Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazz rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazz rock. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 października 2022

Recenzja: Black Country, New Road - "Ants From Up There"

Okładka albumu "Ants From Up There" zespołu Black Country, New Road

Po tym jak wielkie wrażenie zrobił na mnie debiut brytyjskiego Black Country, New Road miałem ogromne oczekiwania wobec następcy tego świetnego wydawnictwa. Nie zapoznając się jednak wcześniej z wydanymi przed albumem singlami spodziewałem się, że grupa rozwinie swoją dotychczasową post-punkową stylistykę. A mimo to nie zaskoczyło mnie mocno, że Brytyjczycy odeszli od poprzedniego stylu tak mocno. Tym razem muzycy postawili na wyciszenie zamiast gęstego grania inspirowanego kilkoma, często bardzo odmiennymi stylami muzycznymi.

Różnice słychać już od samego początku. Otwierający debiutancki album "Instrumental" był rozbudowany, gęsty i bardzo wiele w nim się działo. W tym wypadku jednak otwieracz pod tytułem "Intro" trwa niecałą minutę, choć też jest dosyć ciekawy. Słuchać przede wszystkim, że jeszcze większe będą jazzowe wpływy za sprawą ogromnej roli saksofonu. To, jak ważny jest na albumie ten instrument słychać w kolejnym "Chaos Space Marine". A w spokojniejszym początkowo "Concorde" za to najciekawiej robi się w końcówce, gdy właśnie używany przez Lewisa Evansa instrument wysuwa się na pierwszy plan. Za to zbędnym wg mnie "utworem" jest 3-minutowy "Mark's Theme".

Ale "Ants From Up There" to nie tylko saksofon Evansa, bo ponownie reszta muzyków daje tu o sobie znać, ale same kompozycje są równie udane jak na debiucie. "Bread Song" np urzeka mnie swoją delikatnością, "Good Will Hunting" ma bardzo chwytliwe momenty i ciekawy wstęp, który kojarzy mi się z "Tarot Woman" Rainbow, a "Haldern" zarówno w spokojniejszej, jak i tej bardziej energicznej części jest bardzo udany. "The Place Where He Inserted the Blade", "Snow Globes" i "Basketball Shoes" to również bardzo udane kompozycje i nawet długi czas trwania dwóch ostatnich nie przeszkadza, bo czas ten mija bardzo szybko.

Drugi album Black Country, New Road mógł wywołać zaskoczenie wśród fanów debiutu tej grupy. Jednak mimo ogromnej zmiany stylistycznej muzycy pokazali, że potrafią odnaleźć się w różnych stylach z równie dobrym skutkiem. Szkoda, że pod znakiem zapytania stoją kolejne wydawnictwa zespołu. Z grupy odszedł charakterystyczny śpiewający gitarzysta zespołu, Isaac Wood i mimo, że reszta muzyków zapowiedziała dalszą działalność pod tym szyldem, to Black Country, New Road straciło niesamowicie ważnego i rozpoznawalnego członka.

9/10

Lista utworów:

  1. Intro
  2. Chaos Space Marine
  3. Concorde
  4. Bread Song
  5. Good Will Hunting
  6. Haldern
  7. Mark's Theme
  8. The Place Where He Inserted the Blade
  9. Snow Globes
  10. Basketball Shoes

piątek, 7 października 2022

Recenzja: Van Morrison - "Astral Weeks"

Okładka albumu "Astral Weeks" Vana Morrisona

Van Morrison to brytyjski wokalista i użytkownik takich instrumentów jak gitara, ukulele, saksofon czy harmonijka, a także artysta, którego nie sposób przyporządkować do jednego gatunku, co pokazał już zresztą na debiucie "Blowin'Your Mind". Na tym właśnie krążku muzyk dosyć umiejętnie lawirował między rockiem charakterystycznym dla zespołów brytyjskiej inwazji (do której sam jest zaliczany) jak The Animals, The Beatles czy The Rolling Stones, folkiem, z którego jest najbardziej znany, bluesem czy R'n'b. Warto się ze wspomnianym krążkiem zapoznać jeśli jest się miłośnikiem wspomnianych wyżej grup i im podobnych. Jednak to na drugim albumie Morrisona chciałbym się skupić.

"Astral weeks" to już krążek o wiele bardziej spójny, co nie znaczy jednorodny. Muzyk i towarzyszący mu artyści prezentują tu ciekawszą, bardziej eksperymentalną odmianę muzyki folkowej. Idealnie więc nadaje się dla kogoś kto polubił twórczość opisywanych przeze mnie Roya Harpera czy (chyba nawet bardziej) Tima Buckleya. Podobnie jak niektóre z albumów tej dwójki, "Astral Weeks" prezentuje muzykę trudną do sklasyfikowania. Mówi się o folk rocku, jazz folku, a ja mógłbym zaliczyć ją do użytego już w stosunku do "Stormcock" Harpera terminu folk progresywny.

Już rozpoczynający album utwór tytułowy mimo długiego czasu trwania urzeka zamiast nudzić choć w pierwszej chwili można uznać że poza ładną melodią niewiele tu się dzieje. To i tak dopiero przedsmak. Kolejny "Beside You" ze swoim bogatym instrumentarium zachwyca mnie jeszcze bardziej, a w takim "Sweet Thing" zachwycają mnie partie fletu, ale każdy z instrumentalistów gra tu piękne partie. Podobać może się też spokojny "Madame George", który mimo wszystko mógłby być trochę krótszy. Najbardziej zaciekawiły mnie jednak dwa utwory. Żywiołowy "The Way Young Lovers Do" został wzbogacony dużym wpływem instrumentów dętych, a krótkie solo na trąbce w towarzystwie mniej typowej partii gitary akustycznej przywołuje na myśl skojarzenia z jazz rockiem. Mniej zachwycająco początkowo wypadła "Ballerina". Z czasem jednak utwór nabierał intensywności, z konwencji wymyka się gitara, a wokal staje się bardziej emocjonalny. Na takim tle nawet całkiem udany lecz bardziej konwencjonalny "Cyprus Avenue" zdaje się być jednym z gorszych utworów. "Slim Slow Slider", w którym słuchać saksofon to za to utwór przyjemny i nic więcej. W zasadzie mogłoby go nie być i w takim przypadku myślę, że "Ballerina" byłaby lepszym finałem albumu.

"Astral weeks" bardzo szybko zdobył uznanie krytyków w przeciwieństwie do podobnych mu albumów innych ciekawych folkowych artystów. Przez kolejne lata płyta ta była wymieniana wśród najlepszych albumów w historii rocka. Można się kłócić czy bardziej na takie miana nie zasługują dzieła Buckleya seniora, Harpera albo Neila Younga, ale gdy komuś spodobał się ten album to nie widzę przeszkód by sięgnąć po inne bardziej eksperymentalne folkowe krążki.

8/10

Lista utworów:

  1. Astral Weeks
  2. Beside You
  3. Sweet Thing
  4. Cyprus Avenue
  5. The Way Young Lovers Do
  6. Madame George
  7. Ballerina
  8. Slim Slow Slider

czwartek, 29 września 2022

Recenzja: Tim Buckley - "Blue Afternoon"

Okładka albumu "Blue Afternoon" Tima Buckleya

Na wydanym w 1969 roku "Happy Sad" Tim Buckley udowodnił, że faktycznie zasługuje na coś więcej niż porównywania do artystów pokroju Boba Dylana (nie żeby to było coś złego) i faktycznie pokazał że ma coś z jazzmana, za jakiego sam zainteresowany się uważa. Po wydaniu wspomnianego dzieła muzyk niebawem wziął się za nagrywanie nowego materiału, a było go niemało, bo w sumie zapełnił on...trzy albumy. Wydany jako pierwszy z nich "Blue Afternoon" jednak zdaje się niejako krokiem wstecz dla muzyka, chociaż wcale nie jest albumem złym.

Mówię o kroku wstecz tylko i wyłącznie dlatego, że artysta wraca tu w większości utworów to swoich folkowych korzeni. Utwory tu zawarte jednak są w większości bardzo udane i czarują swoim pięknem i melancholią, jak piękny "Happy Time" albo "I Must Have Been Blind". Te jednak wypadają przeciętnie w porównaniu do genialnego "Chase the Blues Away" z bardzo ładnymi partiami gitary za które odpowiada Lee Underwood, oraz z jednym z lepszych "The River", w którym ponownie wiele dobrego robią współpracownicy lidera, jak David Friedman grający na wibrafonie albo perkusista Jimmy Madison. "So Lonely" z partią wokalną kojarzącą mi się z Jimem Morrisonem oraz chyba najbardziej melancholijny "Cafe" to także udane nagrania.

Jednak najlepsze muzycy zostawili na koniec. "Blue Melody" wypada w idealnym momencie, bo ta melancholia miala prawo już zacząć nużyć słuchacza, a tu w końcu wypada utwór może nie bardzo energiczny, ale na pewno jeden z bardziej intensywnych w warstwie instrumentalnej, która mocno nawiązuje do wspomnianego już poprzedniego albumu. To jednak nic w porównaniu, finałowym "The Train" najlepszym na płycie i jednym z moich ulubionych utworów w dyskografii artysty. Już pierwsze takty ze świetną grą Buckleya na dwunastostrunowej gitarze wspieranej przez bas i świetną gitarę elektryczną wywołuje uśmiech na twarzy, a dalsze bardziej jazzowe partie praktycznie każdego z instrumentów tylko ulepszają ten utwór. Najlepsze co tu słyszymy to jednak gitarowa gra Underwooda - tego trzeba posłuchać.

Już na wstępie nazwałem "Blue Afternoon" krokiem wstecz dla Buckleya. W tym wypadku jednak nie jest to obraza dla tego albumu. Biorąc pod uwagę, że muzyk w tym czasie nagrał mnóstwo materiału, oczywiste było, że znajdzie się tam trochę folku, z którego ten się wywodzi. Nie mówiąc już o tym, że materiał ten i tak jest bardzo udany, a dwie kompozycje, które odchodzą od początków muzycznej przygody Buckleya to już małe arcydzieła, szczególnie "The Train".

8/10

Lista utworów:

  1. Happy Time
  2. Chase the Blues Away
  3. I Must Have Been Blind
  4. The River
  5. So Lonely
  6. Cafe
  7. Blue Melody
  8. The Train

wtorek, 9 sierpnia 2022

Recenzja: King Crimson - "Larks' Tongues in Aspic"

 

Okładka albumu "Larks' Tongues in Aspic" zespołu King Crimson

Trochę czasu mnie tu nie było. Nieobecność była spowodowana pobytem na Polandrock Festiwal, z którego nie wykluczam krótkiego opisu 😉

Jeśli chodzi o popularność albumów King Crimson, to zdecydowanie najbardziej znanym jest debiut. Jest jednak kilka płyt, które także zdobyły duże uznanie nie tylko krytyków, ale i publiczności. Właśnie jednym z nich jest piąty album zatytułowany "Larks' Tongues in Aspic".

Jak nietrudno się domyślić znając poprzednie cztery krążki grupy, ich kolejna propozycja znaczącą się różni od wszystkich poprzedników. Wciąż jest to płyta zawierająca masę pomysłów, mocno oparta na muzyce jazzowej, ale czerpiąca także jak zwykle z innych stylów muzycznych.

Grupa mocno wyprzedziła swoje czasy. Słychać to szczególnie w pierwszej części utworu tytułowego. Co prawda początek jest bardzo spokojny, natomiast później kompozycja nabiera niesamowitego ciężaru. Momentami brzmi mocniej niż zespoły pokroju Iron Maiden, które zadebiutują prawie 10 lat później. Ogromną rolę pełnią tu skrzypce obsługiwane przez Davida Crossa. Sama kompozycja jest bardzo mocno rozbudowana, poszczególne części różnią się mocno od siebie, a i tak łączą się zgrabnie w całość. Jeszcze bardziej zwarta jest druga część, która płytę kończy. Tu także jest bardzo mocno, wręcz agresywnie, a szczytowym momentem jest bardzo fajna solówka Crossa.

Mocno różni się od tych dwóch utworów spokojniejszy "Book of Saturday" z bardzo ładnym wokalem Johna Wettona. Także ładnie wypada "Exiles" z nietypowym wstępem i kolejnym dobrym występem wokalnym Wettona. Dwa pozostałe utwory czyli "Easy Money" i instrumentalny "The Talking Drums" są już bardziej żywiołowo zagrane. W tym pierwszym także dobrze, choć nie tak spokojnie jak w dwóch wcześniej opisywanych utworach wypada wokal. Obie kompozycje także są bardzo udane, mimo że wolę obie części utworu tytułowego oraz "Exiles"

"Larks' Tongues in Aspic" to kolejne niesamowite dzieło jednego z największych zespołów rockowych w historii. Grupa znowu powraca do bardziej przystępnego grania, i choć nie równa się pod tym względem z dwoma pierwszymi dziełami zespołu, to King Crimson interesująco połączył gatunki nie zawsze łatwe do zrozumienia dla przypadkowego słuchacza z rockowym, a wręcz z metalowym i to mocno metalowym czadem.

10/10

Lista utworów:

  1. "Larks' Tongues in Aspic. Part I"
  2. Book of Saturday
  3. Exiles
  4. Easy Money
  5. The Talking Drums
  6. Larks' Tongues in Aspic. Part II

piątek, 15 lipca 2022

Recenzja: black midi - "Hellfire"

 

Okładka albumu "Hellfire" zespołu black midi

W zeszłym roku black midi nagrało jeden z najlepszych albumów 2021 roku. A dziś w serwisach streamingowych oraz na półkach sklepowych ukazał się trzeci, długo wyczekiwany przeze mnie krążek młodej brytyjskiej grupy. I już po jednym przesłuchaniu mogę powiedzieć, że album spełnił moje wysokie oczekiwania.

Praktycznie każdy z zawartych tu utworów zawiera tyle motywów, że pomysły z tej płyty można by rozdzielić na kilka płyt. Na szczęście tak grupa nie zrobiła i dzięki temu kompozycje black midi są tak "gęste", intensywne i słuchając utwór po raz pierwszy nigdy nie wiadomo co się wydarzy za moment. Taki jest choćby "Sugar/Tzu", który zaczyna się powoli, ale potem robi się bardzo energicznie. Poza aranżacją interesujące są melodię. Jeszcze bardziej lubię kolejny "Eat Men Eat" - który w przeciwieństwie do poprzednika zaczyna się żywiołowo, aby później zwolnić. Jednak i w tych spokojnych momentach instrumentaliści, a szczególnie perkusista dają o sobie mocno znać. "Welcome To Hell" ma chwytliwe partie instrumentalne właściwie cały utwór.

Grupa bardzo dobrze się spisała w tych spokojniejszych kompozycjach, jak chyba najbardziej przystępny, ale genialnie zaaranżowany "Still" albo "the Defence" rozpoczęty bardzo subtelnie, jednak i tu utwór napiera energii - jednak brzmi balladowo właściwie do końca. Słabiej wypada "Dangerous Liaisions" - także spokojniejszy kawałek, jednak nie dorównujący dwóm wymienionym przed momentem, mimo że jest udany. Najwięcej pomysłowości muzycy wnieśli chyba jednak do "The race is About To Begin", w którym możemy usłyszeć świetny, bardzo szybki śpiew wokalisty, a także w finałowym "27 questions" z mrocznym początkiem. Dwa pozostałe utwory, czyli pełniący funkcję wstępu do albumu utwór tytułowy oraz "radiowy" przerywnik "Half time" to zwyczajne nie przeszkadzające miniaturki.

"Schlangenheim" było ciekawe, "Cavalcade" wbiło się na poziom osiągalny tylko dla nielicznych, a "Hellfire" za pierwszym razem spodobał mi się jeszcze bardziej niż drugi album zespołu. Nie wiem czy takie odczucia zostaną, bo "Hellfire" mimo wszystko stylistycznie do poprzednika jest bardzo podobny. Na ten moment jednak black midi nagrało wg mnie swój najlepszy album w karierze.

10/10

Lista utworów:

  1. Hellfire
  2. Sugar/Tzu
  3. Eat Men Eat
  4. Welcome To Hell
  5. Still
  6. Half time
  7. The Race Is About To Begin
  8. Dangerous Liaisions
  9. The Defence
  10. 27 questions

niedziela, 3 lipca 2022

Recenzja: King Crimson - "Islands"

 

Okładka albumu "Islands" zespołu King Crimson

Trzeci album King Crimson, "Lizard" spotkał się wprawdzie ze słabym przyjęciem, jednak był świetny jeśli chodzi o sam jego poziom. Skład odpowiedzialny za nagranie tego albumu jednak szybko się rozpadł, w czym mocno "pomógł" Gordon Haskell, który miał wiele do zarzucenia tekstom pisanym przez Petera Sinfielda, a także do gry Keitha Tippetta na pianinie. W rezultacie wydany rok później "Island" został nagrany poraz kolejny w mocno zmienionym składzie. Kierunek pozostał jednak niemal identyczny, czyli po raz kolejny grupa mocno eksploruje jazzowe rejony.

Album zaczyna się nietypowo (jak to u King Crimson), bo od dźwięków kontrabasu. Po chwili dołączają do niego dźwięki fletu i pianina, z czego to drugie za jakiś czas zmierza w kierunku jazzu. Bardzo podobają mi się te spokojniejsze, folkowe momenty, jednak te bardziej jazzowe także są porywające, choć trzeba się w nie "wczuć" aby docenić w pełni. Fanom rocka bardziej powinien przypaść do gustu kolejny "Sailor's tale", który po pierwsze zawiera więcej energii, ale też świetnie spisuje się tutaj lider zespołu, Robert Fripp ze swoją gitarą, choć daleko jego grze do zdobywającego coraz większe uznanie wtedy hard rocka.

Dwa powyższe utwory uważam za bardzo dobre, gorzej oceniam trzeci na liście "The letters" oraz kolejny "Ladies of the Road". Ten pierwszy posiada co prawda ładny spokojny wstęp. Ten drugi za to odrzuca mnie średnimi fragmentami z udziałem wokalu, który swoją drogą ponownie nie jest najlepszy i wciąż daleko mu do świetnych partii Lake'a w debiucie. Za to fragmenty instrumentalne uważam za udane, momentami nawet za bardzo udane.

Wrażenie wyrwanego z kontekstu może sprawiać "Prelude - song of the Gulls". Pełni on jednak bardziej rolę wprowadzenia (chociaż dosyć długiego) do utworu ostatniego i zarazem chyba najważniejszego. Jako ciekawostkę można dodać, że kompozycja ta swoje korzenie miała jeszcze przed oficjalnym powstaniem King Crimson, czyli za czasów grupy Giles, Giles & Fripp. Finałowy, tytułowy utwór to za to chyba najbardziej przystępna pozycja z całego albumu, chociaż daleka od prostego, radiowego rocka. Może to dziwić, bo trwa najdłużej z całej płyty, więc przekonania, że na tak mocno tkwiącym w jazzie krążku, kompozycja ta będzie najbardziej pokręcona, są zrozumiane. A jednak jest zupełnie odwrotnie. Jest to jedna z najpiękniejszych propozycji zespołu w całej historii grupy, urzekająca piękną aranżacją, w której prym wiedzie początkowo pianino i flet, a w dalszej części kornet. Nawet solówki instrumentalistów są tu nagrane "ze smakiem" i nie są zbyt nachalne, mimo że zmierzają mocno w kierunku jazzu.

"Island" w momencie wydania, a nawet dzisiaj, uważamy jest za najsłabszy krążek King Crimson do tamtej pory...z czym się zgadzam. Absolutnie jednak nie uważam płyty tej za słabą. Prawdą jest, że wolę poprzedni "Lizard" który stylistycznie utrzymany jest w podobnej konwencji, ale czy to oznacza, że będę olewał ten album w przyszłości? Nie. Z sześciu długich w większości utworów niezbyt przekonuje mnie tylko jeden i fragmenty innego. Nie wywołują we mnie jednak skrajnie negatywnych emocji, więc będę w stanie je "przeboleć", a w przyszłości być może nawet docenić. Stąd ocena bardzo wysoka.

8/10

Lista utworów:

  1. Formentera lady
  2. Sailor's tale
  3. The letters
  4. Ladies of the Road
  5. Prelude - song of the Gulls
  6. Island

piątek, 20 maja 2022

Recenzja: King Crimson- "Lizard"

 

Okładka albumu "Lizard" zespołu King Crimson

Trzeci album karmazynowego króla to pozycja której przez długi czas mocno się obawiałem. Wiele naczytałem się na temat małej przystępności tej płyty i zdecydowanego zwrotu w stronę jazzu. Dawniej, gdy najbardziej liczyło się dla mnie albo jak najbardziej melodyjne albo ciężkie granie, był to dla mnie argument, aby nawet nie dać "Lizardowi" szansy. W rezultacie "przeskoczyłem" w dyskografii grupy odrazu do "kolorowej trylogii", gdyż był to czas kiedy zaczynałem pasjonować się post punkiem (na marginesie tamte albumy wtedy także mnie nie porywały, bo nawet post punk ceniłem sobie ten bardziej przystępny i piosenkowy). Na szczęście w końcu dałem szansę temu albumowi i jestem zachwycony.

Wbrew powszechnej opinii utwory nie są tak bardzo "trudne". Faktycznie zespół kieruję się mocno w stronę jazzu, ale momentami kompozycje niewiele odbiegają stylem od utworów z dwóch pierwszych albumów, mimo wielkich zmian w zespole. Chociaż z drugiej strony spora część nowych muzyków obecna była już przy nagrywaniu "In the Wake of Poseidon" jak np. nowy basista i wokalista w jednym- Gordon Haskell.

Choćby sam początek albumu, czy początek pierwszego na trafiliście "Cirkus" wypada całkiem przystępnie. Nie dzieje się tak jednak długo, bo łagodna początkowo gitara Frippa zmierza nagle w bardziej eksperymentalnym, jazzowym kierunku, a sam utwór nabiera ciężaru. Na dwóch poprzednich albumach zdążyliśmy się przyzwyczaić do genialnej pracy perkusisty i całe szczęście już w otwieraczu słyszymy, że nowy bębniarz zespołu, Andy McCulloch wcale nie ustępuje Michaelowi Gilesowi. Bardzo dużą rolę na trzecim albumie grupy pełnią instrumenty dęte i je także słyszymy w "Cirkus"- trąbkę w genialnej instrumentalnej końcówce.

W kolejnym utworze "Indoor games" dęciaki z kolei pojawiają się już na samym początku i wprowadzają w ciekawy klimat utworu, który w wolniejszej części wypada najlepiej. Ale zaraz po zwolnieniu usłyszymy genialną część instrumentalną. Zresztą przez cały utwór instrumentaliści pokazują swoje niezwykle wysokie umiejętności.

Stronę A na winylach kończą dwa krótsze utwory. Pierwszy trwający cztery i pół minuty "Happy Family" zwraca uwagę przede wszystkim ciężkim początkiem i przekształconym wokalem Haskella. Natomiast drugi z nich, niespełna trzyminutowy "Lady of the dancing Water" czaruje łagodnym, prawie folkowym klimatem z piękną partią gitarową wspomaganą choćby przez flet, trąbkę i klawisze.

Całą stronę B zajmuje niesamowita tytułowa suita "Lizard" z gościnnym udziałem Jona Andersona znanego w progresywnym światku ze śpiewania w Yes. Pierwsze minuty brzmią jak na ten zespół zaskakująco "piosenkowo". Partię melodronu obecne w tej kompozycji mają prawo kojarzyć się z utworami z poprzedników, ale nie znaczy to, że zespół zaczyna zjadać swój ogon. Nie, takiego utworu King Crimson jeszcze nie nagrał. Z resztą aż do dzisiaj ta zasłużona dla muzyki grupa nie należała do tych, która lubi powtarzać dawne schematy niezależnie od tego jak bardzo były udane- a zwykle były genialne. Wszystkich pomysłów i motywów obecnych w tej jednej suicie można naliczyć więcej niż u wielu wykonawców na całym albumie...jak nie dyskografii (pozdrawiam newschoolowców, punkowców i disco-polowców)

Co ciekawe album nawet przez twórców uznawany był za niewypał. Fripp uważa, że większość z zastosowanych tu rozwiązań nie do końca się udała, a inni muzycy aż odeszli z zespołu uznając, że album jest kompletną klapą. Mi się podoba bardzo, mimo, że wciąż lubię posłuchać czegoś bardziej melodyjnego czy prostego. Dla mnie ten album to genialne rozwinięcie stylistyki z dwóch wcześniejszych płyt zespołu i śmiało wystawiam ocenę maksymalną.

10/10

Lista utworów

  1. Cirkus
  2. Indoor games
  3. Happy Family
  4. Lady of the dancing Water
  5. Lizard