albumy z tempem w jakim w latach 60. wydawano single. Na ten moment krążków muzycy wydali aż 26, a działalność wydawniczą rozpoczęli zaledwie w 2012 roku. Oprócz tego, że zespół ten wydaje po kilka albumów rocznie, słynie też z tego, że uwielbia zmieniać styl prawie z albumu na album. Zwykle jednak jego albumy zawierają w sobie jakiś ułamek rocka psychodelicznego. Tak jest choćby w debiutanckim "12 Bar Bruise".

Dosyć dziwaczny to album, chociaż w porównaniu z niektórymi kolejnymi, jest całkiem normalny. Z jednej strony kompozycje to przede wszystkim proste, chwytliwe melodie nagrane z punkową energią. Ale z drugiej artyści urozmaicają je psychodelicznymi i noise'owymi eksperymentami. W ten sposób można opisać właściwie większość zawartych tu utworów. Na takim patencie zbudowane są "Elbow", "Muckracker", "Nein", "Cut Throat Boogie" i "Sea of Trees". Mimo podobnych pomysłów nagrania te jednak nie zlewają się w całość, a w "Garage Liddiard" czy "High Hopes Low" możemy usłyszeć też harmonijkę ustną. Za jeden z ciekawszych a przy tym wyróżniających się utworów uważam oparty na bardzo chwytliwym motywie utwór tytułowy. Największym zaś urozmaiceniem jest "Sam Cherry's Last Shot" będący recytacją na tle najpierw jakby westernowego, a później bardziej rockowego podkładu. Nie przekonują mnie jednak "Uh Oh I Called Mum", "Footy Footy" i właściwie najnormalniejszy ale niczym szczególnym się nie wyróżniający "Bloody Ripper".

"12 Bar Bruise" to udany debiut zdradzający, że muzycy pomimo prostych melodii mieli ambicje, żeby choć trochę urozmaicić materiał. Same kompozycje mimo swojej prostoty także nie popadały w banał. A jednak mimo krótkiego czasu trwania, to w końcówce albumu, gdzie najwięcej jest tych mniej udanych utworów radość ze słuchania zaczyna opadać. Ciężko też określić jednoznacznie na plus czy minus brzmienie albumu. Z jednej strony brzmi on surowo i szczególnie wokal nie wypada najlepiej, ale z drugiej takie brzmienie dobrze pasuje do takiej stylistyki. To wciąż jednak tylko przedsmak tego co zespół zaprezentuje w przyszłości.

6/10

Lista utworów:

  1. Elbow
  2. Muckracker
  3. Nein
  4. 12 Bar Bruise
  5. Garage Liddiard
  6. Sam Cherry's Last Shot
  7. High Hopes Low
  8. Cut Throat Boogie
  9. Bloody Ripper
  10. Uh Oh I Called Mum
  11. Sea of Trees
  12. Footy Footy