Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deep purple. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deep purple. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 listopada 2022

Recenzja: Deep Purple - "Stormbringer"

Okładka albumu "Stormbringer" zespołu Deep Purple

Po bardzo udanym "Burn" w obozie Deep Purple znowu coś zaczęło się psuć. Gitarzysta zespołu zaproponował reszcie muzyków nagranie przeróbek cudzych kompozycji, co tamci odrzucili. Obrażony Blackmore odsunął się więc od wspólnego tworzenia materiału, a sytuację tę wykorzystał Glenn Hughes wprowadzając ponownie w muzykę zespołu wpływy funkowe. To z kolei jeszcze bardziej zirytowało Blackmore'a.

W takiej atmosferze istniało duże ryzyko stworzenia słabego, nijakiego albumu. Aż tak źle nie jest, ale czuć regres w porównaniu do pierwszego albumu MK3. Do jednoznacznie słabych utworów należy właściwie jedynie "Hold On". "Love don't Mean a Thing" i "Holy Man" także nie stoją na najwyższym poziomie, ale słucha się ich bez większych negatywnych emocji. Lepiej wypada bardziej energiczny "Lady Double Dealer".

Do tej lepszej części albumu należy już także obdarzony dużą energią utwór tytułowy, najbardziej funkowy na albumie "You can't do It Right" czy ballada "Soldiers Of Fortune" z genialną partią wokalną Davida Coverdale'a. Słabiej, ale wciąż bardzo bardzo dobrze wypadają bujający "High Ball Shooter" i "The Gypsy" z bardzo fajnym riffem i współpracą wokalną Coverdale'a i Hughesa.

"Stormbringer" to może i nie jest czołówka najlepszych płyt w obszernej dyskografii Deep Purple, ale i tak wyróżniająca się na tle całości twórczości. 1/3 umieszczonych tu kompozycji to świetne utwory, a kolejna jedną trzecia to także solidny materiał. Niestety pozostałe trzy utwory, a szczególnie jeden z nich niestety już mocno odstaje i obniża poziom całości. Mimo to, warto poznać ten album jeśli jest się fanem hard, lub funk rocka.

7/10

Lista utworów:

  1. Stormbringer
  2. Love don't Mean a Thing
  3. Holy Man
  4. Hold On
  5. Lady Double Dealer
  6. You Can't Do It Right 
  7. High Ball Shooter
  8. The Gypsy
  9. Soldiers Of Fortune

poniedziałek, 24 października 2022

Recenzja: Deep Purple - "Burn"

Okładka albumu "Burn" zespołu Deep Purple


Już w czasie nagrywania "Who Do We Think We Are" napięcie między Ianem Gillanem, a Ritchiem Blackmorem było bardzo duże, a w czasie trasy go promującej narosło do jeszcze większych rozmiarów. W efekcie czego wokalista odszedł z zespołu, a wraz z nim zmuszony do odejścia został basista Roger Glover. Pozostała trójka stanęła więc przed trudnym wyzwaniem znalezienia zastępstwa dla tej dwójki. Wybór padł na śpiewającego basistę, grającego w mniej znanym zespole Trapeze, Glenna Hughesa oraz świetnego, jeszcze nie znanego wokalistę Davida Coverdale'a, którego numer telefonu Jon Lord posiadał ponoć od kilku lat i był alternatywą dla Iana Gillana, gdyby nie udało go ściągnąć przed nagraniem "In Rock".

Nowy skład doszedł do słusznego wniosku, że należy coś zmienić w granej przez Deep Purple muzyce. I tu nieoceniony okazał się nowy basista, który był oczarowany muzyką funk i postanowił wpleść ten gatunek muzyki do nowego zespołu. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo muzyka zawarta na "Burn" brzmi świeżo nawet dziś. Do tego ponownie w muzyce Deep Purple słychać radość ze wspólnego grania. 
Tę słuchać już w pierwszym na albumie utworze tytułowym z natychmiast zapamiętywalnym riffem, świetną współpracą wokalną nowych członków czy solówkami Lorda i Blackmore'a. Zdecydowanie jeden z najlepszych otwieraczy wśród krążków Deep Purple, a może i w całym hard rocku.

Jeszcze lepiej wypada bluesowa ballada "Mistreated" z genialną partią wokalną Coverdale'a. Jest to też jedyny utwór na płycie, w którym słychać tylko jednego z wokalistów. A sama kompozycja mimo dziesiątek odsłuchów nie nudzi się do tej pory. Już słabiej, ale wciąż dobrze prezentują się bujający "Sail Away" czy "You Fool no One", a także bardziej nawiązujące do wcześniejszych dokonań, ale mimo to posiadające nutę świeżości radiowy "Might Just Take Your Life" i bardziej hard rockowy "Lay Down Stay Down". "What's goin'On Here" to także funkrockowy numer, ale nie tak porywający jak "Sail Away". Mimo to miło się go słucha. Finałowy "'A'200" za to jest najbardziej nietypowym utworem na albumie. Na pewno ten instrumental się wyróżnia, ale nie sądzę żeby był potrzebny. Lepiej było zakończyć całość takim arcydziełem jakim jest "Mistreated".

"Burn" to powrót zespołu do wysokiej formy bo średnio udanym "Who Do We Think We Are". Zmiana składu zdecydowanie wyszła zespołowi na dobre. W poprzednim składzie zaczęło brakować chemii, a może nawet pomysłów. Dwójka nowych artystów wniosła do grupy nową energię dzięki czemu dostaliśmy jeden z najlepszych albumów w bogatej dyskografii Deep Purple.

8/10

Lista utworów:
  1. Burn
  2. Might Just Take Your Life
  3. Lay Down Stay Down
  4. Sail Away
  5. You Fool no One
  6. What's goin'On Here
  7. Mistreated
  8. 'A' 200

niedziela, 2 października 2022

Recenzja: Deep Purple - "Who Do We Think We Are"

Okładka albumu "Who Do We Think We Are" zespołu Deep Purple

Deep Purple po dołączeniu do składu Rogera Glovera i Iana Gillana miało świetny czas. Grupa dzięki wydanym po zmianie składu trzem albumów studyjnych i jednego koncertowego została uznana za czołówkę ówczesnej sceny nie tylko rockowej. W pewnym momencie jednak coś w zespole zaczęło się psuć. Konflikt między wokalistą a Ritchiem Blackmorem narósł do tego stopnia, że muzycy nie byli w stanie ze sobą przebywać. Efekt tego był taki, że niestety, ale kolejny album zespołu nie powala już tak jak poprzednie.

Znajdą się tu jednak ciekawe propozycje. Np "Woman from Tokyo" może nie równa się z bardzo udanymi otwieraczami z poprzednich krążków, ale i tak jest to fajny, melodyjny, z lekka pop-rockowy numer. Także bardzo udany jest kolejny "Mary Long". To również bardzo melodyjny utwór z fajną partią Gillana, ale i instrumentaliści grają tu fajne partie. Pozostałe utwory nie są złe, jednak czegoś w nich brakuje, a niejednokrotnie ma się wrażenie że coś podobnego już słyszeliśmy. Próby stworzenia kosmicznego klimatu były w twórczości grupy obecne już wcześniej, więc "Super Trouper", który sam w sobie nie jest zbyt porywający nie broni się nawet tym.

Trochę lepiej wypada np. "Smoth Dancer"- bardziej żywiołowy numer, choć i tak odstający od tych nagranych w podobnym stylu już wcześniej. "Rat Bat Blue" za to chyba zbyt nachalnie kojarzy się z "Moby Dick" Zepellinów. Fajnym urozmaiceniem za to jest bluesowy "Place in Line". Spokojnieszy "Our Lady" za to wprawdzie jest dosyć miły do słuchania, ale odpychają mnie chórki w refrenie.

"Who Do We Think We Are" cieszy się niezbyt pochlebnym mianem najgorszego albumu pierwszej inkarnacji składu MKII. Z tym w sumie się zgadzam. Nie posuwał bym się jednak do wniosków, że krążek ten jest jednoznacznie zły. Wiele mu brakuje do tych wcześniejszych, a spora część materiału zdaje się być powtórką z rozgrywki, ale słucha się tego z nawet sporą przyjemnością.

6/10

Lista utworów:

  1. Woman from Tokyo
  2. Mary Long
  3. Super Trouper
  4. Smooth Dancer
  5. Rat Bat Blue
  6. Place in Line
  7. Our Lady

środa, 24 sierpnia 2022

Recenzja: Deep Purple - "Made in Japan"

Okładka albumu "Made in Japan" zespołu Deep Purple

Deep Purple dawniej było zespołem, którego koncerty były uważane za jedne z najlepszych. Grupa potrafiła ułożyć set listy z bardzo dobrych utworów (choć zwykle przez długi czas dokładnie tych samych) i zagrać je z ogromną energią i nieraz je modyfikując. Idealnym dokumentem świadczącym o koncertowej siłę Brytyjczyków jest jeden z najbardziej kultowych albumów koncertowych w historii - "Made in Japan".

Album zaczyna się od trzech najbardziej znanych utworów w historii zespołu. Najpierw słyszymy bardzo energiczne wykonanie "Highway Star", które tutaj brzmi o wiele lepiej niż na "Machine Head". Chwilę później następuje wyciszenie za sprawą "Child in time". Jeśli myśleliście, że wersja albumowa z "In Rock" jest niemożliwa do pobicia, to koniecznie trzeba posłuchać wykonania z tego krążka. Nawet niesamowicie trudna partia wokalna została zaśpiewana przez Gillana bezbłędnie. Następnie znowu zespół serwuje masę energii za sprawą "Smoke on the Water". To wykonanie nie jest moim ulubionym, bo wolę to z "Nobody's Perfect" które jest zagrane jeszcze bardziej energicznie, ale także jest świetne.

Jednak to, że największe hity grupy usłyszeliśmy na samym początku, to wcale nie znaczy, że później jest mniej ciekawie. Wręcz przeciwnie, album dopiero się rozkręca. Następne co słyszymy to "The Mule" będący przede wszystkim perkusyjnym popisem Iana Paice'a, moim zdaniem bardzo udanym, mimo że nie przepadam za solówkami na perkusji. Potem wypada "Strange kind of Woman" - moment, w którym najlepiej słychać jak muzycy świetnie się bawią na scenie. Słychać to choćby w momencie gdy Gillan w pewnym momencie zaczyna śmiać się w czasie wykonywania utworu albo w "Dialogu" między wokalistą a gitarzystą grupy, Ritchiem Blackmorem. Dobrą zabawę słychać też w "Lazy". Tutaj utwór ten wykonany jest z niesamowitą swobodą, a do tego zachwyca świetnym organowym wstępem w wykonaniu Lorda. Na deser dostajemy utwór najbardziej rozwinięty ze wszystkich, porażający energiczną improwizacją "Space Truckin'", moim zdaniem najlepiej wykonany utwór na tym albumie, a konkurencja była ogromna.

"Made in Japan" uznawane jest za prawdziwy kanon Deep Purple, a także rockowych albumów koncertowych. Bardzo słusznie, bo niewiele wykonawców potrafiło z i tak dobrych kompozycji stworzyć tak genialne, energiczne i rozbudowane koncertowe arcydzieła. Zdecydowanie jedna z moich ulubionych koncertowych pozycji i chyba ulubiona płyta tegoż zespołu

10/10

Lista utworów:

  1. Highway Star
  2. Child in time
  3. Smoke on the Water
  4. The Mule
  5. Strange kind of Woman 
  6. Lazy
  7. Space Truckin'

piątek, 29 lipca 2022

Recenzja: Deep Purple - "Machine Head"

Okładka albumu "Machine Head" zespołu Deep Purple

 

"In rock" uczyniło Deep Purple jednym z największych zespołów w ówczesnym rocku, jednak kultowy status pewnie nie utrzymałby się do dzisiaj, gdyby niecałe dwa lata po wydaniu tamtej płyty, Brytyjczycy nie nagraliby kolejnego kultowego dziś albumu, "Machine Head".

O popularności opisywanego krążka zadecydowały przede wszystkim dwa utwory. Niezwykle żywiołowy "Highway Star" z zadziornym wokalem i udaną grą każdego z instrumentalistów oraz cieszącym się sporą popularnością solo gitarowym, a także największy przebój zespołu, ograny do granic możliwości "Smoke on the Water". Utwór jest dobry, może nawet bardzo, ale przez jego niemiłosierne ogranie i wszechobecny wśród młodych gitarzystów riff, zwykle już ma się ochotę pominąć ten kawałek w czasie słuchania albumu. Pomysł na ten utwór pojawił się przypadkowo, gdy jeszcze dłuższy czas po przerwanym pożarem koncercie Franka Zappy na wodzie unosił się dym.

I chociaż wspomniane dwa utwory zdobyły największą popularność z tego albumu, to wśród fanów zespołu kultem cieszą się także "Lazy" i "Space Truckin'". Pierwszy z nich to zawierająca elementy bluesowe kompozycja ze świetnymi popisami Ritchiego Blackmore'a i Jona Lorda. Drugi natomiast, to kolejny energetyczny rocker o dobrej melodii. Żaden z tych dwóch kawałków nie ustępuje dwóm słynniejszym, a mi podobają się nawet bardziej.

Hardrockowy "Pictures of Home" także jest bardzo udany i poziomem nie ustępuje czterem opisanym wcześniej utworom, podobnie zresztą jak bujający "Maybe I'm a Leo". Trochę słabiej ale też nieźle wypada "Never Before", tu jednak razi mnie refren. Jednak tak jak w przypadku wspomnianego kilkukrotnie"In Rock " i tutaj grupa nie umieściła na albumie świetnego numeru. W tym przypadku jest nim bardzo fajna ballada "When a Blind Man Cries", którą doceniła choćby Metallica coverując ją wiele lat później.

"Machine Head" to faktycznie bardzo dobre wydawnictwo i choć ustępuje niejednemu albumowi Black Sabbath czy Led Zeppelin, a może nawet wspomnianemu "In Rock", to wciąż szósty krążek Deep Purple jest pozycją, którą każdy fan rocka powinien poznać. Nawet jeśli dostaje mdłości na myśl o "Smoke on the Water".

8/10

Lista utworów:

  1. Highway Star
  2. Maybe I'm a Leo
  3. Pictures of Home
  4. Never Before
  5. Smoke on the Water
  6. Lazy
  7. Space Truckin'

wtorek, 5 lipca 2022

Recenzja: Deep Purple - "Fireball"

Okładka albumu "Fireball" zespołu Deep Purple

Czwarty album Deep Purple i pierwszy nagrany w nowym składzie natychmiast stał się hitem, a dzięki wpływowi jaki wywarł na muzykę przede wszystkim hard rockową i heavy metalową jest obecnie stawiany w ścisłej czołówce płyt rockowych wszechczasów. Zadanie aby nagrać równie wyśmienity album co poprzedni było niełatwe i faktycznie zespół nie podołał wyzwaniu, ale mimo to "Fireball" to album bardzo dobry i bardzo niedoceniany - w końcu nie tylko poprzednik ale i następca zyskały status kultowych.

Tak jak na "In Rock", tak i tu zaczynamy od energicznego kopniaka. Tytułowy "Fireball" to jeden z moich ulubionych utworów tego składu. Być może jest tak dzięki sekcji rytmicznej, która mocno wybija się tu naprzód. Słuchać też jak z pozostałymi członkami zespołu jeszcze bardziej zgrali się Roger Glover i Ian Gillan. Basista sporo do powiedzenia ma także w finałowym "No one Came", ale o każdym instrumentaliście można to powiedzieć w tej kompozycji, bo w części instrumentalnej każdy z nich pokazuje chociaż próbkę swoich umiejętności. Bardzo hard rockowo wypada też "The Mole", który jest dobry ale ma oklepany wstęp.

Faworytów na piątym albumie Deep Purple mam dwóch. Jest wyprzedzający swoje czasu pod względem brzmienia "Demon's Eye", a także "Fools" z fajnym organowym wstępem i początkowo łagodnej melodii i delikatnemu śpiewowi Gillana.

Słabiej wypada "No no no", który utrzymany jest w nieco blues-rockowej stylistyce, ale nie wyróżnia się niczym ciekawym. "Anyone's Daughter" za to najlepiej wypada do momentu zaostrzenia. Drugi z tych utworów średnio pasuje też do pozostałych utworów. Szkoda, że grupa nie umieściła na oryginalnym wydaniu "Strange Kind of Woman", które pojawiło się dopiero na reedycjach. Kompozycja ta bardzo by ubarwiła cały album swoim bardzo przebojowym charakterem i chwytliwymi zagrywkami instrumentalistów, a także bardzo udaną linią wokalną.

"Fireball" dziś nie jest ani tak popularne jak dwa sąsiadujące z nim albumy ani nie jest wymieniany przez innych wykonawców jako inspiracja - ci zwykle wskazują wspomnianą dwójkę lub w rzadszych przypadkach "Burn" nagrany już w innym składzie. I tym samym album ten można umieścić na jednej półce z innymi ciekawymi, ale cieszącymi się mniejszym uznaniem albumami kultowych grup, np "Houses of the Holy", "Born again", "Flying" ("UFO II"), czy "Lizard".

7/10

Lista utworów:

  1. Fireball
  2. No no no
  3. Demon's Eye
  4. Anyone's Daughter
  5. The Mole
  6. Fools
  7. No one Came

piątek, 10 czerwca 2022

Recenzja: Deep Purple - "In Rock"

 

Okładka albumu "In rock" zespołu Deep Purple

Rok 1970 zdecydowanie był jednym z lepszych w całej historii muzyki, szczególnie rockowej. Dwa pierwsze albumy wydaje Black Sabbath, King Crimson nagrywa "In the Wake of Poseidon" oraz genialny "Lizard", the Doors wracają do formy na "Morrison Hotel", Led Zeppelin udanie eksperymentują z folkiem na "trójce", Genesis nabiera charakteru na "Trespass", a Deep Purple w odmienionym składzie wydaje jeden ze swoich najlepszych albumów będącego jednym z najbardziej wpływowych krążków w historii muzyki. Moim zdaniem to właśnie na czwartym albumie Deep Purple, a nie na debiucie Black Sabbath powoli rodzi się Heavy metal.

Najlepszym na to przykładem jest "Hard lovin'Man" z prawie metalowym riffem i zalążkiem "galopady", z której słynie legenda heavy metalu - Iron Maiden. Dzisiejszych słuchaczy utwór może nużyć przez zbyt długie powtarzanie podobnych motywów, jednak na ówczesnych słuchaczach kawałek ten z pewnością robił ogromne wrażenie. Podobnie sprawa się ma z krótkim ale żywiołowym "Into the Fire" czy przede wszystkim w "Speed King". Porażający energią początek robi wrażenie do tej pory. Co prawda potem na chwilę utwór zwalnia, ale po chwili ponownie nabiera mocy. Mimo, że właściwa część utworu nie zachwyca aż tak jak wstęp, to dalej jest to bardzo dobry numer.

"Speed King" to jeden z najpopularniejszych utworów z "In Rock", jednak i tak popularnością nie równa się z finałowym "Black Night" z natychmiast rozpoznawalnym riffem i przede wszystkim z niesamowitą balladą "Child in time"- wg wielu najlepszym utworem w historii Deep Purple. Nie są to zachwyty bezpodstawne. Każdy z muzyków wspiął się tu na wyżyny, a sam utwór zachwyca od klimatycznego wstępu, przez poruszające zwrotki śpiewane emocjonalnie przez nowego wokalistę Iana Gillana, po świetną instrumentalną końcówkę. Jednak to instrumentalna część w środku utworu podoba mi się najbardziej, a to co wyprawia w niej gitarzysta grupy Ritchie Blackmore jest nie do opisania. To właśnie gitarzysta jest najbardziej wyróżniającą się postacią na całym albumie, chociaż Gillan, który tutaj zachwyca świetnymi "górkami", także jest jedną z najbardziej wyróżniających się postaci.

Poza wybitnymi popisami wokalnymi w "Child in Time", Gillan może się podobać również w "Bloodsucker" - utworze, w którym quasi-rapowana linia wokalna mogła wpłynąć na śpiewaków pokroju Anthonego Kiedyda z zespołu Red Hot Chili peppers. Sama bujająca melodia także może przywodzić na myśl twórczość wspomnianego zespołu.

Dwa pozostałe utwory zdają się odstawać od reszty poziomem, jednak i w nich znajdziemy coś ciekawego. W dynamicznym "Flight of the Rat" nieźle wypadają fragmenty instrumentalne, w tym krótki perkusyjny popis Iana Paice'a, który nie bez powodu swego czasu nosił pseudonim Speed. Ozdobą "Living Wreck" jest natomiast bardzo chwytliwy riff i żywiołowy wokal. Oba utwory niestety nie prezentują sobą czegoś wybitnego.

Przebłyski kompozytorskiego geniuszu muzycy Deep Purple pokazywali już na trzech poprzednich krążkach, jednak dopiero tutaj pokazali się od swojej najmocniejszej strony dopracowując styl, którego zalążki słyszeliśmy już na poprzednim "Deep Purple". Dołączenie nowych muzyków z pewnością dało zespołowi przysłowiowego "kopa" i słuchać jak dobrze całej piątce gra się ze sobą (jeszcze). Dalej jednak, mimo niezwykle wysokiego poziomu tego albumu, żałuję, że z zespołu musiał odejść Rod Evans. Wciąż jestem ciekaw jak brzmiały by Purple na tej płycie, gdyby połączyć głosy dwóch dobrych wokalistów.

9/10

Lista utworów:

  1. Speed King
  2. Bloodsucker
  3. Child in time
  4. Flight of the Rat
  5. Into the Fire
  6. Living Wreck
  7. Hard lovin' Man 
  8. Black night 

sobota, 21 maja 2022

Recenzja: Deep Purple- "Deep Purple"

 

Okładka albumu "Deep Purple" zespołu Deep Purple

Trzeci, niezatytułowany album Deep Purple był najlepszą i zarazem ostatnią płytą pierwszego składu grupy z Simperem jako basistą i Evansem na wokalu. Grupa coraz bardziej dążyła w kierunku wypracowania własnego stylu i co prawda styl okrzepnie dopiero w przyszłości, ale już tutaj słyszymy zapowiedź kolejnych dokonań.

Niejako pomostem między psychodelią znaną z poprzednich albumów a hard rockiem, który zespół będzie prezentował później jest pierwszy na płycie "Chasing shadows" z ciekawą, trochę transową grą perkusisty Iana Paice'a oraz fajnymi solówkami Blackmore'a i Lorda. Zarazem jest to jeden z lepszych utworów na krążku, a może i w całej dyskografii zespołu.

Sporą dawkę energii Deep Purple serwuje nam także, w poprzedzonym miniaturą pod tytułem "Fault line", "The Painter" budzący pewne skojarzenia z "Hush", czyli pierwszym przebojem zespołu. Jest to zarazem kompozycja, w której po raz kolejny dobrze wypada Evans. Po tym kawałku dostaniemy jeszcze dwa przebojowe i chwytliwe numery. Pierwszy z nich to nieco zachowawczy "Why didn't Rosemary?", a kolejny to rozpoczęty basowym motywem "Bird Has flown", który jest jednym z moich ulubionych kawałków na albumie.

Grupa daje nam również coś na złapanie oddechu, bo spokojniejszych nagrań mamy tu dwa. O ile przeróbka "Laleny" Donovana wypada średnio i nudnawo, tak "Blind" to jeden z najlepszych utworów na płycie ze zgiełkliwym solo gitarowym, fajnymi zagrywkami Lorda i po raz kolejny interesującą grą Paice'a oraz linią wokalną Evansa.

Najważniejszą kompozycją na całym krążku jest jednak ponad 12 minutowy "April" nagrany z progresywnym rozmachem, z udziałem instrumentów smyczkowych. Organowy początek polskim słuchaczom może kojarzyć się z "Jest taki samotny dom" Budki Suflera, potem wchodzą pozostałe instrumenty i nie jest już aż tak podniośle, ale utwór i tak posiada świetny bajkowy klimat. Bardzo dobrze to wyszło i z jednej strony szkoda, że grupa nie stworzyła więcej kompozycji w tym stylu, ale z drugiej przynajmniej nie wpadła w pułapkę przesadnego zachwytu muzyką symfoniczną popadając tym samym w kicz i parodie, jak stało się z wieloma progresywnymi wykonawcami.

Mimo nagrania naprawdę dobrego krążka, grupa jeszcze tego samego 1969 roku wyrzuciła z zespołu basistę Nicka Simpera oraz wokalistę Roda Evansa. I tu także odczucia co do tej decyzji mam mieszane, bo po zmianie składu, grupa nagrała płyty, które na zawsze zmieniły oblicze hard rocka, co powinno ostatecznie rozwiać wątpliwości co do słuszności tej decyzji. Jednak wciąż uważam, że grupa w tym składzie naprawdę miała spory potencjał, którego nigdy do końca nie wykorzystała, a także, że Rod Evans to naprawdę dobry i niedoceniany wokalista. Pytanie czy skoro w trzecim składzie zespół nie miał dwóch wokalistów, to czy na próbę nie mogli spróbować tego zagrania już wtedy. Tego jak by to wyszło niestety już się nigdy nie dowiemy.

7/10

Lista utworów:

  1. Chasing shadows
  2. Blind
  3. Lalena
  4. Fault line
  5. The Painter
  6. Why didn't Rosemary?
  7. Bird Has flown
  8. April

poniedziałek, 9 maja 2022

Deep Purple-"The Book of Taliesyn"

 

Okładka albumu "the Book of Teliesyn" zespołu Deep purple

Deep Purple na swoim drugim albumie kontynuuje kierunek jaki zespół obrał na swoim debiucie "Shades of Deep purple". Wciąż jest to rock psychodeliczny, ale zagrany z nieco większym ciężarem niż poprzednik. Brzmi jak zapowiedź albumu, który jest lepszy od dobrego debiutu. Nie jest.

Przede wszystkim "the Book of Taliesyn" traci bardzo dużo, przez tandetne chórki w takich utworach jak nieco hardrockowy otwieracz "Listen, learn, read on" z bardziej melorecytacją niż śpiewem Roda Evansa, przeróbka utworu Neila Diamonda "Kentucky woman", który i bez tego nie powala, finał albumu "River deep, mountain high" czy "Anthem". W przypadku tych dwóch ostatnich brzmienie naprawdę mocno się zestarzało i brzmi zwyczajnie archaicznie, a powiedziałbym banalnie. Szczególnie "Anthem" zniechęca tandetną aranżacją smyczków, a nawet organy Lorda nie brzmią tak ciekawie jak do tego przyzwyczaiły nas jego partie ze składu choćby Mk II.

Sporo zastrzeżeń mam również do wykonania. Ze wszystkich instrumentalistów wysoki poziom utrzymuje jedynie gitarzysta Ritchie Blackmore. Nawet wspomniany już Jon Lord gra na albumie jedynie poprawnie i nic więcej. I tak sytuację gitarzysta ratuje choćby w instrumentalnym "Wring that neck", jednak niewiele to pomaga.

Wyróżnić na plus mogę jednak dwa utwory. Pierwszy z nich to "Shield", który sam w sobie nie jest wybitny, ale na tle reszty wypada dobrze. Nie zaszkodziło by mu jednak skrócenie o minutę czy dwie. Natomiast w drugim z polubionych przeze mnie numerów klasę pokazuje w końcu cały zespół, a nie tylko Ritchie. W "Expoaition- we can work it out" nareszcie organista, Jon Lord pokazuje swoje wysokie umiejętności. Fajnie brzmi też bas Simpera czy wokal Evansa. Jeśli już miałbym wracać do tego albumu, to jedynie dla tego utworu.

Deep purple na swoim drugim albumie znacznie obniżyli loty, nagrywając swoją najgorszą płytę w pierwszym składzie grupy, jeśli nie najgorszą do czasu rozpadu zespołu w 1975 roku. Po reaktywacji natomiast znalazłoby się kilka pozycji, które walczyły by z "the Book of Teliesyn" o miano najgorszego albumu też zasłużonej dla rocka formacji.

5/10

Lista utworów:

  1. Listen, learn, read on
  2. Wring that neck
  3. Kentucky woman
  4. Exposition-we can work it out
  5. Shield
  6. Anthem
  7. River deep, mountain high

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Deep purple- "Shades of Deep purple"

Okładka albumu "Shades of Deep purple" zespołu Deep purple


Deep purple, to zespół, który razem z Black Sabbath i Led Zeppelin uważany jest za przedstawiciela tak zwanej Wielkiej Trójki Hard Rocka. Jednak tak znaczący wpływ zaczął wywierać dopiero na swoim czwartym studyjnym krążku, i pierwszym nagranym w składzie znanym jako MkII (Blackmore, Lord, Paice, Glover i Gillan). Przed zmianą wokalisty i basisty (Ian Gillan zastąpił Roda Evansa a Roger Glover Nicka Simpera) zespół prezentował całkiem niezły rock psychodeliczny, bardzo popularny w tamtym okresie. Już na debiucie ten słynny zespół zdobył calkiem sporą popularność, jednak głównie za oceanem. W Europie zespół "zaistniał" dopiero na wspomnianym czwartym krążku, "In rock".
Z debiutanckiego albumu pochodzi dość duży przebój grupy, "Hush", czyli przeróbka przeboju Billy'ego Joe Royala, z ciekawymi popisami gitarzysty, Ritchiego Blackmore'a oraz klawiszowca Jona Lorda, a także z dobrą partią wokalną Evansa (moim zdaniem obdarzonego naprawdę fajną barwą głosu i niemałymi umiejętnościami. Szkoda że jest to tak niedoceniany wokalista).
Nie jest to bynajmniej jedyny cover na tym albumie. Przeróbki cudzych kompozycji stanowią dokładnie połowę utworów na płycie. Poza "Hush" są to "Help" Beatlesów (z dynamicznego kawałka, zespół zrobił zgrabną balladę, całkiem ładną ale nieco za długą, przez co pod koniec nużącą), "Hey Joe" the Leaves, ale znane przede wszystkim z wykonania Jimiego Hendrixa (moim zdaniem nawet wspomniane wykonanie przebijające za sprawą "El sombrero de tres picos" Manuela de Fallicytowanego cytowanego na początku utworu) oraz poprzedzonego "Prelude: Happiness" "i'm so glad" spopularyzowanego przez innego z pionierów hard rocka, grupę Cream (ze świetnymi instrumentalnymi fragmentami, mój ulubiony utwór z całego albumu).
Jeśli chodzi o kawałki autorskie, tu już poziom jednak spada, chociaż wciąż jest nie najgorzej.
Bardzo dobry jest niezwykle energetyczny "And the address" otwierający album. Jest to utwór instrumentalny, który niejako pokazuje że ten skład bardzo dobrze się spisuje w bardziej hard rockowej estetyce, z której przecież za kilka lat będzie słynąć. Drugim z tych lepszych autorskich utworów jest "Mindrake root", ponownie niezwykle energetyczny, ze świetnymi popisami Lorda, orientalnymi partiami Blackmore'a, oraz świetną grą perkusisty, Iana Paice'a.
Na niższym poziomie są kojarzący się z wczesnymi Beatlesami i ogólnie muzyką wczesnych lat 60. "Love help me" oraz "One more rainy day". Obie piosenki (bo tym właśnie są, pop-rockowymi piosenkami) są całkiem niezłe, choć nieco banalne, ale jednak pozbawione "tego czegoś". Jednak dla fanów takiego dawnego, archaicznego wprawdzie, poprocka, będą to miłe fragmenty albumu.
Debiut legendarnego Deep purple pokazuje, że grupa wcale nie "zaczęła się" na "In rock". Wtedy jedynie zmieniła swoją stylistykę, chociaż o tutaj widzimy zapowiedzi tych cięższych albumów grupy. Już tutaj możemy także podziwiać wysokie umiejętności instrumentalistów, co zresztą nie dziwi biorąc pod uwagę że niemal każdy z członków zespołu miał już doświadczenie w innych grupach lub jako muzycy sesyjni. Nie jest to krążek pozbawiony wad, jednak prezentuje całkiem wysoki poziom, nawet ma tle późniejszych, bardziej cenionych dokonań.

7/10

Lista utworów:
  1. And the Address
  2. Hush
  3. One more rainy day
  4. Prelude: Happiness/ I'm so Glad
  5. Mandrake root
  6. Help!
  7. Love help me
  8. Hej, Joe