Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metal. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2022

Recenzja: Metallica - "Hardwired... To Self-Detruct"

Okładka albumu "Hardwired... To Self-Detruct" zespołu Metallica

Fani Metalliki z pewnością muszą się wykazywać cierpliwością. Ich ukochany zespół lubi zrobić sobie dłuższą przerwę między kolejnymi albumami, a między dwoma (jeszcze) ostatnimi krążkami minęło 8 lat. Często słyszy się opinie, że jest to najcięższy album od czasów debiutu. Takie stwierdzenie dla mnie jest bardzo przesadzone, a przez wygładzone brzmienie nie brzmi jakoś mocniej niż "Death Magnetic" o "St. Anger" i albumach nr 2,3 i może 4 nie wspominając. Czy brzmienie jest wadą czy może zaletą, to raczej subiektywne odczucie, jednak muzycy na tym albumie podążyli nie do końca słuszną drogą, którą wybrało też choćby Iron Maiden, czyli niepotrzebne wydłużanie kompozycji.

Najbardziej zwięzły, ale też nie wyróżniający się jakoś mocno jest agresywny otwieracz trwający około 3 minuty. Być może kawałek ten prezentował by się lepiej z bardziej surowym brzmieniem z trzech pierwszych albumów zespołu. "Hardwired" jest najsłabszym kawałkiem z pierwszej płyty (album jest dwupłytowy) obok "Dream No More" nasuwającym lekkie skojarzenia z "Sad But True", jednak nie tak udanym i sztucznie przedłużanym. Nie pomaga też tutaj wokal, który brzmi jak lekko przetworzony. Znacznie lepiej wypadają posiadający dosyć przebojowym refren "Atlas, Rise", także przebojowy - jeden z moich faworytów - "Moth into Flame" oraz posiadający kroczący riff "Now That We're Dead". Każdy z tych trzech utworów został zresztą wydany na singlach, podobnie jak otwieracz i kończący pierwszą płytę "Halo on Fire". Ten ostatni to chyba moja ulubiona kompozycja z całego albumu. Jest to półballada posiadająca udane zaostrzenia, szczególnie mocno podoba mi się końcówka utworu.

Druga płyta jest już mniej ciekawa, ale znajdą się tu utwory solidne. Najlepiej wg mnie wypadają dwa ostatnie utwory na płycie: "Murder One" i najbardziej agresywny "Spit Out The Bone". Całkiem nieźle wypada też chwytliwy "Confusion" oraz "Here Comes Revenge" oba jednak ponownie są za długie, a ten drugi dodatkowo posiada wstęp dosyć mocno zalatujący "Lepper Messiah" z "Master od Puppets". Bardziej nijako za to prezentują się "ManUNKind" i kojarzący się z "Loadami" "Am I Savage".

Ostatni do tej pory album pionierów thrash metalu na pewno nie jest takim na takim poziomie co pierwsze 5-6 albumów zespołu. Znajdziemy tu kilka ciekawych, agresywniejszych ale też bardziej stonowanych utworów. Szkoda jednak, że muzycy postanowili niepotrzebnie tak przedłużać swoje utwory i w rezultacie cały album. Gdyby zrezygnować z dwóch kawałków o których pisałem w poprzednim akapicie oraz skrócić pozostałe, to powstałby całkiem dobry w swojej stylistyce niespełna godzinny album. Niestety członkowie Mety postanowili inaczej, przez co przychodzą momenty, że ma się ochotę wyłączyć płytę (zwykle tą drugą).

6/10

Lista utworów:

  1. Hardwired
  2. Atlas, Rise
  3. Now That We're Dead
  4. Moth into Flame
  5. Dream No More
  6. Halo on Fire
  7. Confusion
  8. ManUNKind
  9. Here Comes Revenge
  10. Am I Savage
  11. Murder One
  12. Spit Out The Bone 

poniedziałek, 12 grudnia 2022

Recenzja: Black River - "Black River"

Okładka albumu "Black River" zespołu Black River


Gdy grupa zaprzyjaźnionych muzyków znanych z różnych projektów postanawia wspólnie coś nagrać efekty bywają różne. Jedna z takich suoergrup powstała pod koniec pierwszej dekady XXI wieku w naszym kraju, kiedy siły połączyli (właściwie ponownie, bo wcześniej artyści ci tworzyli wspólnie grupę Neolithic) wokalista Maciej Taff, gitarzyści Kay i Art, perkusista Daray i basista Orion. Taki skład wywołał niemałe emocje, bo siły ponownie połączyli muzycy znani przede wszystkim z takich grup jak Behemoth, Hunter czy kultowy choć już zapomniany Rootwater.

Biorąc pod uwagę jacy muzycy stworzyli Black River, można było się spodziewać, że zespół ten będzie tworzył muzykę Death lub Black metalową. Nic bardziej mylnego. Członkowie zespołu graną przez siebie muzyke nazywają Black 'N' Rollem, choć tego "blacku" tu nie słychać, a jeśli porównać ją do jakiegoś znanego na świecie zespołu, to można nazwać ją nieco mocniejszym Motorhead. Tak jak w grupie Lemmiego, tak i tutaj muzycy tworzą melodyjną, surową i ciężką zarazem muzykę, nie siląc się przy tym na próby stworzenia czegoś bardziej skomplikowanego. Utwory w rodzaju "Negative", "Night Lover" i "Crime Scene" to wpadające w ucho rockery nie ograniczające się jednak do grania w kółko jednego motywu. Słabiej wypadają przede wszystkim dwa kawałki: "Street Games" i "Punky Blonde", które także nie są złe, ale najszybciej wypadają z głowy.

Cały album trzyma dosyć równy poziom i mimo opierania się w większości na tym samym pomyśle, to utwory nie brzmią tak samo. Szczególnie jednak wyróżnić trzeba największy hit zespołu, czyli oparty na świetnej linii basowej, chwytliwy "Free Man", zawierający sporo fajnych motywów mimo krótkiego czasu trwania "Fight" oraz "Fanatic" z bardzo przebojowym refrenem. Najbardziej na tle całości wyróżnia się jednak ponury i utrzymany w średnim tempie "Silence", który wywołuje u mnie ciarki cały czas, mimo wielokrotnego słuchania. Wcale nie gorzej wypada też akustyczna wersja tego utworu zamieszczona na samym końcu płyty.

Debiut Black River to na pewno nie jest szczyt ambicji muzyków. Ci chcieli się tylko oderwać od grania trudniejszej muzyki w swoich głównych projektach na rzecz prostego i trzeba przyznać, że przystępnego grania. Muzykę tu zawartą można stosować śmiało jako tło do codziennych czynności, bo nie wymaga większego skupienia, a mimo to może przynieść sporo radości fanom mocniejszego rocka.

7/10

Lista utworów:
  1. Negative
  2. Free Man
  3. Night Lover
  4. Street Games
  5. Punky Blonde
  6. Crime Scene
  7. Fight
  8. Silence
  9. Fanatic
  10. Silence (wersja akustyczna)

środa, 7 grudnia 2022

Recenzja: Alice in Chains - "Dirt"

Okładka albumu "Dirt" Alice in Chains

W 1992 roku grunge był już zjawiskiem popularnym na całym świecie. Do czasu wydania drugiego długograja Alice in Chains, muzyczny świat zachwycał się już "Ten" Pearl jam, "Batmorfinger" Soundgarden, "Apple" Mother Love Bone czy przede wszystkim "Nevermind" Nirvany. A nie bez echa przeszły także wcześniejsze wydawnictwa właśnie opisywanego zespołu, wspomnianych Soundgarden i Nirvany czy debiut The Smashing Pupkins. Biorąc pod uwagę popularność nowego podgatunku, "Dirt" był skazany na sukces. I faktycznie go osiągnął, i to całkowicie zasłużenie, bo muzyka tu zawarta to jedna z najlepszych rzeczy jakie powstały w latach 90.

Album zaczyna się od dwóch mocnych, przebojowych uderzeń. Zarówno "Them Bones" jak i bardziej rozpędzony "Dam That River" to świetne, łączące ciężar ze świetnymi melodiami utwory, w których błyszczą zarówno instrumentaliści, jak i wokalista grupy. A potem jest już (prawie) tylko lepiej. Najpierw otrzymujemy jeden z najciekawszych utworów w twórczości grupy, mroczny "Rain When I Die", który jeszcze bardziej niż utwory z debiutu przywodzą ma myśl Black Sabbath, a później słyszymy jeden z największych hitów "Alicji", spokojniejszy ale zawierający zaostrzenia w refrenie "Down in a Hole".

Potem słyszymy dość porąbany "Sickman" z partią Staleya kojarzącą się z człowiekiem chorym psychicznie, wręcz obłąkanym, jednak potem poziom nieco na moment spada, bo "Rooster" mimo niezłego klimatu, szybko się nudzi, a trwa dosyć długo. Wciąż jednak jest to jeden a najbardziej znanych utworów zespołu. Później znowu wskakujemy na wysoki poziom za sprawą sabbathowego "Junkhead" oraz utrzymanego w średnim tempie utworu tytułowego z ciężkim ale melodyjnym riffem.

Nawet najprostszy na całym krążku "God Smack" nie odstaje zanadto poziomem od reszty. Sam utwór posiada zresztą fajną linię basową, a tuż po nim, często na tej samej ścieżce możemy usłyszeć niezatytułowaną miniaturę z udziałem Toma Arayi ze Slayera. Końcówka albumu to także udany materiał z jedną prawdziwą bombą. "Hate to Feel" to wolno kroczacy utwór z jakby zrezygnowanym wokalem Staleya, a  "Angry Chain" aż kipi mrokiem w zwrotkach, żeby w refrenie zmienić się w przebojowy numer. Pod względem przebojowości nic jednak nie przebija genialnego finału albumu w postaci "Would?". Kawałek ten słusznie cieszy się największą popularnością w katalogu grupy, a także jest jednym z najbardziej znanych utworów w całym gatunku. Dzięki świetnej basowej linii, bardzo udanej partii wokalnej oraz przebojowemu refrenowi, numer ten jest bliski ideału.

"Would?" bliskie jest doskonałości, ale cały album to dzieło niesamowicie spójne, stojące prawie przez całą długość na bardzo wysokim poziomie. Jest to absolutny klasyk w całym podgatunku, ale tak naprawdę można nazwać go klasykiem całej, jakże szerokiej muzyki rockowej. 

10/10

Lista utworów:

  1. Them Bones
  2. Dam That River
  3. Rain When I Die
  4. Down In a Hole
  5. Sickman
  6. Rooster
  7. Junkhead
  8. Dirt
  9. God Smack
  10. Hate To Feel
  11. Angry Chain
  12. Would?

piątek, 2 grudnia 2022

Recenzja: Gojira - "From Mars to Sirius"

Okładka albumu "From Mars to Sirius" zespołu Gojira

Trzeci album Francuskiego zespołu był sporym przełomem w twórczości Gojiry. Krążek ten na pewno przyniósł grupie większą rozpoznawalność, jednak przełom ten widoczny jest też w muzyce. Członkowie Gojiry już od pierwszego albumu zdradzali ambicje by nie nagrywać zwykłej, ciężkiej, metalowej nawalanki, lecz tworzyć w miarę możliwości coś bardziej ambitnego. O ile na dwóch pierwszych krążkach jeszcze nie zawsze to wychodziło, tak na trzeciej płycie Francuzów słychać już znaczny progres, a sam album można określić mianem koncepcyjnego.

Koncept ten słyszalny jest przede wszystkim w warstwie tekstowej, jednak i muzycznie jest bardzo spójnie, a jedynym zdecydowanie nie pasującym tu utworem  jest "World to Come" bardziej nawiązujący do retro rocka za sprawą gitarowego riffu. Brzmi to w miarę ciekawie ale w pewnym momencie utwór się nudzi. 

Reszta kompozycji to już typowe ciężkie, ale niepozbawione świetnych, interesujących riffów, udanych melodii i zmian motywów utworów w rodzaju "Ocean Planet", "Blackbone", "Where Dragons Dwell", "The Heaviest Matter of the Universe" czy "In the Wilderness" albo "To Sirius". Niestety nie wszystkie z tych utworów trzymają równie wysoki poziom co rewelacyjny "Flying Wales" łączący agresję ze świetną techniką muzyków i zapamiętywalną melodią. I tu jednak nie jest idealnie, bo klimatyczny wstęp z odgłosami waleni jest stanowczo za długi.

Na szczęście żeby nie było zbyt jednorodnie, członkowie zespołu zadbali o to aby kilka nagrań wyróżniało się czymś na tle agresywnych kompozycji. "Unicorn" to chociażby wyciszający, dwuminutowy utwór instrumentalny, "From Mars" wyróżnia się czystym śpiewem Joe Duplantier, a w "The Warning" główny riff bardziej przypomina heavy niż death metal.

"From Mars to Sirius" to dowód na to, że Gojira starała się rozwijać. Oczywiście wciąż nie jest to dzieło idealne, a słuchaczom nieprzyzwyczajonym do ciężkiego grania może przeszkadzać agresja z jaką zagrane są te utwory. Jednak nie bez przyczyny zespół ten nazywany jest jednym z najważniejszych we współczesnym metalu, a także jednym z  najbardziej nowatorskich.

7/10

Lista utworów:

  1. Ocean Planet
  2. Blackbone
  3. From the Sky
  4. Unicorn
  5. Where Dragons Dwell
  6. The Heaviest Matter of the Universe
  7. Flying Wales
  8. In the Wilderness
  9. World to Come
  10. From Mars
  11. To Sirius
  12. Global Warning 

środa, 23 listopada 2022

Recenzja: Iron Maiden - "The X Factor"

Okładka albumu "The X Factor" zespołu Iron Maiden

Dziesiąty studyjny album Iron Maiden to jedna z najbardziej kontrowersyjnych oraz wywołujących najbardziej skrajne emocje płyt zespołu. Po opuszczeniu grupy przez uwielbianego przez fanów Bruce'a Dickinsona, reszta członków musiała znaleźć kogoś na jego miejsce. Wybór padł na nieznanego Blaze'a Bayleya. I wybór ten był bardzo kontrowersyjny, bo ten dysponował zupełnie innym głosem niż Dickinson i nie mógł za bardzo poradzić sobie z częścią nagranych z poprzednim wokalistą utworów. Zupełnie inna jest też sama muzyka. Daleko jej do czegokolwiek co Iron Maiden nagrało do tamtej pory, a mrok i depresja głównego kompozytora, Steve'a Harrisa, wylewa się z albumu na każdym kroku.

Pierwsze dźwięki "Sign Of The Cross" sugerują, że będzie to płyta zupełnie inna niż do tej pory. Bo kto spodziewał się, że Iron Maiden otworzy album kilkunastominutową kompozycją i to w dodatku rozpoczynającą się niepokojącym, jakby obrzędowym wstępem? Dopiero po minucie pojawiają się pierwsze dźwięki instrumentów, a następnie wokal Bayleya, który w pierwszych sekundach brzmi całkiem udanie. Dopiero gdy muzycy przyspieszają, na wierzch wychodzą braki w technice nowego wokalisty, ale nie jest też tak tragicznie jak często się sugeruje. A co do samej kompozycji to ta jest bardzo udana mimo bardzo długiego czasu trwania. Jak zwykle świetnie wypada tutaj bas Harrisa, a chemia między Murrayem, a Geersem wyraźnie się zwiększyła.

Następnie muzycy serwują nam dwa najszybsze i najbardziej "Maidenowe" utwory. W obydwu kompozycjach czuć jednak obecny na całym albumie mrok i chłód. Zarówno "Lord Of The Flies" jak i "Man on the Edge" mają całkiem udane melodię, jednak brzmienie szkodzi szczególnie temu drugiemu. Za to w pierwszym nieźle wypada Bayley. 

Później jednak ponownie dostajemy serię bardziej klimatycznych i ponurych kawałków. W "Fortunes of War" słyszymy udane solówki gitarowe, które tutaj pasują znacznie bardziej niż w epickim otwieraczu, a takie "Look for the Truth" to jedna z najlepszych kompozycji na albumie. Początkowo ponury i powolny, z czasem nabiera mocy i chwytliwości serwując nam jedną z najbardziej zapamiętywalnych melodii na całym albumie. Udanie wypada także "The Aftermath" z ponownie nawet udaną partią wokalną i solami gitarzystów, za to wyraźnie słabiej wypada najgorszy na albumie, radosny "Judgement of Heaven" oraz "Blood on the World's Hands" z banalnym refrenem. Do słabszych należy też finałowy, mniej ponury "The Unbeliever", w którym mnogość motywów mocno zaburza spójność. Za to "2 AM" z emocjonującymi solówkami i szczególnie "The Edge of Darkness" to już kompozycje zdecydowanie bardziej udane.

"The X Factor" na pewno nie jest najrówniejszą płytą zespołu, ale spójność tę zakłócają przede wszystkim trzy utwory. Reszta zarówno pod względem klimatu jak i poziomu tworzy dosyć zgrabną całość. Pewnie o wiele większą popularność album ten zyskał by z Dickinsonem za mikrofonem lub innym topowym wokalistą. Bayley wprawdzie tak jak wspomniałem nie wypada tu bardzo źle, ale na pewno daleko mu do poprzednika. Słychać też wyraźnie jak często męczy się śpiewając niektóre utwory. Mimo jednak tych wad, dziesiąty krążek żelaznej dziewicy należy do czołówki moich ulubionych albumów grupy.

8/10

Lista utworów:

  1. Sign Of The Cross
  2. Lord of the Flies
  3. Man on the Edge
  4. Fortunes of War
  5. Look for the Truth
  6. The Aftermath
  7. Judgement of Heaven
  8. Blood on the World's Hands
  9. The Edge of Darkness
  10. 2 AM
  11. The Unbeliever 

poniedziałek, 14 listopada 2022

Recenzja: Metallica - "Death Magnetic"

Okładka albumu "Death Magnetic" zespołu Metallica

"Death Magnetic" to kolejny już po "loudach" i "St Anger" wywołujący bardzo skrajne emocje album kalifornijskiej czwórki. Po fatalnym przyjęciu tego ostatniego zespół zdał sobie sprawę, że wciąż eksperymentując nie uzyskają przychylności fanów. Hetfield, Hammet i Urlich wraz z nowym basistą, Robem Trujillo, podjęli decyzję o powrocie do swojego najlepszego w karierze okresu, czyli gdy nagrali "Ride the Lightning", "Master of Puppets" i "...and Justice for All".

Tyle, że sam album nie jest tak udany jak trzy powyższe. Zespół po raz kolejny poszedł bardziej w ilość niż w jakość. Krążek trwa ponad godzinę, średni czas trwania każdego z 10 utworów wynosi około 7 minut, a motywy w nich zawarte - pomimo, że często bardzo fajne - pozlepiane są momentami bez żadnego ładu. Sama budowa albumu sugeruje także, że muzycy mocno wzorowali się na płytach ze swojego najlepszego okresu i tak jak "Fight fire With Fire", "Battery" i "Blackened", tak "That was Just Your Life" to rozpędzony, thrashowy otwieracz z łagodniejszym wstępem. Jako czwarta występuje półballada "The Day That Never Comes" mocno jednak ustępująca "Fade to Black", "One" i "Welcome Home (Sanitarium)". A mówiąc wprost jest po prostu nijaka, choć początek był w miarę obiecujący. Innym oczywistym nawiązaniem jest długi instrumental "Suicide & Redemption" mający swoje dobre momenty ale nie dorównujący pierwowzorom. Także końcówka albumu jest podobna do finału trzeciego i czwartego albumu, bo zespół serwuje nam najbardziej agresywny na płycie "My Apocalypse". Nie jest to może najlepszy moment albumu ale wypada nieźle.

Na tle całości wyróżniają się przede wszystkim dwa utwory: łączący duży ciężar ze świetną melodią i udanymi partiami nowego basisty "Cyanide", a także klimatycznie się rozpoczynający "All Nightmare Long" ze świetnym, chyba najbardziej zapadającym w pamięci refrenem. Oba te kawałki cieszą się zresztą największą popularnością na koncertach Metalliki. Nieźle brzmią też posiadający fajne riffy "The End of the Line" oraz ciężki ale melodyjny "Broken, Beat & Scarred". Ten ostatni jednak jest zanadto rozwleczony. Blado wypada za to "Unforgiven III" ze wstępem na pianinie oraz "The Judas Kiss". Ten ostatni jest szczególnie słaby.

"Death Magnetic" to z jednej strony dla wielu fanów powrót do najbardziej przez nich lubianej stylistyki ukochanego zespołu, ale z drugiej to tylko zbiór solidnych, ale mało wyróżniających się utworów. To co Metallica zagrała na tym albumie, było już wykonane lepiej 20 lat wcześniej. Do tego na koniec przyczepić się muszę do członka, do którego zawsze najwięcej jest pretensji, czyli do Larsa Urlicha. O ile w przeszłości jego partie wcale nie były takie tragiczne jak się mówi, tak tutaj jego gra jest banalnie prosta, a to że perkusja tak mocno wybija się tu na wierzch pogarsza słuchanie albumu.

6/10

Lista utworów:

  1. That was Just Your Life
  2. The End of the Line
  3. Broken, Beat & Scarred 
  4. The Day That Never Comes
  5. All Nightmare Long
  6. Cyanide
  7. Unforgiven III
  8. The Judas Kiss
  9. Suicide & Redemption 
  10. My Apocalypse 

czwartek, 10 listopada 2022

Recenzja: Alice in Chains - "Facelift"

Okładka albumu "Facelift" zespołu Alice in Chains

Alice in Chains to jeden z przedstawicieli tak zwanej Wielkiej Czwórki Seattle. I zarazem prawdopodobnie ten najmniej znany, a mimo to niezwykle interesujący. Muzycy znacząco odcinali się od nadanej im łatki "grunge", ale prawda jest taka, że muzyka, którą tworzyli idealnie pasuje do definicji tego gatunku. A jednak grupa wypracowała swój rozpoznawalny styl oparty na ponurych, ciężkich riffach Jerrego Cantrella, charakterystycznym wokalu Layne'a Staleya oraz współpracy wokalnej tych dwóch panów.

Mimo ciężaru i ponurego charakteru kompozycji, Staley i spółka nie zapominali aby nadać swoim utworom bardziej przebojowego charakteru. Pierwsze dwa kawałki ma albumie czyli "We Die Young" i "Man in the Box" posiadają świetne zapadające w pamięci melodię, szczególnie w refrenach. Oba oparte są na świetnych, ciężkich ale melodyjnych riffach i zawierają genialne partie wokalne Staleya.  Także bardzo chwytliwe, choć nie tak udane są "It Ain't Like That" oraz "Put You Down".

Sporo przebojowego charakteru, choć połączonego z bardziej depresyjnym, dusznym klimatem posiadają "Sea of Sorrow", "Bleed it Freak" i "Can't Remember". Pod względem klimatu nic jednak nie przebija genialnego"Love Hate Love" z jedną z najlepszych partii wokalnych Layne'a w karierze. Niezły klimat początkowo miało też "Real Thing", ale gdy utwór przyspiesza, traci to "coś". Fajna jest też ballada "Confusion" oraz czerpiący z funku "I Know Somethin (Bout You)". Najgorzej natomiast z całego albumu wypada wg mnie "Sunshine".

"Facelift" to dowód na to, że muzycy Alice in Chains od samego początku mieli głowę do świetnych melodii, a także, że potrafią swoje inspiracje przebić na swój własny charakterystyczny styl. Debiut grupy wypadł bardzo dobrze, ale to dopiero przedsmak przed tym co muzycy zaprezentują w przyszłości.

8/10

Lista utworów:

  1. We die Young
  2. Man in the Box
  3. Sea of Sorrow
  4. Bleed the Freak
  5. I can't Remember
  6. Love Hate Love
  7. It Ain't Like That
  8. Sunshine
  9. Put You Down
  10. Confusion 
  11. I Know Somethin (Bout You)
  12. Real Thing

piątek, 4 listopada 2022

Recenzja: Hunter - "Arachne"

Okładka albumu "Arachne" zespołu Hunter

Trzy lata minęły od ukazania się cieszącej się sporym powodzeniem, ale równocześnie jednej ze słabszych w całej dyskografii Huntera "NieWolnOści". Fani zespołu mocno czekali na nowy krążek grupy od momentu gdy w sieci pojawiły się pierwsze klipy promujące płytę. A apetyt ten podsyciła jeszcze... okładka, którą zespół zaprezentował na jakiś czas przed premierą albumu. Skąd takie emocje wywołane okładką? Ewidentnie autor okładki próbował nawiązać do kultowego już "Hellwood". Fani mieli więc sporo oczekiwań, że po trzech nie tak udanych albumach, Hunter nawiąże muzycznie do jednego ze swoich najlepszych albumów.

Jednak nachalnych podobieństw tu brak. Właściwie poza rozpoczęciem albumu intro nawiązującym do kolejnego utworu nie ma tu więcej oczywistych nawiązań. W tym przypadku pełniący tę funkcję "W sieci..." genialnie wprowadza w klimat kolejnego utworu - tytułowego. A ten natychmiast po ukazaniu się w sieci zdobył duże uznanie wśród słuchaczy i stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów z ósmego albumu grupy. Kawałek ten wciąga swoim mrocznym, niepokojącym klimatem i kolejnym już w karierze Draka świetnym, dającym duże pole do interpretacji tekstem. 

To, że muzycy potrafią tworzyć klimatyczne, mroczne utwory słychać też na końcu albumu. Inspirowany powieścią "Mistrz i Małgorzata" "Szata na bal" oparty jest na świetnych partiach basowych i perkusyjnych, a także upiornym wokalu i mrocznej gitarze. Natomiast dający do myślenia o naszym narodzie "IŻółć" rozkręca się powoli, jednak przez całą długość trzyma w napięciu, a Drak śpiewa tu w mocno emocjonalny sposób. Oba te utwory zresztą są moimi ulubionymi z "Arachne" i jednymi z najbardziej lubianych w całej dyskografii grupy. Klimatyczne miało być też "Casus Belli", tu jednak grupa zawiodła i zanudza.

Jednak Hunter od kilku albumów umieszcza na swoich krążkach utwory bardziej chwytliwe i przebojowe i "Arachne" nie jest wyjątkiem. "Figlarz Bugi" i "Saruman" mają naprawdę chwytliwe melodie i szybko wpadają w ucho. Pierwszy posiada świetny bas, natomiast w tym drugim natychmiast uwagę zwracają partie skrzypiec Jelonka. Nie najgorsze jest też chwytliwe "O worze", ale "Gollum" to już zwykły wypełniacz. Całości dopełnia jeszcze okraszony kolejnym niedosłownym tekstem "Kim", którego nie zaliczył bym ani do grupy klimatycznej ani przebojowej, jednak jest to także jeden z lepszych utworów na albumie. Choć grupa nie uchroniła się przed niepotrzebnym przedłużaniem.

Czy Hunter wydaniem "Arachne" powraca do formy w jakiej zespół był na wspomnianym już "Hellwood"?. Raczej nie. Po raz kolejny już grupa ze Szczytna nagrała album niezbyt równy, jednak i tak jest to znaczny progres względem "Imperium" i "NieWolnOść". Dzięki kilku naprawdę udanym kompozycjom można powiedzieć, że "Arachne" to najlepszy album właśnie od czasów "Hellwood".

6/10

Lista utworów:

  1. W sieci...
  2. Arachne
  3. Gollum
  4. Figlarz Bugi
  5. Casus Belli 
  6. O Worze
  7. Kim
  8. Saruman
  9. Szata na bal
  10. IŻółć

wtorek, 25 października 2022

Recenzja: Gojira - "The Link"

Okładka albumu "The Link" zespołu Gojira

Francuska Gojira już na swoim pierwszym albumie udowodniła, że nie zamierza ograniczać się tylko do bezmyślnego napieprzania. Na swoim drugim krążku o nazwie "The Links" Francuzi już powoli zaczynają odchodzić od typowego death metalowego grania. Wciąż jest to muzyka ciężka i agresywna, lecz nie aż tak jak miało to miejsce na "Terra Incognita".

Natychmiast słuchać też postęp jacy muzycy poczynili między płytami. O ile na debiucie próby stworzenia czegoś bardziej progresywnego jeszcze (poza paroma wyjątkami) nie do końca się udawały, tak tutaj pod tym względem jest znacznie lepiej.  Tytułowy "The Links" posiada ciekawy lekko plemienny perkusyjny wstęp. Później wchodzą całkiem niezłe gitarowe riffy. Już tutaj ciężar łączy się z melodią (może nie najlepszą, ale niezłą) jeszcze bardziej chwytliwą niż miało do miejsce w utworach na debiutanckim albumie. Odrobinę mniej ciekawie prezentuje się kolejny "Death of Me" także łączący niezłą melodie z ciężarem. Potem słyszymy już coś odmiennego, bo, będący wstępem do agresywnego i jednego z lepszych "Remembrance", "Connected" to instrumentalna miniatura na perkusjonaliach. 

Następnie muzycy postawili na wyciszenie w postaci instrumentalnego, klimatycznego "Torii". Po tej chwili na złapanie oddechu następuje jednak kolejny świetny numer, czyli "Indians" z genialnym początkiem, a później w tej kompozycji wcale nie jest gorzej. Poziom jednak spada już po tym utworze, bo mimo niezłego poziomu, "Embrace the World" i "Invard movement" to raczej wypełniacze. "Over the flows" sam w sobie też w sumie jest średni, ale mocno wyróżnia się na tle innych utworów nie tak ciężkim brzmieniem, a także zupełnie odmiennym sposobem śpiewu Joe Duplantiera. Za to najbardziej agresywny na albumie "Wisdom Comes" niewiele ma do zaoferowania poza wściekłością i ciężkimi riffami. Znacznie lepiej prezentuje się najdłuższy utwór na płycie, czyli instrumentalny "Dawn". Tu Francuzi poradzili sobie znacznie lepiej niż z "In the Forest" z poprzednika i dzieje się tu znacznie więcej, a same motywy zdają się bardziej do siebie pasować.

Przez dwa lata między wydaniem dwóch pierwszych albumów, muzycy Gojiry poczynili postęp jeśli chodzi o budowanie swojego stylu. Coraz bardziej charakterystyczny stał się wokal jednego z braci Duplantier, a także styl gry dwójki gitarzystów. Same kompozycje też powoli stają się bardziej wyraziste i choć jeszcze nie zawsze prezentują wysoki poziom, to słychać poprawę w porównaniu do debiutu.

7/10

Lista utworów:

  1. The Link
  2. Death of Me
  3. Connected
  4. Remembrance
  5. Torii
  6. Indians
  7. Embrace the World
  8. Invard movement
  9. Over the flows
  10. Wisdom Comes
  11. Dawn

piątek, 21 października 2022

Recenzja: King Crimson - "Red"

Okładka albumu "Red" zespołu King Crimson

Gdyby wskazać najbardziej popularne albumy King Crimson, prawdopodobnie zaraz za słynnym debiutem wskazano by na siódmy w dyskografii grupy "Red". Krążek jest jakby podsumowaniem tego co zespół nagrał do tamtej pory, więc biorąc pod uwagę większą przystępność niż choćby "Lizard" i "Island" popularność tego wydawnictwa nie powinna dziwić.

Jednak jak wspomniałem, materiał zawarty na tej płycie nawiązuje nie tylko do dwóch pierwszych, najłatwiejszych w odbiorze albumów. Słuchać tu ewidentną chęć do eksperymentowania i zamiłowanie do awangardy obecne na albumach późniejszych, a także ciężar i mroczny klimat znany z poprzedniego "Starless and Bible Black". I to zwykle nawet w jednym utworze.

I tu idealnym przykładem jest genialny, instrumentalny utwór tytułowy. Zawierający zarówno niepokojące, ciężkie brzmienie, jak łatwość w odbiorze dla "zwykłych" fanów cięższych brzmień, jak i mniej typowe fragmenty wciąż wywołujące dreszcze na plecach. Jeszcze większy kontrast pomiędzy różnymi fragmentami występuje w "One More Red Nightmare". Ten utwór ponownie rozpoczyna się ciężkim, ponurym wstępem, żeby nagle we fragmentach wokalnych stać się autentycznie chwytliwym kawałkiem. Za to gdy wokal milknie, utwór znowu zmienia się w przygnębiającą , mroczną kompozycje. Finałowy "Starless" za to rozpoczyna się spokojnie, balladowo i urzeka pięknymi partiami Frippa, tłem budowanym na melotronie i udanym wokalem. Ale w drugiej części muzycy odchodzą już od konwencjonalnego grania i zaczynają improwizować. I ten fragment jest bardzo udany i porywający, szczególnie w tych cięższych momentach.

Pomiędzy tymi utworami znajdziemy jeszcze dwa inne. Pierwszy z nich to piękna, typowa dla zespołu ballada "Fallen Angel" z udanymi zaostrzeniami, szczególnie w końcówce. Natomiast drugi to już najtrudniejszy na albumie "Providence". Ten utwór to jakby odpowiednik "Moonchild" z debiutu. Jednak "Providence" zdaje mi się jednak bardziej przystępny.

Mimo że Red nie oferuje tyle nowych doznań jak każdy z sześciu poprzednich albumów, to wciąż jest to album na niesamowicie wysokim poziomie. I absolutnie nie dziwię się, że tyle osób stawia go na pierwszym miejscu swoich ulubionych albumów KC, bo sam stawiam go bardzo wysoko. Krążek świetnie radził sobie też komercyjnie... I to ponoć było właśnie rozpadu zespołu, gdyż Fripp nie chciał aby jego grupa stała się wielką gwiazdą. Ponoć bał się, że w takim wypadku on o jego współpracownicy będą ograniczani przez wydawców.

10/10

Lista utworów:

  1. Red
  2. Fallen Angel
  3. One More Red Nightmare
  4. Providence
  5. Starless

środa, 19 października 2022

Recenzja: Kult - "Ostateczny krach systemu korporacji"

Okładka albumu "Ostateczny krach systemu korporacji" zespołu Kult


Kult przez lata swojej działalności przeszedł wiele stylistycznych przemian odbiegając kilkukrotnie od swojego najciekawszego post punkowego, lecz eklektycznego stylu. Później pojawiły się próby grania prostszego, tradycyjnego rocka, metalowe incydenty czy przełożenie na w miarę współczesne czasy twórczości Tadeusza Staszewskiego. Już na "Muj wydafca" grupa wrzuciła mocno zróżnicowany materiał zawierający cechy każdego z tych etapów w twórczości grupy. Na "Krachu..." Kult zaserwował dokładnie taką samą nierówną i niespójną mieszankę.
A mimo to album jest uważany za jedno z największych dzieł zespołu. Wśród miłośników krążka najczęstszym argumentem jest właśnie eklektyzm i zdanie "album jest tak różnorodny, że każdy znajdzie coś dla siebie". Ok, ale słuchać ponad 70-cio minutowego albumu, żeby znaleźć owe "coś"? Tyle dobrego, że tych "cosiów" ja znalazłem sporo, choć nie dorównujących utworom z najlepszego okresu działalności zespołu, czyli tej przed rozpadem.

Popularność tej płycie na pewno przyniósł też sukces przede wszystkim jednego singla. "Gdy nie ma dzieci" to jeden z największych szlagierów grupy, a może i największy. Nie można odmówić temu kawałkowi chwytliwości i długo siedzącej w głowie melodii i sam nawet lubię ten numer, ale o wiele ciekawiej prezentuje się na tym albumie także przebojowy "Krew jak śnieg" o hard rockowej mocy. Nie mam pojęcia czemu zespół nie wypuścił tego utworu na singlu zamiast choćby mocno przeciętnego "Lewego czerwcowego". Ten kawałek także wpada do głowy i nie chce z niej wypaść, ale jest co najwyżej średni, a dla mnie banalny.

Z singli zdecydowanie lepiej prezentuje się klimatyczny "Komu bije dzwon", a także zawierająca specyficzny miłosny tekst "Dziewczyna bez zęba na przedzie" - mój ulubiony utwór z albumu. Kawałek ten świetnie łączy spokojniejsze zwrotki z metalowymi zaostrzeniami w refrenie, a przy tym świetne partie gra tu gitarzysta Krzysztof Banasik. Pod metal podciągnąć można też agresywne "Goopya peezda" (średniak) i "Ja wiem to" (już nieco lepszy). Lepiej od tych dwóch numerów wypada także agresywny, ale posiadający fajne intro i code "Poznaj swój raj".

Do wyróżniających się utworów można zaliczyć też wyciszające "Z archiwum polskiego jazzu" (z samym jazzem niestety nie ma tak wiele wspólnego), bardzo udany psychodeliczny "Kto wie" z klawiszami w stylu "Riders on the Storm" the Doors, orientalizujące i groteskowe w warstwie tekstowej "Jatne" i posiadający fajny basowy motyw "Idź przodem". W tym ostatnim jednak niepotrzebne było perkusyjne końcówki z dziwnymi domówieniami w końcówce. Prosty, może nawet za prosty "Fever fever fever" także mi się w miarę podoba, a na pewno bardziej niż wspomniany "Lewy czerwcowy" czy nijaki "Grzesznik" i jeszcze bardziej miałkie "3 gwiazdy". Całości dopełnia jeszcze średni "Kto śmie traktować cię źle" z dużym udziałem deciakow i niepotrzebne outro pod tytułem "...".

Mam bardzo mieszane uczucia co do "Ostatecznego krachu systemu korporacji". Z jednej strony znajdą się tu niezłe, wpadające w ucho numery, ale z drugiej strony nawet te najlepsze kompozycje wypadają słabiej w porównaniu z tymi z trzech pierwszych albumów. Na plus na pewno ponowne wykorzystanie instrumentów dętych na szeroką skalę z czego zespół zrezygnował na jakiś czas. Jednak muzycy Kultu byli wtedy w wyraźnym kryzysie twórczym, który później jeszcze się pogłębił i trwa do dziś. Kolejne albumy nie dostarczają nam już zbyt wiele dobrego materiału.

6/10

Lista utworów:
  1. Goopya peezda
  2. Lewy czerwcowy
  3. Grzesznik
  4. Gdy nie ma dzieci
  5. Z archiwum polskiego jazzu
  6. 3 gwiazdy
  7. Poznaj swój raj
  8. Dziewczyna bez zęba na przedzie
  9. Kto wie
  10. Fever fever fever
  11. Jatne
  12. Ja wiem to
  13. Kto śmie traktować cię źle
  14. Idź przodem
  15. Krew jak śnieg
  16. Komu bije dzwon
  17. ...

wtorek, 18 października 2022

Recenzja: Iron Maiden - "Fear of the Dark"

Okładka albumu "Fear of the Dark" zespołu Iron Maiden

Dziewiąty album Iron Maiden to krążek o bardzo zróżnicowanych ocenach. Przez wielu fanów uważany jest za jedno z największych dzieł zespołu. Dla innych to jeden z najsłabszych albumów Iron Maiden z ery Dickinsona. Prawdą jest, że jest to jeden z najbardziej nierównych krążków brytyjskiej legendy. Możemy usłyszeć tu zarówno kompozycję, dzięki którym niektórzy słuchacze tak zachwalają tę płytę, jak i słabe numery, przez które ci drudzy ją krytykują.

Zacznę od tych lepszych momentów. I tu oczywiście trzeba natychmiast wspomnieć o kultowym utworze tytułowym. Nie ma chyba fana metalu, który nie słyszał "Fear of the Dark". Utwór ten jest obowiązkowy na każdym koncercie zespołu, a dodatkowo jest jednym z najczęściej wykonywanych utworów Iron Maiden przez inne grupy. Popularność tej kompozycji zdecydowanie nie jest nieuzasadniona. Utwór zaczyna się świetnym wstępem, później następuje spokojniejsza, klimatyczna część, aż w końcu utwór wybucha ogromem energii zachowując swój przebojowy i nie banalny charakter. A refren jest jednym z tych stworzonych dla publiczności.

Innym genialnym nagraniem jest rozpoczęty na spokojnie "Afraid to Shoot Strangers" ze świetną linią wokalną Bruce'a Dickinsona i pięknymi partiami gitarzystów Dave'a Murraya i Janicka Geersa. Przyczepić się można co prawda do galopady, która pojawia się znikąd i psuje bardzo fajny fragment gitarowy, ale i tak utwór jest niesamowity. Wśród pozostałych utworów szczególnie urzeka mnie świetna ballada "Wasting Love" z kolejnymi udanymi partiami gitarzystów oraz linią wokalną Bruce'a. Bardzo lubię też agresywny otwieracz "Be Quick or Be Dead" ze zróżnicowanym śpiewem oraz przebojowy "Judas Be My Guide", który myślę, że mógłby świetnie spisywać się na występach na żywo.

Za ciekawsze rzeczy można jeszcze uznać lekko orientalizujący "Fear is the Key" i chwytliwy "The Apparition". Obiecująco zaczynały się też "From Here to Eternity", "Childhood's End" czy "The Fugitive", ale każdy z tych trzech utworów w dalszej części rozczarował. Za to już prawie nic pozytywnego nie potrafię znaleźć w banalnym "Chains of Misery" i jeszcze bardziej banalnym "Weekend Warrior".

"Fear of the Dark" na pewno nie jest albumem, który ma się ochotę często słuchać w całości. Jest on dłuższy niż wcześniejsze albumy, przez co znalazło się tu więcej utworów miałkich. A w miarę często mam ochotę słuchać właściwie tylko pięciu utworów, dwa inne natomiast mogę słuchać bez większego zażenowania, ale nie mam potrzeby słuchać często. Dla tych jednak 5-7 utworów warto posłuchać płyty chociaż raz.

7/10

Lista utworów:

  1. Be Quick or Be Dead
  2. From Here to Eternity
  3. Afraid to Shoot Strangers
  4. Fear is the Key
  5. Childhood's End
  6. Wasting Love
  7. The Fugitive
  8. Chains of Misery
  9. The Apparition
  10. Judas Be My Guide
  11. Weekend Warrior
  12. Fear of the Dark

poniedziałek, 10 października 2022

Recenzja: Hunter - "NieWolnOść"

Okładka albumu "NieWolnOść" zespołu Hunter

Grupa Hunter po wydaniu "Królestwa" i "Imperium" stała się jedną z najbardziej znanych metalowych kapel w Polsce docierając do świadomości osób nawet nie mających do czynienia z tym gatunkiem. Siódmy krążek zespołu jeszcze tą popularność podniósł. Niestety ale nie dlatego, że jest to album tak bardzo udany. Sukces odniosły tu głównie dwa utwory, ale cały hype na ten krążek przyszedł głównie ze względu na... tekst utworu tytułowego. I to na dodatek dlatego, że do sieci wypłynęła błędna jego interpretacja.

Wielokrotnie pisałem, że Drak, czyli wokalista zespołu, który odpowiada za większość tekstów  grupy ma talent do pisania liryk dających pole do interpretacji. Jednak w mediach błędnie pisano, że zespół tym utworem atakuje PiS, który był już wtedy u władzy. Tak naprawdę bardzo trudno nie dostrzec, że Grzegorczyk jednym wersem atakuje każdą stronę polityczną... ale przynajmniej grupa miała swoje pięć minut "sławy". A co do muzyki w tym utworze, to zawiera dosyć chwytliwą melodię, którą błyskawicznie podchwytuje publiczność. Podobnie ma się sprawa z linią wokalną, także idealną dla publiczności. Zespół serwuje nam tu także zwolnienie, bo którym następuje zdecydowanie najlepsza, najbardziej emocjonalna część kawałka. Mój zdecydowany faworyt z albumu.

"RiPosta DrugoKlasisty" to drugi z utworów, które stały się klasykami grupy, choć znacznie mniejszym niż utwór tytułowy. Sporo tu zmian tempa, od umiarkowanie ciężkich, bo szybkie i agresywne. Jednak i w tym przypadku to warstwa tekstowa góruje nad muzyczną za sprawą antywojennego, bardzo dosadnego tekstu.

Reszta utworów niestety już nawet drugiemu z wymienionych kawałków nie jest w stanie dorównać, choć zdarzają się jeszcze kompozycje całkiem udane. Możemy tu usłyszeć jeden z najbardziej agresywnych utworów w całej dyskografii Huntera, czyli "PodNiebny". Jest to numer całkiem fajny, jednak tutaj przyjemność słuchania nieco odbiera tekst. Kompletnie nie wiem o co w nim chodzi i może budzić niepotrzebne myśli wśród nieświadomych ludzi o propagowaniu nienawiści czy przemocy przez zespół. A wątpię żeby taki był cel autora słów. Mam też sporą słabość do jednego z najbardziej chwytliwych utworów na albumie pt. "nieWesołowski", za jego przebojowy charakter i zróżnicowany sposób śpiewu. Niepokojący "Rzeźnicki" także miał potencjał na bardzo udany utwór, ale przez jego długi czas trwania w końcu zaczyna nudzić. "NieBanalny" ma udane zaostrzenia, ale wolniejsze fargmenty wypadają nijako. "NieRządnicki" miał potencjał na coś fajnego ale ostatecznie kończy jak średniak. Ma za to dający do myślenia tekst, za to sposoby śpiewu Draka zarówno w tych wolniejszych jak i szybkich momentach mnie nie przekonują. Kiedyś podobał mi się też "NieMy", ale teraz jest wg mnie zbyt banalny, a refren jest zbyt płaczliwy. "NieWinny" i "Gorzki" to już za to zwykle średniaki.

Niestety ale "NieWolnOść" kreowana na jeden z najlepszych albumów Huntera to album niezbyt udany. Posiada jeden świetny kawałek, trzy dobre, kilka z jakimś potencjałem i to właściwie tyle. Zespół jakby za bardzo skupił się na przekazie niż na muzyce, a przecież można było świetnie połączyć jedno i drugie co już sam zespół pokazywał wcześniej. W dodatku sporo patosu wprowadza tu Jelonek swoimi skrzypcami. Nie mam wątpliwości, że jest to bardzo utalentowany instrumentalista, ale na tym albumie zawiódł. Jego partie są proste, często wysuwające się zbyt nachalnie na pierwszy plan, co irytuje biorąc pod uwagę, że są do siebie zbyt podobne na pierwszy rzut oka. Biorąc więc pod uwagę całokształt, wychodzi nam album poziomem zbliżony do także przecenianego "Imperium", albo nawet mu nie dorównujący.

4/10

Lista utworów:

  1. NieWolnOść
  2. NieWinny
  3. Gorzki
  4. PodNiebny
  5. Rzeźnicki
  6. nieWesołowski
  7. NieRządnicki
  8. NieMy
  9. NieBanalny
  10. RiPosta DrugoKlasisty 

poniedziałek, 3 października 2022

Recenzja: Metallica - "St. Anger"

Okładka albumu "St. Anger" zespołu Metallica

Metallica za sprawą czarnego albumu oraz "Loadów", a później także albumu z przeróbkami swoich ulubionych wykonawców miała wszystko, sławę, pieniądze, uwielbienie fanów i stali się jednym z najważniejszych graczy na światowej scenie ciężkiego rocka. A jednak coś w zespole mocno zaczęło się psuć. Z zespołu odszedł Jason Newsted, który ponoć nigdy tak naprawdę nie został w pełni zaakceptowany przez Hetfielda i Larsa po śmierci Burtona. Grupa coraz mocniej w padała w nałogi od różnych używek, a i relacje między muzykami znacznie się pogorszyły. Zespół w tym czasie korzystał z pomocy terapeuty, a wśród zabiegów mających "uleczyć" zespół wymienia się nagranie płyty innej niż wszystkie krążki zespołu do tej pory. Tak właśnie powstał "St. Anger".

Album ten z pewnością nie cieszy się uznaniem fanów grupy. Ba, nie cieszy się uznaniem w ogóle wśród fanów metalu i obok "Lulu" nagranego z Lou Reedem uznawany jest za najgorsze działo zespołu. Właściwie jestem także zdania, że wspomniana płyta to najgorsze co do tej pory grupa nagrała. Nie powiedziałbym jednak, że jest to coś tak okropnego jak twierdzą fani zespołu. Przede wszystkim trójka muzyków (plus grający tu na basie producent Bob Rock) po raz kolejny na siłę wydłuża kompozycje, a co przy tym idzie cały album, przez co ten bardzo szybko nuży. Nie to jednak irytuje w tym albumie fanów grupy najbardziej lecz garażowe, słabe brzmienie (szczególnie perkusji) oraz brak solówek (tych jednak mi tu nie brakuje, bo od jakiegoś czasu Hammet nie jest darzony przeze mnie takim kultem jak dawniej).

Nie oznacza jednak, że na "St. Anger" brakuje dobrych momentów. Tych jest całkiem sporo, tyle, że otoczone są mniej udanymi lub są na siłę przedłużane. Tu na myśl przychodzi choćby utwór tytułowy z wyraźnymi nawiązaniami do nu metalu, "Frantic" z agresywnym wokalem czy "Some Kind of Monster". Każdy z tych utworów zawiera masę energii, momentami agresji wręcz i jest reprezentatywny dla całego albumu, który jest chyba najciężej brzmiącym od czasów legendarnego debiutu. Niezłe fragmenty posiada też "Shot me again", a konkretnie mam tu na myśli wstęp z nietypowymi dźwiękami gitary, "Sweet Amber", który jest jednym z lepszych na albumie i "The Unnamed Feeling". Reszta utworów natomiast za bardzo zlewa mi się w jedną całość, co przy dosyć długim czasie ich trwania męczy podwójnie.

"St. Anger" to album, który miał służyć jako terapia dla zespołu i faktycznie w późniejszym czasie relacje między muzykami jakby się polepszyły. Była to też próba odświeżenia stylu wpływami przede wszystkim nu metalu, który w tym czasie był jeszcze bardzo popularny, a także brzmienia - to ostatnie jednak z raczej mizernym skutkiem. Fajnie jednak, że muzycy przynajmniej spróbowali wyjść ze swojej strefy komfortu. W kilku kawałkach zrobili to nawet udanie. Tylko znowu to przedłużanie...

5/10

Lista utworów:

  1. Frantic
  2. St. Anger
  3. Some Kind of Monster
  4. Dirty Window
  5. Invisible Kid
  6. My World
  7. Shot me again
  8. Sweet Amber
  9. The Unnamed Feeling
  10. Purify
  11. All Within My Hands

środa, 31 sierpnia 2022

Recenzja: Hunter - "Imperium"

Okładka albumu "Imperium" zespołu Hunter


Gdy Hunter po koncercie pod nazwą "Historia metalu" na festiwalu Przystanek Woodstock w 2013 roku odbierał swoją pierwszą złotą płytę za album "Królestwo", wokalista zespołu ogłosił, że grupa pracuje nad kolejnym albumem pod nazwą "Imperium". Niedługo po tych słowach, bo w listopadzie tegoż roku ukazała się wspomniana płyta, jedna z najbardziej kontrowersyjnych i przy okazji nierównych w karierze zespołu.

Kontrowersje wywołują przede wszystkim teksty, w których obrywa się przede wszystkim religiom i to nie tylko naszej. Chyba najbardziej dosłownym przykładem jest kończące album "Imperium Trujki". Tu Drak będący autorem słów sugeruje zarówno brak życia pośmiertnego, jak i krytykuje pod sam koniec utworu... Radio Maryja, a konkretnie żerowanie na religijności starszych osób. Ogromną popularność wśród fanów zespołu, ale nie tylko zdobyło singlowe "Imperium Uboju" z dosyć krwawym teledyskiem. I tutaj wokalista grupy zaimponował ciekawym, niejednoznacznym tekstem, który oficjalnie potępia ubój rytualny, ale można go też interpretować na swój sposób - gorzej, że pewne fragmenty tekstu mogą zostać wyrwane z kontekstu, przez co słowa mogą być odbierane jako satanistyczne. A co do muzyki w tym utworze, to otwiera go fajny, choć mało oryginalny riff i zawiera nośną, wręcz skoczną w niektórych momentach melodię. Nic dziwnego, że utwór ten potrafi tak ponieść publikę na występach na żywo.

Te dwa utwory to największe szlagiery z "Imperium", ja jednak lubię też przebojowy, choć może lekko sztampowy "Imperium Mæczety", który z niewiadomych przyczyn nie zagościł na stałe w koncertowych setlistach. Przekonałem się też w ostatnim czasie do spokojnego lecz niepokojącego "Imperium miłości" z kolejnym zaskakującym tekstem. Bo wbrew tytułowi nie jest to banalny tekst o miłości do żony/dziewczyny/dziecka, lecz napisany jest z perspektywy... diabła (jeśli dobrze interpretuję). Utwór wciąga swoim klimatem, lecz ten w końcówce zostaje zepsuty. Jako tako wypada też "Imperium strachu" i trochę słabiej "Imperium waraciwara", nie przepadam za to zbytnio za "Imperium ZAWIŚCI ORZESZPOSPOLITEJ". Najgorzej z całego albumu wypadają jednak dwa utwory skomponowane przez skrzypka, Michała Jelonka, to których ten napisał także tekst: "Imperium diabła" i "Imperium SZCZUJSZCZURA". Oba kawałki wypadają banalnie, a w kółko powtarzane słowa obu refrenów budzą politowanie, szczególnie, że w "Imperium diabła" śpiewane są częściowo wysokimi głosami, które bardziej budzą zażenowanie niż jakieś inne uczucia. Na plus dla obu kompozycji jest to, że zwrotki nie są takie złe czysto muzycznie.

"Imperium" powtórzyło sukces poprzednika bo także zdobyło status złotej płyty, a nawet go przebiło, gdyż przez jakiś czas było numerem jeden na OLiS. Myślę jednak, że sukces ten album zawdzięcza przede wszystkim dwóm utworom, które wymieniłem jako pierwsze. Reszta utworów to utwory raz niezłe, raz słabe, ale mające jakiś potencjał radiowy. Niewiele jednak fani pamiętają z pozostałych siedmiu kawałków. Fani solowej twórczości Jelonka na pewno bardzo dobrze poznali "Imperium diabła", bo muzyk bardzo często gra go na swoich występach, jednak w wersji koncertowej wypada niewiele lepiej od oryginału. Uważam zatem, że szósty album zespołu jest najgorszym dziełem grupy do tej pory, mimo dwóch naprawdę świetnych utworów.

5/10

Lista utworów:
  1. Imperium uboju
  2. Imperium mæczety
  3. Imperium ZAWIŚCI ORZESZPOSPOLITEJ
  4. Imperium miłości
  5. Imperium SZCZUJSZCZURA
  6. Imperium strachu
  7. Imperium diabła
  8. Imperium waraciwara
  9. Imperium trujki 

czwartek, 25 sierpnia 2022

Recenzja: Iron Maiden - "No Prayer for the Dying"

Okładka albumu "No Prayer for the Dying" zespołu Iron Maiden

Po pełnym rozmachu "Seventh Son of the Seventh Son" w obozie Iron Maiden coś powoli zaczynało się psuć. Pojawiały się sygnały, że z grupy może odejść wokalista zespołu, Bruce Dickinson, który między siódmym a ósmym albumem Iron Maiden wydał swój pierwszy album solowy. Największym ciosem dla zespołu było jednak odejście Adriana Smitha, gitarzysty i najważniejszego obok Steve'a Harrisa kompozytora grupy. Jego miejsce zajął Janick Gers, który wystąpił na debiutanckim albumie Dickinsona. Jest to gitarzysta o zupełnie innym stylu gry niż Smith i pozbawiony takiego kompozytorskiego potencjału jak jego poprzednik. Wciąż jednak jest to gitarzysta dobry, choć pełnie swojego talentu pokaże dopiero później.

Poważna zmiana personalna nie jest jedyną zmianą w stosunku do poprzednich albumów. Bo bogatych brzmieniowo "Somewhere in Time" oraz "Seventh Son..." Żelazna Dziewica na swoim ósmym albumie zdecydowała się na znacznie surowsze brzmienie. W wielu recenzjach pojawia się opinia, że zespół na tym albumie odchodzi od Heavy metalu na rzecz hard rocka. Nie zgadzam się z tym. Wciąż jest to stuprocentowy heavy metal, chyba najbardziej zbliżony do zespołów typu Saxon od czasów płyt z Paulem di'Anno - nawet podobnie surowy (choć mniej urozmaicony) jak debiut.

Do najlepszych momentów na albumie należy na pewno pół balladowy utwór tytułowy ze świetnymi partiami gitarowymi i jedną z lepszych partii wokalnych na albumie. Jeśli mowa o wokalu, to głos Dickinsona uległ zmianie, stał się bardziej zachrypnięty dzięki czemu wokalista wielokrotnie śpiewa z jeszcze większym pazurem niż do tej pory. Słuchać to choćby w szybkim, typowo heavymetalowym "Public Enema Number One", w którym jednak refreny wydają się zbyt banalne albo w "The Assassin", w którym mam podobne zarzuty.

Bardzo lubię też melodyjny, typowy dla nurtu NWOBHM "Holy Smoke" z chwytliwą melodią, łączący fragmenty wolniejsze z bardziej energicznymi "Run Deep Silent Run", który jest jednym z najlepszych kawałków pod względem gry gitar na albumie oraz balladowo się zaczynający "Fates Warning", który potem zmienia się w szybką, metalową jazdę. Dobrze, choć nie wybitnie prezentuje się też jeden z największych hitów zespołu - nagrany początkowo solowo przez wokalistę grupy "Bring Your Daughter... To the Slaughter" na potrzeby filmu "Koszmar z ulicy Wiązów". Ten jest momentami banalny, ale nie można mu odmówić przebojowego charakteru. Do poprzedniego albumu najbardziej nawiązuje finałowy "Mother Russia" - utwór najbardziej rozbudowany na płycie, zwierający mocno kojarzący się z "siódmym synem" wstęp i wzbogaconymi "mistycznymi" chórami fragmentami, a także nagrany został ze sporym rozmachem. "Właściwa" melodia jest jednak bardzo udana i świetnie spisuje się tu Dickinson. Co najwyżej przeciętnie wypadają jednak "Teilgunner" i "Hooks in You". Dla tego ostatniego jednak słowo "przeciętny" to chyba jednak zbyt pozytywna ocena.

"No Prayer for the Dying" to jeden ze słabszych, a może nawet najsłabszy album z pierwszego okresu Dickinsona w zespole. Zespół wyraźnie odczuwał kryzys po stracie niezwykle cennego członka zespołu, który nie dość że był bardzo dobrym instrumentalistą, to był świetnym kompozytorem - jednym z najlepszych w całym gatunku. Wciąż jest to jednak całkiem udany album. Oczywiście nawet najlepsze momenty nie mają startu do "Powerslave", "Revelations" czy "The Evil that Man Do" ale słucha się ich całkiem dobrze. Poza dwoma wpadkami, cały album jest w miarę udany.

6/10

Lista utworów:

  1. Teilgunner
  2. Holy Smoke
  3. No Prayer for the Dying
  4. Public Enema Number One
  5. Fates Warning
  6. The Assassin
  7. Run Silent Run Deep
  8. Hooks in You
  9. Bring Your Daughter... To the Slaughter
  10. Mother Russia 

czwartek, 18 sierpnia 2022

Recenzja: Metallica - "Garage Inc."

Okładka albumu "Garage Inc." zespołu Metallica

"Garage Inc." wydany rok po mającym nie najlepsze opinie "ReLoad" to nie kolejna typowo studyjna płyta Metalliki. Tym razem kalifornijska grupa zdecydowała na wydanie nagranych wcześniej i wydanych np na stronach b singli przeróbek cudzych kompozycji. Jednak żeby nie zarabiać ponownie tylko na czymś, co wydane było już wcześniej, zespół zdecydował się na poszerzenie albumu o drugą płytę, nagrywając kolejne covery. Zarówno na pierwszym, jak i na drugim krążku obok przeróbek grup, do których muzycy nie kryli fascynacji, znalazły się kompozycje wykonawców, których fan metalu raczej nie do końca się spodziewał.

I tu idealnym przykładem jest choćby singlowy "Turn the Page" w oryginale wykonywany przez Boba Segera. I jest to jednocześnie jeden z najmocniejszych punktów całego zestawu. Z dosyć delikatnej kompozycji metalowcy zrobili porywającą pół balladę, do której nagrali bardzo poruszający teledysk, który mocno zmienił moją interpretację tekstu. Zarazem jest to chyba mój ulubiony utwór z całego albumu. Oczywiście lubianych przeze mnie utworów jest więcej. Tu wymienię inne single wykrojone z tego albumu czyli "Whiskey in the Jar" i "Die, die my Darling". Pierwszy z nich to właściwie przeróbka przeróbki, czyli tradycyjna irlandzka pieśń oparta na interpretacji Thin Lizzy, jednak znacząco się od niej różniącą. Wykon Metalliki pozbawiony jest celtyckiego klimatu jaki posiada wersja Thin Lizzy, nadrabia jednak wielką energią i przebojowością. "Die Die my Darling" z kolei to cover utworu wykonywanego przez punkowy zespół The Misfits. O ile oryginał jest całkiem niezły w kategorii przebojowego punk rocka, to wersja metalowej legendy nadała jej bardziej czystego brzmienia, co w tym konkretnym przypadku jest sporą zaletą. Muzycy nadali też temu numerowi jeszcze bardziej przebojowego charakteru.

Jeśli chodzi o inne utwory z płyty nr 1, czyli z tej nagranej na potrzeby wydania tego albumu, to fajnie wypada też pochodzący z piątej płyty Black Sabbath "Sabbra Cadabra", który może i ustępuje oryginałowi, ale miło się tego słucha. Jeśli jednak liczycie, że Metallica zatrudniła osobę posługującą się syntezatorami albo któryś z muzyków nauczył się obsługi tego instrumentu to jesteście w błędzie. Zamiast syntezatorowego fragmentu, muzycy wpletli w całość fragment innego utworu pochodzącego z "Sabbath Bloody Sabbath" - "A National Acrobat". Niewiele od oryginału odbiega "Astronomy" Blue Öyster Cult. Poprawie uległo jednak brzmienie. Podobnie ma się sprawa z "It's Electric" Diamond Head i "Tuesday's Gone" Lynyrd Skynyrd. W tym drugim przypadku jednak i tak wolę oryginał. Ciężko powiedzieć czemu, po prostu przemawia do mnie bardziej pierwowzór. Wersja Metalliki mnie nudzi. Nie do końca podoba mi się pomysł aby duński Mercyful Fade uhonorować poprzez tzw medley, czyli kilka utworów zespołu złączonych w całość. Wykonanie nie jest złe, jednak jest bardzo długie i lepiej byłoby nagrać jeden-dwa utwory zespołu w całości. Nie jestem fanem dwóch przeróbek hardcore punkowej grupy Discherge: "Free Speech For The Dumb" i "The More I See". W tym drugim utworze nieźle wypada oryginał, nie lubię za to tego pierwszego w żadnej z dwóch wersji. Największą porażką w porównaniu z wersją oryginalną jest jednak "Loverman" pierwotnie wykonywany przez Nicka Cave'a wraz z zespołem Bad Seeds. O ile wersja Cave'a i spółki posiada oprócz zapadającej w pamięć melodii zbieraninę ciekawych "przeszkadzajek" i intryguje bardzo ciekawym śpiewem lidera, tak wykonanie Metalliki jest po prostu nijakie. James Hetfield co prawda w niektórych momentach stara się odwzorować śpiew idola, ale robi to w momentach najłatwiejszych, a te najdziwniejsze momenty śpiewa w zwyczajny sposób pozbawiony czegokolwiek ciekawego.

Drugi krążek to już utwory nagrane wcześniej na różne EP-ki i strony B singli. Tu już wykonawcy, których zespół wziął na warsztat są bardziej oczywiści. Właściwie to nie usłyszymy tu nic poza punk rockiem, hard rockiem i heavy metalem. Niespodzianką dla niektórych fanów może być przeróbka utworu Queen. Jednak jeśli ktoś zna twórczość tej grupy z przed stania się pop rockowym gigantem, to wybór ten nie powinien dziwić, szczególnie, że metalowcy postawili na najostrzejszy utwór w karierze "Królowej", czyli"Stone Cold Crazy" nazywane (moim zdaniem przesadnie) pierwszym utworem thrash metalowym. Grupa nie odbiega wiele od oryginału, ale całe szczęście nie skorzystała z pomysłu z kiczowatymi chórkami. Najwięcej uwagi zostało tu poświęcone grupie, która pod względem wpływu na innych metalowych wykonawców nie ma sobie równych, czyli brytyjskiej legendzie Motorhead, której aż cztery utwory zostały tu wykonane przez Metallikę. "Overkill", "Damage Case", "Stone Dead Forever" i "Too Late Too Late"- bo te właśnie utwory Metallica umieściła na albumie - nie odbiegają wiele od oryginałów, za to każdy zagrany jest z dużą energią - w końcu każda z tych czterech pozycji to wykonanie na żywo. Drugim bardzo mocno docenionym zespołem jest obecny już wcześniej Diamond Head. Oprócz obecnego na płycie numer jeden "It's Electric", grupa na drugim krążku zamieściła trzy kolejne kompozycje legendy NWOBHM: "Am I Evil", "The Prince" i "Helpless". I w tym przypadku zespół zdecydował się na w miarę wierne odwzorowanie wersji oryginalnych. Nie ma tu zresztą żadnego utworu, który grupa postanowiła jakoś zmienić jak to miało miejsce w kilku przypadkach na pierwszym dysku. Zarówno połączenie "Last Caress" i "Green Hell" the Misfits, jak i "The Small Hours" Holocaust, "Breadfan" i "Crash Cours in Brain Surgery" Budgie, "Blitzkrieg" Blitzkrieg oraz "So What" Anti-Nowhere League opierają się na wersjach pierwotnych. Podobnie zresztą jak chwytliwy "The Wait" Killing Joke. Tu jednak wokal zdaje się jeszcze bardziej zdeformowany przez efekty niż jest to w wersji Killing Joke.

"Garage Inc." to przyzwoite uzupełnienie dyskografii grupy. Nie jest idealne, bo niektóre utwory nawet w oryginalnych aranżacjach mnie nie przekonują, ale część z nich wypada lepiej lub porównywalnie do oryginałów. Szkoda, że grupa częściej nie próbowała nagrać czegoś po swojemu, bo w przypadku "Whiskey in the Jar" czy przede wszystkim "Turn the Page" wyszło im to bardzo dobrze. Po co jednak wydawać przeróbki cudzych kompozycji jeśli różnią się one właściwie tylko brzmieniem i wokalem? Na plus dla zespołu, że dzięki nim wielu słuchaczy dowiedziało się o ciekawych wykonawcach pokroju nieco zapomnianego Diamond Head czy genialnego Mercyful Fade. Szkoda, że nie poradzili sobie w utworem Nicka Cave'a, bo to także bardzo interesujący artysta, a przez słabą wersję Metalliki niewiadomo ilu słuchaczy zdecyduje się na poznanie jego twórczości.

7/10

Lista utworów:

Płyta nr 1:

  1. Free Speech For The Dumb
  2. It's Electric
  3. Sabbra Cadabra
  4. Turn the Page
  5. Die Die my Darling
  6. Loverman
  7. Mercyful Fade
  8. Astronomy
  9. Whiskey in the Jar
  10. Tuesday's Gone
  11. The More I See
Płyta nr 2

  1. Helpless
  2. The Small Hours
  3. The Wait
  4. Crash Cours in Brain Surgery
  5. Last Caress/ Green Hell
  6. Am I Evil
  7. Blitzkrieg
  8. Breadfan
  9. The Prince
  10. Stone Cold Crazy
  11. So What
  12. Killing Time
  13. Overkill
  14. Damage Case
  15. Stone Dead Forever
  16. Too Late Too Late

czwartek, 11 sierpnia 2022

Recenzja: Diamond Head - "Lighting to the Nations"

 

Okładka albumu "Lighting to the Nations" zespołu Diamond Head

Diamond Head to kolejny po Iron Maiden i Angel Witch reprezentant nowej fali brytyjskiego heavy metalu, który pojawia się na moim blogu, a przy tym jeden z najbardziej wpływowych zespołów metalowych w historii. Dzisiaj co prawda nie jest tak znany jak wspomniane Iron Maiden, jednak o wpływie jaki wywarł na inne zespoły, niech świadczy fakt, że sama Metallica na swoim albumie z coverami, "Garage Inc." umieściła aż cztery przeróbki brytyjskiego zespołu.

Wśród fanów grupy popularny jest żart, że w jednym utworze Diamond Head potrafi umieścić więcej riffów niż Black Sabbath na całym albumie. Stwierdzenie to oczywiście jest podkoloryzowane, ale faktem jest, że kompozycje zespołu są zwykle rozbudowane i zawierają wiele raz bardziej, raz mniej ciekawych gitarowych riffów. Chyba najbardziej znany z debiutu zespołu, a prawdopodobnie nawet w całej historii Diamond Head jest świetny "Am I Evil", który Metallica oczywiście wzięła na warsztat. Nie mnie rozstrzygać, która wersja jest lepsza, prawda jednak jest taka, że Brytyjczycy stworzyli jeden z najlepszych heavymetalowych numerów tamtych lat, a może nawet w całej historii gatunku. Od mrocznego początku, przez szybkie riffowanie, po przebojowy refren, "Am I Evil" nie pozwala na oderwanie się od utworu.

Właściwie każdy z zamieszczonych tu siedmiu utworów jest niesamowicie przebojowych, a przy tym ciężki. Można wymienić np inne z coverowanych przez Metallikę numerów, jak rozpędzony "The Prince" z fajnym refrenem i wieloma fajnymi momentami czy już mniej mnie przekonujące, proste w porównaniu z innymi utworami "It's Electric" czy nieco przekombinowane "Helpless". 

Z pozostałych trzech utworów najlepsze wrażenie zrobił na mnie najbardziej rozbudowany "Sucking my Love" z fajnym zwolnieniem w środku. Bardzo lubię też nieco mrocznie rozpoczynający się utwór tytułowy, który potem nabiera energii i tempa. Średni za to wydaje mi się "Sweet and Innocent".

"Lighting to the Nations" to jeden z najlepszych albumów heavymetalowych w historii, a także jeden z najlepszych debiutów w tym gatunku. Niestety grupa podobnie jak opisywane już przeze mnie Angel Witch nie dała rady powtórzyć tak świetnej formy na kolejnych krążkach i podobnie jak oni stali się po prostu kultowi w pewnych kręgach, nigdy nie dorównując sławą Saxon czy Iron Maiden, ani nawet bardziej współczesnym nam grupom jak Five Finger Death Punch albo Avenged Savenford. A szkoda, bo potencjał mieli ogromny, później też bywały przebłyski, ale właściwie nic więcej.

8/10

Lista utworów:

  1. Lighting to the Nations
  2. The Prince
  3. Sucking my Love
  4. Am I Evil
  5. Sweet and Innocent
  6. It's Electric
  7. Helpless

sobota, 30 lipca 2022

Recenzja: Hunter - "Królestwo"

 

Okładka albumu "Królestwo" zespołu Hunter

"Królestwo" to album, który wzbogacił dorobek zespołu o kilka nowych koncertowych szlagierów. Obecnie chyba niemożliwe jest trafić na koncert grupy ze Szczytna, na którym Hunter nie zagrał ani jednego utworu z piątej płyty.

Skoro już wspomniałem o występach live, to warto powiedzieć też, że częstym zjawiskiem jest, że zespół swoje koncerty rozpoczyna dokładnie tak samo jak zaczął "Królestwo" (pomijając "Intro"), czyli od bazującej na ociężałym riffie "Rzeźni nr 6" i szybkiego, przebojowego "Dwie siekiery" z próbą urozmaicenia utworu spowolnieniem w środkowej części. Oba utwory na żywo faktycznie potrafią porwać, studyjnie nie zachwycają, ale mogą się podobać.

Ciężko wyobrazić sobie występ zespołu bez poruszającego "PSI" czy utrzymanego w średnim tempie "Trumian Show", do których zespół nagrał teledyski. Oba nagrania zresztą są mocnym punktem całego albumu, podobnie jak pełen emocji w wokalu "Kostian" i ballada "O wolności". Dosyć często możemy na żywo usłyszeć też "Samaela". Ten powolny kawałek jednak nie przemawia do mnie w żadnej wersji. Co najwyżej średnie są też "Sztandar", „RnЯ” i inni.

"Królestwo" osiągnęło spory sukces komercyjny zdobywając nawet sporo wyróżnień w kategorii muzyki metalowej. Dla mnie jednak był to najsłabszy album grupy do tamtej pory, bez żadnego świetnego kawałka. Te najlepsze utwory są po prostu dobre. I nic więcej. Nie widzę też właściwie potrzeby żeby ktoś poza fanami muzyki metalowej zwrócił uwagę na tą płytę. Brakuje tutaj też tak charakterystycznych utworów jakie zdarzały się w licznie mnogiej ma każdym z czterech wcześniejszych albumów.

5/10

Lista utworów:

  1. Intro
  2. Rzeźnia nr 6
  3. Dwie siekiery
  4. Trumian Show
  5. Sztandar
  6. Samael
  7. Inni 
  8. Kostian
  9. PSI
  10. „RnЯ”
  11. O wolności