Pokazywanie postów oznaczonych etykietą King Gizzard and the Lizard Wizard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą King Gizzard and the Lizard Wizard. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Paper Mache Dream Ballon"

Okładka albumu "Paper Mache Dream Ballon" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Po serii albumów najłatwiej określanych jako rock psychodeliczny, albo przynajmniej takimi, w których psychodelia pełni największą rolę, King Gizzard and the Lizard Wizard wydali album dość mocno od poprzednich się różniący. Psychodeliczne wpływy wciąż są tu słyszalne, jednak sama muzyka mogłaby śmiało zostać nagrana np. przez The Beatles albo The Byrds kilkadziesiąt lat temu. Nie mam nic przeciwko zespołom retro rockowym, bo czasami fajnie mieszają wpływy różnych wykonawców tworząc coś ciekawego (jak Blood Ceremony, które już się u mnie pojawiło), jednak tutaj tak oryginalnie nie jest. Co nie znaczy że źle. Australijczycy całkiem zgrabnie połączyli beatlesowskie melodie, folkowy urok z towarzyszącą od początków zespołu psychodelią. W rezultacie wyszedł album nie przynoszący nic wielkiego muzyce, ale bardzo miły w słuchaniu, zakładając, że ktoś jest fanem wspomnianych Beatlesów czy The Byrds.

Wadą krążka na pewno jest też to, że poszczególne utwory zwykle nie różnią się od siebie za bardzo, a do tego biorąc pod uwagę dzisiejsze czasy, to brzmią dosyć naiwnie, jednak jak już pisałem - przyjemnie. Zaletą jednak jest krótki czas trwania płyty, dzięki czemu materiał ten nie zdąży się za bardzo znudzić, a także być może również miał być odniesieniem do tamtych czasów, gdy albumy niewiele przekraczały pół godziny. Utwory w rodzaju tytułowego, "Bone", "Dirt", "N.G.R.I (Bloodstain)", "Time=Fate" i "Most Of What I Like" to głównie melodyjne, folk-rockowe piosenki z lekkim psychodelicznym posmakiem. Większe wpływy zespołów psych-rockowych słychać w "Cold Cadaver" i "Time=$$$", jednak oba pasują do całości podobnie jak "Sense" z bardziej jazzowymi dęciakami. Niezbyt za to do pozostałych utworów pasuje bujający "The Bitter Boogie", a szczególnie eksperymentalny "Trapdoor". Oba utwory są jednak całkiem niezłe jako wyrwane z całości. Cały album idealnie spina folkowy instrumental "Paper Mache".

"Paper Mache Dream Ballon" był według mnie najmniej oryginalnym albumem jaki Australijski zespół wydał do tamtej pory. Choć na poprzednich dziełach grupa także nie wyznaczała nowych trendów, a raczej przekładała muzykę sprzed pół wieku na bardziej współczesne czasy, to ten album momentami naprawdę brzmi jakby został nagrany w latach 60. co dodatkowo podkreślają charakterystyczne dla King Gizzard and the Lizard Wizard linie wokalne. Podobnie jak już kilka recenzowanych przeze mnie albumów w ostatnim czasie, tak i "Paper Mache Dream Ballon" może spisać się dobrze jako muzyka towarzysząca codziennym czynnościom, jednak równie dobrze, a nawet lepiej w tej roli spiszą się utrzymane w podobnych klimatach dzieła z tamtej epoki.

6/10

Lista utworów:

  1. Sense
  2. Bone
  3. Dirt
  4. Paper Mache Dream Ballon
  5. Trapdoor
  6. Cold Cadaver
  7. The Bitter Boogie
  8. N.G.R.I (Bloodstain)
  9. Time=Fate
  10. Time=$$$
  11. Most Of What I Like
  12. Paper Mache

sobota, 10 grudnia 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Quarters"

Okładka albumu "Quarters" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Tak jak rok podzielony jest na cztery pory roku, tak szósty album album King Gizzard and the Lizard Wizard podzielony jest na cztery -trwające dokładnie 10 minut i 10 sekund każdy - utwory. Kto jednak po tym mylącym wstępie myśli, że australijski zespół jest kolejnym, który wziął sobie na cel muzyczną ilustrację każdej z pór roku, źle odczytał zamiar Australijczyków.

Nawet jeśli taki pomysł pojawił się w głowach muzyków, to naprawdę ciężko określić, który utwór miałby symbolizować którą porę roku. Każda z czterech zawartych tu kompozycji to mocno inspirowane psychodelią, ale w gruncie rzeczy bardzo przystępne mimo czasu trwania, melodyjne utwory. Pierwszy na albumie "The River" hipnotyzuje zarówno melancholijnym głosem wokalisty, jak i warstwą instrumentalną, a w części instrumentalnej jest czymś jakby psychodelicznym jamem. Końcówka tego utworu dodatkowo, po krótkim wyciszeniu, jest dosyć bujająca. Sporo słabiej wypada jednak najsłabszy na albumie "Infinite Rise". Mimo ponownie niezłej melodii, to kompozycja ta zdecydowanie nie powinna być taka długa. Znacznie lepiej wypada także bardzo melodyjny i przyjemny "God is in the Rhythm" ze słyszalną delikatną inspiracją muzyką reggae a także wokalem, jeszcze bardziej niż do tej pory, przypominającym Roberta Planta. W utworze tym warto też skupić się na tym co nie jest słyszalne jako pierwsze, bo na drugim planie dzieje się sporo, a nawet ma się wrażenie, że w tle pojawia się dodatkowa melodia. Najlepiej jednak z całego albumu prezentuje się najbardziej psychodeliczny finał krążka w postaci "Lonely Steel Sheet Flyer" z klimatycznym, lekko eksperymentalnym wstępem. Coś w stylu tego wstępu pojawia się też w środku utworu oraz w końcówce. A sama kompozycja miewa momenty inspirowane muzyką wschodu a także najciekawsze partie gitarowe na całym krążku. Szczególnie ten utwór jest warty uwagi.

"Quarters" to wciąż jeszcze nie do końca dopracowane dzieło, jednak pomysł - choć banalny- aby podzielić płytę na cztery równe części wyszedł całkiem nieźle. Fakt, że pułapka w postaci nagrania utworu trwającego tyle samo co pozostałe kompozycje zaszkodziła szczególnie pozycji nr dwa, a w innych także słuchać krótkie fragmenty wciśnięte jakby na siłę, to i tak jest to chyba najlepszy do tamtej pory album King Gizzard and the Lizard Wizard. A najlepsze i tak dopiero nadejdzie. I to kilkukrotnie.

7/10

Lista utworów:

  1. The River
  2. Infinite Rise
  3. God Is in the Rhythm
  4. Lonely Steel Sheet Flyer 

środa, 30 listopada 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "I'm Your Mind Fuzz"

Okładka albumu "I'm Your Mind Fuzz" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Przy okazji ostatniej recenzji King Gizzard and the Lizard Wizard pisałem, że Australijczycy za mocno skupiają się na ilości wydawanych albumów, zamiast lepiej selekcjonować materiał i na przykład zamiast dwóch albumów, wydać jeden. W przypadku piątego albumu grupy także nie udało się nagrać równego przez całą długość materiału na wysokim poziomie.

Muzycy nie do końca poradzili sobie z początkiem albumu gdy postawili na serię czterech nawiązujących do siebie muzycznie (a w przypadku trzech - także tytułowo) psychodelicznych numerów, które osobno wypadają całkiem nieźle, a w przypadku dwóch pierwszych utworów na płycie - nawet bardzo dobrze dzięki połączeniu orientalizmów z jakby bardziej kosmicznymi dźwiękami. Tyle, że to za dużo bardzo podobnej muzyki narazz przez co trzeci już nie porywa, a czwarty zaczyna denerwować.

Jakaś odmiana przychodzi wraz ze spokojniejszym "Empty", a znowu mocno ciekawie robi się za sprawą "Hot Water". Potem jednak poziom spada za sprawą niezbyt pasującego siedmiominutowego "Am I in Heaven" z początkiem jakby w stylu ... country. Jednak poza tym utworem, tylko w "Satan speeds up" ponownie jest słabiej. "Slow Jam" i przede wszystkim "Her & I (Slow Jam II)" to już udane kompozycje. Ten drugi posiada hipnotyzujące partie instrumentalne oraz wprowadzający w trans wokal. Wbrew tytułowi jednak nie jest zbyt wolny i nie do końca ma jamową strukturę.

Mimo, że to już piąty album grupy, ta wciąż nie pokazała pełni swoich możliwości. Czuć, że muzycy mają pomysły, ale jeszcze nie do końca udanie wprowadzają je w życie, bądź też nie zawsze są one trafne. To już kolejna solidna pozycja w katalogu zespołu, którą można sprawdzić, ale w zasadzie poza słuchaczami ciekawymi całej twórczości Australijczyków, bądź naprawdę wielkimi fanami rocka psychodelicznego, wątpię żeby album ten zrobił na kimś większe wrażenie. Najbardziej polecam zapoznać się z dwoma pierwszymi, szóstym i ostatnim utworem na płycie. Te cztery kawałki już mogą się spodobać niejednemu słuchaczowi.

6/10

Lista utworów:

  1. I'm in Your Mind
  2. I'm not in Your Mind
  3. Cellophane
  4. I'm in Your Mind Fuzz
  5. Empty
  6. Hot Water
  7. Am I in Heaven
  8. Slow Jam
  9. Satan speeds up
  10. Her & I (Slow Jam II)

poniedziałek, 21 listopada 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Oddments"

Okładka albumu "Oddments" King Gizzard and the Lizard Wizard

King Gizzard and the Lizard Wizard już na początku swojej kariery dali się poznać jako bardzo pracowity zespół. Pierwszy album długogrający grupa wydała w 2012 roku, a swój czwarty krążek wypuścili do sprzedaży już w 2014. Dodam, wyprzedzając fakty, że nie był to ostatni wydany przez zespół album w tamtym roku. A co nowego młodzi muzycy mogli zaprezentować na czwartym krążku wydanym w tak krótkim czasie? W sumie to całkiem sporo, choć dużo tutaj też cech znanych z trzech poprzednich dzieł Australijczyków. Niestety ale nie wszystkie pomysły były trafione.

W album udanie wprowadza hard rockowo- psychodeliczny "Alluda majaka" z hałaśliwym wstępem i właśnie w tym kawałku występuje oczywiste nawiązanie do albumu numer dwa w karierze zespołu, a mianowicie odgłosy jakby kowbojskiej strzelaniny i rżenie koni. Swoją drogą nie wiem czy te elementy były potrzebne i mam pewne wątpliwości czy w ogóle tu pasują. Do debiutu natomiast najbardziej nawiązuje bardziej garażowy, wesołkowaty "Vegemite", który jednak jest średni.

Reszta utworów to już bardziej rozwijanie stylistyki trzeciego albumu, jednak bez oczywistych nawiązań czy autoplagiatów. W "Stressin'" muzycy ciekawie urozmaicili kompozycje fajnym solo na gitarze basowej, a sam utwór to niezły, spokojniejszy psychodeliczny numer. Zakorzeniony w bluesie "It's got Old" wyróżnia się natomiast udziałem fletu, który mimo, że kojarzyć się może bardziej z folkiem niż psychodelią, to właśnie świetnie ten psychodeliczny nastrój potęguje. Także mocno na plus wyróżnia się subtelniejszy "Work This Time" z perkusyjnym początkiem, a nieźle wypada również bardziej beatlesowski "Sleepwalker", który mógłby być lepszy gdyby nie nieprzekonujące mnie harmonię wokalne kojarzące się właśnie z czwórką z Liverpoolu. Troszkę gorzej wypada utrzymany w podobnym klimacie "Crying" oraz "Hot Wax". W tym ostatnim jednak występuje bardzo fajny basowy motyw. Do lepszych momentów albumu należy też prawie finałowy folkowy "Homeless Man in Adidas" z urzekającą melodią. Nie widzę jednak sensu w umieszczeniu żadnej z trzech miniatur występujących na krążku.

Warte uznania jest w jakim tempie muzycy King Gizzard and the Lizard Wizard tworzą i wydają mowy materiał, jednak "Oddments" to koleiny album w miarę udany, ale ciężko doszukać się w nim czegoś więcej. Gdyby Australijczycy dłużej popracowali nad materiałem z poprzedniego albumu, mogliby wyselekcjonować co lepsze momenty z tamtych sesji, z tymi powstałymi kilka miesięcy później i wydanymi na "Oddments", szczególnie że stylistycznie te dwie płyty nie odbiegają na tyle, żeby po zgrabnej selekcji powstało dzieło niezbyt spójne. Gdyby artyści nie szło w ilość ale w jakość to taki album mógłby być już naprawdę bardzo interesującym dziełem, a tak, niestety ale na prawdziwą bombę w wykonaniu tej grupy trzeba było jeszcze trochę poczekać.

6/10

Lista utworów:

  1. Alluda majaka
  2. Stressin'
  3. Vegemite
  4. It's got Old
  5. Work This Time
  6. ABABCD
  7. Sleepwalker
  8. Hot Wax
  9. Crying
  10. Pipe-dream
  11. Homeless Man in Adidas
  12. Oddments

piątek, 11 listopada 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Float Along - Fill Your Lungs"

Okładka albumu "Float Along - Fill Your Lungs" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Trzecie dzieło studyjne Australijczyków z King Gizzard and the Lizard Wizard to zarazem kolejna już zmiana kierunku w muzyce prezentowanej przez zespół. Po bardziej garażowo punkowym ale czerpiącym z psychodelii debiucie oraz westernowym "Eyes Like the Sky" przyszła pora na jeszcze bardziej psychodeliczny krążek numer trzy.

Szczególnie otwieracz i finał albumu opierają się na psychodelicznych patentach. O ile finałowy utwór tytułowy wypada fajnie, ale mało wybitnie, tak rozpoczynający całość "Head On/Pill" to już wciągający od początku do końca świetny utwór oparty momentami na bardziej jamowej strukturze. Naprawdę przez te 16 minut dzieje się bardzo dużo, a brzmiące orientalnie fragmenty nadają jeszcze bardziej psychodelicznego charakteru.

Jednak to co pomiędzy tymi kawałkami to już formy bardziej piosenkowe i nie zawsze udane. "I Am Not a Man Unless I Have a Woman" wyróżnia się jedynie tym, że wokal kojarzy się z Robertem Plantem, poza tym jest to kawałek słaby i nijaki. Odrobinę lepiej w żywszej części wypada "God is Calling Me Back Home", ale i on nie porywa. Podobnie sprawa ma się z "30 past 7". I on wypada lepiej niż dwa poprzednie ale także nic wybitnego nie prezentuje. "Pop in my step" posiada jakąś chwytliwą melodię ale także jest raczej średni. Znacznie lepiej wypadają dwa inne kawałki. W "Mystery Jack" podoba mi się brudne brzmienie, za to "Let Me Mend the Past" ma niezłą popową melodię.

Trzeci album studyjny King Gizzard and Lizard Wizard to krążek niezbyt równy. Są tu momenty naprawdę świetne (przede wszystkim pierwszy utwór), ale są też utwory zwyczajnie słabe (większość z tych krótszych form). Biorąc więc uwagę całokształt wychodzi nam album mniej więcej na poziomie debiutu lub może minimalnie lepszy. Słychać jednak, że muzycy mają jakiś dryg do interesującej muzyki. Tyle, że jeszcze nie do końca ten potencjał wykorzystali.

6/10

Lista utworów:

  1. Head On/Pill
  2. I Am Not a Man Unless I Have a Woman
  3. God is Calling Me Back Home
  4. 30 past 7
  5. Let Me Mend the Past
  6. Mystery Jack
  7. Pop in my step
  8. Float Along - Fill Your Lungs

niedziela, 23 października 2022

Recenzja: King Gizzard and the Lizard Wizard - "Eyes Like the Sky"

Okładka albumu "Eyes Like the Sky" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Przy okazji recenzowania debiutanckiego longplaya Australijczyków z King Gizzard and the Lizard Wizard wspomniałem, że grupa ta słynie z częstych zmian stylu. Takie zabiegi muzycy stosowali już na początku swojej muzycznej przygody, bo po mającym psychodeliczne i noise'owe naleciałości  garażowo-punkowym "12 Bar Bruise", artyści ze swojego drugiego albumu postanowili zrobić coś jakby niespełna półgodzinne westernowe słuchowisko.

Jednak niestety o ile sam pomysł zdaje się być w teorii oryginalny i ciekawy, tak z wykonaniem gorzej. Album ten w sporej części jest monotonny, co szczególnie słychać w warstwie wokalnej. O ile można ją nazwać wokalną, bo to po tylko i wyłącznie mówiony tekst przez jednego z członków zespołu. Rozumiem, że taki miał być zamysł projektu, ale przez kompozycje opierające się na zbliżonych patentach robi się po prostu nudno. Pojedynczo kawałki te się zwykle bronią, ale słuchanie albumu w całości może męczyć. Mogę jednak wyróżnić kilka momentów, jak "The Raid", bluesowy "Evil Man", w którym harmonijka urozmaica zarówno kompozycje jak i cały album, "The God Man's Goat Lust" z pokręconymi dźwiękami i mroczny "Dust in the Wind" z ciekawymi partiami perkusyjnymi. Reszta utworów, mimo że przyjemnych, to zlewa się w jedno, lecz tu główną winę ponosi właśnie mówiony wokal.

Drugi krążek australijskich muzyków po klimatycznym utworze tytułowym zapowiadał się na ciekawy album. Niestety jak okazało się później powstało dzieło za mało zróżnicowane, które jednak może się podobać wielbicielom filmów o dzikim zachodzie albo chociaż muzyki z takiej własnej kinematografii. Ja osobiście tego nie kupuje.

5/10

Lista utworów:

  1. Eyes Like the Sky
  2. Year of Our Lord
  3. The Raid
  4. Drum Run
  5. Evil Man
  6. Fort Whipple
  7. The God Man's Goat Lust
  8. The Killing Ground
  9. Dust in the Wind

sobota, 15 października 2022

Recenzja:King Gizzard and the Lizard Wizard - "12 Bar Bruise"

Okładka albumu "12 Bar Bruise" zespołu King Gizzard and the Lizard Wizard

Pod pokręconą nazwą King Gizzard and the Lizard Wizard kryje się szóstka muzyków tworzących jeden z najciekawszych zespołów współczesnej sceny rockowej. Grupa słynie już z tego, że wydaje albumy z tempem w jakim w latach 60. wydawano single. Na ten moment krążków muzycy wydali aż 26, a działalność wydawniczą rozpoczęli zaledwie w 2012 roku. Oprócz tego, że zespół ten wydaje po kilka albumów rocznie, słynie też z tego, że uwielbia zmieniać styl prawie z albumu na album. Zwykle jednak jego albumy zawierają w sobie jakiś ułamek rocka psychodelicznego. Tak jest choćby w debiutanckim "12 Bar Bruise".

Dosyć dziwaczny to album, chociaż w porównaniu z niektórymi kolejnymi, jest całkiem normalny. Z jednej strony kompozycje to przede wszystkim proste, chwytliwe melodie nagrane z punkową energią. Ale z drugiej artyści urozmaicają je psychodelicznymi i noise'owymi eksperymentami. W ten sposób można opisać właściwie większość zawartych tu utworów. Na takim patencie zbudowane są "Elbow", "Muckracker", "Nein", "Cut Throat Boogie" i "Sea of Trees". Mimo podobnych pomysłów nagrania te jednak nie zlewają się w całość, a w "Garage Liddiard" czy "High Hopes Low" możemy usłyszeć też harmonijkę ustną. Za jeden z ciekawszych a przy tym wyróżniających się utworów uważam oparty na bardzo chwytliwym motywie utwór tytułowy. Największym zaś urozmaiceniem jest "Sam Cherry's Last Shot" będący recytacją na tle najpierw jakby westernowego, a później bardziej rockowego podkładu. Nie przekonują mnie jednak "Uh Oh I Called Mum", "Footy Footy" i właściwie najnormalniejszy ale niczym szczególnym się nie wyróżniający "Bloody Ripper".

"12 Bar Bruise" to udany debiut zdradzający, że muzycy pomimo prostych melodii mieli ambicje, żeby choć trochę urozmaicić materiał. Same kompozycje mimo swojej prostoty także nie popadały w banał. A jednak mimo krótkiego czasu trwania, to w końcówce albumu, gdzie najwięcej jest tych mniej udanych utworów radość ze słuchania zaczyna opadać. Ciężko też określić jednoznacznie na plus czy minus brzmienie albumu. Z jednej strony brzmi on surowo i szczególnie wokal nie wypada najlepiej, ale z drugiej takie brzmienie dobrze pasuje do takiej stylistyki. To wciąż jednak tylko przedsmak tego co zespół zaprezentuje w przyszłości.

6/10

Lista utworów:

  1. Elbow
  2. Muckracker
  3. Nein
  4. 12 Bar Bruise
  5. Garage Liddiard
  6. Sam Cherry's Last Shot
  7. High Hopes Low
  8. Cut Throat Boogie
  9. Bloody Ripper
  10. Uh Oh I Called Mum
  11. Sea of Trees
  12. Footy Footy