Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 grudnia 2022

Recenzja: Jethro Tull - "Too Old to Rock 'n' Roll Too Young to Die"

Okładka albumu "Too Old to Rock 'n'Roll Too Young to Die" zespołu Jethro Tull

Kiedy Anderson podjął się nagrania muzyki do filmu, który ostatecznie nie powstał, Jethro Tull wydało swój najsłabszy dotychczas album. Wcale nie tak długo po wydaniu "War Child", lider brytyjskiej legendy ponownie podjął się tego wyzwania... i znowu film nie powstał.

Wprawdzie tym razem nie wyszło dzieło tak nijakie jak wtedy, ale "Too Old to Rock 'n' Roll Too Young to Die" także nie należy do czołówki płyt Jethro Tull. Znajdą się tu nawet utwory dosyć ciekawe, jak hard rockowy otwieracz "Quizz Kid", bardziej folkrockowe "Crazed Institution" oraz "Salamander", a także utwory gdzie zespół powraca do grania bluesrocka z czasów debiutu, czyli obdarzony niesamowicie chwytliwym riffem oraz partią harmonijki "Taxi Grab" i akustyczny "Bad-Eyed and Loveless". Słabiej wypada klimatyczny "From A Dead Beat to An Old Greaser" i energiczny lecz średni "Big Dipper". Zadatki na niezłe kawałki miał też utwór tytułowy, "Pied Piper" oraz zbyt naiwny "The Chequered Flag (Dead or Alive)", każdy z nich jednak odrzuca niepotrzebną aranżacją orkiestry, przez co brzmią przestarzale.

"Too Old to Rock 'n' Roll Too Young to Die" na pewno nie ma startu do żadnej z płyt zespołu do "Thick as a Brick" włącznie, ale przebija "War Child", a od "Minstrel in the Gallery" nie odbiega bardzo mocno. Nie sądzę jednak żebym słuchał tego albumu częściej, bo jeśli będę miał ochotę posłuchać jakiejś przyjemnej muzyki z przed pół wieku, to prędzej wybiorę coś The Doors, Rolling Stones albo innych wykonawców brytyjskiej inwazji albo po prostu inny album Jethro Tull. Jednak nie jest to taki zły album w kategorii nie angażującego rocka.

6/10

Lista utworów:

  1. Quizz Kid
  2. Crazed Institution
  3. Salamander
  4. Taxi Grab
  5. From A Dead Beat to An Old Greaser
  6. Bad-Eyed and Loveless
  7. Big Dipper
  8. Too Old to Rock 'n' Roll Too Young to Die
  9. Pied Piper
  10. The Chequered Flag (Dead or Alive)

piątek, 9 grudnia 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Sefronia"

Okładka albumu "Sefronia" Tima Buckleya


Ostatnie albumy zrealizowane jeszcze za życia Tima Buckleya nie należą do zbyt wyróżniających się. Już na "Greetings From L.A." muzyk odszedł zarówno od folkowych korzeni, jak i bardziej ambitnego i eksperymentalnego grania na rzecz przyzwoitego, ale mało oryginalnego połączenia rocka i soulu z domieszką muzyki funk. Tamten album trzymał naprawdę dobry poziom. Na kolejnej płycie, poziom ten spada.

Oczywiście usłyszymy tu parę przyzwoitych numerów w rodzaju żywiołowego "Honey Man" z zadziornym wokalem, "Because of You", wzbogacony o ciekawe partie saksofonu "Penaut Man", lekko psychodeliczny "Quicksand" czy funkowy "Stone in Love". Niestety znajdziemy tu też utwory które nie są pozbawione wad. Przeróbka utworu Toma Waitsa pt. "Martha" i "I Know I'd Recognize Your Face" to ładne ballady z dużym udziałem pianina, ale jednocześnie brzmią naiwnie, a "Martha" wręcz archaicznie. "Dolphins" za to, mimo że bardzo melodyjny, to jest to zwykła, banalna piosenka. Końcówka albumu, wliczając w to dwie części utworu tytułowego to także raczej średnie kompozycje.

Szkoda, że Tim Buckley trochę dłużej nie trzymał się eksperymentalnego stylu grania. Zrozumiałe jest, że takie granie nie przynosiło muzykowi popularności, jednak Buckley niekoniecznie odnajduje się w bardziej rockowych klimatach. O ile wcześniejszy album się udał, tak tutaj i na kolejnym albumie artysta niestety się nie spisał. Jeśli ktoś lubi grupy typu the Animals czy Rolling Stones, oczywiście może posłuchać i tych dzieł, ale chyba lepszym wyborem będą dzieła wspomnianych Stonesów albo the Yardbirds, The Byrds czy po prostu wrócić do wcześniejszych dokonań Buckleya.

6/10

Lista utworów:
  1. Dolphins
  2. Honey Man
  3. Because of You
  4. Penaut Man
  5. Martha
  6. Quicksand
  7. I Know I'd Recognize Your Face
  8. Stone in Love
  9. Sefronia: After Asklepiades, After Kafka
  10. Sefronia: The King's Chain
  11. Sally Go 'Round The Roses

piątek, 18 listopada 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Greetings From L.A."

Okładka albumu "Greetings From L.A." Tima Buckleya

Ciężko dopasować Tima Buckleya do konkretnej stylistyki. Gdy ten odszedł już całkowicie od konwencjonalnego grania na ostatnich albumach, nagle zdecydował się na ponowny zwrot w bardziej przystępne rejony. Nie jest to jednak folkowa płyta, jakie artysta serwował nam na początku kariery, lecz bardziej rockowa. A właściwie funk-rockowa.

Otwieracz "Move With Me" funkowego charakteru nabiera z czasem. W pierwszej chwili kojarzy się bardziej z zespołami brytyjskiej inwazji, ale gdy pojawiają się żeńskie chórki, a później również dęciaki, kawałek ten coraz mocniej kojarzy się z muzyką funkową. Kolejny "Get on Top" to już typowy funk rockowy numer z genialnym bujającym basem oraz świetną grą perkusisty. O wokalu Buckleya właściwie nie trzeba wspominać, bo brzmi jak zwykle bardzo dobrze. Jeśli już mowa o wokalu, to lider tak jak na swoich poprzednich krążkach, tak i tu zdecydował się na wygłupy mające urozmaicić całość. Tutaj ten eksperyment zastosował w "Devil Eyes", który już czysto muzycznie jest kolejnym bardzo bujającym numerem. Bardzo lubię także bardziej gitarowy "Hong Kong Bar", a nieźle wypada najprostszy na albumie "Nighthawkin'".

Muzycy postanowili jednak urozmaicić nieco album i umieścili dwa utwory bardziej się wyróżniające. Pierwszy to bardziej spokojny "Sweet Surrender", który z czasem nabiera intensywności. A kolejny to finałowy "Make It Right". Ten drugi wyróżnia się wpływami muzyki latynoskiej i wypada chyba najbardziej przebojowo na - i tak niezwykle chwytliwym - albumie. Można się przyczepić do smyczków psujących nieco tą kompozycje, ale i tak jest bardzo udana.

Tim Buckley to artysta, którego im więcej twórczości poznaję, tym bardziej jestem pod wrażeniem jego muzyki. Co prawda w tamtym czasie wieku było artystów, którzy tworzyli w różnych stylistykach, jednak Buckley to muzyk, który zarówno w folku, bardziej eksperymentalnej muzycy czy teraz w muzyce funkowej, odnalazł się równie dobrze.

8/10

Lista utworów:

  1. Move With Me
  2. Get on Top
  3. Sweet Surrender
  4. Nighthawkin'
  5. Devil Eyes
  6. Hong Kong Bar
  7. Make It Right 

wtorek, 15 listopada 2022

Recenzja: Robert Plant - "The Principle of Moments"

Okładka albumu "The Principle of Moments" Roberta Planta

Robert Plant to jeden z takich muzyków, którzy jeśli już angażują się w inny projekt niż ten pierwotny, to faktycznie prezentują zupełnie inne podejście do tworzonej muzyki. Jeszcze na debiucie solowym wokalisty można było usłyszeć jakieś Zeppelinowskie naleciałości, za to na albumie numer dwa, te są już niesłyszalne. "The Principle of Moments" to już typowo album pop rockowy. I to bardzo udany.

Utwory takie jak "Other Arms" czy "Horizontal Departure" posiadają świetne, wpadające w ucho melodie. Szczególnie ten pierwszy jest bardzo udany i posiada fajne gitarowe partie. Najlepiej w całym zestawie jednak prezentuje się orientalizujące "Wreckless Love". Można przyczepić się do Planta, że stara się ponownie nagrać coś nawiązującego do kultowego "Kashmiru", ale mimo podobnego klimatu kawałki te mocno się od siebie różnią. Poza tym to naprawdę świetny kawałek.

Na "The Principle of Moments" nie brakuje jednak kompozycji spokojniejszych. Najbardziej znaną jest "Big Log" z kolejną fajną gitarową grą, czarującym śpiewem Planta i zwyczajnie ładną, nie banalną melodią. Dobrze prezentuje się także "In the Mood" i "Stranger Here... Than over There". W tym pierwszym jednak mało korzystnie wypadają syntezatory. Natomiast "Thru'With the Two Step" to już kompozycja bardzo nijaka, a aranżacja jest wręcz koszmarna. Nie najlepiej prezentuje się też nawiązujący w zwrotkach do muzyki reggae "Messin'With the Mekon".

Drugi album Roberta Planta to kolejna udana pozycja w jego karierze. Nie jest to może najbardziej równy album jaki nagrał, ale słucha się go z niemałą przyjemnością, a co najmniej trzy utwory z płyty prezentują wyższy poziom niż niektóre kompozycje z późniejszych albumów Led Zeppelin. No niestety ale przydarzyła się tutaj też jedna spora wpadka oraz jeden koszmarek. Mimo to album uważam za udany.

7/10

Lista utworów:

  1. Other Arms
  2. In the Mood
  3. Messin' With the Mekon
  4. Wreckless Love
  5. Thru' With the Two Step 
  6. Horizontal Departure
  7. Stranger Here... Than over There
  8. Big Log 

niedziela, 23 października 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Eyes Like the Sky"

Okładka albumu "Eyes Like the Sky" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Przy okazji recenzowania debiutanckiego longplaya Australijczyków z King Gizzard and the Lizard Wizard wspomniałem, że grupa ta słynie z częstych zmian stylu. Takie zabiegi muzycy stosowali już na początku swojej muzycznej przygody, bo po mającym psychodeliczne i noise'owe naleciałości  garażowo-punkowym "12 Bar Bruise", artyści ze swojego drugiego albumu postanowili zrobić coś jakby niespełna półgodzinne westernowe słuchowisko.

Jednak niestety o ile sam pomysł zdaje się być w teorii oryginalny i ciekawy, tak z wykonaniem gorzej. Album ten w sporej części jest monotonny, co szczególnie słychać w warstwie wokalnej. O ile można ją nazwać wokalną, bo to po tylko i wyłącznie mówiony tekst przez jednego z członków zespołu. Rozumiem, że taki miał być zamysł projektu, ale przez kompozycje opierające się na zbliżonych patentach robi się po prostu nudno. Pojedynczo kawałki te się zwykle bronią, ale słuchanie albumu w całości może męczyć. Mogę jednak wyróżnić kilka momentów, jak "The Raid", bluesowy "Evil Man", w którym harmonijka urozmaica zarówno kompozycje jak i cały album, "The God Man's Goat Lust" z pokręconymi dźwiękami i mroczny "Dust in the Wind" z ciekawymi partiami perkusyjnymi. Reszta utworów, mimo że przyjemnych, to zlewa się w jedno, lecz tu główną winę ponosi właśnie mówiony wokal.

Drugi krążek australijskich muzyków po klimatycznym utworze tytułowym zapowiadał się na ciekawy album. Niestety jak okazało się później powstało dzieło za mało zróżnicowane, które jednak może się podobać wielbicielom filmów o dzikim zachodzie albo chociaż muzyki z takiej własnej kinematografii. Ja osobiście tego nie kupuje.

5/10

Lista utworów:

  1. Eyes Like the Sky
  2. Year of Our Lord
  3. The Raid
  4. Drum Run
  5. Evil Man
  6. Fort Whipple
  7. The God Man's Goat Lust
  8. The Killing Ground
  9. Dust in the Wind

środa, 19 października 2022

Recenzja: Kult - "Ostateczny krach systemu korporacji"

Okładka albumu "Ostateczny krach systemu korporacji" zespołu Kult


Kult przez lata swojej działalności przeszedł wiele stylistycznych przemian odbiegając kilkukrotnie od swojego najciekawszego post punkowego, lecz eklektycznego stylu. Później pojawiły się próby grania prostszego, tradycyjnego rocka, metalowe incydenty czy przełożenie na w miarę współczesne czasy twórczości Tadeusza Staszewskiego. Już na "Muj wydafca" grupa wrzuciła mocno zróżnicowany materiał zawierający cechy każdego z tych etapów w twórczości grupy. Na "Krachu..." Kult zaserwował dokładnie taką samą nierówną i niespójną mieszankę.
A mimo to album jest uważany za jedno z największych dzieł zespołu. Wśród miłośników krążka najczęstszym argumentem jest właśnie eklektyzm i zdanie "album jest tak różnorodny, że każdy znajdzie coś dla siebie". Ok, ale słuchać ponad 70-cio minutowego albumu, żeby znaleźć owe "coś"? Tyle dobrego, że tych "cosiów" ja znalazłem sporo, choć nie dorównujących utworom z najlepszego okresu działalności zespołu, czyli tej przed rozpadem.

Popularność tej płycie na pewno przyniósł też sukces przede wszystkim jednego singla. "Gdy nie ma dzieci" to jeden z największych szlagierów grupy, a może i największy. Nie można odmówić temu kawałkowi chwytliwości i długo siedzącej w głowie melodii i sam nawet lubię ten numer, ale o wiele ciekawiej prezentuje się na tym albumie także przebojowy "Krew jak śnieg" o hard rockowej mocy. Nie mam pojęcia czemu zespół nie wypuścił tego utworu na singlu zamiast choćby mocno przeciętnego "Lewego czerwcowego". Ten kawałek także wpada do głowy i nie chce z niej wypaść, ale jest co najwyżej średni, a dla mnie banalny.

Z singli zdecydowanie lepiej prezentuje się klimatyczny "Komu bije dzwon", a także zawierająca specyficzny miłosny tekst "Dziewczyna bez zęba na przedzie" - mój ulubiony utwór z albumu. Kawałek ten świetnie łączy spokojniejsze zwrotki z metalowymi zaostrzeniami w refrenie, a przy tym świetne partie gra tu gitarzysta Krzysztof Banasik. Pod metal podciągnąć można też agresywne "Goopya peezda" (średniak) i "Ja wiem to" (już nieco lepszy). Lepiej od tych dwóch numerów wypada także agresywny, ale posiadający fajne intro i code "Poznaj swój raj".

Do wyróżniających się utworów można zaliczyć też wyciszające "Z archiwum polskiego jazzu" (z samym jazzem niestety nie ma tak wiele wspólnego), bardzo udany psychodeliczny "Kto wie" z klawiszami w stylu "Riders on the Storm" the Doors, orientalizujące i groteskowe w warstwie tekstowej "Jatne" i posiadający fajny basowy motyw "Idź przodem". W tym ostatnim jednak niepotrzebne było perkusyjne końcówki z dziwnymi domówieniami w końcówce. Prosty, może nawet za prosty "Fever fever fever" także mi się w miarę podoba, a na pewno bardziej niż wspomniany "Lewy czerwcowy" czy nijaki "Grzesznik" i jeszcze bardziej miałkie "3 gwiazdy". Całości dopełnia jeszcze średni "Kto śmie traktować cię źle" z dużym udziałem deciakow i niepotrzebne outro pod tytułem "...".

Mam bardzo mieszane uczucia co do "Ostatecznego krachu systemu korporacji". Z jednej strony znajdą się tu niezłe, wpadające w ucho numery, ale z drugiej strony nawet te najlepsze kompozycje wypadają słabiej w porównaniu z tymi z trzech pierwszych albumów. Na plus na pewno ponowne wykorzystanie instrumentów dętych na szeroką skalę z czego zespół zrezygnował na jakiś czas. Jednak muzycy Kultu byli wtedy w wyraźnym kryzysie twórczym, który później jeszcze się pogłębił i trwa do dziś. Kolejne albumy nie dostarczają nam już zbyt wiele dobrego materiału.

6/10

Lista utworów:
  1. Goopya peezda
  2. Lewy czerwcowy
  3. Grzesznik
  4. Gdy nie ma dzieci
  5. Z archiwum polskiego jazzu
  6. 3 gwiazdy
  7. Poznaj swój raj
  8. Dziewczyna bez zęba na przedzie
  9. Kto wie
  10. Fever fever fever
  11. Jatne
  12. Ja wiem to
  13. Kto śmie traktować cię źle
  14. Idź przodem
  15. Krew jak śnieg
  16. Komu bije dzwon
  17. ...

poniedziałek, 17 października 2022

Recenzja: Robert Plant - Pictures at Eleven"

Okładka albumu "Pictures at Eleven" Roberta Planta

Po rozpadzie Led Zeppelin Robert Plant, Jimmy Page i John Paul Jones skupili się na swoich projektach. O ile to co tworzył basista nie zyskało najmniejszego rozgłosu, a tylko nieliczne dzieła gitarzysty są warte uwagi, tak solowa twórczość Planta zdecydowanie jest warta zapoznania. Dla fanów Zeppelinów większość z albumów wokalisty może okazać się szokiem, bo ten mocno odchodzi od hard rocka z którego jego była grupa jest przede wszystkim znana. Jego debiutancki krążek solowy może jeszcze takich wrażeń nie wywoływać, bo stylistycznie jest najbliższy twórczości legendy hard rocka - choć zdecydowanie bliżej tych późniejszych albumów.

Płyta zaczyna się od fajnego pop-rockowego numeru pod tytułem "Burning down One Side". Utwór ten szybko wpada w ucho i nie razi kiczem jak wiele innych rzeczy tworzonych przez rockowe legendy idące w stronę bardziej radiowych brzmień. Podobne rzeczy można napisać o utrzymanym w średnim tempie "Fat Lip". Od udanej strony wokalista pokazuje się w balladach - ładnej inspirowanej jakby muzyką latynoską "Moonlight in Samosa" i "Like I've Never Been Gone". Najlepszym utworem na płycie jest już bardziej rockowy "Slow Dancer" z fajnymi orientalnymi zagrywkami w zwrotkach. Bardzo chwytliwy i energiczny "Mystery Title" także należy do lepszych momentów albumu. Podobnie jak "Far Post" zawierający fajne gitarowe zagrywki ale nie pasuje mi tu do końca pianino. Jednak klawiszowe solo wypadło całkiem nieźle. "Pledge Pin" i "Worse than Detroit" to już utwory mające potencjał ale ostatecznie wypadające nijako.

"Pictures at Eleven" to udany debiut solowy Roberta Planta i subtelny znak, że ten nie zamierza odgrywać kolejnych kopii utworów swojego byłego zespołu lecz stara się odciąć od łatki hard rocka, a utwory które tu się znalazły niejednokrotnie biją na głowę część z materiału umieszczonego na kilku ostatnich albumach Led Zeppelin.

7/10

Lista utworów:

  1. Burning down One Side
  2. Moonlight in Samosa
  3. Pledge Pin
  4. Slow Dancer
  5. Worse than Detroit
  6. Fat Lip
  7. Like I've Never Been Gone
  8. Mistery Title
  9. Far Post

czwartek, 6 października 2022

Recenzja: 13th Floor Elevators - "Bull of the Woods"

Okładka albumu "Bull of the Woods" zespołu 13th Floor Elevators

Dwa pierwsze albumy amerykańskiego 13th Floor Elevators stały się klasyką rocka psychodelicznego i płytami, które każdy miłośnik rocka z przełomu lat 60. i 70. znać powinien. Trzeci - i ostatni - album zespołu pod tytułem "Bull of the Woods" jest zwrotem zespołu w inną stronę. Próżno tu szukać zakręconych, wciągających swoim dziwnym klimatem utworów. Praktycznie nie słychać tu kultowego elektrycznego dzbanka Tommy'ego Halla, a i udział gitarzysty Roky'ego Ericksona jest mniejszy niż na dwóch wcześniejszych dziełach zespołu. W efekcie tego wszystkiego wyszedł krążek zwykle olewamy przez wszelkich słuchaczy i pozbawiony tego wszystkiego dzięki czemu zespół stał się kultowy. Album mało różniący się od płyt innych znanych wtedy przedstawicieli muzyki rockowej, jak the Beatles, Animals czy Rolling Stones.

Nie można jednak odmówić tym kompozycjom dobrego poziomu. Kojarzący się właśnie z Jaggerem i spółką "Livin' On" jest bardzo fajny, a "Till Then" z Beatlesowskimi wokalami także byłby udany, gdyby nie właśnie te wokalne harmonie. Ale ten album to coś więcej, bo jest niezwykle eklektyczny, a przy tym spójny. "Barnyard Blues" na przykład jak sama nazwa wskazuje zawiera silny wpływ bluesa, a w "Never Another" słychać trąbkę, która świetnie urozmaica zarówno kompozycje jak i cały album. Podobnie zresztą jak "Dr Doom". Do udanych nagrań zaliczył bym też energiczny "Rose and the Thorn" ze spokojnieszym początkiem czy pięciominutowy "Scarlett and Gold" z fajną inatrumentalną częścią. W krótkim, ale udanym "Down by the River" nawet chórki wypadają nie najgorzej, za to nijaką melodię ma "With You". Tu można jednak skupić się na tym co dzieje się w warstwie instrumentalnej. Za dwa najlepsze utwory na płycie uważam energiczny "Street song", w którym pojawiają się już jakieś psychodeliczne cechy w drugiej części oraz mój faworyt "May the Circle Remain Unbroken" ze świetnym klimatem, który buduje perkusje, klawisze oraz stonowane partie gitary.

"Bull of the Woods" może być rozczarowaniem dla kogoś kto oczekiwał, że 13th Floor Elevators całą karierę będę nagrywać porywające grane ma kwasie kawałki. Gdy się jednak spojrzy na ten album w szerszym kontekście, to wypada on wcale nie gorzej niż albumy czołowych grup np brytyjskiej inwazji. Trudno nazwać ten krążek wizjonerskim czy oryginalnym, ale z czysto rozgrywkowego punktu widzenia trzeci album amerykańskiej grupy moim zdaniem się broni.

7/10

Lista utworów:

  1. Livin'On
  2. Barnyard Blues
  3. Till Then
  4. Never Another
  5. Rose and the Thorn
  6. Down by the River
  7. Scarlet and Gold
  8. Street Song
  9. Dr Doom
  10. With You
  11. May the Circle Remain Unbroken 

środa, 28 września 2022

Recenzja: Kult - "Tata 2"

Okładka albumu "Tata 2" zespołu Kult

Zawierający utwory Stanisława Staszewskiego album "Tata Kazika" spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem i do dziś uważany jest za ścisłą czołówkę płyt Kultu. Korzystając z entuzjastycznych opinii na temat tamtego wydawnictwa, a także z tego, że twórczość ojca lidera grupy była bardzo bogata, zespół zdecydował się na nagranie kontynuacji tamtego wydawnictwa. Tym razem jednak krążek nie uzyskał takiej popularności, choć niemało jest osób uważających, że "dwójka" jest lepsza od "Taty". Ja tej opinii nie podzielam.

Najlepsze co "Tata 2" ma do zaoferowania słyszymy już na samym początku. "Jeśli zechcesz odejść - odejdź" od samego początku podoba mi się dzięki prostej, ale mocnej, "ogniskowej" grze gitary akustycznej. Nie jest to może dzieło wybitne, ale jak się okaże nieco ponad godzinę po włączeniu płyty, jest to jeden z lepszych utworów. Następnie słyszymy całkiem niezły "Kochaj mnie, a będę Twoją". Tu można przyczepić się jednak do refrenu za który odpowiada Violetta Villas i brzmi bardzo staroświecko, choć zdaję sobie sprawę, że archaizm jest na całym albumie zamierzony. Mimo to wolę wersję bez udziału pani Villas, która znajduje się na samym końcu albumu. Moim ulubionym utworem na tej płycie jest najbardziej agresywny, przede wszystkim wokalnie "Śmierć poety" z tekstem Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, którego wiersz tworzy warstwę liryczną także w "Balladzie o dwóch siostrach", która swoją melodią i przede wszystkim "refrenem" mogłaby pełnić rolę niezłej kołysanki... gdyby nie właśnie tekst.

Reszta albumu niestety już mocno nuży i zlewa mi się w jedną, przestarzałą całość. "Nie dorosłem do swych lat" w pierwszych sekundach dobrze się zapowiadał, ale później już nudzi. "Ty albo żadna" jest tu zbędny, "Samotni ludzie" jest o wiele za długie, w "Zastanówcie się" sytuację nieznacznie polepszają nieliczne zaostrzenia a i "Latający Holender" nie dodaję nic nowego. Na tle innych utworów wyróżnia się nieco "Kołysanka stalinowska" z przyjemną melodią. Nie broni się jednak jako osobny utwór. Można jeszcze wyróżnić energiczny "Gwiazda szeryfa" o świetnie słyszalnym basie oraz bardziej hard rockowy "A gdy będę umierał". Grupa średnio udanie przełamała rutynę dwoma śpiewanymi po rosyjsku utworami: "Prowokator" oraz "Dolina". W tym drugim przypadku jednak nie jestem taki pewny czy na pewno słychać tu rosyjski. Całości dopełnia jeszcze inna wersja "Marianny", która była obecna już na "jedynce". Wolę jednak tamtą wersję, która miała więcej energii.

Gdy opisywałem "Tatę Kazika" broniłem staroświeckiego brzmienia, bo zespół starał się jak najlepiej oddać klimat z lat, kiedy utwory te tworzył Staszek Staszewski. I tam także zdarzały się utwory słabe, ale zdawały się być bardziej zróżnicowane. Tutaj poza dwoma - trzema kawałkami ciężko mi znaleźć ciekawsze rzeczy. Parę z zawartych tu propozycji nie wypada tak źle, raczej średnio, ale nie zachęcają do wracania do nich. A sam album poza wspomnianymi w drugim akapicie kawałkami polecić można właściwie jedynie ludziom, którzy lubią słuchać starej, bardzo starej polskiej muzyki.

5/10

Lista utworów:

  1. Jeśli zechcesz odejść - odejść
  2. Kochaj mnie, a będę twoją
  3. Śmierć poety
  4. Nie dorosłem do swych lat
  5. Ty albo żadna
  6. Samotni ludzie
  7. Zastanówcie się
  8. Gwiazda szeryfa
  9. Ballada o dwóch siostrach
  10. Kołysanka stalinowska
  11. Latający Holender
  12. A gdy będę umierał
  13. Prowokator
  14. Dolina
  15. Marianna
  16. Kochaj mnie a będę Twoją (wersja bez V.V.)

czwartek, 1 września 2022

Recenzja: Sisters of Mercy - "Vision Thing"

Okładka albumu "Vision Thing" zespołu Sisters of Mercy

Andrew Eldritch nie należał do osób, które przywiązują się do swoich pracowników i najpierw po całkowitej zmianie składu między debiutem, a drugim dziełem zespołu, podobnie postąpił przed nagraniem trzeciego albumu. I tak po wydaniu "Floodland" ze składu wyleciała Patricia Morrison, o której lider nie miał najbardziej pochlebnego zdania, dosyć bezczelnie mówiąc publicznie, że śpiewająca basistka w grupie znalazła się jedynie ze względu na wygląd, a nie umiejętności muzyczne. Byłą członkinie Sisters of Mercy Eldritch zastąpił trzema innymi muzykami, do niektórych utworów zapraszając znaną ze współpracy z Mike'em Oldfieldem, wokalistkę Maggie Reilly.

Oprócz ciągłych zmian składów personalnych grupa szczyci się też tym, że mimo małej dyskografii, nigdy nie nagrała identycznego albumu. O ile między "The First and Last and Always" i "Floodland" różnice nie były aż tak ogromne, tak "Vision Thing" to już zupełnie inna stylistyka. Andrew Eldritch chyba faktycznie miał dosyć łatki pod nazwą "rock gotycki", którą na okrągło mu przyczepiano, bo trzeci album zespołu jest całkowicie pozbawiony tego mroku i chłodu, który obecny był na dwóch pierwszych krążkach. Tym razem główny kompozytor sióstr poszedł w kierunku przebojowego, choć raczej nie banalnego hard rocka, momentami ocierającego się nawet o muzykę metalową.

"The First and Last and Always" i "Floodland" posiadały masę materiału o bardzo komercyjnym potencjale, jednak na "Vision Thing" Eldritch pod tym względem przebił samego siebie serwując nam właściwie całą płytę potencjalnych radiowych przebojów. Już pierwszy na płycie utwór tytułowy daje nam do myślenia, że nie ma co liczyć na powtórkę z zimnych poprzedników. Brzmienie jest pozbawione mroku, jest znacznie czystsze i na szczęście, mimo przebojowości nie tak plastikowe jak radiowe hity z dopiero co zakończonych lat 80. Już tutaj słyszymy też jak dobrze pasują do siebie głosy gwiazdy zespołu i goszczącej tu Maggie Reilly. Wokalistka jest ważną postacią kilku innych utworów, spośród których największą rolę pełni chyba w niezwykle chwytliwym "Detonation Boulevard".

Bardziej klimatycznie, przynajmniej trochę nawiązując do wcześniejszej twórczości brzmi "Ribbons", jednak można było skrócić tu odrobinę końcówkę utworu. Bardzo hard rockowo wypada "Doctor Jeep", który jest fajny, ale w pewnym momencie robi się zbyt monotonnie. Wydłużanie kawałka to wada zresztą nie tylko tego utworu ale też najdłuższego na albumie "More" oraz "I Was Wrong". Mimo to, obie kompozycje uważam za udane. Za nieco słabszy uważam nieco sztampowy "When you don't See Me", który jednak ma nośny refren oraz bazującą na gitarze akustycznej balladę "Something fast". W 2006 roku ukazała się reedycja albumu z dołączonymi do niego kilkoma utworami. Tutaj fanom zespołów w stylu Guns'n'roses lub Skidrow może przypaść do gustu "You Could Be the One" z riffem bardzo w stylu tej drugiej grupy.

Sporym szokiem dla fanów grupy był jej trzeci album. Do tej pory można wyczytać, że to najbardziej kontrowersyjne dzieło zespołu. "Vision Thing" zarzuca się komercjalizację i chęć przypodobania się amerykańskiej publiczności, która już od dawna gustowała w bardziej melodyjnych i prostszych utworach niż publika europejska. Mimo jednak o wiele mniej wyróżniających się kompozycji niż na dwóch wcześniejszych albumach, nie można odmówić Eldritchowi, że stworzył album różnorodny i naprawdę udany. Nie stawiam go wprawdzie na równi z okresem "gotyckim", ale wciąż uważam, że "Vision Thing" to dzieło udane, które pokazuje, że można grać komercyjnego rocka nie popadając przy tym w wielki banał.

7/10

Lista utworów:

  1. Vision Thing
  2. Ribbons
  3. Detonation Boulevard
  4. Something fast
  5. When you don't See Me
  6. Doctor Jeep
  7. More
  8. I was Wrong

sobota, 27 sierpnia 2022

Recenzja: Kult - "Muj wydafca"

Okładka albumu "Muj wydafca" zespołu Kult

Za sprawą "Taty Kazika" Kult powrócił do łask polskiej publiki. Na tamtym albumie zespół po raz kolejny zmienił kierunek w którym podążał. Kolejny "Muj wydafca", który podobnie jak poprzednik przyniósł kilka koncertowych klasyków zespołu, to jakby podsumowanie dotychczasowej działalności. Choć śladów tego pierwszego, najlepszego okresu w historii zespołu sprzed zawieszenia działalności niestety tu mało.

Do pierwszego okresu grupa nawiązuje właściwie jedynie największym od kilku albumów udziałem dęciaków, przede wszystkim waltorni. Jak ważną rolę pełni ten instrument słuchać od pierwszych chwil tego albumu czyli od dwóch sporych hitów grupy: "Ręce do góry", który swoją siłę pokazuje przede wszystkim na koncertach, gdzie publika może dać się ponieść skocznej melodii i perkusyjnym partiom idealnym skłaniającym do klaskania w rytm, a także w kolejnym, znacznie bardziej już stonowanym "Lewe lewe loff" o wyrazistym basie i świetnym tekście. Jest to także jedna z moich kilkunastu-dwudziestu ulubionych utworów w karierze zespołu, a konkurencja przecież jest bardzo duża. W zasadzie tylko jeden z umieszczonych tu utworów cieszy się lepszym przyjęciem na występach. Jest to przeróbka największego klasyka "Ojca punk rocka", czyli "Pasażer" (w orginale "Passenger") Iggy'ego Popa. W wersji albumowej może przeszkadzać śpiew Kazika, który średnio radzi sobie z angielskim, nie jest jednak jakoś tragicznie. Spore uznanie zdobył też inny cover, tym razem "gyöngyhajú lány" węgierskiej Omegi, tutaj nazwany "Dziewczyna o perłowych włosach". Tutaj także instrumentalnie jest całkiem w porządku, natomiast wokal... cóż, jeśli ktoś odczuwa niesmak słuchając wokalisty śpiewającego po angielsku, to jego węgierski może boleć jeszcze bardziej.

Lubię także najbardziej agresywny na całym albumie utwór tytułowy, który równocześnie zdaje się najbardziej podążać za trendami (skrecze, agresywne brzmienie, rapowana partia wokalna). Swoje mocne chwilę miały też "Onyx" i "Psalm 151". W tym pierwszy całe napięcie psuje niezbyt udane refren. Zwrotki natomiast wciągają swoim ponurym klimatem. W drugim przypadku urzeka nas nieco orientalny styl kompozycji. Czar jednak pryska, gdy muzycy przyspieszają. Wtedy utwór staje się zwyczajnie nijaki. Gdyby skrócić "Historię pewnej miłości" także byłby to bardzo fajny numer. Rozumiem jednak długość tej kompozycji ze względu na tekst - historię bardzo smutną i niestety nie tak rzadką w prawdziwym życiu odpowiadającą o przemocy domowej. Ciekawie prezentują się "Oczy niebieskie", w którym fajne są partie na instrumentach perkusyjnych i wokal świetnie pasujący do plemiennego klimatu. 

To by było na tyle z fajnych kawałków na płycie. Reszta utworów to już kompozycje słabe i bardzo słabe. Knajpiany "Keszitsen kepet onmagarol" nie dorównuje nagranym w powiedzmy, że podobnym klimacie utworom z "Taty Kazika" Podobnie jak "Setka wódki". Kompletnie zbędny jest "Gaz na ulicach" w kółko powtarzający to samo. "Kulcikriu" ciekawie się zapowiadało, ale potem robi się zbyt banalnie. Banalne jest także "Krutkie kazanie na temat jazdy na maxa". "Bliskie spotkanie trzeciego stopnia" natomiast aż razi archaizmem. Na tym tle niemal błyszczy "Na zachód", który sam w sobie jest średni. Niepotrzebnie zespół umieścił tu też nową wersję "Piosenki młodych wioślarzy". O ile stara wersja w stylu disco świetnie wpadała w ucho, tak tutejsza, w wersji reggae wypada blado.

"Muj wydafca" to album, który wśród entuzjastów grupy zyskał miano jednego z najlepszych w jego dyskografii. Fakt, znajdziemy tu kilka numerów fajnych, ale nijak mających się do najlepszych momentów trzech pierwszych albumów, czy nawet z poprzedniego krążka. Gdyby cały album zawierał jedynie utwory z drugiego i trzeciego akapitu, to krążek ten stawialbym mniej więcej na wysokości "Your Eyes". Grupa jednak poszła w ilość i dodała masę zupełnie zbędnych i nijakich fragmentów. W rezultacie album w pewnym momencie męczy. Po pierwsze przez długi czas trwania przekraczający 70 minut, co nawet w przypadku płyt z udanymi kompozycjami jest za dużo. A po drugie duża część materiału jest zwyczajnie słaba. Dawałem temu albumowi szansę jako całość już kilkukrotnie, wciąż jednak uważam, że poza kilkoma utworami niezbyt jest do czego wracać. W rezultacie wolę więc posłuchać mieszaniny utworów grupy z czasów całej twórczości, wśród której zawsze znajdzie się kilka kompozycji z tego albumu, niż słuchać "Wydafcy" w całości.

5/10

Lista utworów:

  1. Ręce do góry
  2. Lewe lewe loff
  3. Keszitsen kepet onmagarol
  4. Onyx
  5. Gaz na ulicach
  6. Oczy niebieskie
  7. Pasażer
  8. Historia pewnej miłości
  9. Muj wydafca
  10. Kulcikriu
  11. Bliskie spotkanie 3 stopnia
  12. Krutkie kazanie na temat jazdy na maxa
  13. Na zachód
  14. Dziewczyna o perłowych włosach
  15. Psalm 151
  16. Piosenka młodych wioślarzy
  17. Setka wódki

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Recenzja: Grateful Dead - "Aoxomoxoa"

 

Okładka albumu "Aoxomoxoa" zespołu Grateful Dead

Po drugim albumie studyjnym Grateful Dead mogliśmy się spodziewać, że ich kolejne dzieło będzie jeszcze bardziej szalone. Tak się nie stało, chociaż okładka i dziwny tytuł zdawały się mówić, że przypuszczenia faktycznie się sprawdzą. Tymczasem trzeci album zespołu bliższy jest debiutowi, choć próżno szukać w nim też tak silnych wpływów bluesa, chodzi raczej o przystępność kompozycji.

Jedynym naprawdę porąbanym utworem jest tu "What's Become of the Baby" który składa się jedynie z wokalu przetworzonego przez efekty i użyciem pogłosu. I mimo, że inne utwory na płycie także są fajne, to właśnie od tego najbardziej nietypowego ciężko się oderwać.

Pozostałe siedem kawałków to już stosunkowo normalne utwory. Raz bardzo energetyczne jak genialny otwieracz "St Stephen", a raz spokojniesze, jak prawie folkowy, z lekka orientalny "Mountain of the Moon", który także jest jednym z najlepszych utworów na albumie. Do mocnych punktów płyty zaliczył bym także "Dupree's Diamond Blues" wpadający w ucho i "Rosemary", w którym kilkukrotnie ciekawie z melodii wyłamuje się gitara.

Już nieco gorzej wypadają "Doin'That Rag", w którym najciekawiej brzmi rockowa gitara i "China Cat Sunflower", w którym także najlepiej wypadają partie gitarowe. Najsłabszym punktem jest wg mnie finałowy "Cosmic Charlie", który prawie w ogóle do mnie nie przemawia.

Grateful Dead na "Aoxomoxoa" mimo niezłego poziomu całej płyty, zrobili spory krok wstecz. Nie tylko nie jest to tak zwariowane i wciągające granie jak "Anthem of the Sun", ale nawet nie robi takiego wrażenia jak debiutancki album. Zapoznać się z tą pozycją warto, ale nie jest to punkt obowiązkowy.

7/10

Lista utworów:

  1. St Stephen
  2. Dupree's Diamond Blues
  3. Rosemary
  4. Doin'That Rag
  5. Mountains of the Moon
  6. China Cat Sunflower
  7. What's Become of the Baby
  8. Cosmic Charlie 

piątek, 1 lipca 2022

Recenzja: Kult - "Your Eyes"

 

Okładka albumu "Your Eyes" zespołu Kult

Po słabo przyjętym (słusznie) "45-89", Kult jeszcze raz zmienia nieco styl granej przez siebie muzyki i jeszcze w tym samym, 1991 roku nagrywa kolejny album. Niestety nie powraca do post punku (poza nielicznymi wyjątkami), z którego się wywodzi, lecz zaskakująco zaostrza swoje brzmienie, dzięki czemu muzyka na "Your Eyes" jest ciężka, hard rockowa, momentami brzmiąc jak cięższa wersja Deep Purple czy Uriah Heep. Jednak polskiej grupie zabrakło pomysłów na tak genialne kompozycje jak "July Morning" (którego koncertowa wersja znajduje się na "kasecie"), "Gypsy" czy "Speed King", czyli przykładowe utwory wspomnianych wyżej grup. Ale czy przypadkiem w 1991 roku, gdy na półki sklepowe trafiał "Black album" i "Nevermind", "organowy" hard rock nie był już przestarzały? Był, ale i tak fajnie mi się słucha tego albumu.

Istotną wadą albumu na pewno jest po raz kolejny praktycznie zerowy udział instrumentów dętych. Bardzo szkoda, bo wtedy kompozycje na piątym krążku zespołu być może byłyby jeszcze ciekawsze. Cieszy natomiast ogromny udział organów, których brzmienia jestem wielkim fanem. Jak duży wkład w opisywany krążek będą miały instrumenty klawiszowe obsługiwane tu przez Janusza Grudzińskiego i Krzysztofa Banasika słychać już od pierwszego na płycie, singlowego "Czterej głupcy". Bardzo fajny to numer, z prostą ale szybką grą perkusisty Mariusza Majewskiego oraz hard rockową gitarą. Jednak wyraźnie nie razi sobie tu wokalista zespołu, Kazik Staszewski, który nie nadąża za resztą muzyków. Lepiej radzi sobie z rapowaną linią wokalną w "Tata w Gestapo" o podobnym ciężarze, jednak dla mnie jest to utwór bardziej chwytliwy. Niepotrzebne jest dla mnie jednak nieoczekiwane zwolnienie.  Szybka i ciężka gra muzyków powtarza się tu wielokrotnie, bo jeszcze w bardzo fajnej "Zgrozie", "Barrum" obdarzonym wielkim koncertowym potencjałem i bazujący na niemal metalowym riffie, anglojęzyczny "Medellin", który jednak nie prezentuje się zbyt dobrze, oraz w przyjemnym i prostym "Chodź z nami".

Ogromna ilość energii i duży ciężar wspomnianych kompozycji cieszy, jednak dobrze, że grupa postanowiła urozmaicić swój krążek też innymi propozycjami. Pierwszy oddech następuje przy piosence nr 4 czyli przy utworze pod tytułem "Marność". Jest to kompozycja oparta przede wszystkim na prostej grze gitary akustycznej, wzbogacona jednak partiami także gitary basowej i elektrycznej. Przy okazji zawiera jedną z ładniejszych (co nie znaczy, że faktycznie jakąś bardzo ładną) linię wokalną na całym albumie. Potem musimy przesłuchać kolejne trzy numery, by znowu odetchnąć. Tym razem przy singlowej i przebojowej "Paradzie wspomnień", która stała się chyba największym przebojem z "Your Eyes". Mnie jednak ten kawałek nie przekonuje, ale nie przeszkadza.

Wspomniana "Parada" rozpoczyna już nie hardrockową część krążka, w której więcej odniesień mamy do wczesnych osiągnięć grupy. Może nie do końca tak jest z "Yvette", czyli "ogniskowej" piosence bazującej na raptem paru akordach i przy okazji będącej jednym z gorszych tu utworów. Nijaki jest też "Strange". Ten jednak zawiera fajny post punkowy wstęp. Bardzo często na koncertach jest grany "Generał Ferreira" znany chyba bardziej jako "Rząd oficjalny". Całkiem udany, bujający to kawałek, brakuje mi jednak bardzo dęciaków, które mogłyby zbliżyć utwór ten poziomem nawet do kompozycji z trzech pierwszych płyt Kultu. Moim ulubionym utworem z całego krążka jest jednak powolny, obdarzony prawie mrocznym wstępem "6 lat później", być może będący kolejnym kawałkiem skierowanym do żony Staszewskiego, Ani. W tym przypadku jednak zamiast jazzowych naleciałości, słyszymy ciekawe syntezatorowe motywy, które nadają nieco dyskotekowego klimatu. Ale tylko trochę, bo na parkietach raczej ten utwór by nie zrobił furory, szkoda za to, że grupa nie wykonała go na żadnym z koncertów, na których byłem.

Szósty krążek zespołu jest dosyć nierówny, tak jeśli chodzi o poziom utworów, tak także jeśli chodzi o stylistykę. Ta nierówność nie jest jednak wadą, która znacząco mi przeszkadza. Tyle udanych utworów na jednej płycie ostatni raz słyszeliśmy na "Spokojnie" i właśnie od tego krążka nie słyszeliśmy równie udanego albumu jak "Your Eyes".

7/10

Lista utworów:

  1. Czterej głupcy
  2. Tata w Gestapo
  3. Zgroza
  4. Marność
  5. Barrum
  6. Medellin
  7. Chodź z nami
  8. Parada wspomnień
  9. 6 lat później
  10. Yvette
  11. Strange
  12. Generał Ferreira

czwartek, 23 czerwca 2022

Recenzja: Lou Reed - "Lou Reed"

 

Okładka albumu "Lou Reed" Lou Reeda

Po odejściu z the Velvet Underground, Lou Reed na jakiś czas zawiesił swoją muzyczną karierę. Zajął się wtedy księgowością w firmie swojego ojca. Nie trwało to długo, bo po dwóch latach rozpoczął karierę solową wydając swój niezatytułowany debiut w 1972 roku. Jeśli chodzi o muzykę, to ta mocno kojarzy się z albumami macierzystej grupy Reeda już po odejściu Johna Cale'a.

A przynajmniej tak jest w pierwszej połowie albumu. Zarówno te bardziej energiczne numery jak bardzo chwytliwy "I can't stand It" i "Walk and talk it", jak i spokojniesze utwory w rodzaju "Going down" i "Lisa says" - który później nabiera skocznego charakteru, niepasującego do pierwszej, balladowej części- równie dobrze mógłyby wybrzmieć na "The Velvet Underground" albo "Louded". Od utworów znajdujących się na tych dwóch albumach, wspomniane wyżej kawałki różnią się żeńskimi chórkami, które momentami brzmią wręcz staroświecko, czym obniżają poziom całkiem niezłych piosenek.

Najlepsza część albumu zaczyna się moim zdaniem od "Berlin" z niespodziewanym wstępem na pianinie i to właśnie ten instrument gra tu największą rolę, mimo że z czasem kawałek nabiera pazura i słychać w nim niezłe gitarowe zagrywki. Także spokojny, lecz później nabierający energii "I love you" to początkowo utwór oparty na gitarze akustycznej, z czasem brzmiący bardziej rockowo. W tej bardziej dynamicznej części możemy wsłuchiwać się w wyrazistą partię basu, ale i Reed na swojej gitarze pokazuje masę ciekawych rzeczy. Wraz z chwytliwym "Wild Child" wracają skojarzenia z proto-punkową legendą. Za to jeszcze lepiej wypada - co prawda mniej chwytliwy niż większość zamieszczonych tu kompozycji - "Love makes you Feel" ze zgrabną melodią i udanymi partiami Reeda, zarówno wokalnymi jak i gitarowymi. Jednym z moich faworytów jest jednak "Ride into the Sun" - nietypowy na tej płycie utwór, brzmiący wręcz "glamowo". Wspomniany kawałek odrzuca jednak jedną rzeczą. Mianowicie kiepskimi chórkami. Nie najgorszy jest też finał albumu, czyli spokojny "Ocean", w którym co jakiś czas możemy wychwycić coś ciekawego, jak regularnie powtarzany perkusyjny motyw. Nie jest to jednak arcydzieło, raczej zwykła, spokojna kompozycja, która co bardziej niecierpliwych może znużyć.

Solowy debiut byłego gitarzysty the Velvet Underground spotkał się mniej więcej z takim samym przyjęciem, co albumy jego zespołu - czyli o albumie praktycznie milczano. Szkoda, album ten jest bardzo przyjemnym zbiorem to prostszych, to bardziej złożonych piosenek. Nie składają się one może w zgraną całość, ale też nie odstają mocno od siebie stylem. Tu jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej gdy swojego idola pod skrzydła weźmie sam David Bowie. Ale o tym w kolejnych recenzjach.

7/10

Lista utworów:

  1. I can't stand It
  2. Going down
  3. Walk and talk it
  4. Lisa says
  5. Berlin
  6. I love you
  7. Wild Child
  8. Live makes you Feel
  9. Ride into the Sun
  10. Ocean

wtorek, 14 czerwca 2022

Recenzja: The Velvet Underground - "Loaded"

 

Okładka albumu "Louded" zespołu The Velvet Underground

Na "Loaded", czyli czwartym studyjnym krążku proto-punkowej legendy, the Velvet Underground kontynuuje kierunek obrany na poprzednim albumie. Tak jak tam, płyta składa się przede wszystkim z melodyjnych, w większości całkiem przyjemnych, choć niekoniecznie dobrych utworów. W przeciwieństwie do poprzednika jednak, te w większości wypadają zwyczajnie słabiej, a także na "Loaded" brakuje jakiegoś eksperymentalnego kawałka, a taką rolę pełnił na "The Velvet Underground" genialny "The Murder Mystery", który poziom tamtego krążka znacząco podwyższył. Tu niestety tego brakuje, przez co album jako całość jest jedynie średni.

Jeszcze pierwsza połowa płyty daje spore nadzieje. Singlowe "Sweet Jane" i "Rock and Roll" to dla mnie najlepsze momenty całego albumu, a także jedne z lepszych utworów zespołu jeśli chodzi o tą bardziej piosenkową część ich twórczości. Całkiem udane jest też otwierające całość "Who loves the Sun" nasuwająca spore skojarzenia z twórczością the Beatles, w którym za warstwę wokalną odpowiada Doug Yule. Na tle całości niezły jest również ozdobiony podwójnym wokalem "Cool It Down" - prosty, ale też energiczny. Spory potencjał miała także zaśpiewana przez Yule ballada "New Age" mocno wyróżniającą się na tle reszty utworów. Czuję jednak niedosyt, że grupa nie wykorzystała w pełni potencjału drzemiącego w tej kompozycji.

Druga połowa płyty, to już niestety znacznie bardziej nijakie i średnie utwory. Zaczynając od "Head held high" z zadziornym wokalem Rou Reeda, a kończąc na spokojnym "Oh! Sweet Nuthin'" z wokalem Douga Yule i naleciałościami country, każdy z pięciu utworów strony B mocno nuży, a umieszczenie ich jeden po drugim było bardzo złym pomysłem. No dobra, jest jeszcze "Train Round the Bend" z dobrymi wybijającymi się na pierwszy plan partiami gitary, ale to tyle z ciekawszych rzeczy drugiej połowy "Loaded". Za najsłabsze kawałki  uważam kolejny inspirowany muzyką country i zaśpiewany przez Yule "Lonesome Cowboy Bill" i zbyt przestarzały jak na rok 1970 "I found a Reason" z idiotycznym "pa pa pa".

Czuć, że na czwartym albumie grupy, formuła zaczęła się wyczerpywać: dobrego materiału starczyło by co najwyżej na EPkę, a najbardziej rozpoznawalny członek zespołu prawdopodobnie miał w głowie coraz więcej myśli o odejściu, co zresztą uczynił krótko po nagraniu albumu. O ile gitarzysta na rozstaniu wyszedł całkiem korzystnie nagrywając co najmniej dwa bardzo ciekawe albumy, tak grupa radziła sobie coraz gorzej tracąc właściwie najważniejszego muzyka.

5/10

Lista utworów:

  1. Who loves the Sun
  2. Sweet Jane
  3. Rock and roll
  4. Cool It Down
  5. New Age
  6. Head held high
  7. Lonesome Cowboy Bill
  8. I found a Reason
  9. Train Round the Bend
  10. Oh! Sweet Nuthin'

niedziela, 12 czerwca 2022

Recenzja: Kult - "45-89"

 

Okładka albumu "45-89" zespołu Kult

Piąty studyjny krążek Kultu był pierwszym (nie licząc debiutu) albumem grupy, który swojego tytułu nie przejął bo nazwie jednego z utworów na poprzedniej płycie. Czy to jedyna zmiana jeśli chodzi o kierunek, w jakim zaczęła podążać grupa? Niestety, ale polski zespół coraz bardziej odchodził od swojego oryginalnego stylu czerpiącego garściami z post punku, psychodeli, jazzu czy muzyki orientalnej idąc zarazem w kierunku prostszego, bardziej przystępnego w teorii rocka, co ekipa Kazika zapoczątkowała już na "Kasecie". Nie był to dobry kierunek i w rezultacie "45-89" to najsłabsza płyta zespołu do tamtej pory.

Od swojej eksperymentalnej strony grupa pokazuje się właściwie tylko w tytułowym kawałku na samym starcie albumu. "45-89" składa się przede wszystkim z sampli z różnych wystąpień nawiązujących do upadku komunizmu w Polsce, a całość wspierana jest przez sekcję rytmiczną w stylu disco. Może to bardzo oryginalne nagranie, szczególnie na naszym rynku, ale sam utwór nie podoba mi się ani trochę. Nie za bardzo rozumiem też po co zespół umieścił tu krótkie gitarowe wstawki z takich utworów jak "Smoke on the Water" i "Paranoid".

Najlepiej z całej płyty prezentują się dwa utwory. Nowofalowa "Komuna mentalna" zawiera wyrazisty jak zwykle bas i dużą rolę zarówno klawiszy jak i gitary. Nie uświadczymy tu za to partii instrumentów dętych, które były istotnym elementem muzyki Kultu na trzech pierwszych albumach. Warto wspomnieć za to o zgiełkliwym solo gitarzysty, co jest czymś nowym w twórczości grupy. Moim faworytem natomiast jest oparty na prostej grze perkusji "Wysłannik". Sam utwór może nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym, a mimo to ciężko się oderwać od transowego klimatu. Przyzwoity poziom trzyma jeszcze ozdobiona poruszającym tekstem "Totalna militaryzacja", rolę wypełniacza natomiast pełnią "Studenci" z agresywnymi zwrotkami, za to banalnym refrenem. Całości na pewno nie polepsza nudnawy fragment z udziałem akordeonu.

Po raz kolejny zespół zdecydował się na umieszczenie na albumie utworów zaśpiewanych po angielsku, z których najlepiej wyszły dwa najbardziej zadziorne utwory z płyty - niemal hardrockowy "Angelo Jacopucci" z krótkim solo perkusyjnym oraz bujający, trzyminutowy "Brasil". Oba kawałki zawierają zbliżone do siebie, quasi-rapowane linie wokalne. Dwa ostatnie utwory z płyty, czyli "Your Eyes" w stylu glamowych grup z lat 80. oraz nawiązujący do southern rocka "I Wish U were" z udziałem harmonijki, to już nijakie kawałki pełniące rolę wypełniaczy.

Kult po zawieszeniu działalności między wydaniem "Spokojnie", a "Kasety" wciąż nie potrafił nawiązać do swoich pierwszych trzech świetnych albumów, a nawet znacznie loty obniżał. Co prawda znajdziemy tu jakieś przebłyski, jednak nawet te lepsze utwory prawdopodobnie ani trochę nie podwyższyły by poziomu albumów nr 2 i 3, a być może nawet ustępującemu im debiutu.

6/10

Lista utworów:

  1. 45-89
  2. Komuna mentalna
  3. Studenci
  4. Wysłannik
  5. Totalna militaryzacja 
  6. Angelo Jacopucci
  7. Brasil
  8. Your Eyes
  9. I Wish U were 

piątek, 3 czerwca 2022

Recenzja: The Velvet Underground - "The Velvet Underground"

 

Okładka albumu "the Velvet Underground" zespółu the Velvet Underground

The Velvet Underground na swoich dwóch pierwszych albumach świetnie łączył piosenkowe melodie z eksperymentalną grą, przede wszystkim gitarzysty Lou Reeda. Na trzecim albumie, już po odejściu Johna Cale'a, grupa z eksperymentów zrezygnowała niemal całkowicie. Każdy utwór, poza jednym, to zgrabnie napisane przyjemne piosenki, raz łagodne, raz bardziej zadziorne, ale w każdym przypadku mający świetne melodie.

Te łagodniejsze momenty mają prawo kojarzyć się z piosenkami z debiutu. Oczywiście na tej płycie wokalu Nico nie usłyszymy, ale kompozycje są dosyć zbliżone do siebie. Idealnym na to przykładem jest bardzo ładne "Candy says". Reszta albumu natomiast już aż tak oczywistych skojarzeń nie przynosi, ale ciężko szukać tu czegoś nowatorskiego. Jedynym typowo "nowym" utworem jest najdłuższy na płycie "The Murder Mystery ". To co się tu dzieje jest wprost niesamowite. W trans wprowadzają hipnotyzujące partie instrumentalne, za to w połączeniu z nakładającymi się na siebie ścieżkami wokalnymi (zawierającymi inne słowa), utwór robi się jakby futurystyczny, wciągający...no i genialny, po prostu genialny.

Pozostałe utwory nie stoją na aż tak wysokim poziomie, nie mniej to bardzo dobre nagrania. Sporo energii zawierają "What goes on" z super melodią czy "Beggining to see the Light" zawierający jak na ten album sporo zmian tempa. Ciekawe są też fragmenty gdy Reed to ścisza, to za moment nieco podnosi głos.

Ciężko nie zachwycić się obecnymi na albumie balladami. "Pale blue eyes" urzeka swoją prostotą i ładną melodią. "Jezus" to także spokojny numer, ale zawierający kilka zaostrzeń. W niektórych fragmentach Reed jest wspomagany wokalnie przez innego z muzyków. Bardzo podoba mi się też prosty numer "After hours", który kończy ten i album jest jedyną tu kompozycją w której słychać samodzielny, kobiecy wokal, za który odpowiada Maureen Tucker.

Całości dopełniają dwa utwory, które nie zachwycają mnie jakoś mocno, ale prezentujące niezły poziom. Mowa o "I'm set free" utrzymanym w średnim tempie oraz najkrótszym na płycie "That's the Story of My Life"

Trzeci album zespołu jest znacznie łatwiejszy w odbiorze od dwóch poprzednich krążków i przez to może być dobrym początkiem na zapoznanie się z twórczością zespołu. Jednak mimo udanych kompozycji czuć że czegoś tu brak. Utwory ma dwóch pierwszych płytach the Velvet Underground oprócz chwytliwych melodii wprowadzały do muzyki coś nowatorskiego i ciekawego. Tutaj takie nowatorstwo usłyszymy jedynie w "the Murder Mystery". Niemniej i z resztą albumu warto się zapoznać.

8/10

Lista utworów:

  1. Candy says
  2. What goes on 
  3. Some kinda love
  4. Pale blue eyes
  5. Jezus
  6. Beggining to see the Light
  7. I'm set free
  8. That's the Story of My Life
  9. The Murder Mystery
  10. After hours

piątek, 27 maja 2022

Recenzja: Kult - "Kaseta"

 

Okładka albumu "Kaseta" zespołu Kult

Na krótko po wydaniu świetnego "Spokojnie" zespół Kult zawiesił tymczasowo działaność - na zagraniczną emigrację udał się lider zespołu, Kazik Staszewski. Przerwa w działalności nie trwała długo, bo już w 1989 roku, czyli rok po ukazaniu się trzeciego albumu grupy, zespół wydał swoją czwartą studyjną płytę. Znacząco jednak przez ten czas zmieniła się stylistyka grupy. Zespół odszedł od swojego charakterystycznego eklektycznego stylu na rzecz prostszego rocka urozmaiconego jedynie partiami instrumentów dętych, chociaż i te są bardziej ubogie niż na trzech poprzednich krążkach. Mimo że "kaseta" znacznie ustępuje każdemu z poprzednich krążków, to wciąż jest to dobra płyta.

"Przemówienie z dnia siódmego, roku bieżącego" - kto był kiedyś na koncercie zespołu, na pewno poczuł energię jaką te kilka słów wywołuje wśród publiczności gdy Kult zaczyna grać swój największy przebój z tego albumu pod tytułem "Po co wolność". Sam utwór uwielbiam, za prostą ale nośną melodię, a Kazik po raz kolejny pokazuje klasę jako tekściarz, pisząc liryki, które (niestety) po ponad 30 latach wciąż są niepokojąco aktualne.

Żaden inny z obecnych utworów nie zdobył takiej popularności, ale komercyjny potencjał ma także przebojowy, choć trochę za długi "Oni chcą Ciebie" albo energiczny "Tut" ze zwrotkami mającymi coś wspólnego z tymi bardziej orientalnymi utworami z poprzedników. Do udanych utworów zaliczyłbym "Czekając na królestwo J.H.W.H. nawiązującą do stylistyki reggae i muzyki orientalnej, chociaż w innych fragmentach. W powyższym utworze jedną z większych ról na płycie pełnią dęciaki, chociaż trudno szukać podobieństw do ich partii z płyt sprzed zawieszenia działalności.

Warte uwagi są jeszcze trzy kawałki. Pierwszy z nich to najbardziej nawiązujący do wcześniejszej działalności "Londyn" z początkiem złożonym z subtelnej partii pianina, basu i bardzo prostego podkładu perkusyjnego. Klimat jednak szybko pryska, gdy wchodzą instrumenty dęte. Nie znaczy to jednak, że reszta utworu jest słaba. Mimo bardziej wesołego nastroju nagranie jest coraz lepsze im dłużej trwa. Także ciekawe są dwa następujące po "Londynie" kawałki - eksperymentalna, "dzika" "Kwaska" oraz "Fali". Ten ostatni jednak robi się ciekawy dopiero po około trzech minutach, do tamtej pory jest to raczej monotonne nagranie choć oparte na ciekawym riffie- tyle, że ten po jakimś czasie także nuży.

Nie podobają mi się natomiast dwa utwory zaśpiewane po angielsku. Kazik nie radził sobie z tym językiem już przed emigracją i teraz co prawda jest nieco lepiej, ale wolę gdy Staszewski śpiewa po polsku. "Dzieci wiedzą lepiej" z szybką, rapowaną partią wokalną jest zbyt "wakacyjny" i nijaki, za to "Jaką cenę możesz zapłacić" razi słabym klawiszowym tłem. Czasami w tle słychać też kakofinię, ale utwór nie staje się przez to lepszy.

Całości dopełnia koncertowe wykonanie jednego z największych Uriah Heep - "July Morning" (tutaj z polskojęzycznym tytułem "Lipcowy poranek") umieszczony na reedycji CD. Polskiej grupie nie można odmówić masy energii jaką włożyli w wykonanie, jednak to jedyny aspekt, w którym góruje nad oryginałem. Jeśli chodzi o świetny klimat, to brytyjska grupa znacznie przewyższyła Polaków, tak samo ma się sprawa wokalu- Kazik znowu średnio poradził sobie z angielskim tekstem. Mimo to uważam tę próbę za udaną.

"Kaseta" może mocno zniechęcić fanów wszesnych albumów zespołu, którzy pokochali Kult za swój oryginalny styl, dzięki czemu nagrania bardziej przebojowe posiadały swój charakter. Może za to się spodobać mniej wybrednym fanom, którym melodyjny, przy tym nie jakiś tragicznie kiczowaty rock wystarcza do szczęścia. Sam może nie postawił bym płyty w ścisłej czołówce ulubionych albumów Kultu, ale co jakiś czas fajnie jest go posłuchać.

7/10

Lista utworów:

  1. Oni chcą ciebie
  2. Londyn
  3. Kwaska
  4. Fali
  5. Dzieci wiedzą lepiej
  6. Jaką cenę możesz zapłacić
  7. Tut
  8. Czekając na królestwo J.H.W.H.
  9. Po co wolność
  10. Lipcowy poranek