Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jethro Tull. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jethro Tull. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 grudnia 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Too Old to Rock 'n' Roll Too Young to Die"

Okładka albumu "Too Old to Rock 'n'Roll Too Young to Die" zespołu Jethro Tull

Kiedy Anderson podjął się nagrania muzyki do filmu, który ostatecznie nie powstał, Jethro Tull wydało swój najsłabszy dotychczas album. Wcale nie tak długo po wydaniu "War Child", lider brytyjskiej legendy ponownie podjął się tego wyzwania... i znowu film nie powstał.

Wprawdzie tym razem nie wyszło dzieło tak nijakie jak wtedy, ale "Too Old to Rock 'n' Roll Too Young to Die" także nie należy do czołówki płyt Jethro Tull. Znajdą się tu nawet utwory dosyć ciekawe, jak hard rockowy otwieracz "Quizz Kid", bardziej folkrockowe "Crazed Institution" oraz "Salamander", a także utwory gdzie zespół powraca do grania bluesrocka z czasów debiutu, czyli obdarzony niesamowicie chwytliwym riffem oraz partią harmonijki "Taxi Grab" i akustyczny "Bad-Eyed and Loveless". Słabiej wypada klimatyczny "From A Dead Beat to An Old Greaser" i energiczny lecz średni "Big Dipper". Zadatki na niezłe kawałki miał też utwór tytułowy, "Pied Piper" oraz zbyt naiwny "The Chequered Flag (Dead or Alive)", każdy z nich jednak odrzuca niepotrzebną aranżacją orkiestry, przez co brzmią przestarzale.

"Too Old to Rock 'n' Roll Too Young to Die" na pewno nie ma startu do żadnej z płyt zespołu do "Thick as a Brick" włącznie, ale przebija "War Child", a od "Minstrel in the Gallery" nie odbiega bardzo mocno. Nie sądzę jednak żebym słuchał tego albumu częściej, bo jeśli będę miał ochotę posłuchać jakiejś przyjemnej muzyki z przed pół wieku, to prędzej wybiorę coś The Doors, Rolling Stones albo innych wykonawców brytyjskiej inwazji albo po prostu inny album Jethro Tull. Jednak nie jest to taki zły album w kategorii nie angażującego rocka.

6/10

Lista utworów:

  1. Quizz Kid
  2. Crazed Institution
  3. Salamander
  4. Taxi Grab
  5. From A Dead Beat to An Old Greaser
  6. Bad-Eyed and Loveless
  7. Big Dipper
  8. Too Old to Rock 'n' Roll Too Young to Die
  9. Pied Piper
  10. The Chequered Flag (Dead or Alive)

wtorek, 8 listopada 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Minstrel in the Gallery"

Okładka albumu "Minstrel in the Gallery" zespołu Jethro Tull

Po serii udanych albumów, w muzyce Jethro Tull nastąpił kryzys. Już i tak udany, lecz kontrowersyjny "A Passion Play" był sporym zjazdem w dół w porównaniu do poprzednich albumów. Potem jednak nastąpiła duża wpadka. Mający ambicje nagrać album i stworzyć do niego film Anderson mocno przeliczył się z ambicjami. Film ostatecznie nie powstał, ale została muzyka wydana na albumie "War Child". O tym w zasadzie tylko wspomnę, że sklada się z krótkszych, melodyjnych ale szybko wypadających z głowy numerów. O wiele lepiej jest na kolejnym albumie zespołu. 

"Minstrel in the Gallery" to jakby powrót do stylu z "Aqualung" i wcześniejszych albumów grupy. Anderson i spółka już nie silą sie na nagrywanie suit na cały krążek, lecz proponują kilka krótszych utworów i jednego kilkunasto minutowego kolosa. Pierwsza strona winylowego nagrania to naprawdę solidny materiał. Podzielony na spokojniejszą, akustyczną część i bardziej hard rockową utwór tytułowy to mój ulubiony utwór z albumu. Łączy się tu sporo udanych melodii i motywów zarówno w tej bardziej folkowej, jak i tej bardziej zadziornej. Bardzo ładnie zaczyna się kolejny "Cold Wind to Valhalla", który także potem nabiera ciężaru, ale nie tak mocnego jak poprzednik. Za to balladowy początek czaruje pięknymi partiami gitary akustycznej oraz fletu. Niewiele odstaje od tych dwóch kawałków "Black Satin Dancer", w tym jednak nieco patosu nadają smyczki. Już słabiej robi się w dwóch balladach, "Requiem" i "One White Duck". Nie są może złe, ale mogą znudzić. 

Druga strona winyla natomiast budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony zajmujący praktycznie całą stronę "Baker St. Muse (Medley)" to zlepek udanych, spokojnieszych fragmentów, ale z drugiej... No właśnie - "zlepek". Bo mimo zbliżonego folkowego klimatu poszczególnych części, te niekoniecznie są sprawnie ze sobą połączone. Może też męczyć długi czas trwania. Co prawda pod sam koniec występuje całkiem fajny zaostrzony fragment, ale także nie do końca pasujący. O zamykającym całość "Grace" w zasadzie dłużej piszę niż całość trwa. To tylko niespełna 40sekundowa miniaturka składająca się z wokalu Andersona na tle gitary akustycznej i smyczków. Całkowicie zbędny "utwór".

"Minstrel in the Gallery" to udany powrót do formy po ewidentnej wpadce w postaci "War Child", ale nie jest to powrót do formy najwyższej z czasów "Thick as a Brick" i wcześniejszej kariery. Nie jest to też album nazbyt ceniony. Ma swoich zwolenników wśród miłośników Jethro Tull, ale poza trzema pierwszymi utworami na albumie jest to album po prostu niezły. Ocenę podnoszą własnej te trzy kompozycje.

7/10

Lista utworów:

  1. Minstrel in the Gallery
  2. Cold Wind to Valhalla
  3. Black Satin Dancer
  4. Requiem
  5. One White Duck
  6. Baker St. Muse
  7. Grace

sobota, 1 października 2022

Recenzja: Jethro Tull - "A Passion Play"

Okładka albumu "A Passion Play" zespołu Jethro Tull

Kultowy "Thick as a Brick" mimo zamiaru sparodiowania całego nurtu rocka progresywnego stał się klasyką tego właśnie gatunku. Dzięki wielkiemu uznaniu dla tego właśnie dzieła zespół Iana Andersona zdecydował się na nagranie kolejnego albumu w tym stylu, tym razem już na poważnie. Jak wyszło? Gorzej niż poprzednio, ale nie najgorzej.

Przede wszystkim Brytyjczycy na tym albumie jakby skupili się na naśladowaniu pewnych elementów charakterystycznych dla innych grup progresywnych odchodząc od swojego stylu opartego mocno na muzyce folkowej. Grupa wpadła też w inną pułapkę nagrywając kilkanaście osobnych utworów i na siłę łącząc je w jeden długi twór podzielony na dwie części. Gorzej, że te utwory nie łączą się w tak zgrabną całość jak to miało miejsce w (szczególnie pierwszej części) "Thick as a Brick". Część pierwsza zaczyna się od fragmentu silnie przywodzącego na myśl King Crimson czy Van der Graaf Generator za sprawą dużego udziału lekko jazzowego saksofonu, który na albumie tym zastąpił charakterystyczną grę fletu. Kolejne "akty", jak nazwane są poszczególne fragmenty całego albumu, jak spokojniejsza, balladowa część, czy ta bardziej hard rockowa także są udane, tylko, że o wiele lepiej funkcjonowały by jaki oddzielne utwory.

Najgorszym momentem całego albumu jest fragment gdy Anderson opowiada historię na tle wesołkowatej, bajkowej melodii. Już reszta drugiej części trzyma o wiele wyższy poziom i słucha się jej ze sporą przyjemnością.

Pomysł na nagranie tego albumu trąci lekką hipokryzją ze strony lidera zespołu, ponieważ jeszcze przed nagraniem "Thick as a Brick" Anderson bronił się przed nadaniem muzyce jego grupy łatki rocka progresywnego. A tymczasem, gdy zobaczył jaki sukces odniósł album, który miał być tegoż stylu parodią, nagrał nagrał płytę w tym stylu już całkowicie na poważnie. Odchodząc jednak od pobudek muzyków, trzeba powiedzieć, że stworzyli płytę dobrą lecz mało nowego dodającą do muzyki i zbyt nachalnie inspirowanej współczesnymi im grupami. Szkoda tylko, że zespół porzucił tu swój świetny, natychmiast rozpoznawalny styl.

7/10

Lista utworów:

  1. A Passion Play

wtorek, 16 sierpnia 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Thick as a Brick"

 

Okładka albumu "Thick as a Brick" zespołu Jethro Tull

Po ukazaniu się "Aqualung" coraz więcej ludzi zaczęło nazywać Jethro Tull zespołem progresywnym. I mimo, że grupa rozwijała granicę rocka już od kilku albumów, to łatka ta bardzo nie spodobała się liderowi zespołu - wokaliście i fleciście, Ianowi Andersonowi. Postanowił więc on, korzystając ze swojego poczucia humoru, nagrać album wyolbrzymiający wady tego nurtu. Zespół przyłożył się do tego pomysłu tak mocno, że stworzyli historię ośmioletniego pisarza, którego praca została w ostatniej chwili wyeliminowana z konkursu. Ciekawym pomysłem była forma w jakiej płyta została wydana, czyli zamiast tradycyjnej okładki, grupa zawinęła krążek w 12-stronnicową gazetę zawierającą m.in. historię owego ośmiolatka, ale też inne historie. Niestety na CD takiej formy okładki już nie uświadczymy.

Jeśli chodzi o zawartość albumu to znajdziemy tu jedynie jeden utwór podzielony ze względów technicznych na dwie części. I nawet jeśli album ten faktycznie miał być żartem i parodią, to kompozycja ta jest najlepszym co grupa kiedykolwiek nagrała. "Thick as a Brick" udanie łączy elementy folkowe z tymi bardziej hardrockowymi. Każdy z instrumentalistów daje tu świetny popis swoich umiejętności. Daleko im jednak do bezsensownych wirtuozerskich popisów pokroju ELP albo późniejszych wykonawców w stylu Yngwiego Malmsteena, lecz oparte na wyczuciu każdego z nich oraz wzajemnej interakcji.

Przez całe ponad 40 minut trwania płyty dzieje się coś ciekawego. Nie słychać tu dłużyzn, zbędnych powtórek czy niepotrzebnych motywów, co jest sporą rzadkością nawet w utworach trwających kilkanaście minut. Grupa sprawnie poradziła sobie z podzieleniem kompozycji na dwie części przez wyciszenie pod koniec pierwszej części i podobny początek drugiej, dzięki czemu nie jesteśmy zmuszeni zmieniać strony w trakcie jakiegoś ciekawego fragmentu.

Mimo, że najpopularniejszym albumem Jethro Tull wciąż pozostaje "Aqualung", to "Thick as a Brick" jest uznawany za krążek najlepszy w historii zespołu, a także jako jeden z najlepszych w historii rocka progresywnego. I chociaż w drugiej części momentami nie wszystko mi się ze sobą zgrywa, to i tak jest to jeden z moich ulubionych albumów jakie kiedykolwiek słyszałem.

10/10

Lista utworów:

  1. Thick as a Brick

poniedziałek, 11 lipca 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Aqualung"

 

Okładka albumu "Aqualung" zespołu Jethro Tull

Są takie albumy w poszczególnych gatunkach i podgatunkach, które uznaje się za obowiązkowe dla fanów. Wadą takich zestawień jest to, że zwykle wymienia się płyty najpopularniejsze, często nie będące nawet najlepszym albumem danego wykonawcy. W przypadku rocka progresywnego jako "podstawowe" wymienia się choćby debiut King Crimson, "Dark side of the Moon" Pink Floyd, "Close to the Edge" Yes czy bohatera dzisiejszej recenzji, czyli "Aqualung" Jethro Tull. I jest to idealny przykład albumu, który początkującym słuchaczom progresywnego grania jest polecany jako jeden z pierwszych pomimo, że nie ani nie jest najlepszym krążkiem zespołu, ani też nie ma wiele wspólnego z tym gatunkiem. Poza jednym utworem na płycie znajdują się przede wszystkim hard rockowe i folk rockowe kawałki, często pozbawione poszukiwań, które są przecież najważniejszą cechą tegoż podgatunku rocka.

Wspomniany utwór to "My God", główny "winowajca" przypiętej Jethro Tull łatki zespołu progresywnego. Kompozycja ta rzeczywiście jest bardzo ciekawa. Po dość długim gitarowym wprowadzeniu słyszymy dosyć mroczny i interesujący motyw. Kompozycja wyróżnia się też jakby kościelnym chórem w czasie popisów lidera zespołu, Iana Andersona na flecie. Być może najlepszy utwór na płycie, ale to nie on cieszy się największą popularnością z tego albumu.

Miano przebojów zyskały dwa inne utwory. Tytułowy "Aqualung" oparty jest na prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnym gitarowym riffie w historii zespołu i świetnie łączy hard rockowy czad z folkowymi złagodzeniami, a także okraszony jest świetnym gitarowym solo Martina Barre'a. Drugi hit z "Aqualung" - "Locomotive breath"- nie robi już takiego wrażenia, przynajmniej nie w studyjnej wersji. Inspirowany muzyką klasyczną wstęp na pianinie jest dobry, sama melodia jedna z najbardziej chwytliwych na albumie, a jednak czuję spory niedosyt. Na żywo kawałek ten wykonywany był z większą energią i niejednokrotnie kończony był ciekawym solo gitarzysty i to właśnie wykonania live tego utworu cenię najbardziej.

Ale i po każdym z tych dwóch utworów możemy usłyszeć udane kompozycję. Następujący po utworze tytułowym "Cross Eyed Mary" to utwór posiadający klimatyczny wstęp Andersona na flecie. Co prawda potem robi się już bardziej typowo, ale wciąż jest to nagranie udane z dobrą linią melodyczną. Za to po "Locomotive Breath" słyszymy 6cio minutowy "Wind up" - przez dwie minuty spokojny utwór z jakby słabszą jakością dźwięku. Jakość ta i ogólnie też poziom utworu podnosi się w dalszej części za sprawą chwytliwej melodii i dobrego solo.

Mocnymi punktami całego albumu są utwory najkrótsze, trwające niewiele ponad minutę. Takie utwory są tu trzy, z czego najlepszy jest ten pojawiający się jako pierwszy, czyli "Cheap Day Return" o pięknej folkowej melodii. W podobnym klimacie jest utrzymany "Wond'ring Aloud" oraz "Slipstream".

Pozostałe trzy utwory są niezłe i w zasadzie nic więcej, choć zastosowano tu pomysły mające potencjał - choćby baśniowy klimat w "Mother Goose". "Up to me" i "Hymn 43" posiadają sporo energii i niezłe melodię, ale ciężko powiedzieć o nich coś więcej.

"Aqualung" to z jednej strony album, który swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim dwóm hitom, a łatkę płyty progresywnej - jednej kompozycji, więc wydawać by się mogło, że nie jest to wybór dobry dla kogoś kto dopiero chce zacząć słuchać rocka progresywnego. Ja jednak jestem zdania, że wbrew temu co napisałem w pierwszym akapicie, wybór ten jest trafny. Jazzowe popisy na niektórych albumach King Crimson czy wirtuozerskie, pełne patosu popisy instrumentalistów ELP czy Yes mogą odstraszyć dotychczasowego słuchacza metalu, popu czy rapu. "Aqualung" za to pozwala oswoić się ze stylem Jethro Tull, dzięki czemu taki "Thick as a Brick" będzie mniejszym szokiem, a doceniając następcę "Aqualung" można zapuścić się w dyskografię pozostałych grup progresywnych. Poza tym to kawał dobrej muzyki.

8/10

Lista utworów:

  1. Aqualung
  2. Cross Eyed Mary
  3. Cheap Day Return
  4. Mother Goose
  5. Wond'ring Aloud
  6. Up to Me
  7. My God
  8. Hymn 43
  9. Slipstream
  10. Locomotive Breath
  11. Wind up

poniedziałek, 6 czerwca 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Benefit"

Okładka albumu "Benefit" zespołu Jethro Tull

Trzeci album Jethro Tull nie cieszy się zbyt dużą popularnością. Tak jak często bywa w przypadku płyt wydanych w sąsiedztwie tych uznawanych za najlepsze, "Benefit" także jest mocno niedoceniony - w końcu dwa kolejne krążki grupy to te cieszące się największym kultem w dyskografii brytyjskiej grupy. Szkoda, bo na "Benefit" styl grupy krystalizował się coraz mocniej, a same kompozycje prezentują wysoki i co ważne równy poziom. Mimo, że niektóre utwory nie prezentują się wybitnie, to nie ma na "Benefit" również jednoznacznie złych kawałków.

Na albumie z pewnością należy wyróżnić "Wish you there to help me" rozpoczęty ładnym wstępem z udziałem fletu i początkowo delikatnymi partiami gitary oraz łagodnym śpiewem Andersona wspomaganego wokalnie przez innych muzyków. Potem utwór to nabiera zadziornego brzmienia, to znowu zwalnia, jednak całość jest na tyle dobrze przemyślana, że nie sprawia wrażenie zmieniania tempa czy motywu na siłę, lecz całość zgrabnie się łączy. Wypadający po nim "Nothing to say" jest z kolei zbudowany inaczej. Zaczyna się zadziornym riffem, by później stać się utworem folkrockowym z miłymi partiami gitary akustycznej. Jednak i w drugiej części zdarzają się bardzo dobre zaostrzenia. Tak ja dwa pierwsze utwory na płycie uważam za bardzo dobre, tak dwa ostatnie cenie równie mocno. W "Play in time" ciekawie wypada granie podobnej melodii przez Martina Barre na gitarze oraz Iana Andersona na flecie. Co prawda potem nagranie bliższe jest już takim wykonawcom jak the Rolling Stones czy the Who, jednak i tak grupa serwuje nam kilka ciekawych, niecodziennych zagrań. W "Sossity: you are a woman", który pełni funkcję finału albumu natomiast interesująco wypada przede wszystkim linia wokalna.

Nie znaczy to, że pomiędzy dwoma pierwszymi, a dwoma ostatnimi kawałkami nie znajdziemy czegoś ciekawego. Bardzo podoba mi się "Son", który mi kojarzy się z zespołami które zaczną powstawać ponad 20 lat później, czyli zespołami tak zwanej rockowej alternatywy pokroju Queens of the Stone Age czy Franz Ferdinand. Jedynie zwolnienie w środku utworu nie do końca do późniejszych wykonawców pasuje. "To Cry you a song" posiada za to bardzo fajny riff, w "Alive and Well and living in" muzycy żonglują motywami mimo krótkiego czasu trwania, a w "A Time for everything" jedną z większych ról na albumie pełni flet Andersona.

Zadedykowany po raz kolejny przyjacielowi Andersona "For Micheal Collins, Jeffrey and me" oraz "Inside" to także niezłe kawałki, jednak podobają mi się mniej niż reszta utworów na albumie.

"Benefit" to płyta bardzo udana, jednak niedoceniana z tego samego powodu co np "Fireball" Deep Purple czy "trójka" Led Zeppelin czyli została nagrana pomiędzy dwoma bardziej znanymi krążkami. Sam jednak "Benefit" stawiam nieco wyżej niż poprzednika.

8/10

Lista utworów:

  1. Wish you there to help me
  2. Nothing to say
  3. Alive and Well and living in
  4. Son
  5. For Micheal Collins, Jeffrey and me
  6. To Cry you a song
  7. A time for everything
  8. Inside
  9. Play in Time
  10. Sossity: you are a woman 

niedziela, 8 maja 2022

Jethro Tull- "Stand up"

 

Okładka płyty "Stand up" zespołu Jethro Tull

Drugi album progresywnej legendy przyniósł znaczące zmiany w stosunku do poprzednika. Przede wszystkim skład opuścił Mick Abrahams, którego zastąpił Martin Barre, z którym Anderson od tej pory będzie współpracować najdłużej ze wszystkich muzyków. Co ciekawe, przed dołączeniem Barre do zespołu, w składzie przez chwilę znajdowali się Tony Iommi oraz Steve Howe- późniejsi gitarzyści Black Sabbath i Yes. Zmiany nastąpiły także w muzyce. Zespół powoli odchodzi od blues-rockowej stylistyki z debiutu na rzecz folk rocka z wpływami hard rockowymi spod znaku przede wszystkim Led Zeppelin. Już tutaj można dostrzec ambicje zespołu dzięki którym za kilka lat zostanie określony zespołem progresywnym.

Stylistycznie do debiutu nawiązuje jeszcze otwierający całość "A new day yesterday"- utwór o bluesowym klimacie z ciężkimi zagrywkami nowego gitarzysty oraz niezłą solówką. 

Reszta utworów to już zupełnie inne granie. Do kawałków o nieco mocniejszym brzmieniu zaliczył bym utrzymany w średnim tempie "Back to the Family" z pierwszą wyśmienitą solówką Barre w nowej grupie, który mocno walczy tutaj o pierwsze skrzypce z partiami fletu Andersona. Z większą mocą zagrany został również "Nothing is easy" z bardzo dobrymi fragmentami instrumentalnymi, w których każdy z muzyków stara się pokazać od jak najlepszej strony- z dobrym z resztą skutkiem. Najlepiej jednak z tych bardziej hard rockowych kawałków wypada finałowy "For a thousand mothers", w którym naprawdę ciężko wyróżnić grę któregokolwiek z członków zespołu, bo wszyscy grają tu genialne partie. Bardzo dobrze wypada również wokal Iana Andersona.

Pozostałe numery to już utwory albo folkowe (lub folk rockowe), albo bardziej eksperymentalne. W tej pierwszej grupie wyróżnić należy przede wszystkim "Look into the Sun", w którym nowy członek zespołu pokazuje, że świetnie radzi sobie nie tylko z gitarą elektryczną, ale potrafi również zagrać piękne i poruszające partie na gitarze akustycznej. Znacznie ustępuje mu inne z bardziej folkowych nagrań- "Reason for Waiting". Najgorzej wypadają tu dosyć banalne orkiestracje w końcówce. W nieco folkowym klimacie utrzymany jest również kolejny z dedykowanych przyjacielowi Andersona utworów- "Jeffrey goes to the Leicester square" o ciekawej lini wokalnej.

Na eksperymentowanie Jethro Tull zdecydował się natomiast w lekko orientalnym za sprawą instrumentów perkusyjnych "Fat Man", który jednak stylistycznie za mocno odstaje od reszty, chociaż nie jest to złe nagranie. Jednak prawdziwą odwagę zespół pokazał biorąc na warsztat samego Bacha! Instrumentalny "Bouree" to chyba najlepsze co zespół stworzył na swoich pierwszych albumach. W tym wypadku, zespół kompozycje słynnego barokowego twórcy wziął jedynie za punkt wyjścia, tworząc coś oryginalnego i genialnego, a nie odgrywał utwór nadając mu zbędnego patosu i kiczu jak robiło to wiele innych wykonawców.

Nie wiem natomiast do której grupy zaliczyć "We used to know". Początkowo jest to akustyczna ballada, z czasem jednak pojawiają się tu emocjonalne solówki Barre na gitarze elektrycznej, sam utwór sprawia wrażenie pierwowzoru ballad tworzonych przez zespoły glam metalowe w latach 80., chociaż muszę przyznać, że nieźle to Brytyjczykom wyszło.

Warto zapoznać się z reedycją z 2001 roku, na której znajdują się dodatkowo 4 utwory. O ile dwa pierwsze z nich nie należą do ciekawych, to warto posłuchać nieco podniosłego "Sweet Dreams" oraz z "17"- kojarzącym mi się mocno z muzyką the Rolling Stones.

"Stand up" to album na którym styl Jethro Tull jeszcze nie do końca się wykrystalizował, ale już tutaj można dostrzec w jakim kierunku zespół zwróci się na kolejnych longplayach. Mimo to, jest to jedna z moich ulubionych pozycji w katalogu grupy z co najmniej trzema utworami znajdującymi się w czołówce moich ulubionych kawałków w dyskografii tego wspaniałego bandu.

8,5/10

Lista utworów

  1. A new day yesterday
  2. Jeffrey goes to the Leicester square
  3. Bouree
  4. Back to the Family
  5. Look into the sun
  6. Nothing is easy
  7. Fat Man
  8. We used to know
  9. Reason for Waiting
  10. For a thousand mothers

wtorek, 12 kwietnia 2022

Jethro Tull- "This was"

Okładka albumu "This was" zespołu Jethro Tull


Jethro Tull, to zespół, którego obecność w tzw. Wielkiej szóstce prog- rocka wywołuje największe kontrowersje. Fakt, muzyka zespołu kompletnie niepodobna jest do muzyki Yes, ELP, King Crimson, Genesis i Pink Floyd, czyli pozostałych członków "Wielkiej szóstki", ale znaczącą poszerza stylistykę rockową, za sprawą wpływów folkowych oraz dawnej muzyki. Jako ciekawostkę można dodać że sam lider,  wokalista i flecista, Ian Anderson nie przepada (delikatnie mówiąc) za nazywaniem muzyki jego zespołu rockiem progresywnym.

Za rock progresywny na pewno nie należy brać muzyki obecnej na debiucie brytyjskiego zespołu. Przede wszystkim dominuje tu stylistyka blues-rockowa, z pojawiającym się tu i ówdzie wpływem folku, obecnego przede wszystkim za sprawą charakterystycznych partii Andersona na flecie. 

Blues rock dominuje tu w takich nagraniach jak przyjemny otwieracz "My sunday feeling", w którym "zaznajamiamy się" z dwoma najbardziej w twórczości Jethro Tull znanymi elementami: charakterystycznym głosem Andersona i wspomnianymi już kilkukrotnie partiami fletu.z Jeszcze więcej bluesa czujemy w kolejnym na płycie "Someday the sun won't shine for you", w którym flet zastępuje harmonijka. Nie jest to bardzo ciekawe nagranie; mało ciekawie wypada tutaj linia wokalna, a sam utwór też jest zbyt niecharakterystyczny.

O wiele ciekawiej robi się w trzecim na liście"Baggar's farm"- bardzo żywiołowym, pełnym energii kawałku posiadającym świetny riff, "bujającą" sekcje rytmiczną, kapitalną solówkę o bluesowym feelingu oraz interesujące zaostrzenie zawierające w sobie solówkę Andersona na flecie. Jedno z najlepszych nagrań na debiucie i jedna z moich ulubionych kompozycji "wczesnego" Jethro Tull.

Mimo że bardzo sobie cenię wokal Andersona, to na tym krążku, obok "Baggar's farm", najciekawiej wypadają utwory instrumentalne, a jest ich na płycie w sumie 4. Najlepszym z nich jest wg mnie znany m.in z wykonania Cream "Cat's squirrel" posiadający wiele energii, momentami brzmiąc wręcz hard rockowo. To tutaj na wyżyny wspina się gitarzysta grupy, Mick Abrahams. Trochę słabiej wypada "Dharma for one", którego główną częścią jest solówka perkusisty Clive'a Bunkera (która o dziwo całkiem mi się podoba mimo że nie przepadam za solówkami perkusyjnymi), ale nie brakuje tu świetnych momentów "zespołowych". "Serenade to a cuckoo" natomiast zwraca uwagę kolejnymi popisami Andersona na flecie, ale też niezłą solówką Abrahamsa, mimo że początkowo zapowiadała się nijako. Ostatnim z instrumentali i równocześnie ostatnim utworem na płycie jest króciutki, minutowy "Round", który szkoda że zespół jakoś nie rozwinął bo ta miniatura miała swój potencjał.

Całości dopełniają jeszcze dwa całkiem dobre nagrania ("A song for Jeffrey" będący jednym z kilku utworów napisanych przez lidera dla swojego znajomego i zarazem jedno z najbardziej znanych utworów z krążka oraz bluesowy "It's breaking me out") i jeden słaby, czyli kojarzący mi się trochę z muzyką kabaretową "Move on Alone", w którym w roli wokalisty słyszymy wyjątkowo Abrahamsa. Gitarzysta jednak z roli wywiązał się dość nijako.

Warto także zapoznać się z bonusowym materiałem znajdującym się na kompaktowych reedycjach albumu. Są to instrumentalny ale pozostawiający wiele do życzenia ale też nie taki zły "one for John Gee", oparty na chwytliwych partiach gitary "Love story" oraz bardzo fajny "Christmas song" już z wyraźnymi wpływami folkowymi.

Debiut Jethro Tull zupełnie nie przypomina tego z czego zespół zasłynie na kolejnych albumach na których stylistyka grupa będzie zgrabnie łączyła elementy hard rockowe z wpływami muzyki dawnej oraz folku, ale już tą płyta jest całkiem przyjemna w słuchaniu i mimo, że poziomem mocno ustępuje chociażby najsłynniejszym "Aqualung" oraz "Thick as a Brick", to polecam zapoznać się debiutem aby przekonać się od czego ta świetna grupa zaczynała.

7/10

Lista utworów:

  1. My sunday feeling
  2. Someday the sun won't shine for you
  3. Baggar's farm
  4. Move on Alone
  5. Serenade to a cuckoo
  6. Dharma for one
  7. It's breaking me out
  8. Cat's squirrel
  9. Song for Jeffrey
  10. Round