Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lou Reed. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lou Reed. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2022

Recenzja: Lou Reed - "Berlin"

 

Okładka albumu "Berlin" Lou Reeda

Lou Reed to jeden z tych artystów, którzy muzykę i warstwę tekstową swoich dzieł traktują równo. To, że tworzone przez gitarzystę teksty nie należą do pozytywnych słyszeliśmy już na debiucie the Velvet Underground i podobny kurs Reed obrał w karierze solowej, np na umieszczonym na debiucie "Berlinie". Nieprzypadkowo wspominam o tej konkretnej kompozycji, bo nie dość, że udzieliła tytułu opisywanej płycie, to zostaje tu powtórzona, a także tekst do tego utworu jest tu bazą do pozostałych liryków na albumie. Lou Reed stworzył tym samym album koncepcyjny spójny zarówno pod względem tekstowym jak i muzycznym - czyli tak jak to powinno wyglądać.

Pod względem poziomu także album jest dosyć równy; ja jednak znacznie bardziej lubię pierwsze kompozycje niż te, które są w drugiej połowie płyty. Bardzo dużo dzieje się w "Lady Day", który mocno może się kojarzyć z Davidem Bowie, z którym Reed współpracował wcześniej i który został bardzo ciekawie i bogato zaaranżowany. "Men of the Fortune" ma spokojny wstęp i w sumie powolny jest cały utwór, jednak w dalszej części nie jest tak melancholijnie. "Caroline Says I" z chwytliwą melodią i "Oh Jim" ze świetną melodią i mocno oderwaną od wcześniejszej części utworu końcówka z wokalem Reeda przy akompaniamencie gitary to dwa moje ulubione fragmenty albumu. Fajny jest też "How Do You Think It Feels", tu jednak nudny jest początek, za to jak wchodzi mocniejsza gitara i dęciaki robi się bardzo ciekawie.

"Caroline Says II" mimo miłej melodii jest nieco przesłodzony, "The Kids" jest trochę przydługi, ale dużo się tu dzieje. W "The Bed" także przychodzi znużenie w pewnym momencie, jednak niepokojąca końcówka jest genialna. Lepiej od nich wypada "Sad Song", tu jednak artysta mógł sobie odpuścić powtarzane przez kilka minut monotonne "Saaad Song".

Trzeci solowy album byłego gitarzysty the Velvet Underground to płyta bardzo ciekawa, szczególnie jeśli chodzi o warstwę liryczną, muzyka do nich nagrana jednak także się broni, a dodatkowo idealnie pasuje to tych ponurych tekstów. Nie jest to może tak świetny album jak "Transformer", wiele mu jednak nie ustępuje, więc ocenę wystawiam identyczną.

8/10

Lista utworów:

  1. Berlin
  2. Lady Day
  3. Men of Good Fortune
  4. Caroline Says I
  5. How Do You Think It Feels
  6. Oh Jim
  7. Caroline Says II
  8. The Kids
  9. The Bed
  10. Sad Song

sobota, 16 lipca 2022

Recenzja: Lou Reed - "Transformer"

 

Okładka albumu "Transformer" Lou Reeda

Pierwszy solowy album Lou Reeda nie odniósł sukcesu, tak samo jak twórczość the Velvet Underground w którym występował wcześniej. Artyście potrzebny był ktoś, kto pomoże śpiewającemu gitarzyście wybić się. Taką osobą był David Bowie, który był zafascynowany wczesnymi albumami dawnej grupy Lou Reeda i nagrywał akurat dla tej samej wytwórni. Ręka Bowiego jest wyraźnie słyszalna przede wszystkim pod względem produkcyjnym, bo same kompozycje w sporej mierze skomponowane zostały jeszcze za czasów The Velvet Underground.

Zamieszczone tutaj utwory są zwykle krótkie i trzymają się piosenkowej formy. Mimo to są zróżnicowane i prezentują się ciekawie, zarówno te bardziej energiczne jak "Vicious" i "Hangin''Round", jak i te wolniejsze pokroju "Perfect Day" z partiami pianina i bogato zaaranżowane "Goodnight Ladies" oraz "Satellite of Love". Łączący fragmenty spokojne z bardziej żywiołowymi"Andy's Chest" także wypada dosyć melodyjnie.

Fajnie wypadają kawałki, gdy Reed z towarzystwem starają się urozmaicić album. Np w końcówce "Walk on the Wild Side" słychać trąbkę, a od samego utworu ciężko się oderwać, mimo prostej gry instrumentalistów oraz melorecytowanego tekstu. W udanym "Make Up" słychać tubę, "Wagon Wheel" posiada chwytliwą melodię i udane zwolnienie, a króciutkie "New York Telephone Conversation" nawiązuje do muzyki kabaretowej. Największą perełką natomiast jest czadowy "I'm so Free", w którym jednak mogą irytować chórki, które są bolączką też paru innych kompozycji, nie obniżają jednak poziomu znacząco.

Drugi album Reeda odniósł już większy sukces, za czym prawdopodobnie stoi sama obecność Bowiego, który właśnie odnosił wielki sukces dzięki stworzeniu postaci Ziggy'ego Stardusta. A nawet dziś można go znaleźć na różnorakich rankingach czy listach - choć zwykle na dalszych pozycjach.

8/10

Lista utworów:

  1. Vicious
  2. Andy's Chest
  3. Perfect Day
  4. Hangin''Round
  5. Walk on the Wild Side
  6. Make Up
  7. Satellite of Love
  8. Wagon Wheel
  9. New York Telephone Conversation
  10. I'm So Free
  11. Goodnight Ladies

czwartek, 23 czerwca 2022

Recenzja: Lou Reed - "Lou Reed"

 

Okładka albumu "Lou Reed" Lou Reeda

Po odejściu z the Velvet Underground, Lou Reed na jakiś czas zawiesił swoją muzyczną karierę. Zajął się wtedy księgowością w firmie swojego ojca. Nie trwało to długo, bo po dwóch latach rozpoczął karierę solową wydając swój niezatytułowany debiut w 1972 roku. Jeśli chodzi o muzykę, to ta mocno kojarzy się z albumami macierzystej grupy Reeda już po odejściu Johna Cale'a.

A przynajmniej tak jest w pierwszej połowie albumu. Zarówno te bardziej energiczne numery jak bardzo chwytliwy "I can't stand It" i "Walk and talk it", jak i spokojniesze utwory w rodzaju "Going down" i "Lisa says" - który później nabiera skocznego charakteru, niepasującego do pierwszej, balladowej części- równie dobrze mógłyby wybrzmieć na "The Velvet Underground" albo "Louded". Od utworów znajdujących się na tych dwóch albumach, wspomniane wyżej kawałki różnią się żeńskimi chórkami, które momentami brzmią wręcz staroświecko, czym obniżają poziom całkiem niezłych piosenek.

Najlepsza część albumu zaczyna się moim zdaniem od "Berlin" z niespodziewanym wstępem na pianinie i to właśnie ten instrument gra tu największą rolę, mimo że z czasem kawałek nabiera pazura i słychać w nim niezłe gitarowe zagrywki. Także spokojny, lecz później nabierający energii "I love you" to początkowo utwór oparty na gitarze akustycznej, z czasem brzmiący bardziej rockowo. W tej bardziej dynamicznej części możemy wsłuchiwać się w wyrazistą partię basu, ale i Reed na swojej gitarze pokazuje masę ciekawych rzeczy. Wraz z chwytliwym "Wild Child" wracają skojarzenia z proto-punkową legendą. Za to jeszcze lepiej wypada - co prawda mniej chwytliwy niż większość zamieszczonych tu kompozycji - "Love makes you Feel" ze zgrabną melodią i udanymi partiami Reeda, zarówno wokalnymi jak i gitarowymi. Jednym z moich faworytów jest jednak "Ride into the Sun" - nietypowy na tej płycie utwór, brzmiący wręcz "glamowo". Wspomniany kawałek odrzuca jednak jedną rzeczą. Mianowicie kiepskimi chórkami. Nie najgorszy jest też finał albumu, czyli spokojny "Ocean", w którym co jakiś czas możemy wychwycić coś ciekawego, jak regularnie powtarzany perkusyjny motyw. Nie jest to jednak arcydzieło, raczej zwykła, spokojna kompozycja, która co bardziej niecierpliwych może znużyć.

Solowy debiut byłego gitarzysty the Velvet Underground spotkał się mniej więcej z takim samym przyjęciem, co albumy jego zespołu - czyli o albumie praktycznie milczano. Szkoda, album ten jest bardzo przyjemnym zbiorem to prostszych, to bardziej złożonych piosenek. Nie składają się one może w zgraną całość, ale też nie odstają mocno od siebie stylem. Tu jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej gdy swojego idola pod skrzydła weźmie sam David Bowie. Ale o tym w kolejnych recenzjach.

7/10

Lista utworów:

  1. I can't stand It
  2. Going down
  3. Walk and talk it
  4. Lisa says
  5. Berlin
  6. I love you
  7. Wild Child
  8. Live makes you Feel
  9. Ride into the Sun
  10. Ocean