Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iron Maiden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iron Maiden. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 listopada 2022

Recenzja: Iron Maiden - "The X Factor"

Okładka albumu "The X Factor" zespołu Iron Maiden

Dziesiąty studyjny album Iron Maiden to jedna z najbardziej kontrowersyjnych oraz wywołujących najbardziej skrajne emocje płyt zespołu. Po opuszczeniu grupy przez uwielbianego przez fanów Bruce'a Dickinsona, reszta członków musiała znaleźć kogoś na jego miejsce. Wybór padł na nieznanego Blaze'a Bayleya. I wybór ten był bardzo kontrowersyjny, bo ten dysponował zupełnie innym głosem niż Dickinson i nie mógł za bardzo poradzić sobie z częścią nagranych z poprzednim wokalistą utworów. Zupełnie inna jest też sama muzyka. Daleko jej do czegokolwiek co Iron Maiden nagrało do tamtej pory, a mrok i depresja głównego kompozytora, Steve'a Harrisa, wylewa się z albumu na każdym kroku.

Pierwsze dźwięki "Sign Of The Cross" sugerują, że będzie to płyta zupełnie inna niż do tej pory. Bo kto spodziewał się, że Iron Maiden otworzy album kilkunastominutową kompozycją i to w dodatku rozpoczynającą się niepokojącym, jakby obrzędowym wstępem? Dopiero po minucie pojawiają się pierwsze dźwięki instrumentów, a następnie wokal Bayleya, który w pierwszych sekundach brzmi całkiem udanie. Dopiero gdy muzycy przyspieszają, na wierzch wychodzą braki w technice nowego wokalisty, ale nie jest też tak tragicznie jak często się sugeruje. A co do samej kompozycji to ta jest bardzo udana mimo bardzo długiego czasu trwania. Jak zwykle świetnie wypada tutaj bas Harrisa, a chemia między Murrayem, a Geersem wyraźnie się zwiększyła.

Następnie muzycy serwują nam dwa najszybsze i najbardziej "Maidenowe" utwory. W obydwu kompozycjach czuć jednak obecny na całym albumie mrok i chłód. Zarówno "Lord Of The Flies" jak i "Man on the Edge" mają całkiem udane melodię, jednak brzmienie szkodzi szczególnie temu drugiemu. Za to w pierwszym nieźle wypada Bayley. 

Później jednak ponownie dostajemy serię bardziej klimatycznych i ponurych kawałków. W "Fortunes of War" słyszymy udane solówki gitarowe, które tutaj pasują znacznie bardziej niż w epickim otwieraczu, a takie "Look for the Truth" to jedna z najlepszych kompozycji na albumie. Początkowo ponury i powolny, z czasem nabiera mocy i chwytliwości serwując nam jedną z najbardziej zapamiętywalnych melodii na całym albumie. Udanie wypada także "The Aftermath" z ponownie nawet udaną partią wokalną i solami gitarzystów, za to wyraźnie słabiej wypada najgorszy na albumie, radosny "Judgement of Heaven" oraz "Blood on the World's Hands" z banalnym refrenem. Do słabszych należy też finałowy, mniej ponury "The Unbeliever", w którym mnogość motywów mocno zaburza spójność. Za to "2 AM" z emocjonującymi solówkami i szczególnie "The Edge of Darkness" to już kompozycje zdecydowanie bardziej udane.

"The X Factor" na pewno nie jest najrówniejszą płytą zespołu, ale spójność tę zakłócają przede wszystkim trzy utwory. Reszta zarówno pod względem klimatu jak i poziomu tworzy dosyć zgrabną całość. Pewnie o wiele większą popularność album ten zyskał by z Dickinsonem za mikrofonem lub innym topowym wokalistą. Bayley wprawdzie tak jak wspomniałem nie wypada tu bardzo źle, ale na pewno daleko mu do poprzednika. Słychać też wyraźnie jak często męczy się śpiewając niektóre utwory. Mimo jednak tych wad, dziesiąty krążek żelaznej dziewicy należy do czołówki moich ulubionych albumów grupy.

8/10

Lista utworów:

  1. Sign Of The Cross
  2. Lord of the Flies
  3. Man on the Edge
  4. Fortunes of War
  5. Look for the Truth
  6. The Aftermath
  7. Judgement of Heaven
  8. Blood on the World's Hands
  9. The Edge of Darkness
  10. 2 AM
  11. The Unbeliever 

wtorek, 18 października 2022

Recenzja: Iron Maiden - "Fear of the Dark"

Okładka albumu "Fear of the Dark" zespołu Iron Maiden

Dziewiąty album Iron Maiden to krążek o bardzo zróżnicowanych ocenach. Przez wielu fanów uważany jest za jedno z największych dzieł zespołu. Dla innych to jeden z najsłabszych albumów Iron Maiden z ery Dickinsona. Prawdą jest, że jest to jeden z najbardziej nierównych krążków brytyjskiej legendy. Możemy usłyszeć tu zarówno kompozycję, dzięki którym niektórzy słuchacze tak zachwalają tę płytę, jak i słabe numery, przez które ci drudzy ją krytykują.

Zacznę od tych lepszych momentów. I tu oczywiście trzeba natychmiast wspomnieć o kultowym utworze tytułowym. Nie ma chyba fana metalu, który nie słyszał "Fear of the Dark". Utwór ten jest obowiązkowy na każdym koncercie zespołu, a dodatkowo jest jednym z najczęściej wykonywanych utworów Iron Maiden przez inne grupy. Popularność tej kompozycji zdecydowanie nie jest nieuzasadniona. Utwór zaczyna się świetnym wstępem, później następuje spokojniejsza, klimatyczna część, aż w końcu utwór wybucha ogromem energii zachowując swój przebojowy i nie banalny charakter. A refren jest jednym z tych stworzonych dla publiczności.

Innym genialnym nagraniem jest rozpoczęty na spokojnie "Afraid to Shoot Strangers" ze świetną linią wokalną Bruce'a Dickinsona i pięknymi partiami gitarzystów Dave'a Murraya i Janicka Geersa. Przyczepić się można co prawda do galopady, która pojawia się znikąd i psuje bardzo fajny fragment gitarowy, ale i tak utwór jest niesamowity. Wśród pozostałych utworów szczególnie urzeka mnie świetna ballada "Wasting Love" z kolejnymi udanymi partiami gitarzystów oraz linią wokalną Bruce'a. Bardzo lubię też agresywny otwieracz "Be Quick or Be Dead" ze zróżnicowanym śpiewem oraz przebojowy "Judas Be My Guide", który myślę, że mógłby świetnie spisywać się na występach na żywo.

Za ciekawsze rzeczy można jeszcze uznać lekko orientalizujący "Fear is the Key" i chwytliwy "The Apparition". Obiecująco zaczynały się też "From Here to Eternity", "Childhood's End" czy "The Fugitive", ale każdy z tych trzech utworów w dalszej części rozczarował. Za to już prawie nic pozytywnego nie potrafię znaleźć w banalnym "Chains of Misery" i jeszcze bardziej banalnym "Weekend Warrior".

"Fear of the Dark" na pewno nie jest albumem, który ma się ochotę często słuchać w całości. Jest on dłuższy niż wcześniejsze albumy, przez co znalazło się tu więcej utworów miałkich. A w miarę często mam ochotę słuchać właściwie tylko pięciu utworów, dwa inne natomiast mogę słuchać bez większego zażenowania, ale nie mam potrzeby słuchać często. Dla tych jednak 5-7 utworów warto posłuchać płyty chociaż raz.

7/10

Lista utworów:

  1. Be Quick or Be Dead
  2. From Here to Eternity
  3. Afraid to Shoot Strangers
  4. Fear is the Key
  5. Childhood's End
  6. Wasting Love
  7. The Fugitive
  8. Chains of Misery
  9. The Apparition
  10. Judas Be My Guide
  11. Weekend Warrior
  12. Fear of the Dark

czwartek, 25 sierpnia 2022

Recenzja: Iron Maiden - "No Prayer for the Dying"

Okładka albumu "No Prayer for the Dying" zespołu Iron Maiden

Po pełnym rozmachu "Seventh Son of the Seventh Son" w obozie Iron Maiden coś powoli zaczynało się psuć. Pojawiały się sygnały, że z grupy może odejść wokalista zespołu, Bruce Dickinson, który między siódmym a ósmym albumem Iron Maiden wydał swój pierwszy album solowy. Największym ciosem dla zespołu było jednak odejście Adriana Smitha, gitarzysty i najważniejszego obok Steve'a Harrisa kompozytora grupy. Jego miejsce zajął Janick Gers, który wystąpił na debiutanckim albumie Dickinsona. Jest to gitarzysta o zupełnie innym stylu gry niż Smith i pozbawiony takiego kompozytorskiego potencjału jak jego poprzednik. Wciąż jednak jest to gitarzysta dobry, choć pełnie swojego talentu pokaże dopiero później.

Poważna zmiana personalna nie jest jedyną zmianą w stosunku do poprzednich albumów. Bo bogatych brzmieniowo "Somewhere in Time" oraz "Seventh Son..." Żelazna Dziewica na swoim ósmym albumie zdecydowała się na znacznie surowsze brzmienie. W wielu recenzjach pojawia się opinia, że zespół na tym albumie odchodzi od Heavy metalu na rzecz hard rocka. Nie zgadzam się z tym. Wciąż jest to stuprocentowy heavy metal, chyba najbardziej zbliżony do zespołów typu Saxon od czasów płyt z Paulem di'Anno - nawet podobnie surowy (choć mniej urozmaicony) jak debiut.

Do najlepszych momentów na albumie należy na pewno pół balladowy utwór tytułowy ze świetnymi partiami gitarowymi i jedną z lepszych partii wokalnych na albumie. Jeśli mowa o wokalu, to głos Dickinsona uległ zmianie, stał się bardziej zachrypnięty dzięki czemu wokalista wielokrotnie śpiewa z jeszcze większym pazurem niż do tej pory. Słuchać to choćby w szybkim, typowo heavymetalowym "Public Enema Number One", w którym jednak refreny wydają się zbyt banalne albo w "The Assassin", w którym mam podobne zarzuty.

Bardzo lubię też melodyjny, typowy dla nurtu NWOBHM "Holy Smoke" z chwytliwą melodią, łączący fragmenty wolniejsze z bardziej energicznymi "Run Deep Silent Run", który jest jednym z najlepszych kawałków pod względem gry gitar na albumie oraz balladowo się zaczynający "Fates Warning", który potem zmienia się w szybką, metalową jazdę. Dobrze, choć nie wybitnie prezentuje się też jeden z największych hitów zespołu - nagrany początkowo solowo przez wokalistę grupy "Bring Your Daughter... To the Slaughter" na potrzeby filmu "Koszmar z ulicy Wiązów". Ten jest momentami banalny, ale nie można mu odmówić przebojowego charakteru. Do poprzedniego albumu najbardziej nawiązuje finałowy "Mother Russia" - utwór najbardziej rozbudowany na płycie, zwierający mocno kojarzący się z "siódmym synem" wstęp i wzbogaconymi "mistycznymi" chórami fragmentami, a także nagrany został ze sporym rozmachem. "Właściwa" melodia jest jednak bardzo udana i świetnie spisuje się tu Dickinson. Co najwyżej przeciętnie wypadają jednak "Teilgunner" i "Hooks in You". Dla tego ostatniego jednak słowo "przeciętny" to chyba jednak zbyt pozytywna ocena.

"No Prayer for the Dying" to jeden ze słabszych, a może nawet najsłabszy album z pierwszego okresu Dickinsona w zespole. Zespół wyraźnie odczuwał kryzys po stracie niezwykle cennego członka zespołu, który nie dość że był bardzo dobrym instrumentalistą, to był świetnym kompozytorem - jednym z najlepszych w całym gatunku. Wciąż jest to jednak całkiem udany album. Oczywiście nawet najlepsze momenty nie mają startu do "Powerslave", "Revelations" czy "The Evil that Man Do" ale słucha się ich całkiem dobrze. Poza dwoma wpadkami, cały album jest w miarę udany.

6/10

Lista utworów:

  1. Teilgunner
  2. Holy Smoke
  3. No Prayer for the Dying
  4. Public Enema Number One
  5. Fates Warning
  6. The Assassin
  7. Run Silent Run Deep
  8. Hooks in You
  9. Bring Your Daughter... To the Slaughter
  10. Mother Russia 

wtorek, 28 czerwca 2022

Recenzja: Iron Maiden - "Somewhere in time"

 

Okładka albumu "Somewhere in time" zespołu Iron Maiden

Po świetnie przyjętym "Powerslave" i ogromnej promującej go trasie, Iron Maiden w końcu weszli do studia. Postanowili jednak coś zmienić w swojej muzyce, a konkretniej w brzmieniu. Tym samym po pięciu, dosyć surowych brzmieniowo albumach, grupa zdecydowała się na ryzykowny ruch skorzystania z syntezatorów. W przeciwieństwie jednak do wielu innych metalowych wykonawców decydujących się na taki ruch, Harris i spółka zdołali użyć wspomnianych środków ze smakiem, ubarwiając nieco brzmienie, a nie psując je.

Zmiany słychać natychmiast, bo już w otwierającym krążek, prawie tytułowym "Caught somewhere in time". Po interesującym wstępie słyszymy charakterystyczną dla zespołu basową galopadę uzupełniającą szybką grę dwójki gitarzystów. Nieźle spisuję się tu Bruce Dickinson, jednak jego wysokie tony w refrenie, mają prawo zirytować. Otwieracz jest całkiem udany, jednak istotną wadą szóstego krążka legendy NWOBHM jest to, że podobnie zbudowanych jest tu kilka innych numerów. Od nie najgorszego intro zaczynają się także "Heaven can't wait", "The loneliness of the long distance runner" oraz "Deja vu". I w każdym z tych trzech utworów bo niezłym wstępie słyszymy metalową, szybką jazdę. Z całej trójki jednak, jedynie "Deja Vu" wypada całkiem nieźle. Pozostałe dwie kompozycje to zwykle średniaki, choć znajdziemy w nich parę ciekawych zagrywek. Za mało to jednak bym miał ochotę słuchać ich częściej.

Najlepszym zamieszczonym tu nagraniem jest chyba singlowy "Wasted years" z ogromnym komercyjnym potencjałem, genialną melodią, świetnym riffem i bardzo dobrą linią wokalną - tak w zwrotkach, jak i refrenach. Drugi z singli, czyli "Stranger in the Strange land" także jest przyzwoity dzięki chwytliwej linii basu Harrisa, niezłemu riffowi i przyzwoitej partii Dickinsona w zwrotkach - nieco gorzej wypada refren. Podoba mi się też solo gitarowe rozpoczęte we fragmencie wolniejszym, by kontynuować je, gdy zespół przyspiesza. Za słaby utwór uważany jest "Sea of Madnes". Ja jednak nie byłbym tak krytyczny wobec niego. Kawałek ten na pewno miał spory potencjał, który nie został do końca wykorzystany. Najwięcej zastrzeżeń mam do średnio udanego refrenu. Linia basu i główny riff za to, są na całkiem wysokim poziomie. Całość kończy tradycyjnie już najdłuższy i najbardziej rozbudowany utwór na płycie. W tym przypadku jest to "Alexander the Great". Nie jest co prawda arcydzieło na miarę "Hallowed thy Namę" z trzeciego albumu grupy czy "The Rime of the Ancient Mariner" z poprzednika, ale wciąż jest to kompozycja bardzo udana, szczególnie świetny początek. Szybsza część także jest udana, przyzwoicie zaaranżowano syntezatory, dobrze spisuje się perkusista Nicko McBrain oraz słyszymy sporo chwytliwych motywów.

"Somewhere in time" z pewnością cierpi najbardziej na powtarzalne kompozycje. Większość z zamieszczonych tu utworów jest zbudowanych w niemal identyczny sposób, z czego niestety nie wszystkie bronią się. Dla wielu słuchaczy minusem albumu jest też brzmienie, mi ono akurat nie przeszkadza. I poraz kolejny już mam problem z wystawieniem ostatecznej oceny albumowi tego zespołu, bo obok świetnych numerów, zdarzają się średnie. O ile słuchając osobno niektórych z zamieszczonych kawałków nie zwracamy uwagi na powtarzalność, to słuchając całości wada ta psuje odsłuch płyty.

7/10

Lista utworów

  1. Caught somewhere in time
  2. Wasted years
  3. Sea of Madnes
  4. Heaven can't wait
  5. The loneliness of the long distance Runner
  6. Stranger in a Strange land
  7. Deja Vu
  8. Alexander the Great 

czwartek, 9 czerwca 2022

Recenzja: Iron Maiden- "Powerslave"

 

Okładka albumu "Powerslave" zespołu Iron Maiden

Iron Maiden po dołączeniu do składu Bruce'a Dickinsona wyraźnie nabierał rozpędu serwując co najmniej dobrą płytę raz na rok. I nie inaczej było w roku 1984 gdy na półki sklepowe trafił piąty krążek zespołu. Co prawda "Powerslave" posiada tą samą istotną wadę co poprzedni "Piece of Mind" czyli bardzo dużą różnicę poziomu między poszczególnymi utworami, patrząc na całokształt to właśnie pochodząca z 1984 roku płyta stoi na wyższym poziomie.

Fakt, że proporcje między utworami świetnymi, a słabymi wynosi pół na pół, jednak do tej lepszej części należą dwie najdłuższe kompozycje: utwór tytułowy oraz genialny "Rime of the Ancient Mariner". Pierwszy z wymienionych kawałków to kompozycja wokalisty grupy zawierająca wyśmienity riff oraz bardzo fajne zwolnienie w trakcie którego słuchać bardzo dobrą solówkę gitarową. Pochwalić należy także samego autora kompozycji za świetną, zadziorną partię wokalną. Dickinson bardzo dobrze "wczuł się" w rolę. Drugi z wymienionych numerów natomiast to jeden z moich ulubionych utworów zespołu w ogóle i równocześnie jeden z najdłuższych w całej dyskografii Iron Maiden. Dawniej w "Rime..." nie przekonywał mnie fragment, gdy grupa cichła byśmy mogli usłyszeć fragment poematu pod tym samym tytułem. Teraz jednak nie wyobrażam sobie słuchania tego 14minutowego kolosa bez tego klimatycznego fragmentu. Szczególnie, że te kilka minut świetnie buduje napięcie przed najlepszą częścią kompozycji Steve'a Harrisa z genialnymi popisami gitarzystów.

Dwa powyższe utwory mimo, że stały się bardzo popularne i dosyć często bywały wykonywane na koncertach, to chyba i tak największą popularnością z tej płyty cieszą się dwa inne numery: energiczny otwieracz skomponowany przez basistę zespołu ze słynną galopadą i stadionowym refrenem, a także oparty na typowym dla nurtu NWOBHM riffie "2 minutes to midnight" opowiadający o tzw. zegarze zakłady.

Niestety pozostałe cztery numery to już zwykle wypełniacze szybko wypadający z pamięci. Jeszcze instrumentalny "Loswer words (Big 'Orra) jakoś daje radę, za to pozostałe numery nie odbiegają wiele od tego co prezentowały inne grupy nowej fali brytyjskiego heavy metalu pokroju Samson, w którym śpiewał kilka lat wcześniej Bruce Dickinson. I to właśnie przede wszystkim jego kompozycje (poza "Powerslave") sprawiają, że zespół robi na tym albumie jakby krok wstecz, a przecież Iron Maiden stylistykę Heavy metalową znacznie rozwinął na swoich poprzednich krążkach.

Szkoda, że piąty album grupy jest tak mocno nierówny. Kompozycje Steve'a Harrisa w dwóch przypadkach na trzy wyszły wyśmienicie, a ta trzecia propozycja i tak wypada najlepiej z czwórki wypełniaczy. Po "Powerslave" widać, że wokalista grupy także ma niesamowity potencjał kompozytorski, co pokazał także w tandemie z Adrianem Smithem ("2 minutes to midnight"), a jednak większość jego propozycji okazało się zanadto zbliżona, do stylistyki jego poprzedniego zespołu. Jednak stosunkowo krótki czas trwania wypełniaczy w porównaniu do bardzo wysokiego poziomu dwóch najdłuższych utworów nieco niweluje jego braki.

7/10

Lista utworów:

  1. Aces high
  2. 2 minutes to midnight
  3. Loswer words (Big 'Orra)
  4. Flash of Blades
  5. The Dualists
  6. Back in the Village
  7. Powerslave
  8. Rime of the Ancient Mariner


wtorek, 24 maja 2022

Recenzja: Iron Maiden- "Piece of Mind"

 

Okładka albumu "Piece of Mind" zespołu Iron Maiden

Iron Maiden ze swoim trzecim albumie sporo namieszali w ówczesnej muzyce, a nowy wokalista grupy, Bruce Dickinson błyskawicznie zdobył serca fanów zespołu. Czwarty album zespołu nie zdobył aż takiej popularności jak poprzednik i nie serwuje nam tyłu hitów jak on, ale dalej jest to jedna z bardziej lubianych płyt przez fanów. I faktycznie znajdziemy tu kilka ciekawych nagrań, ale całość albumu jest bardzo nierówna.

Standardowo zacznę od tych mocniejszych punktów płyty, a do tych zdecydowanie należy posiadający masę energii otwieracz "Where eagles dare" z masą udanych i pasujących do siebie motywów i riffów. W mojej ocenie był to najlepszy otwieracz albumu nagrany przez "żelazną dziewicę" do tamtej pory i wciąż utrzymuje się w czołówce najlepszych otwieraczy w ich dyskografii. Bardzo udany jest kolejny, również rozbudowany "Revelations" utrzymamy w średnim tempie i posiadający ciekawy riff. Od bardzo dobrej strony pokazuje się tu Bruce Dickinson, który w końcu mógł zostać podpisany jako autor kompozycji, co ze względów kontraktowych nie było możliwe na poprzednim albumie.

Dwa powyższe utwory zyskały sporą popularność, ale z tego albumu tylko jeden utwór stał się koncertowym klasykiem, który jest grany do tej pory. Mowa o singlowym "the Trooper" z galopującym basem, zapadającym w pamięć riffem, krzyczanymi a cappella wersami w zwrotkach i słynnym "ooooo" w refrenie. Po czasie ten utwór już nie robi na mnie takiego wrażenia jak dawniej, ale na pewno dałbym się ponieść słysząc ten kawałek na koncercie. Umiarkowany sukces odniósł drugi z singli pochodzących z tego albumu, "Flight of Icarus". Jest to typowy melodyjny heavy metalowy kawałek z nieco banalną linią wokalną w refrenie, ale ostatecznie nie wychodzi tragicznie... szczególnie na tle reszty utworów.

Z pozostałych na płycie utworów jedynie finałowy "To Tame a Land" wypada dobrze, chociaż daleko mu do zakończenia poprzedniego albumu. Jednak na tle poprzedzających go utworów brzmi niezwykle dobrze. Ciekawie brzmi trochę łagodny wstęp, nieźle wypada też zaostrzenie, grane unisolo gitary oraz wokal Dickinsona, ale to wciąż utwór "tylko" dobry.

Reszta utworów nawet jeśli miała potencjał, jak np rozpoczęty fajnym riffem "Die with Your Boots on" oraz "Still life" z łagodnym wstępem, niezłym, ale mało oryginalnym. Oba kawałki jednak zostały zepsute w dalszych częściach. Te przynajmniej miały jakiekolwiek ciężkawe fragmenty w przeciwieństwie do "Quest of Fire" oraz "Sun and steel"- zwykłych wypełniaczy, które szybko wypadły z pamięci zespołu oraz fanów.

"Piece of Mind" jest albumem bardzo cenionym wśród fanów zespołu. Sam dawniej uważałem tę pozycję za lepszą od dwóch sąsiadujących z nią albumów. Nie wiem czemu tak mnie dawniej zachwycił, bo teraz uważam tę płytę za średniaka z kilkoma lepszymi momentami, ale za to dwa pierwsze utwory na płycie należą do czołówki z wczesnych płyt zespołu, a "the Trooper" jest nieśmiertelnym koncertowym hitem.

6/10

Lista utworów:

  1. Where Eagles dare
  2. Revelations
  3. Flight of Icarus
  4. Die with Your Boots on
  5. The Trooper
  6. Still life
  7. Quest of fire
  8. Sun and steel
  9. To Tame a Land

niedziela, 1 maja 2022

Iron maiden- "the Number of the Beast"

Okładka albumu "the Number of the Beast" zespołu Iron Maiden


Trzeci album brytyjskiej legendy metalu, Iron Maiden, to pierwszy krążek nagrany z nowym wokalistą Brucem Dickinsonem i zarazem prawdopodobnie najbardziej popularny album grupy w całej dyskografii. Mimo, że krążek miewa słabe momenty, więc zarazem jest mocno nierówny pod względem poziomu, to popularność "numeru bestii" nie jest nie uzasadniona. 

Na płycie znajdują się trzy ogromne hity zespołu- bez których rzadko może się obyć jakikolwiek koncert- oraz jeden nieco mniejszy. Do "wielkiej trójki" należy utwór tytułowy, z którym wiązały się spore kontrowersje w czasie wydania. Zespół przez ten kawałek został oskarżony o propagowanie satanizmu, a w Stanach Zjednoczonych doszło do tego, że płyty grupy niszczono. Podobnie jak w przypadku kultowego "Black Sabbath" wiadomego zespołu, oskarżenia są całkowicie wyssane z palca. Utwór w rzeczywistości opowiada o śnie basisty Steve'a Harrisa oraz jest mocno inspirowany filmem "Omen". Nawet cytowany na początku tekst z pisma świętego nie przemówił ludziom do rozumu... Muzycznie utwór także zasługuje na popularność. Jest to nagranie niezwykle chwytliwe, z przebojowym, idealnym do wykrzykiwania przez publiczność na koncertach refrenem. Słabiej wypada inny z koncertowych szlagierów zespołu- "Run to the Hills" momentami mocno popadający w sztampę, ale na pewno niepozbawiony chwytliwej melodii k ogromnej ilości energii.

I tu zatrzymam się na chwilę aby napisać parę słów o nowym wokaliście grupy. Bruce Dickinson w momencie dołączenia do żelaznej dziewicy nie był postacią anonimową dzięki występom w innej legendzie NWOBHM, zespole Samson, o którym prawdopodobnie pojawi się pare wpisów w przyszłości. Jest to wokalista obdarzony zupełnie inną barwą głosu ale przede wszystkim wyższą skalą i większymi umiejętnościami niż poprzednik. Brzmi na zmianę na lepsze, a czy tak jest? Nie da się odpowiedzieć na z całą pewnością. Fakt, że Bruce wniósł do zespołu wiele dobrego, ale ma momenty w których zbyt szarżuje z wysokimi tonami, jak choćby w "Run...".

Bardzo lubię także "Children of the Damed"- świetną pół balladę o bardzo dobrej partii wokalnej nowego śpiewaka. Jest to zarazem utwór będący tym "mniejszym hitem" o którym pisałem w drugim akapicie. Przyjemnie słucha mi się także bardzo chwytliwego i niedocenianego "the Prisoner" i równie niedocenianego, choć odrobinę za długiego "22 Acania Avenue"- w którym Dickinson umiejętnie łączy fragmenty śpiewane niskim głosem z tymi zaśpiewanymi wyżej.

Niestety jak na album obdarzony takim uwielbieniem, płyta nie jest pozbawiona wad. Otwierający całość "Invanders" jeszcze nie jest taki zły, przynajmniej nie wypada z głowy tak szybko, ale daleko mu do najlepszych kawałków chociażby z tej płyty. Za to "Gargland" i "Total eclipse" to już zwyczajne wypełniacze, nie wnoszące w zasadzie nic ciekawego.

Na sam koniec zespół zostawił TEN  utwór. Najlepszy na całym albumie monumentalny "Hallowed be Thy Name" z cudowną gra każdego z instrumentalistów i najlepszą partią Dickinsona na całej płycie, a nawet jedną z najlepszych jakie nagrał do tej pory wliczając także działalność solową i epizod w Samson. Utwór to trzeci z największych hitów z trzeciego albumu grupy, prawie zawsze wykonywany na żywo na koncertach i bardzo często kowerowany, m.in. przez Machine Head czy Cradle of filth.

"The Number of the Beast" moim zdaniem wcale nie jest tym najlepszym albumem w dyskografii, jak często można wyczytać w różnych rankingach. Sam znacznie wyżej cenie sobie debiut, kolejny "Piece of Mind" czy "Seventh son...", ale dalej lubię co jakiś czas wrócić do tej płyty przynajmniej dla genialnego finału, utworu tytułowego czy energicznego"22 Acania Avenue". No i dalej jest to krążek należący do tej lepszej części bogatej dyskografii grupy.

8/10

Lista utworów:

  1. Invanders
  2. Children of the Damed
  3. The Prisoner
  4. 22 Acania Avenue
  5. Number of the Beast
  6. Run to the Hills
  7. Gargland
  8. Total eclipse
  9. Hallowed be Thy Name 

niedziela, 10 kwietnia 2022

Iron maiden- "Killers"

 
Okładka albumu "Killers" zespołu Iron Maiden

Drugi album Iron Maiden na pewno nie należy do tych najpopularniejszych i najbardziej wielbionych przez fanów grupy. Sam, mimo posiadania CD na półce, częściej umieszczałem w odtwarzaczu debiut oraz późniejsze dokonania grupy. „Killers”, jak nazwał zespół swój drugi krążek, odsłuchałem na potrzeby recenzji pierwszy raz od dosyć dawna. I żałuje, że nie robiłem tego częściej. Fakt, płyta nie przyniosła takich klasyków jak „Remember tomorrow”, „Iron maiden” czy „Phantom in the opera” z poprzednika, ale mamy tu kilka kawałków na bardzo wysokim poziomie. Znacznej poprawie uległa także produkcja, już nie tak surowa jak na debiucie, ale ze świetnie wyważonymi proporcjami miedzy instrumentami oraz głębszym brzmieniem. Nic dziwnego, w końcu zespół zgłosił się do legendarnego Martina Bircha, znanego np. ze współpracy z Deep Purple, Black Sabbath czy Rainbow. Drugą, oprócz zmiany producenta, wielką zmianą, było zastąpienie gitarzysty Strattona Adrianem Smithem, który razem z Davem Murrayem stworzył jeden z najsłynniejszych duetów gitarowych w historii.

Pierwszym mocnym i jednocześnie najbardziej chyba znanym fragmentem albumu jest, poprzedzony intrumentalnym „the Ides of March” (nieco ponad minutowe, nie wnoszące w zasadzie nic konkretnego nagranie będące wprowadzeniem w album), „Wratchild”. Ten, zawierający świetną linie basu utwór, zespół nagrał jeszcze przed wydaniem debiutu. Nie umieścił go tam jednak ze względu na jego obecność na składance różnych wykonawców „Metal for Muthas”. Niewiele (zarówno popularnością jak i poziomem) ustępuje mu kolejny na liście „Murders in a Rue Morgue” rozpoczynający się balladowym wstępem i tekstem zainspirowanym opowiadaniem Edgara Alana Poe (które polecam fanom Sherlocka Holmesa) .

Kolejnymi bardzo dobrymi utworami są na pewno tytułowy, chyba najbardziej agresywny na płycie, „Killers” ze świetnymi partiami duetu gitarzystów oraz natychmiast rozpoznawalnym „galopującym” basem, singlowy, przebojowy „Purgatory” i świetna ballada „Prodigal son”, która nie ustępuje wcale dwóm balladom z poprzedniego krążka. W ostatnim ze wspomnianych utworów, po raz kolejny świetną partie nagrywa wokalista grupy Paul Di’Anno.

Lubię też rozpoczynający się perkusyjnym wstępem energiczny „Another life” oraz instrumentalny „Genghis Khan”, który wcale wg mnie nie wypada słabiej od swojego odpowiednika z debiutu. Nie przekonuje mnie natomiast „Innocent Exile” pozbawiony czegoś charakterystycznego czy zapamiętywalnego. Podobny zarzut mam do ostatniego na liście "Drifter"

„Killers” to album nie do końca słusznie pozostający w cieniu debiutu i kolejnych krążków nagranych już z nowym wokalistą, Brucem Dickinsonem. A szkoda, bo są tu utwory, które kompozycjom z poprzednika niewiele ustępują. Nie do końca wiem czemu takie „Killers” czy „Prodigal son” nie cieszą się kultem który mają np. „iron Maiden” czy „Strange World”, nie mniej album warty polecenia, bo nie licząc dwóch wpadek, jest on na wysokim równym poziomie.

8/10

Lista utworów:

  1. The ides of match
  2. Wratchild
  3. The murders in a Rue Morgue
  4. Another life
  5. Genghis Khan
  6. Innocent Exile
  7. Killers
  8. Prodigal son
  9. Purgatory
  10. Drifter

czwartek, 7 kwietnia 2022

Recenzja: Iron Maiden- "Iron Maiden"

 

Okładka albumu "Iron Maiden" zespołu Iron Maiden
Niewiele jest na świecie wykonawców, którzy mimo rzadkiego pojawiania się w mainstreamowych mediach są na tyle rozpoznawalni, że nawet osoby słuchające zupełnie innego rodzaju muzyki słysząc nazwę zespołu wiedzą o kim mowa. Zdecydowanie jednym z takich wykonawców jest brytyjski zespół Iron Maiden, jeden z najpopularniejszych a przy tym najbardziej ambitnych bandów heavy metalowych w historii. Już debiut londyńskiego kwintetu mocno namieszał w ówczesnej muzyce mocno przyczyniając się do popularyzacji niedawno powstałego nurtu New Wave Of British Heavy Metal (prezentowanego także przez takich wykonawców jak Saxon, Diamond Head, Angel Witch czy Prating Mandis).

Już po usłyszeniu otwierającego energetycznego Prowler z chwytliwym, chociaż surowym riffem i świetnymi solówkami oraz niezłym, kojarzącym się trochę z muzyką punkową wokalem Paulo Di’Anno, wiemy, że mamy do czynienia utalentowanymi, pełnymi energii muzykami, a nie pierwszym lepszym garażowym zespołem, mimo, że produkcja tego krążka nie jest najlepsza. Jednak już tu słyszymy, że ważną rolę na płycie będzie pełnić gitara basowa głównego kompozytora grupy, Steve’a Harrisa charakteryzująca się specyficzną „galopadą”.

Szybko, bo już w drugim kawałku mamy zwolnienie tempa, w obowiązkowej niemal na każdym reprezentującym nurt NWOBHM krążku, balladzie Remember Tomorrow. Ciężko nie zachwycić się delikatnymi partiami gitarowymi Dave’a Murreya i Dennisa Strattona. Nawet posiadający szorstką barwę głosu Di’Anno wspina się tutaj na swoje wyżyny nagrywając chyba najlepszą partię wokalną w czasie swojego niezbyt długiego pobytu w zespole. Genialnie wypada tu także zaostrzenie, w czasie którego gitarzyści dają z siebie wszystko wycinając szybkie, niemal wirtuozerskie solówki.

Następne mamy przebojowy singiel Running Free oparty na basowym motywie. Utwór do dziś jest uwielbiany przez fanów i czasami wykonywany na koncertach, ale sam średnio przebadam za tym kawałkiem, niby nie przeszkadza, ale też nie zachęca, żeby do niego wracać.

Za to na pozycji nr 4 mamy najbardziej ambitne na krążku, rozbudowane, zawierające wiele motywów czy zmian tempa Phantom In the Opera, będące niejako zapowiedzią jeszcze bardziej monumentalnych utworów skomponowanych przez Harrisa na kolejnych albumach.

Po tym, można powiedzieć nieco progresywnym utworze słyszymy oparty na szybkim tempie intrumental Transylvania, gdzie każdy z instrumentalistów a szczególnie basista i perkusista mają okazję do pokazania się z jak najlepszej strony.

Kolejna na trackliście ballada Strange World, tym razem pozbawiona jest tak radykalnego zaostrzenia jakie miało w Remember Tomorrow. Kolejną świetną, subtelną partię nagrywa natomiast Di’Anno. Utwór na pewno nie zasługuje na takie małe zainteresowanie jakim się cieszy, ale kiedy na tej samej płycie słyszy się tak świetne nagranie jak wspomniane Remember Tomorrow, to nagrane w podobnym stylu Strange World mimowolnie wypada z pamięci.

Ostatnie dwa na płycie kawałki to przebojowe typowo heavymetalowe numery. O ile, cieszący się podobnym statusem wśród fanów jak Running free, opowiadające o kobiecie lekkich obyczajów (bardzo taniej zresztą) Charlotte the Harlot podobnie jak on jest zwykłym wypełniaczem, tak finałowy tytułowy Iron Maiden, mimo bycia nagraniem w takim samym stylu ja dwa opisane powyżej, to ciężko wyrzucić je z pamięci. Jest to zresztą prawdziwy hymn zespołu, będący obowiązkowym punktem każdego koncertu grupy.

Na początku recenzji przyczepiłem się do produkcji. Fakt, kolejne albumy tych legendarnych muzyków będą wyprodukowane o wiele lepiej, ale mimo to, ta surowa produkcja świetnie pasuje do klimatu krążka. Jest to też jeden z najbardziej różnorodnych albumów nagranych kiedykolwiek przez zespół, a wiemy, że nagrali ich wiele, bo aż 17. Jeśli chodzi o kwestie pozamuzyczne, to nie można pominąć słynnego Eddiego stworzonego przez grafika Dereka Riggsa, będącego obowiązkową postacią na każdej okładce zespołu, aż do dzisiaj. Żadna z resztą „maskotka” zespołu nigdy ani wcześniej (papuga z okładek albumów walijskiego Budgie) ani później (Vic Rattlehead na albumach Megadeth, Jester Head u grającego melodic death metal In Flames), nie przebiła się tak mocno do świadomości słuchaczy.

8/10

Lista utworów:

  1. Prowler
  2. Remember Tomorrow
  3. Running free
  4. Phantom in the Opera
  5. Transylvania
  6. Strange World
  7. Charlote the Harlot
  8. Iron Maiden