Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pop rock. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Paper Mache Dream Ballon"

Okładka albumu "Paper Mache Dream Ballon" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Po serii albumów najłatwiej określanych jako rock psychodeliczny, albo przynajmniej takimi, w których psychodelia pełni największą rolę, King Gizzard and the Lizard Wizard wydali album dość mocno od poprzednich się różniący. Psychodeliczne wpływy wciąż są tu słyszalne, jednak sama muzyka mogłaby śmiało zostać nagrana np. przez The Beatles albo The Byrds kilkadziesiąt lat temu. Nie mam nic przeciwko zespołom retro rockowym, bo czasami fajnie mieszają wpływy różnych wykonawców tworząc coś ciekawego (jak Blood Ceremony, które już się u mnie pojawiło), jednak tutaj tak oryginalnie nie jest. Co nie znaczy że źle. Australijczycy całkiem zgrabnie połączyli beatlesowskie melodie, folkowy urok z towarzyszącą od początków zespołu psychodelią. W rezultacie wyszedł album nie przynoszący nic wielkiego muzyce, ale bardzo miły w słuchaniu, zakładając, że ktoś jest fanem wspomnianych Beatlesów czy The Byrds.

Wadą krążka na pewno jest też to, że poszczególne utwory zwykle nie różnią się od siebie za bardzo, a do tego biorąc pod uwagę dzisiejsze czasy, to brzmią dosyć naiwnie, jednak jak już pisałem - przyjemnie. Zaletą jednak jest krótki czas trwania płyty, dzięki czemu materiał ten nie zdąży się za bardzo znudzić, a także być może również miał być odniesieniem do tamtych czasów, gdy albumy niewiele przekraczały pół godziny. Utwory w rodzaju tytułowego, "Bone", "Dirt", "N.G.R.I (Bloodstain)", "Time=Fate" i "Most Of What I Like" to głównie melodyjne, folk-rockowe piosenki z lekkim psychodelicznym posmakiem. Większe wpływy zespołów psych-rockowych słychać w "Cold Cadaver" i "Time=$$$", jednak oba pasują do całości podobnie jak "Sense" z bardziej jazzowymi dęciakami. Niezbyt za to do pozostałych utworów pasuje bujający "The Bitter Boogie", a szczególnie eksperymentalny "Trapdoor". Oba utwory są jednak całkiem niezłe jako wyrwane z całości. Cały album idealnie spina folkowy instrumental "Paper Mache".

"Paper Mache Dream Ballon" był według mnie najmniej oryginalnym albumem jaki Australijski zespół wydał do tamtej pory. Choć na poprzednich dziełach grupa także nie wyznaczała nowych trendów, a raczej przekładała muzykę sprzed pół wieku na bardziej współczesne czasy, to ten album momentami naprawdę brzmi jakby został nagrany w latach 60. co dodatkowo podkreślają charakterystyczne dla King Gizzard and the Lizard Wizard linie wokalne. Podobnie jak już kilka recenzowanych przeze mnie albumów w ostatnim czasie, tak i "Paper Mache Dream Ballon" może spisać się dobrze jako muzyka towarzysząca codziennym czynnościom, jednak równie dobrze, a nawet lepiej w tej roli spiszą się utrzymane w podobnych klimatach dzieła z tamtej epoki.

6/10

Lista utworów:

  1. Sense
  2. Bone
  3. Dirt
  4. Paper Mache Dream Ballon
  5. Trapdoor
  6. Cold Cadaver
  7. The Bitter Boogie
  8. N.G.R.I (Bloodstain)
  9. Time=Fate
  10. Time=$$$
  11. Most Of What I Like
  12. Paper Mache

wtorek, 6 grudnia 2022

Recenzja: Robert Plant - "Shakin 'N' Stirred"

Okładka albumu "Shaken 'N' Stirred" Roberta Planta

Szoku dla fanów Led Zeppelin ciąg dalszy. Idol tysięcy słuchaczy cięższej muzyki, ikona rocka i jeden z najbardziej wpływowych wokalistów w historii hard rocka, na swoim trzecim albumie jeszcze mocniej niż na dwóch poprzednich LP spycha gitarę na dalszy plan kosztem mocno wyeksponowanych syntezatorów i popowych melodii. Czyli Robert Plant się sprzedał? Nie do końca.

Fakt, Robert Plant podążył zdecydowanie za aktualną w tamtym czasie modą na cukierkowe, bardziej banalne aranżacje, ale same utwory nie są takie złe. Ale myślę, że lepiej brzmiałyby bez tych wszystkich syntezatorowych brzmień, żeby wymienić choćby "Hip to Hoo", "Easily Lead" czy nieco mniej równy "Too Loud". Brzmienie nie przeszkadza za to w jednym z najlepszych "Little by Little", a w "Kallalou Kallalou" większą rolę pełni gitara. Reszta utworów to już niezbyt się wyróżniające ale przyjemne utwory. Wyjątek - na korzyść- stanowi wolniejszy "Sixes and Sevens"

Trzeci album solowy Planta to chyba najbardziej szokujące jego dzieło, jednak podoba mi się w jego twórczości to, że nie boi się zaskakiwać i nagrywać tego co akurat w duszy mu gra. Dzięki temu wielu słuchaczy może znaleźć w jego dyskografii coś dla siebie. Może nie jest to płyta wybitna, bo dla mnie "tylko" przyzwoita, ale można się z nią zapoznać choćby żeby zaspokoić ciekawość jak brzmi Robert Plant w utworach bliskich Tiny Turner na przykład.

6/10

Lista utworów:

  1. Hip to Hoo
  2. Kallalou Kallalou
  3. Too Loud
  4. Trouble Your Money
  5. Pink and Black
  6. Little by Little
  7. Doo Doo a Do Do
  8. Easily Lead
  9. Sixes and Sevens 

czwartek, 1 grudnia 2022

Recenzja: Rainbow - "Ritchie Blackmore's Rainbow


Okładka albumu "Ritchie Blackmore's Rainbow" zespołu Rainbow

Gdy w czasie nagrywania "Stormbringer" odrzucone zostały pomysły gitarzysty Deep Purple, Ritchiego Blackmore'a, ten ograniczył swój udział w tworzeniu tamtego albumu. Jeszcze bardziej zdenerwował go kierunek w jakim jego zespół podążył za sprawą Glenna Hughesa. W rezultacie gitarzysta podjął decyzję o założeniu własnej grupy mającej docelowo wrócić do hard rocka i namówić do dołączenia do siebie Davida Coverdale'a.

 Jak okazało się później ani jedno ani drugie nie wypaliło. Ówczesny wokalista Deep Purple nie miał zamiaru przyłączyć się do projektu, a zamiast jego do Blackmore'a dołączył wokalista grającej wówczas z Deep Purple grupy Elf, Ronnie James Dio. A właściwie to bardziej Blackmore dołączył do Elf, bo pierwszy skład Rainbow od ówczesnego Elf różnił się jedynie właśnie gitarzystą.

Jeśli już chodzi o samą muzykę, to może i byłaby bliższa "In Rock", "Fireball" czy "Machine Head" gdyby nie mocno wygładzone brzmienie. Na tym najbardziej ucierpiały chyba dwa kawałki: "Man on the Silver Mountain", który mimo to jest udany i stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów zespołu dzięki natychmiast zapadającemu w pamięci riffowi, a także "Sixteenth Century Greensleeves", który może nie jest tak udany, ale także jest mocnym punktem albumu.

Jeszcze lepiej niż te dwa utwory prezentują się dwie ballady zamieszczone na debiucie Rainbow. Pierwsza to bardzo delikatne i piękne "Catch the Rainbow, w którym świetnie spisuje się Dio, który obok założyciela grupy jest najważniejszą postacią w zespole. Amerykański wokalista jeszcze lepiej, a właściwie najlepiej na całej płycie wypada w drugiej z ballad, już mającym więcej zadziorności "Temple of the King" z fajnymi mającymi więcej pazura fragmentami w wykonaniu śpiewaka. 

Z pozostałych pięciu kawałków nieźle wypada pop rockowy "Self Portrait", chwytliwy "Snake Charmer" i przeróbka utworu the Yardbirds, "Still I'm Sad". Ten ostatni jednak znacząco się różni od pierwowzoru i co by nie kłamać, wypada o wiele gorzej nie posiadając nawet ułamka klimatu oryginału. Ale Blackmore z kolegami zrobili z tego miły dla ucha instrumental. Kiedyś lubiłem też inną przeróbkę - "Black Sheep Of The Family" Quatermass. Dziś jednak razi mnie banał jakim ocieka ten kawałek, szczególnie w chórkach. Podobnie kiepsko wypada "If You Don't Like Rock N Roll". 

Jak na plan powrotu do brzmienia znanego z dwóch kluczowych dla ukształtowania się hard rocka albumów, "Ritchie Blackmore's  Rainbow" brzmi zaskakująco popowo. Zdecydowanie daleko debiutowi nowej grupy gitarzysty do "In Rock" i "Machine Head", choć są tu mocne momenty. Przede wszystkim dwie ballady i riffowy otwieracz. Może wielkiej rewolucji ta płyta nie przyniosła, ale przynajmniej dzięki niej na szerokie wody wypłynął jeden z najbardziej cenionych na świecie rockowo-metalowych wokalistów, Ronnie James Dio.

6/10

Lista utworów:

  1. Man on the Silver Mountain
  2. Self Portrait
  3. Black Sheep Of The Family
  4. Catch the Rainbow
  5. Snake Charmer
  6. Temple of the King
  7. If You Don't Like Rock N Roll
  8. Sixteenth Century Greensleeves
  9. Still I'm Sad 

środa, 16 listopada 2022

Recenzja: The Cure - "Three Imaginary Boys"

Okładka albumu "Three Imaginary Boys" zespołu The Cure

The Cure to zespół w pierwszej chwili kojarzący się mało wesołymi, gotyckimi utworami o raz bardziej, raz mniej depresyjnym nastroju. Jest to jeden z najbardziej wpływowych zespołów lat 80.. A jednak grupa zaczęła dosyć niepozornie, bo debiut Roberta Smitha i kolegów, to raczej mało się wyróżniający choć udany nowofalowy album będący zbiorem krótkich, melodyjnych i prostych kompozycji.

Przede wszystkim The Cure występuje tu jako trio, a na gitarze gra wokalista zespołu, Smith, który dostosowuje swoje partie do swoich dosyć przeciętnych zdolności instrumentalnych. I właśnie dzięki nie porywaniu się udawanie lepszego gitarzysty, album ten ma swój urok. Dzięki temu też w produkcji doceniona została sekcja rytmiczna, która gra już bardzo przyzwoicie.

Fanom bardziej przystępnej odmiany post punku na pewno przypadną do gustu takie chwytliwe piosenki jak mający w sobie nieco chłodu "10:15 Saturday Night", zachwycające świetnym basem "Grinding Halt", bardziej energiczny "Object" czy "Meat Hook" z momentami mniej typową linią wokalną Smitha.

Cały album prezentuje zresztą równy wysoki poziom i jedynie dwa utwory odstają od reszty na minus. Pierwszy to oparty co prawda na chwytliwym motywie, ale i tak jeden z mniej ciekawych "Subway Song". Drugi natomiast, to całkowicie zbędny, niespełna minutowy ukryty utwór "Subway Song".

Z tych wyróżniających się z kolei na plus należy wymienić spokojniejszy i jakby bardziej złożony "Another Day", bardzo fajne "Fire in Cairo", ponownie ponury utwór tytułowy i punkowe "It's not You" które może nie prezentuje niczego wybitnego ale mam słabość do tego energicznego i chwytliwego kawałka. "Accuracy" i "So What", a także przeróbka utworu Jimiego Hendrixa, "Foxy Lady" to też niezłe utwory ale nie dorównujące tym czterem wymienionym przed momentem kompozycjom.

Tak jak wspomniałem, debiut The Cure nie należy do najbardziej oryginalnych wydawnictw w tamtym okresie. Dopiero na kolejnych albumach grupa zaprezentuje swój inspirujący, ponury, gotycki styl, ale dla fanów grupy czy nowej fali albo pop rocka, krążek ten może być miłym albumem do posłuchania co jakiś czas.
Warto wspomnieć też, że poza Europą album ten ukazał się z inną okładką, nieco inną tracklistą oraz pod tytułem "Boys don't Cry". Z tą wersją także polecam się zapoznać, bo nie istnieje jeszcze wydanie zbierające utwory z obydwu edycji.

7/10

Lista utworów:
  1. 10:15 Saturday Night
  2. Accuracy
  3. Grinding Halt
  4. Another Day
  5. Object
  6. Subway Song
  7. Foxy Lady
  8. Meat Hook
  9. So What
  10. Fire in Cairo
  11. It's not You
  12. Three Imaginary Boys
  13. The Weedy Burton 

wtorek, 15 listopada 2022

Recenzja: Robert Plant - "The Principle of Moments"

Okładka albumu "The Principle of Moments" Roberta Planta

Robert Plant to jeden z takich muzyków, którzy jeśli już angażują się w inny projekt niż ten pierwotny, to faktycznie prezentują zupełnie inne podejście do tworzonej muzyki. Jeszcze na debiucie solowym wokalisty można było usłyszeć jakieś Zeppelinowskie naleciałości, za to na albumie numer dwa, te są już niesłyszalne. "The Principle of Moments" to już typowo album pop rockowy. I to bardzo udany.

Utwory takie jak "Other Arms" czy "Horizontal Departure" posiadają świetne, wpadające w ucho melodie. Szczególnie ten pierwszy jest bardzo udany i posiada fajne gitarowe partie. Najlepiej w całym zestawie jednak prezentuje się orientalizujące "Wreckless Love". Można przyczepić się do Planta, że stara się ponownie nagrać coś nawiązującego do kultowego "Kashmiru", ale mimo podobnego klimatu kawałki te mocno się od siebie różnią. Poza tym to naprawdę świetny kawałek.

Na "The Principle of Moments" nie brakuje jednak kompozycji spokojniejszych. Najbardziej znaną jest "Big Log" z kolejną fajną gitarową grą, czarującym śpiewem Planta i zwyczajnie ładną, nie banalną melodią. Dobrze prezentuje się także "In the Mood" i "Stranger Here... Than over There". W tym pierwszym jednak mało korzystnie wypadają syntezatory. Natomiast "Thru'With the Two Step" to już kompozycja bardzo nijaka, a aranżacja jest wręcz koszmarna. Nie najlepiej prezentuje się też nawiązujący w zwrotkach do muzyki reggae "Messin'With the Mekon".

Drugi album Roberta Planta to kolejna udana pozycja w jego karierze. Nie jest to może najbardziej równy album jaki nagrał, ale słucha się go z niemałą przyjemnością, a co najmniej trzy utwory z płyty prezentują wyższy poziom niż niektóre kompozycje z późniejszych albumów Led Zeppelin. No niestety ale przydarzyła się tutaj też jedna spora wpadka oraz jeden koszmarek. Mimo to album uważam za udany.

7/10

Lista utworów:

  1. Other Arms
  2. In the Mood
  3. Messin' With the Mekon
  4. Wreckless Love
  5. Thru' With the Two Step 
  6. Horizontal Departure
  7. Stranger Here... Than over There
  8. Big Log 

poniedziałek, 31 października 2022

Recenzja: Genesis - "The Lamb Lies Down on Broadway"

Okładka albumu "The Lamb Lies Down on Broadway" zespołu Genesis


Czasami bywa tak, że mimo odnoszonych sukcesów, muzycy mają dość pewnych konwencji. Tak właśnie stało się w pewnym momencie z Genesis. Na swoim szóstym studyjnym albumie grupa znacząco odchodzi od swojego wypracowanego, "bajkowego" stylu na rzecz krótszych, często nie trwających nawet trzy minuty kompozycji. Na kształt albumu mocno wpłynęło na pewno także to, że Peter Gabriel wyraźnie oddalał się od grupy i osobno tworzył on, a osobno jego koledzy. Nie brzmi to raczej zbyt zachęcająco dla fanów wcześniejszej twórczości zespołu czy ogólnie fanów rocka progresywnego, ale mimo wszystko "The Lamb Lies Down on Broadway" to album całkiem udany... tyle że za długi.
Album ten trwa ponad 90 minut i co za tym idzie jest to album dwupłytowy. Zwykle lepiej oceniana jest ta pierwsza płyta z takimi utworami jak rozpoczęty inspirowanym muzyką klasyczną wstępem utwór tytułowy, rozbudowany "In the Cage" albo zadziorny "Back in NYC". Świetnie wypada także oparty na kontraście dwóch części - balladowej i ostrzejszej - "Fly On A Windshield", a także piękna ballada ",Carpet Crawlers". Całkiem niezłe są też rockowy "Broadway Melody of 1974", spokojnieszy "Cuckoo Cocoon", chwytliwy "The Grand Parade Of Lifeless Packaging", "The Chamber Of 32 Doors" ze świetnym wstępem, w także początkowo poprockowy "Counting Out Time", w którym jednak muzycy później ciekawie kombinują. Jest jeszcze nie najgorszy utwór instrumentalny z fajnymi gitarowymi partiami Hacketta - "Hairless Heart".

Druga płyta ma już gorsze oceny, ale i tu znajdą się miłe dla ucha kawałki, tyle że nie tak charakterystyczne. Fajnie się słucha choćby zadziorny "Lilywhite Lilith", początkowo piosenkowy, lecz nabierający pazura "Anyway", "Silent Sorrow In Empty Rooms" z jakby sakralnym wstępem, piosenkowy "The Light Dies Down On Broadway" czy balladę "In the Rapids". Najciekawszą kompozycją na drugiej płycie jest jednak genialne "The Lamia". Jest to ballada ze świetną partią wokalną Gabriela, posiadająca jednak bardzo udane zaostrzenia. Interesująco wypada też instrumentalny "The Waiting Room". To z kolei najbardziej nietypowe nagranie na albumie. Od pierwszych dźwięków utwór ten przyciąga uwagę swoim niepokojącym, strasznym klimatem. Muszę tu też pochwalić Phila Collinsa za bardzo fajną grę na perkusji. Artyści nie poradzili sobie natomiast z ośmiominutowym i podzielonym na trzy części "The Colony Of Slippermen". O ile poszczególne fragmenty całej kompozycji wypadają nieźle, to często są nie do końca do siebie pasujące. Po tym właśnie utworze słyszymy "kosmiczną" miniaturę "Ravine", która mimo bycia ciekawym urozmaiceniem nie wiem czy pasuje na ten album. Można jeszcze wyróżnić finałowy "It", który szybko wpada w ucho. Reszta zamieszczonych tu nagrań z kolei już wypada nijako.

Trudno winić zespół o drastyczną zmianę stylu. Biorąc pod uwagę wewnętrzne problemy grupy, a także to, że obrana wcześniej stylistyka nie jest niewyczerpana, mogę wręcz muzyków Genesis pochwalić za próbę sprawdzenia się w czymś innym. Wyszło bardzo dobrze i przy okazji album ten może być zapowiedzią dla muzyki, którą zespół będzie grać już po odejściu Petera Gabriela. Największą wadą jest oczywiście długość, bo muzycznie wypada dobrze i nawet większość tych słabszych numerów nie jest taka zła.

7/10

Lista utworów:

CD1
  1. The Lamb Lies Down on Broadway
  2. Fly On A Windshield
  3. Broadway Melody of 1974
  4.  Cuckoo Cocoon
  5. In the Cage
  6. The Grand Parade Of Lifeless Packaging 
  7. Back in NYC
  8. Hairless Heart
  9. Counting Out Time
  10. Carpet Crawlers
  11. The Chamber Of 32 Doors
CD2
  1. Lilywhite Lilith
  2. The Waiting Room
  3. Anyway
  4. Here Comes the Supernatural Anaesthetist
  5. The Lamia
  6. Silent Sorrow In Empty Rooms
  7. The Colony Of Slippermen
  8. Ravine
  9. The Light Dies Down On Broadway 
  10. Riding the Scree
  11. In the Rapids 
  12. It

poniedziałek, 17 października 2022

Recenzja: Robert Plant - Pictures at Eleven"

Okładka albumu "Pictures at Eleven" Roberta Planta

Po rozpadzie Led Zeppelin Robert Plant, Jimmy Page i John Paul Jones skupili się na swoich projektach. O ile to co tworzył basista nie zyskało najmniejszego rozgłosu, a tylko nieliczne dzieła gitarzysty są warte uwagi, tak solowa twórczość Planta zdecydowanie jest warta zapoznania. Dla fanów Zeppelinów większość z albumów wokalisty może okazać się szokiem, bo ten mocno odchodzi od hard rocka z którego jego była grupa jest przede wszystkim znana. Jego debiutancki krążek solowy może jeszcze takich wrażeń nie wywoływać, bo stylistycznie jest najbliższy twórczości legendy hard rocka - choć zdecydowanie bliżej tych późniejszych albumów.

Płyta zaczyna się od fajnego pop-rockowego numeru pod tytułem "Burning down One Side". Utwór ten szybko wpada w ucho i nie razi kiczem jak wiele innych rzeczy tworzonych przez rockowe legendy idące w stronę bardziej radiowych brzmień. Podobne rzeczy można napisać o utrzymanym w średnim tempie "Fat Lip". Od udanej strony wokalista pokazuje się w balladach - ładnej inspirowanej jakby muzyką latynoską "Moonlight in Samosa" i "Like I've Never Been Gone". Najlepszym utworem na płycie jest już bardziej rockowy "Slow Dancer" z fajnymi orientalnymi zagrywkami w zwrotkach. Bardzo chwytliwy i energiczny "Mystery Title" także należy do lepszych momentów albumu. Podobnie jak "Far Post" zawierający fajne gitarowe zagrywki ale nie pasuje mi tu do końca pianino. Jednak klawiszowe solo wypadło całkiem nieźle. "Pledge Pin" i "Worse than Detroit" to już utwory mające potencjał ale ostatecznie wypadające nijako.

"Pictures at Eleven" to udany debiut solowy Roberta Planta i subtelny znak, że ten nie zamierza odgrywać kolejnych kopii utworów swojego byłego zespołu lecz stara się odciąć od łatki hard rocka, a utwory które tu się znalazły niejednokrotnie biją na głowę część z materiału umieszczonego na kilku ostatnich albumach Led Zeppelin.

7/10

Lista utworów:

  1. Burning down One Side
  2. Moonlight in Samosa
  3. Pledge Pin
  4. Slow Dancer
  5. Worse than Detroit
  6. Fat Lip
  7. Like I've Never Been Gone
  8. Mistery Title
  9. Far Post

środa, 5 października 2022

Recenzja: Maanam - "Róża"

Okładka albumu "Róża" zespołu Maanam


Maanam po reaktywacji raczej nie musiał narzekać na brak zainteresowania. Grupa nawet w czasach kryzysu potrafiła tworzyć zgrabne przeboje, które natychmiast zapadały w pamięć, dzięki czemu pierwszy po wznowieniu działalności "Derwisz i anioł" osiągnął sukces komercyjny, chociaż znacznie mniejszy niż albumy z pierwszego okresu działalności. Natomiast jego następca, "Róża" stał się sukcesem ogromnym.
Bynajmniej nie jest to album należący do czołówki płyt polskiej grupy. Muzycy na tym krążku znacznie złagodzili brzmienie już prawie całkowicie odchodząc od swoich nowofalowych korzeni na rzecz pop rocka. Pójście w stronę bardziej radiowych brzmień samo w sobie nie jest powodem do krytyki, ale samo wykonanie w wielu przypadkach pozostawiało wiele do życzenia. Prawie tytułowa "Róża (zdrada i wniebowstąpienie)" to tylko przyjemny, lecz szybko wypadający z głowy numer. Podobnie sprawa się ma ze "Słońce jest okiem Boga", "Kocham i nienawidzę" oraz "Owady podniosły skrzydła do lotu".

Z ciekawszych rzeczy na albumie można wymienić bardziej chwytliwy "List (To nie hołd)", najbardziej energiczny "Wieje piaskiem od strony wojny" i "Mówię do Ciebie coś", szczególnie we fragmentach z bardziej agresywnym wokalem. Może też się spodobać odmienny "Nic dwa razy" - ten jednak nie należy do najbardziej oryginalnych - i przede wszystkim mający jeszcze coś z new wave "Bez Ciebie umieram". Kompletnie nie przekonują mnie jednak czerpiący z reggae "Zapatrzenie" i banalny "Cafe maur".

"Róża" to album skierowany przede wszystkim do miłośników bardzo komercyjnego pop rocka. I po raz kolejny Kora bastuje ze swoją manierą, sam styl można przyrównać choćby do Lady Pank z czasów późniejszych niż debiut, wilki od albumu "4" czy Bajm, czyli zespołów, które mają w naszym kraju licznych miłośników. Sukces komercyjny może wydawać się zrozumiały właśnie z tych względów, jednak poprzednie albumy także były bardzo przystępne, a przy tym zwyczajnie lepsze. Była to najgorsza płyta zespołu do tamtej pory. Jednak mimo to okazała się lepsza niż kolejne.

4/10

Lista utworów:
  1. Róża (zdrada i wniebowstąpienie)
  2. Zapatrzenie
  3. List (to nie hołd)
  4. Cafe maur
  5. Bez ciebie umieram
  6. Wieje piaskiem od strony wojny
  7. Słońce jest okiem Boga
  8. Kocham i nienawidzę
  9. Owady podniosły skrzydła do lotu
  10. Nic dwa razy
  11. Mówię do Ciebie

środa, 17 sierpnia 2022

Recenzja: Led Zeppelin - "In Through the out Door"

Okładki albumu "In Through the out Door" zespołu Led Zeppelin


"In Through the out Door" to ostatni typowo studyjny album Led Zeppelin. Mimo, że od kilku albumów widoczny był spadek formy w porównaniu z dwoma pierwszymi albumami, to wciąż krążki te stały na bardzo wysokim poziomie. Tym razem, gdy ciężar komponowania nowego materiału stanął na barkach Johna Paula Jonesa powstałe utwory odpychają prawie pod każdym względem.

Przede wszystkim w uszy kłuje jednak brzmienie. John Paul Jones mocno wyeksponował na tym albumie syntezatory, za które odpowiada on sam, praktycznie w każdym z utworów spychając na dalszy plan gitarę. Nie bronią się też same kompozycje i pozbawione energii wykonanie. Jako tako spisują się w sumie przede wszystkim dwa utwory, w miarę przebojowy "In the Evening" i finałowy "I'm Gonna Crawl". Oba jednak zostały mocno zepsute plastikowym brzmieniem, szczególnie drugi z wymienionych utworów, który mógłbyć bardzo ciekawym bluesowym numerem gdyby nie syntezatory.

Kiedyś lubiłem też "All My Love" napisany przez Planta dla swojego zmarłego synka. Dziś jednak utwór ten wydaje mi się zbyt plastikowy i tandetny, żeby słuchać go często. Dalej jest to jednak jeden z lepszych utworów na krążku. Zadatki na świetny utwór miał też "Carouselambra" i tu jednak potencjał został zmarnowany przez brzmienie, a także zbyt długi czas trwania. Gdyby odrzucić syntezatory i kompozycję skrócić przynajmniej o 1/4 albo lepiej nieco więcej, to byłby to być może najlepszy numer na albumie.

Kompletnymi niewypałami za to są knajpiany "Sound Bound Saurez", popowy "Fool in the Rain", w którym nawet wpływy latynoskie nie pomagają oraz rock'n'rollowy "Hot Dog" który nie dorównuje nawet wcześniejszym nagranym w tym stylu utworom w katalogu Led Zeppelin.

Parę słów należy się okładce. A może raczej okładkom. Grupa zdecydowała się na 6 różnych wersji zdjęcia na okładce. Przedstawiają one dokładnie tą samą scenę tyle że z sześciu różnych perspektyw. Zamiast dać kupującym wybór jednak, to zespół zdecydował się zapakować płytę w szarą kopertę. Do czasu otwarcia w domu więc kupujący nie byli świadomi, którą wersję zakupili.

Można się zastanawiać co by było gdyby grupa kontynuowała działalność. Czy wróciliby na bardziej hard rockowe tory, czy wypalenie twórcze coraz mocniej dawałoby o sobie znać. Tego się nie dowiemy, gdyż po śmierci perkusisty grupy, Johna Bonhama zespół się rozpadł i dzięki uporowi Planta nigdy się nie reaktywował poza okazjonalnymi występami. Szczęście w nieszczęściu, bo dzięki temu Led Zeppelin nagrało tylko jeden faktycznie słaby album, podczas gdy inne, działające dłużej rockowe legendy, nagrały ich po kilka(...naście).

5/10

Lista utworów:

  1. In the Evening
  2. Sound Bound Saurez
  3. Fool in the Rain
  4. Hot Dog
  5. Carouselambra
  6. All my Love
  7. I'm Gonna Crawl

wtorek, 14 czerwca 2022

Recenzja: The Velvet Underground - "Loaded"

 

Okładka albumu "Louded" zespołu The Velvet Underground

Na "Loaded", czyli czwartym studyjnym krążku proto-punkowej legendy, the Velvet Underground kontynuuje kierunek obrany na poprzednim albumie. Tak jak tam, płyta składa się przede wszystkim z melodyjnych, w większości całkiem przyjemnych, choć niekoniecznie dobrych utworów. W przeciwieństwie do poprzednika jednak, te w większości wypadają zwyczajnie słabiej, a także na "Loaded" brakuje jakiegoś eksperymentalnego kawałka, a taką rolę pełnił na "The Velvet Underground" genialny "The Murder Mystery", który poziom tamtego krążka znacząco podwyższył. Tu niestety tego brakuje, przez co album jako całość jest jedynie średni.

Jeszcze pierwsza połowa płyty daje spore nadzieje. Singlowe "Sweet Jane" i "Rock and Roll" to dla mnie najlepsze momenty całego albumu, a także jedne z lepszych utworów zespołu jeśli chodzi o tą bardziej piosenkową część ich twórczości. Całkiem udane jest też otwierające całość "Who loves the Sun" nasuwająca spore skojarzenia z twórczością the Beatles, w którym za warstwę wokalną odpowiada Doug Yule. Na tle całości niezły jest również ozdobiony podwójnym wokalem "Cool It Down" - prosty, ale też energiczny. Spory potencjał miała także zaśpiewana przez Yule ballada "New Age" mocno wyróżniającą się na tle reszty utworów. Czuję jednak niedosyt, że grupa nie wykorzystała w pełni potencjału drzemiącego w tej kompozycji.

Druga połowa płyty, to już niestety znacznie bardziej nijakie i średnie utwory. Zaczynając od "Head held high" z zadziornym wokalem Rou Reeda, a kończąc na spokojnym "Oh! Sweet Nuthin'" z wokalem Douga Yule i naleciałościami country, każdy z pięciu utworów strony B mocno nuży, a umieszczenie ich jeden po drugim było bardzo złym pomysłem. No dobra, jest jeszcze "Train Round the Bend" z dobrymi wybijającymi się na pierwszy plan partiami gitary, ale to tyle z ciekawszych rzeczy drugiej połowy "Loaded". Za najsłabsze kawałki  uważam kolejny inspirowany muzyką country i zaśpiewany przez Yule "Lonesome Cowboy Bill" i zbyt przestarzały jak na rok 1970 "I found a Reason" z idiotycznym "pa pa pa".

Czuć, że na czwartym albumie grupy, formuła zaczęła się wyczerpywać: dobrego materiału starczyło by co najwyżej na EPkę, a najbardziej rozpoznawalny członek zespołu prawdopodobnie miał w głowie coraz więcej myśli o odejściu, co zresztą uczynił krótko po nagraniu albumu. O ile gitarzysta na rozstaniu wyszedł całkiem korzystnie nagrywając co najmniej dwa bardzo ciekawe albumy, tak grupa radziła sobie coraz gorzej tracąc właściwie najważniejszego muzyka.

5/10

Lista utworów:

  1. Who loves the Sun
  2. Sweet Jane
  3. Rock and roll
  4. Cool It Down
  5. New Age
  6. Head held high
  7. Lonesome Cowboy Bill
  8. I found a Reason
  9. Train Round the Bend
  10. Oh! Sweet Nuthin'

sobota, 28 maja 2022

Recenzja: Genesis - "From Genesis to Revelation"

 

Okładka albumu "From Genesis to Revelation" zespołu Genesis

Genesis to kolejny zespół z "Wielkiej szóstki rocka progresywnego", który pojawił się w moich recenzjach, jednak podobnie jak w przypadku Jethro Tull, ich pierwszy album z rockiem progresywnym miał niewiele wspólnego, a nawet jeśli porówna się go z innymi płytami wydanymi w świetnym dla muzyki roku 1969, brzmi jakby był nagrany dużo wcześniej, co jest całkowitym przeciwieństwem progresji. Nie do końca jednak należy za to winić sam zespół. Po pierwsze muzycy mieli wtedy po kilkanaście lat i byli mało doświadczeni w branży, więc ich decyzje miały prawo nie być do końca trafne i wręcz fatalnym pomysłem było powierzenie roli producenta oraz równocześnie menadżera Jonathanowi Kingowi, który ambicje muzyków mocno stłumił każąc im grać bardziej melodyjnie i w stylu, który był popularny kilka lat wcześniej, co było decyzją fatalną biorąc pod uwagę w jakim zawrotnym tempie muzyka rozwijała się w tamtych czasach, gdzie nawet dwa lata to była ogromna przepaść.

Nie mniej, mimo mocno przestarzałego brzmienia i średnio udanych kompozycji, ten album ma w sobie coś co sprawia, że dawniej słuchało mi się go w miarę przyjemnie, chociaż nie na tyle aby wracać do tego albumu częściej niż raz na kilka tygodni. Zwykłe urokliwe granie i niewiele ponad to. Obecnie chyba nawet kilka tygodni przerwy między odsłuchami może się okazać za mało.

Całkiem miło słucha mi się obdarzonego baśniowym klimatem "Where the Sour Turns to Sweet", zawierający wyrazistą linię basu "In the Beggining", w którym słyszymy zalążek specyficznego śpiewu Petera Gabriela znanego z późniejszych albumów czy klimatycznego "Window". Żadnego z wymienionych utworów nie nazwałbym jednak arcydziełem.

Jakiś zalążek pomysłowości młodych muzyków można usłyszeć w kilku innych utworach, jak "Fireside song" z urzekającym, inspirowanym muzyką klasyczną klawiszowym motywem na początku utworu, który jednak wypada dość nijako jeśli chodzi o całokształt. W "the Serpent" za to właściwa część utworu mocno oderwana jest od intrygującego wstępu. Mimo to jest to i tak jedno z ciekawszych nagrań. Podobnie ma się rzecz z "The Conqueror". Tutaj także słyszymy ciekawy początek na gitarze po którym słyszymy"mroczne" partie klawiszowe, za to potem utwór robi się zbyt pozytywny i to z kolei jest niezbyt dobry fragment płyty. 

Na albumie zbyt częsty jest jeden element, który wielokrotnie odrzucał mnie od płyt z lat 60. czyli archaicznie brzmiące wokale, w szczególności ciężkostrawne są dla mnie archaiczne chórki. I w przypadku Genesis z debiutu te też mocno obniżają radość ze słuchania, choćby w "Am I very wrong?", "In limbo" i "Iilent sun". To niestety nie są jedyne słabsze nagrania, bo za takie obecnie uznaję również zalatujący popem "In the Wilderness", staroświeckie "In Hidding" i "A place to call my own".

Debiut Genesis to jeden z najsłabszych startów ze wszystkich zespołów, które później zdobyły dużą popularność oraz spełniły się artystycznie. Mimo że kiedyś ten krążek lubiłem, to nie sądzę aby mieli go poznawać osoby nie będące wielkimi fanami zespołu lub nie fascynujące się tylko i wyłącznie końcówką lat 60. (choć w tym przypadku i tak znajdzie się wiele ciekawszych płyt) lub rockiem progresywnym (w tym przypadku także). Słychać tu jakiś potencjał, jednak został stłumiony przez niewłaściwe osoby.

5/10

Lista utworów:

  1. Where the Sour Turns to Sweet
  2. In the Beggining
  3. Fireside song
  4. The Serpent
  5. Am I very wrong?
  6. In the Wilderness
  7. The Conqueror
  8. In Hidding
  9. One day
  10. Window
  11. In limbo
  12. Silent sun
  13. A place to call my name